czwartek, października 25, 2007

L.A. Story

Jak nakazuje staropolska tradycja udalismy sie na daleki wypad :) Los Angeles.
Musze sie zebrac i napisac cos :)

poniedziałek, października 15, 2007

tydzien

:) skonczyly sie dalekie wyjazdy, pozostalo miasto. Powoli przyzwyczajam sie do Sna Franscisco. Chodzenie po ulicach, zakupy, spotkania itp juz znam topografie na tyle dobrze ze swobodnie juz poruszam sie bez mapy. Komunikacja miejska opanowana ;) Wiem ktore dzielnice warto zobaczyc i te ktore mozna ominac. Powoli ekspansja zaczyna sie przenosic na strone zachodnia. W tygodniu poniedzialek przeznaczony byl na odpoczynek po "ciezkim" weekendzie. Ale na wtorek umowiony bylem w San Jose na jedzenie rybek, ktore zlowilem (pierwszy raz w zyciu hehe). Jak to staropolska tradycja nakazuje bylo Whisky, Jack Uzzi :) i jadło. Najlepiej oddaje to Perfect:
A w sobotnią noc, Był Luxemburg, chata, szkło, Jakże się chciało żyć! :)
Wszystkiego w brud, Alpagi łyk, I dyskusje po świt ...
bolalo rano :) zanim sie pozbieralismy byla 5 pm. Z misterem Piotrem czas misja szybko i wyglada ze wyrasta na postac pierwszoplanowa w naszej skromniej polskiej bajce :) Dac yt i pozamiatane ;) a pomyslec jak szaro i nudno by to wszystko wygladalo :)
Dorotka poszla do szkoly ;) tylko zapomnielismy kupic jej piornika w Costco ! Milej nauki, cala polska trzyma kciuki !
Caltrain to mily pociag. Lubie go bardzo naprawde. Wozil ludzi z bardzo cieplego do mniej cieplego.
W srode trzeba bylo zobaczyc nowe miejsce do mieszkania :) nareszcie biling address ! bedzie skromnie ale mila dzielnica Richmond i kilka krokow od Golden Gate Park. Duzo knajp glownie azjatyckich. Seafood !!!
Czwartek to wielkie pranie i suszenie, w tle piwo...
Piatek to ponowna proba zorganizowania spotkania polakow, i jak zwykle nieudana. Wszyscy nas olali :) wiec juz sobie darujemy proby nawiazania kontaktow z "naszymi". Poznalismy Magde polke (wyjechala dawno z kraju), zabawne bo caly ten czas byla sasiadka Piotra prawie drzwi w drzwi ;) Niestey poznalismy tez pewna osobe plci meskiej ktora wszystkim tak nieprzypasowala ze szok (tylko trzymali sie i robili dobra mine.... ja nie umiem i bylem zapewne bardzo niemily) Ale to typ czlowieka do opisania w osobnym poscie hehe
W sobote rano wzielismy samochod na weekend i ruszylismy to naszych starych przyjaciol do Monterey :) heja
Happy Hour gotowa i ruszamy w ocean. Czuje presje bo musze zlowic jakies ryby :) Zagle rozwiniete i kurs na poludnie, czas mija szybko. Cieplo i slonko daje na maxa. Po kilku godzinkach wypuszczamy skarpete i zaczynamy polowy. Ryby gdzies sie pochowaly. Powoli zaczynamy powatpiewac czy uda sie cos zlowic... zaczyna sie powoli zachod slonka a my nic nie mamy. Dorota krzyczy ze cos ma ! Jest rybka. Wstapil nowy duch. Zmieniamy lokalizacje i nic, i znowu i znowu... Teraz ja spokojnie sygnalizuje ze cos mam, nie chce sie drzec dopuki nie zobacze co to. JEST. Mam zlowilem cos duzego. Sliczna zloto-czerwona. Spora ale udaje sie wladowac do worka, no teraz jest fajnie :) chwila.... znowu jest tez spora tylko czarna. Piotrek nie ma czasu polowic bo lata co chwila z torba. Jest trzecia ale sie urywa, ale mam nastepna i nastepna :) naprawde wygladalo ze tego dnia mam farta. Nigdy nie krecilo mnie wedkowanie ale na lodzi na oceanie na zylke bez wetki to jest frajda. Zrobilo sie ciemno wiec wracamy. 5 ryb wystarczy. Okazalo sie ze odplynelismy bardzo daleko, wdziera sie niepokoj bo niewiele widac a kelp i skaly sa blisko. Dajemy rade nawet szybko i trzeba przygotowac rybki, moj instruktor pokazuje mi jak mam to zrobic ;) potem jest pyszne jedzonko, ryby smakuja rewelacyjnie. Pora na drina ;) i tak stojac na sleepie stopniowo odpadamy. Slonko wita nas o poranku hehe ide z Piotrem na dingi plyniemy na ryby w kelp. Nic ryby sie zmyly. Ale widoczki i ciepelko .... wynagradza brak ryb. Sniadanko i ruszamy na krotki rejs, pogoda zaczyna sie pogarszac. Niechciany czynnik ludzki zaczyna doprowadzac mnie do szalu, reszte tez :) Przykro ale psuje mi to cala niedziele. Wracamy, gospodarze zostaja jeszcze na lajbie. Znowu wszystko robia sami a my znowu slabo pomagalismy... fucking turysci ;)
Powrot do SF w granicach 2 godzin, (&*#%) ulga, moge napic sie piwka.
to tyle, zwykly nudny tydzien....

Zdjęcia z wyprawy

WSZYSTKIE FOTKI

poniedziałek, października 08, 2007

czas na strone internetowa z wyprawy

teraz pozostaje mi zebrac sie i zrobic web site z wyprawy, jest taka masa zdjec do przebrania ze ciary przechodza. Ale trzeba :) bo juz wisi nastepny weekend...

one shot, one kill czyli spędzanie wolnego weekendu

od wyjazdu kolegow czas plynie szybko, obawialem sie nudnych wieczorow :) a tu znajomi nie pozwalaj mi sie nudzic ;) Pogoda dopisuje wiec mozna zawsze cos zaplanowac. Piotrek wpadl na pomysl zeby zebrac polakow ktorzy akurat przebywaja w SF i spotkac sie u niego na imprezie w piatek. Zaczelo sie szukanie na Gronie i okazalo sie odzew byl duzy :) chetnych na spotkanie bylo troche. Ja uruchomilem swoich znajomych. Piotra przeniesiono w tym czasie do apartamentu po drugiej stronie ulicy (wypas z widokiem na bay brigde i zatoke). W piatek z oczekiwanych gosci pojawil sie tylko kolega Marcin i moi Piotr i Dorota. Reszta zawiodla ... smutne, czeste u polakow ale w kraju :) chyba nie ma co zawracac sobie glowy. Ale nie ma tego zlego.... bylo wesolo i do rana :)
W sobote trudno bylo wstac.... oj trudno. Ruszylismy do Los Padres (tereny us army) piekne lasy w gorach, widok na ocean... nikogo, dzicz. Chyba godzine zajelo mi ochloniecie po widokach, rozbilismy namiot i zaczal sie glowny punkt programu. SHOOTING. Postawilismy cele i bylo strzelanie. Amunicji bylo duzo wiec troche to trwalo :) brakowalo tylko puszek i butelek. Potem grill i piwko. Noc tylko byla slaba, zerwal sie mocny wiatr i nie pozwolil zasnac. Przestal rano... Spalismy z shotgunem w namiocie na wypadek odwiedzin roznych obecnych dookola zwierzakow. Ale to bardziej dla spokoju ducha :) Poranek sloneczny i znowu te boskie widoki, nawet orki sie pokazaly. Potem trzeba bylo pocwiczyc dlugiy dystans w strzelaniu. "wypas" :) mialem zabawe. Zjechalismy potem na "jedynke" i ruszylismy do Monterey na jachcik :) Mialem ochote na rybke, wiec ruszylismy na polowy. Nigdy wczesnie nie lowilem, wydawalo mi sie to nudne ale na jachcie to jakas forma rozrywki. I zlowilem hehe zeby bylo zabawnie to dwie na raz !!! nie wiem jak ale wisialy na jednej zylce... wiecej sie nie udalo. Zrobilo sie ciemno i juz nie bylo czasu zjesc. Pora wracac i sie wyspac. BYLO ZAJEBIŚCIE !!!
i tu znowu podziekowania dla Doroty i Piotra szczegolnie ! :)

[San Francisco, CA - Los Padres, CA - Monterey, CA - San Jose, CA - San Francisco, CA]

jedni wracaja :) drudzy zostaja

dzien sloneczny nie zapowiadal tego cosie mialo stac :) jakies rozprezenie, wolno jakby nikomu nie chcialo sie wyjezdzac. Dzien wczesniej Pawel podjal probe prze-book-owania :) biletu ale panie chyba nie byly w stanie tego dobrze zrobic i nie udalo sie. A chlopakowi tak sie tu spodobalo... :) W hotelu nas pogonili ze juz pora sie zbierac. Wiec jeszcze szybkie zakupu w w Apple store... nie udalo sie kupic wiecej niz jednego iPhona a kolega chcial kupic .....5 (sic!) nie pozwolili, to nie. Drugi polecial szukac dodatkowej torby. Wracamy na miesjce gdzie zostawilismy samochod i .... nie ma ! Trzeba baaaardzo uwazac gdzie sie parkuje bo u nich wystarczy 3 minuty i juz towing! Turyscie latwo wpasc w cos takiego, wydawalo sie ze dobrze zaparkowalismy nawet oplacilismy parkomat tylko ze tutaj sa jakies niuanse i akurat tutaj mogly zatrzymywac sie furgonetki (tylko ja o tym nie wiedzialem dopiero pami ze sklepu obok mi to powiedziala a sladow na chodnikach i znakow nie bylo potem okazalo sie ze parkoam ma czerwony pasek ale skad ja to mialem wiedziec hehe) Co dalej... dzwonie na telefon a tam automat mnie kieruje pod jakis adres... dobra mamy 2 godz do odlotu co juz w tym momencie bylo too late :) Taxi i jedziemy na podany adres, to tutaj, pozostaje zaplecic 240 usd !!! i odzyskalismy samochod. Ruszamy na lotnisko. Tam koledzy postanowili wypelnic karteczki na bagaz ... co trwalo chwilke :) podchodzimy do pani a tu okazuje sie ze za pozno. Pozostale godziny to dzwonienie i szukanie opcji powrotnych. Zeby nie bylo ze za malo to pani nadaje bagaz do Dallas a chlopakom bilety :) Udaje sie szubko zauwazyc blad hehe . Siedze sobie sam cwilke na lotnisku, smutno sie zrobilo. Dzwonie do Piotra w SF czy ma czasik wieczorem ufff ma :) Piwko. A w tym czasie sms-y od znajomych ze ich samolot sie zepsol i maja kilka godzin w plecy.... Ja spalem a oni w Chicago czekali na stand by ... udalo sie.

shopping day i jacuzzi w San Jose :)

Ostatni caly dzien w USA dla pewnych osob :) Postanowili zrobic shopping wiec wynalazlem dwa mega centra handlowe. Oczywiscie poza SF i to sporo. Ruszamy przez Bay Bridge (dwa poziomy) calkiem dlugi most do Oakland. Zatrzymujemy sie w Milpitas gdzie jest niezly Mall :) zakupki bez rewelacji myslalem ze wiecej kupia. Dzien jakos mija leniwie. Korzystamy z zaproszenia Doroty i Piotra i nawiedzamy ich w San Jose. Jak dla mnie super miesjce do zycia :) i cena przystepna jak na reali bay area :) Udajemy sie z Jackiem D. do jacuzzi .... to sa te chwile .... bosko. Chwile w basenie i znowu jacuzzi. Potem czas na jedzonko i tu znowu uczta i rozkosz dla podniebienia.... alko schodzi szybko, ja cierpie bo bede driver :( ale tutaj maja wieksza tolerancje na pijanych kierowcow hehe. po kilku godzinkach Piotrek okazuje nam swoj arsenal broni i zaczyna sie ... :) no i mam bratnia dusze :) Nikt nie zginal, kule pochowane na wszelki wypadek :) Ciezko sie zebrac ale jeden ludz chce koniecznie wracac bo boi sie ze nie wyrobi sie z pakowaniem i na samolot (a przyszlosc pokaze jaka jest przewrotna hehe). Ruszam w srodku nocuy i nie powiem ze ledwo nie zaslalem... docieramy i znowu nie ma gdzie zaparkowac ale po kilku akrobacjach upycham samochod... do rana malo czasu.

[San Francisco ,CA - San Jose, CA]

wtorek, października 02, 2007

streets of San Francisco

Piekne widoki z "jedynki", ktora ciagnie sie wzdloz oceanu. Jedziemy do San Francisco. To juz final naszej wyprawy (dla chlopakow). Zatrzymujemy sie na jednej z plaz ale wiatr jest mocny i nie daje sie zalec, tylko mozna sie podelektowac widoczkami. Docieramy do miasta od poludnia i przebijamy sie w strone Golden Gate Bridge mijajac wielki park o takiej samej nazwie (tylko bez bridge). Most jest wielki i robi wrazenie wielkie jak on sam :) Zatrzymujemy sie na wszystkich punktach widokowych zeby utrwalic na blonie cyfrowej te momenty :) Wjazdy do miasta na mosty sa platne ( 5 usd ). Jestem umowiony na odbior kluczy do pokoju w w srodku miasta wiec trzeba sie jakos przebic. Jazda po ulicach San Francisco to niezapomniane chwile hehe ....stromo do gory ze czuje sie jak w rakiecie kosmicznej przed wystrzeleniem i zaraz zjazd w dol !!! niezla zabawa. (slabo to widze na skrzyni manualnej z ruszaniem na recznym pod gorke) ale to tylko pewne czesci miasta sa az tak "mocne". Po zalatwieniu wszystkiego znajdujemy hotelik dla chlopakow, jeden blok ode mnie. Lakiernia jest blisko wiec maja idealnie :) Parkowanie samochodu w SF to tragedia (ale to na inny watek temat) udaje nam sie wkoncu i ruszamy na piechotke. Market street i Chinatown, potem na Embarcadero i mosty w nocy :) Nawiazalem kontakt ze znajomym Piotrem w wawy ktory mieszka niedaleko i wpadlismy z wizyta na apartamenty :) Piwko. Potem spacerkiem do domku przez miasto. Zostawiam ziomkow w hotelu moze sie nie "zniszcza" hehe.



[Monterey, CA - Sa, Francisco, CA]

caly dzien na ocanie...

Rano stawiamy sie w porcie. Ladowanie prowiantu. Przy naszej lodzi leza sobie na wodzie 2 wydry :) i rozklepuja na sobie kraby zabawnie to wyglada. Slonko swieci. Jest super. Przy wyjsciu z portu mamy na skalach cale masy fok i lwow morskich :) niezle to wyglada. Po kilku milach rozwijamy zagle i "dzida" Trudno nalew sie drinki przy takich przechylach ale nikt sie nie poddaje :) Delfinki skacza, lampa z nieba... jest blogo. Pozostaje zutylizowac butelki i puszki wiec ;) wyciagmy colta :) strzelanie na wodzie nie bardzo wychodzi hehe troche bardzo buja. Zwalamy zagle i czas na grila, pyszne jedzonko wyszlo. No i tak caly dzien. Jak to mowi Piotrek "nudne robotnicze zycie". Na nocke dostajemy sleepa w dobrym miejscu. I wieczorna imprezka :) Spac bedziemy na lodzi, jakos sie pomiescimy. Jakos milo jest wiec trwa to do rana, ja niewiele spie. Jeszcze naly spacerek po porcie zeby sie dobic i zasnac. Udaje sie. Rano trzeba wstac i ruszac.

WIELKIE DZIEKI DLA DOROTY I PIOTRKA !!! naprawde super ludzie i fajnie spedzony czas





[Monterey,CA - Pacific]

odwiedziny u dwóch generałów w chmurach

Ruszamy do Giant Sequoia Park. Z Fresno to juz blisko. Przejazd CA-180 przez Squaw Valley (nie widzialem zadnej squaw) i stawiamy sie u rangerow po mapki. Bardzo kreta droga plus extra atrakcja CHMURY :) jedziemy w chmurach, czasem widocznosc spada do 2 metrow. Wjazd do parku kolo Big Stamp i odwiedzamy pierwszego generala :) General Grant Tree 81 metrowa sequoia :) trudno zrobic zdjecie hehe trzeba na kilka rat ;)
Wyletnieni na maxa zapominamy sie dobrze ubrac, tam jest duza wysokosc i chmury wiec marzniemy mocno. Ale widoki sa niezle, las robi wrazenie. Trudno to opisac chyba tylko wizyta odda ogrom tego, zdjecia nie :) Od Granta ruszamy jeszcze bardziej kreta droga w strone drugiego giganta. "chwile" to trwa ;) Udaje sie czasem wzbic ponad chmury i widok zapiera dech ... Next stop General Sherman Tree, mala "mina" trzeba spory kawalek podejsc a my ubrani jak na plaze :) ale dajemy rade. 83 metry i podstawy 31 metrow... poniewiera :) dookola jest wiele pomniejszych sekwojek ktore rosna w roznych "kombinacjach", przypomina czasem park jurajski. Powoli czas sie zbierac. Normalnie ludzie przybywaju tutaj na kilka dni ale my nie mamy tyle czasu. Wyjazd na miasteczko Three Rivers i jedziemy do 101. Mam info ze moi znajomi Dorota i Piotr sa akurat w Moonterey wiec juz mamy plan na wieczor :). Monterey to male urokliwe miasteczo "cepeliowo-portowe" hehe Docieramy poznym wieczorem i pora sie zlokalizowac z Dorota. Udaje sie i wchodzimy do mariny na jachcik "happy hour". Tam czeka Piotr i Gustawo. Chwila na zapoznanie i jak polska tradycja nakazuje po drineczku :) po jakims czasie wpadamy na pomysl zeby ruszyc na pacyfik i tak robimy. Wieczory sa chlodne i wiaterek troche daje ale wycieczka wzdluz wybrzeza jest super . Spodobalo sie wszystkim :) decyzja, zostajemy na jeszcze jeden caly dzien. Szukanie hotelu na noc bo na jachcie troche ciasno. To jest sobota wiec nie udaje nam sie nic znalesc w rejonie monterey ( cops nas zatrzymuja ale udaje sie dogadac z czlowiekiem ) trzeba pojechac kawalek za miasto. Jutro czeka nas ciekawy dzien.



[Fresno, CA - Monterey, CA]

piątek, września 28, 2007

Jeszcze chwila w Beverly Hills i Hollywood i uciekamy z miasta :)

Ranek przywital nas chmurami i chlodem.... wiec szybka zmiana planow. Zamiast na plaze ruszamy troche pozwiedzac znane miejsca w LA. Na poczatek Rodeo drive ulica w Beverly Hills gdzie sa droooooogie sklepy hehe itp. Potem zaliczamy Hollywood blvd kazdy kto jest w LA tam idzie... tragedia dla mnie, masa turystow i oszolomow. Gwiazdy na chodniku i wszedzie sklepy z tandeta. :) koledzy chcieli to zobaczyc.... Zbieramy sie wkoncu i jedziemy jak zwykle w korkach goigantach, ale na szczescie w kalifornii jest cos takiego "boskiego" jak CARPOOL :) osobny wydzielony pas dla samochodow z 2-lub wiecej osobami !!! to sie jedzie a wszyscy stoja ;) Docieramy na wieczor do Fresno, stad juz blisko do sequoia park. Teraz piwko i aby do rana.

[Los Angeles, CA - Fresno, CA ]

Poradnik ?

zastanawialem sie i chyba napisze w punktach malutki poradnik jak fajnie poruszac sie po USA. Praktyczne i aktualne porady. Przewodniki z polskich ksiegarn sa do .... niczego :) mozna je przeczytac w empiku i miec poglad co i gdzie mniej wiecej, Tylko sie nimi nie kierowac ! tyle bledow i zlych porad, i wybory hoteli .... Oczywiscie moze to wspolnymi silami jakos zrobimy i wyjdzie cos fajnego :)
W wolnech chwili napisze gdzie tanio i drogo ale nie ubogo spac :) Jak to zrobic sprytnie z kuponami znizkowymi, ktore sieci sa dobre ktore nie itp, jak sensownie zjesc normalnie i fastfoodowo :) moze zrobie ranking amerykanskich junkfoodow :) Gdzie tankowac paliwo i jak (czasem sa z tym niezle jazdy hehe dla przybysza z europy). Co zwiedzac i w jakich godzinach unikac wielkich miast. Zwyczaje i jezyk. zreszta to wyjdzie w praniu i moze sie cos uda :)

3:10 to Yuma

miasto graniczne Yuma. Slynne graniczne miasteczko. Rozczarowanie jest bo nie ma sladu po dzikim zachodzie :) jest mala uliczka gdzie zapewne kiedys tu cos bylo a teraz zostalo to odnowione i wyglada moze i ladnie ale zbyt nowoczesnie. Cale miasto jest w neonach i reklamach, typowe amerykanskie sklepowisko i fastfoodowisko :) Tylko pociagi jeszcze smigaja i trabia :) Bardzo duzo meksykanow jak to na granicy. Ruszamy w strone LA. Opuszczamy Yume i na kilka metrow dalej na moscie tabliczka informuje nas ze juz jestesmy w Californii. Krajobrazy pustynne... slonce... postanowilem odbic z trasy i pojechac obok Salton Sea. Widok fajny, duzo plaz i kilka palm co oaza. Duzo pelikanow i innych ptaszkow... hm... a ludzi nie ma.... na mapie zachecajace nazwy "Bombay Beach" , "Mecca Beach" hm... ptaki na plazach to chyba musi byc duzo ryb .... i sa tyle ze zdechle :) smierdzi okropnie ze nie da sie podejsc do wody ! Omijac to prosze :). Juz blisko do LA, pojechalismy od poludnia przez Huntington Beach "Surfer City", kilka lat temu zatrzymalem sie tutaj na kilka nocy. Podoba mi sie jest tak "ladnie" i duzo wyluzowanych ludzi. Zamiast z aktowka rano widzi sie wychodzacych do "pracy" surferow z deska hehe . Pogoda sie pogorszyla i to znacznie. Rano mieslismy 38 w Yumie a tutaj kolo 20 i wiatr.... zimno. Szukanie hotelu okazalo sie trudne, jednak w wiekszych miastach ceny sa wysokie i trudno o cos milego. Ladujemy w koncu w Long Beach w kiepskiej dzielnicy ale co tam...

[Yuma, AR - Salton Sea, CA - Huntington Beach, CA - Long Beach, CA ]

czwartek, września 27, 2007

Wizyta na dzikim zachodzie i wielkie połacie kaktusów i ... samolotów

slonko swieci mocno a my w drodze do Tombstone. Na mapie wyglada ze trzeba odbic w glownej drogi ale bez GPS chyba bym tak latwo nie dotarl :) Szykam legendarnego miasteczka gdzie rzadzil Wyatt Earp z bracmi. Swietnie pokazal to Kevin Costner w swoim filmie. Znalazlem ale szeryfa nie bylo. Za to pozostal klimat jak z filmow o dzikim zachodzie. Byl Saloon i bank i cala reszta. Byl tez O.K. Corral :) raz dziennie odbywa sie tam inscenizacja slynnej strzelaniny. Milo ze ludzie w calej miescinie poprzebierani sa w ubrania z tamtych czasow wiec mamy pelno rewolwerowcow i panienek lekkich obyczajow :) Slonko daje coraz mocniej :) to lubie. Zwijamy sie po poludniu i jedziemy pod Tucson, znalazlem w necie i na mapach satelitarnych zdjecia wielkiek ilosci samolotow (wycowanych) stojacych na pustynie. Musialem to znalesc. Okazalo sie ze jest tak : Pima Air and Space Museum to mozna zwiedzac i jest tam prywatna kolekcja kolo 250 samolotow :) mega wypas .... a przez ulice jest wojskowe zlomowisko samolotow gdzie nie da sie wejsc ale mozna jechac wzdluz drogi ... a ciagnie sie to i ciagnie. To bym chcial zobaczyc :) i jest tez prawdziwa czynna baza us air force, lataly nad nami mysliwce :) Z tej wielkiej masy samolotow pojechalismy do pobliskiego parku narodowego z ... ogromna iloscia kaktusow Saquaro (slynne z kreskowek i westernow hehe) rozciagaly sie na mile i wygladaly swietnie, jazda wazka droga wsrod nich ach... :) oczywiscie kazdy z nas nadzial sie na kolce mniejszych kaktusow :) (podziwialismy wielkie a pod nogi zapominalismy patrzec, bolalo). Piekny zachod slonca wsrod Saquaro... i pora sie zbierac. Zaliczylismy jednego dnia 2 strefy czasowe wiec czas byl po naszej stronie :)
Ostatni pociag juz odjechal do Yumy...

[ Las Cruces, NM - Tombstone, AR - Tucson, AR - Yuma, AR ]

Dallas i północ Texasu

dorwalem sie wkoncu do netu, wracamy szybko bo terminy gonia :) Musze uzupelnic na szybko co sie dzialao. Odwiedzilismy Dallas, koniecznie chcialem zobaczyc miejsce gdzie zastrzelono Kennedy-iego. Slynna ulice Elm i skladnice ksiazek gdzie to niby Oswald strzelal. Oraz inne miejsca gdzie byli strzelcy. W kinie i telewizji wydawalo mi sie to wielkie a na zywo to malutka ulica i pobliskie trawniki. Wszystko tak blisko siebie. Co krok zaczepaiali nas ludzie od teorii spiskowych dziejow i oferowali opowiedzenie historii zabojstwa prezydenta (sami murzyni z obledem w oczach)... widzialem ze ludzi im placili za opowiesci hehe. Dallas ma tez calkiem ladne downtown z wielkimi wierzowcami, niektore stare w fajnym klimacie podobne do tych spod central parku. Wkoncu koledzy doczekali sie "czarnej" dzielnici (cale centrum Dallas to afro-amerykanie) raczej nie wygladaja towarzysko i milo :) Slonko daje na maxa wiec jest milo. Ruszamy dalej, kierunek Amarillo na polnocnym-zachodzie Texasu. Nocujemy w Childress na trasie. Typowa sypialnia przy autostradzie. Rano docieramy do miasta Amarillo i rozczarowanie, nie mozemy znalesc livestock (gieldy z bydlem gdzie co wtorek handluja cowboye) trudno jedziemy do rancza Cadillacow :) wlasciciel wielkiej polaci ziemi powbijal kilka samochodow w ziemie i turysci sie zjawiaja coby porobic sobie smieszne fotki :) Przyciskamy tempo. Ruszamy przez caly Nowy Meksyk do Las Cruces i tam spimy, wlascicielka jest kobieta z Indonezji, jest przemila i pomocna, rano wstajemy i czas na Arizone...

[Shreveport, LA - Dallas, TX - Wichita Falls, TX - Childress, TX - Amarillo, TX - Roswell, NM - Las Crucas, NM]

poniedziałek, września 24, 2007

Jazz funeral & french quarter

wczoraj dotarlismy do celu :) New Orleans ! rano ruszylismy na Lafayette a stamtd na Baton Rogue i juz blisko miasto docelowe. Po minieciu Lafayette zaczynaja sie super widoki, bagna i drzewa wystajace z wody, jeziora i rzeczki a wszystko w wielkiej zieleni :) drzewa sa tu wszedzie, wielka odmiana po new mexico gdzie nie bylo zielonych drzewek. Autostrada biegnie na palach nad bagnami - co za widoki !!! Misto Baton Rogue wyglada slicznie. Juz blisko do Orleanu :) Znowu wilka i bardzo dluga autostrada na palach prowadzi do miasta (przypomina mi to droge na Key West tylko tutaj jest masa zieleni wystajaca z wody). W oddali panorama wysokich budynkow downtown. Duza ilosc roznego typu zjazdow i obwodnic, wjazd do French Quarters slynnej starej dzielnicy. Parkowanie i ruszamy w teren. Doznania wizualne sa niezle, dzielnica ma swoj klimat. Balkoniki i uliczki, place i koscioly :) trzeba to zobaczyc ... smierdzi mocno na niektorych uliczkach, glownie na slynnym Bourbon street gdzie mieszcza sie knajpy i pip shows :) duzo polnagich panienek (moze czekaja na mardi grass :) Szkoda ze knajpy nie trzymaja klimatu miasta, wewnatrz typowo amerykanski kicz. Spodziewalem sie duzo czarnoskorych ale okazalo sie ze dominuja biali (duzo osob mowi po francusku takie troche snobistyczne jazdy pewie hehe). nie chce mi sie rozpisywac moze w wolnej chwili cos doskrobie. Wyjatkowo jechalismy w do pozna w nocy zeby nad ranem byc niedaleko Dallas.

[Lake Charles, LA - Lafayette, LA - Baton Rogue, LA - New Orleans, LA - Shreveport, LA ]

niedziela, września 23, 2007

There is a house in New Orleans...

There is a house in New Orleans
They call the Rising Sun.
It's been the ruin of many a poor girl,
and me, O God, for one.

If I had listened what Mamma said,
I'd 'a' been at home today.
Being so young and foolish, poor boy,
let a rambler lead me astray.

Go tell my baby sister
never do like I have done
to shun that house in New Orleans
they call the Rising Sun.

My mother she's a tailor;
she sewed my new blue jeans.
My sweetheart, he's a drunkard, Lord, Lord,
drinks down in New Orleans.

The only thing a drunkard needs
is a suitcase and a trunk.
The only time he's satisfied
is when he's out on a drunk.

Fills his glasses to the brim,
passes them around
only pleasure he gets out of life
is hoboin' from town to town.

One foot is on the platform
and the other one on the train.
I'm going back to New Orleans
to wear that ball and chain.

Going back to New Orleans,
my race is almost run.
Going back to spend the rest of my days
beneath that Rising Sun.


dokladnie tak.....

Houston... we (don't) have a problem....

obudzilem sie jak zwykle pierwszy i nasunela sie refleksja, ze trudno ale to bardzo trudbo znalesc dobry sklad, ekipe lub druga osobe do wyjazdu na tego typu wyprawe :( dla mnie czekanie az reszta sie pozbiera to męka :( min 3 godziny zmarnowane. A samemu nie lubie bawic sie w globtrotera a moze powinienem? Albo ostro udzielic sie w necie i znalesc ludzi, poznac i stwierdzic ze warto o ile maja takiego samego swira jak ja :) Na razie robi sie juz slabo jak koledzy siedza prawie do rana a potem sa problemy ze wstawaniem.... Chyba nastepnym razem dam do wypelnienia ankiete i zrobie rozmowe wstepna hehe (koniecznie wykluczyc osoby chrapiace). tyle wystarczy choc chcialoby sie wiecej na ten temat i ostrzej....
Wyjazd czesc pierwsza: Galveston jakies 30 min od naszego hotelu, sliczna wysepka pod Houston (przypomina mi south beach w Miami), domki w typowym dla poludnia stylu, wielka plaza ciagnaca sie wzdluz glownej ulicy, ciepla woda i co tu pisac ... bosko. Ludzie z duzego miasta maja gdzie spedzac fajne weekendy :)
Powrot do webster na NASA road i punkt dnia - wizyta w Space Center. Klasyczne zwiedzanko :) Centrum kontroli lotow znane ze wszystkich filmow o podboju kosmosu, hangary gdzie testuje sie kosmonautow i gigantyczna rakieta ktora wynosi statki na orbite .... wieeeeeelka. Masa pomniejszych atrakcji. Nastepny cel to downtown Houston, przypomina fragment manhattanu, wysoka zabudowa ale z wyobraznia :) budynki sa naprawde ladne i oryginalne, czesto przemieszane ze stramymi "kamienicami" to dodaje uroku. Podoba mi sie :)
Juz ciemno wiec postanowilem pojechac po nocy do Louizjany :) dotarlismy do Lake Charles i tu szukanie w weekend taniego hotelu zajelo troche czasu ale sie udalo.


[Houston, TX - Galveston, TX - NASA Space Center, TX - Houston, TX - Lake Charles, LA ]

piątek, września 21, 2007

z lotniskowca prosto do dziczy

pozostalo zobaczyc USS Lexington od srodka, najwieksza frajda to samoloty na pokladzie :) jest F-14 i AH-1 Cobra ;) i wiele innych. Zwiedzanie pokladow i film w sali projekcyjnej nawet niezly (Red Flag cwiczenia - ci co sie znaja wiedza o co chodzi). Upal niesamowity czlowiek robi sie mokry w minute... ale ja mam polnocna twarz na sobie ze specjalnego materialu kosmicznego ha. Samochodzikiem teraz do Aransas Wild Refuge ogladac dzikie miejsca i stworki, aligatory sie pochowaly ...szkoda. Upal dalej piekielny. Wbitka na trase i prosto do Houston. Po kilku godzinach widzimy piekna panorame downtown miasta (korki koszmarne). Docieramy do NASA :) i spanko w hotelu.

[Corpus Christi, TX - Aransas, TX - Houston, TX]

poranek :)

8 rano i juz na nogach, herbatka i ... nic. Zbieramy sie powoli dalej w trase. W jednym miejscu dluzej to ja sobie posiedze juz za 2 tygodnie teraz to jestem w swoim zywiole hehe i bede jezdzil i jezdzil :) i znowu jezdzil :) az zobacze wszystko i wtedy wybiore miejsca do ktorych wroce na dluzej :) (juz mam kilka). Fotki udostepnie na swojej stronce jak tylko je przygotuje (a tak mi sie nie chce przebierac, ta mase zdjec).
Brakuje mi tylko porannego dobrego sniadanka ... dookola mnie same fastfoody :)
Musze sie zastanowic nad praca w turystyce :) juz kilka objazdowek zrobilem znajomym po usa i moz warto zaczac zarabiac w ten sposob :) :) :) Juz blisko cel naszej wyprawy #@% i pora wracac powoli.
Pozdrawiam wszystkich.