czwartek, lutego 05, 2009

I am here to recrute You...

O Harveyu Milku, który jako pierwszy został wybrany na urząd państwowy mimo otwarcie manifestowanego homoseksualizmu, mało kto słyszał w Polsce. Tymczasem w Ameryce uważany jest za symbol zmagań o wolność i demokrację. Przyznam, że nie słyszałem o nim do momentu, kiedy na ekranach pojawił się film Milk. Z plakatów co krok uśmiechał się do mnie Sean Pean co nie mogło zostać nie zauważone. Obejrzałem film i zrozumiałem lepiej atmosferę lat 70 tych w San Francisco i pewien okres z historii miasta w którym żyję. Wypadało potem odwiedzić miejsca, gdzie miały miejsca wydarzenia pokazane w filmie.
Harveyowi, który doprowadził do zrównania praw gejów w Kalifornii, stawia się pomniki, nazywa ulice jego imieniem. W milenijnej ankiecie tygodnika "Time" Milk znalazł się w setce najsłynniejszych postaci, ikon XX w. Obok Lennona, Che Guevary, Kennedy'ego, zastrzelonych podobnie jak on, przez fanatyków.
Biografia Milka jest gotowym, barwnym scenariuszem filmowym. Służył w marynarce wojennej w czasie konfliktu w Korei, awansując do stopnia porucznika. Po powrocie z wojny długo nie mógł znaleźć sobie miejsca. Uczył w nowojorskim liceum, był agentem ubezpieczeniowym, hipisem. Po fali aresztowań gejów przeprowadził się w 1972 roku do San Francisco. Skromny sklep fotograficzny, Castro Camera, który zaczął prowadzić, szybko przekształcił się w nieformalny klub gejowskiej subkultury. Ekstrawertyk z poczuciem humoru, wspierany przez przyjaciół i kochanków, przekonał się, że wykluczenie i dyskryminację można pokonać kartą do głosowania w demokratycznych wyborach. Z lokalnego przedsiębiorcy broniącego gejowskich interesów w dzielnicy przekształcił się w aktywnego działacza politycznego, trzykrotnie ubiegającego się bez powodzenia o wybór do samorządu miejskiego.
W 1977 r. jako pierwszy zdeklarowany homoseksualista objął w końcu publiczny urząd radnego. 27 listopada 1978 r. lider ruchu gejowskiego wraz z burmistrzem San Francisco został zamordowany. Tak narodziła się jego legenda. Został uznany za ofiarę i męczennika sprawy gejowskiej. To on przekonał opinię publiczną, że wolności, której pragną homoseksualiści, potrzebują wszyscy. Że poszanowanie praw człowieka oznacza również obowiązek akceptacji godności osób o odmiennej orientacji. Zamachu dokonał ultraprawicowy radny Dan White, który dostał wyrok tylko 8 lat a wyszedł po pięciu. Po 2 latach od wyjścia z więzienie popełnił samobójstwo.
Niektórzy sądzą, że pojawienie się filmu "Milk" w momencie kolejnego wielkiego przełomu: objęcia przez czarnoskórego senatora Obamę prezydenckiego urzędu, nie jest przypadkiem. I może pomóc w przeforsowaniu odrzuconej niedawno ustawy zezwalającej na legalizację homoseksualnych małżeństw w Kalifornii - Poprawka numer 8.
Harvey Milk

Castro


Przed przylotem do San Francisco żyłem w błogiej niewiedzy lub ignorancji dotyczącej pewnej dzielnicy w tym mieście a będącej jednym z największych skupisk "kochających inaczej". Przyznam, że mieszkając tutaj przez kilka miesięcy nawet nie dotarłem w okolice owej dzielnicy. Dopiero w trakcie podróży przez stany i po świecie większość spotykanych przeze mnie ludzi kojarzyło San Francisco ze światową stolicą gejów i lesbijek. Miasto jest piękne i ma niesamowity klimat co przyciąga ludzi o różnych orientacjach i poglądach na życie. Dla osoby wychowanej w Polsce gdzie tolerancja do odmienności prawie nie istniała, pojawienie się na ulicy Castro przepełnionej trzymającymi się za ręce i całującymi mężczyznami była sporym szokiem. Z czasem przywykłem do tych widoków i jednym z punktów każdego odwiedzającego mnie turystę jest wizyta w dzielnicy Castro. Miejsce ma koloryt i miłą atmosferę, czasem niektóre widoki mogą wydawać się niesmaczne ale to już skrajności o których nie będę się rozpisywał. W okolicy znajdziemy dużo ciekawych lokali w których spotkać można też pary heteroseksualne i nie jest to czymś dziwnym. Nawet jest trendy pojawić się na Castro z grupą ludzi z pracy. A nic nie zapowiadało, że akurat w San Francisco znajdą swój azyl kobiety i mężczyźni spod znaku tęczowej flagi. Właśnie dzięki takim flagom wywieszanym za okno łatwo zorientować się że jesteśmy w dzielnicy Castro.
Do lat 60-tych XX wieku o gejach nikomu się tu nie śniło, była to zamożna dzielnica willowa, znana jako Eureka Valley, zamieszkała głównie przez konserwatywnych, katolickich Włochów i Irlandczyków. Katalizatorem zmian byli długowłosi bitnicy i pseudo „artyści", dzieci-kwiaty z "summer of love" lat 60-tych z Haight i Ashbury. Katolicy z Castro w obawie przed upadkiem moralnym dzielnicy, zaczęli wyprowadzać się na Półwysep i nad East Bay, pozostawiając puste wiktoriańskie wille, których ceny szybko spadały. Nastąpił gwałtowny napływ gejów, w ciągu kilku lat w okolica zmieniła się w azyl dla wyrzuconych poza nawias społeczny homoseksualistów z całego kraju, którzy zajęli całą dzielnicę silnie się jednocząc w zmaganiach z władzami miasta i policją. Lata 70. i wczesne 80. były złotym wiekiem Castro. Dzielnica tętniła życiem przez 24 godziny i 365 dni w roku. Oglądać, pobyć, zabawić się przyjeżdżały całe Stany, Kanada, Europa. Tutejszy gay pride w czerwcu orazFolsom (Castro) Street Fair w październiku, a także „największy na świecie" uliczny festyn z okazji Halloween osiągały już wtedy rozmiary rzadko widywane i dzisiaj. W połowie lat 80. nikt już nie miał wątpliwości, czym jest AIDS, i słodkie życie skończyło się tu jak nożem uciął. Zmarło wyjątkowo wielu stałych mieszkańców dzielnicy, nie było dnia bez konduktu pogrzebowego. Dzielnica stała się symbolem przetrwania. W latach 90. sytuacja zaczęła wracać do "normy", ponownie zaczęła napływać młodzież, która brała w posiadanie pustostany po super okazyjnych cenach. Odżyła dawna sława Castro, a czynsze zaczęły znów piąć się w górę. Dzielnica komercjalizowała się i przeludniła. Starsze pokolenie, zmęczone tłokiem i ruchem, przeprowadzało się w spokojniejsze okolice, co sprzyjało kolejnemu odmłodzeniu populacji. Młodzi, zawsze spragnieni nowych twarzy, zapełniali ulice, lokale i sklepy. Około roku 2001 życie w Castro stało się super drogie, dzielnica jest wymieniana wśród najbardziej snobistycznych obszarów miejskich w Stanach.
Jedną z największych atrakcji Castro jest stare kino Castro Theatre z roku 1922, przy ulicy Castro 429 - wielki szyld i neon widać już z Market Street, jest swego rodzaju symbolem dzielnicy. Różowe fasady i wnętrza w stylu artdeco , organy, których używano podczas projekcji niemych filmów na początku stulecia - to niezapomniana wycieczka w przeszłość. Od kiedy na ekranach kin zagościł film z SeanemPenem - Milk, każdy mieszkaniec miasta koniecznie chce obejrzeć tą produkcję w Castro Theatre. Niedaleko znajduję się Harvey Milk Plaza to stacja metra i muzeum poświęcone pamięci jednego z najwybitniejszych amerykańskich działaczy ruchu gejowskiego, zabitego w 1978. Troszkę na uboczy ale łatwo znaleźć - znajduję się pod ogromną masztem z flagą w kolorach tęczy górującym nad dzielnicą.
Lokali nie trzeba szczegółowo polecać, bo co krok się tu na jakiś trafia. Café Flore (zwana „epicentrum towarzyskim" ulicy Castro), Twin Peaks istniejący od lat 60-tych, pierwszy oficjalnie gejowski bar w mieście oraz równie długoletni Harvey's.
Castro

wtorek, lutego 03, 2009

Najbardziej kręta ulica na świecie


Lombard Street najlepiej znana jest z odcinka tej drogi w Russian Hill między Hyde i Leavenworth Streets, na którym jezdnia ma osiem ostrych zakrętów. Na tym odcinku znajduje się 12 kamienic, dla których odcinek ten jest jedyną droga dojazdową. W 1922 roku powstał pomysł zmniejszenia kąta pochylenia jezdni, który wynosił wówczas 27%, co było zbyt strome dla większości pojazdów podczas podjazdu i stwarzało poważne niebezpieczeństwa podczas zjazdów. Po wykonaniu serpentyny nachylenie jezdni zmniejszyło się do 16%. Oprócz tego na odcinku tym o długości około 400m (1/4 mili) wprowadzono ruch jednokierunkowy (tylko jazda w kierunku wschodnim, w dół) oraz ograniczenie szybkości jazdy do 8 km/h (5mph ). Odcinek został oddany do użytku w 1923 roku i jest wykonany z czerwonej cegły.
Na szczycie wzgórza zatrzymuje się wagon Cable Car jadący na trasie Powell-Hyde. Wszechobecni turyści trochę ryzykują zdrowiem biegając między zjeżdżającymi samochodami lub pozując na środku ulicyLeavenworth. Po dwóch stronach "pokręconej" ulicy znajdują się wąskie schody z których można bezpiecznie oglądać słynną Lombard Street.
Lombard Street

Dwunastu Gniewnych Ludzi

Wczoraj wyjąłem ze skrzynki na listy korespondencję. Wśród kopert było wezwanie do służby w sądzie w charakterze sędziego przysięgłego. Od razu przypomniał mi się film "Dwunastu gniewnych ludzi" :). W środku była koperta zwrotna i formularz do wypełnienia wraz z dokładną instrukcją co dalej zrobić. Termin stawienia się w sądzie był z miesięcznym wyprzedzeniem. W formularzu była długa lista opcji, które wykluczały delikwenta z uczestnictwa. Wystarczy postawić znaczek przy jednej min. słaba znajomość angielskiego (ale to wymaga stawienia się w sądzie), brak obywatelstwa amerykańskiego, karalność i poważna choroba. Wiele osób traktuję to jako zło konieczne i robi wszystko żeby się wymigać. Słaba dniówka około 15 $ i zmarnowany jeden dzień w najlepszym wypadku. Pracodawca musi to zaakceptować i zwolnić pracownika na wymagany okres czasu. Wielu znajomych wycwaniło się już i podczas pierwszej selekcji, kiedy trzeba wypełnić ankietę i opisać swoje poglądy na podane (zwykle związane ze sprawą) tematy, wypisuje mocno skrajne opinie na dany temat a to oznacza, że osoba będzie stronnicza... i odpada :). No chyba, że trafi się proces na skalę tego z OJ Simpsonem.
A teraz krótki opis jak działa cały system:
W Stanach Zjednoczonych kandydatów na ławników wybiera się losowo z list zarejestrowanych wyborców, z ewidencji posiadaczy prawa jazdy i czasami z innych rejestrów obywateli. Z obowiązku zwolnieni mogą być lekarze, prawnicy, policjanci, strażacy, czynni wojskowi, inwalidzi, zwykle wyłączone są też osoby karane. Szczegółowe regulacje są różne w poszczególnych stanach. Amerykanie uważają uczestnictwo w sądzie przysięgłych za obowiązek obywatelski. Uchylanie się od niego może zostać uznane za obrazę sądu i ukarane grzywną lub więzieniem.
Wylosowani przez komputer kandydaci na ławników są kierowani w grupach po kilkadziesiąt osób (dokładna liczba jest różna w zależności od stanu i rodzaju sprawy) do sądu. Tam następuje wybór ławy przysięgłych i ławników rezerwowych, co jest nazywane mianem voir dire "mówić prawdę”. Celem selekcji jest eliminacja z ławy tych kandydatów, którzy mają przekonania lub uprzedzenia niepozwalające im na wydanie obiektywnego wyroku w konkretnej sprawie.
Sędzia zaczyna od sprawdzenia podstawowych danych: nazwiska, zawodu, statusu materialnego itp. Dowiaduje się także, czy istnieją jakieś powody, które mogą sprawić, że przyszli ławnicy nie będą obiektywni. Następnie inicjatywę mogą przejąć adwokaci stron, którzy mają prawo wykluczać kandydatów na podstawie dwóch procedur. Pierwsza to challange for cause. Polega na wyłączeniu kandydata na przysięgłego po podaniu przyczyny. Oczywiście podstawa wykluczenia musi wskazywać, że dany kandydat mógłby nie zachować bezstronności. Liczba przysięgłych, którzy mogą być wykluczeni w ramach tej procedury, nie jest ograniczona. Drugim sposobem wyeliminowania niepożądanego kandydata są tzw. peremptory challanges, czyli wyłączenie kandydata bez podania przyczyny. Każda ze stron może wyeliminować tą drogą ograniczoną liczbę przysięgłych. Ile, to zależy od stanu i rodzaju sprawy.
Znaczenie ławy przysięgłych jest w amerykańskim systemie prawnym nie do przecenienia. Paradoksalnie nie znaczy to wcale, że procesy przed ławą przysięgłych są najpowszechniejszą formą rozstrzygania sporów. W rzeczywistości w 90% spraw nie dochodzi do rozprawy głównej. Najczęściej proces kończy się porozumieniem pomiędzy stronami czy pomiędzy oskarżonym a prokuratorem. Rozprawa może też odbywać się przed samym sędzią, jeżeli oskarżony zrezygnuje z prawa do procesu przed ławą przysięgłych.

Alternatywny Paszport USA

Od ponad pół roku obywatele USA mogą składać podanie o Passport Card, który jest alternatywną wersją zwykłego książeczkowego paszportu. Nowy paszport jest wielkości karty kredytowej/prawa jazdy. Jest to wygodne i mieści się w portfelu. Na PassportCard można przekraczać TYLKO granice lądowe i morskie USA z terytorium Kanady, Meksyku, Karaibów i Bermudów. NIE można z nim przekroczyć granicy w portach lotniczych. Na pewno jest to wygodne dla osób często odwiedzających kraje graniczące z USA lub dla mieszkańców miejscowości przygranicznych. Inną opcją dla mieszkańców stanów, które mają granicę z Meksykiem lub Kanadą jest tak zwane Rozszerzone Prawo Jazdy, które działa na podobnych zasadach jak PassportCard.
Teraz ciekawostka, nowy plastikowy Paszport ma wbudowany nadajnik RFID - system kontroli poprzez fale radiowe, w oparciu o zdalny odczyt i zapis danych. Niekiedy technologia RFID nazywana jest radiowym kodem kreskowym. Identyfikatory RFID wzbudzają kontrowersje związane z bezpieczeństwem i prywatnością. Technika zdalnego odczytywania danych identyfikacyjnych może prowadzić do niepożądanych efektów, takich jak łatwość dostępu do poufnych danych zapisanych na kartach RFID czy śledzenie obecności dysponenta takiej karty. Rząd zapewnia, że nie ma na karcie zapisanych żadnych danych osobowych a do tego dołączana jest specjalna okładka uniemożliwiająca odczyt niepowołanym osobą. Dzięki technologiiRFID , Celnicy i Ochrona Granic będzie mogła uzyskać dostęp do fotografii i innych danych biograficznych przechowywanych w rządowej bazie danych zanim podróżny dotrze do urzędnika. Czyli "miły" (niemożliwe) celnik zawoła do mnie po imieniu "Cześć Marcin" zanim pojawię się przy okienku :)
Kilka dni temu pewien haker w San Francisco udokumentował na wideo możliwość sczytania numerów Passort Card i śledzenia delikwentów, którzy mieli przy sobie owe plastiki. Danych nie wykradł ale pokazał jak Rząd USA może bawić się w Big Brothera i śledzić nasz każdy ruch, pod warunkiem, że karta będzie w naszym portfelu :).
A mnie to generalnie nie interesuje, niech mnie śledzi - nic złego nie zrobiłem to nie mam się czego obawiać. Plastik jest wygodny podczas wypraw i odporny na wodę.

niedziela, lutego 01, 2009

Super Bowl XLIII

Super Bowl to finałowa rozgrywka o mistrzostwo amerykańskiej zawodowej ligi National Football League. NFL dzieli się na dwie konferencje: American Football Conference (AFC) i National Football Conference (NFC). Super Bowl ma na celu wyłonienie mistrza mistrzów. Jest to równocześnie największe medialne wydarzenie roku. Dzisiaj w Tampa Bay o miano najlepszej drużyny walczły - Arizona Cardinals i Pittsburgh Steelers. Tegoroczne Super Bowl jest organizowane już po raz 43. Pierwszy mecz o ten prestiżowy puchar rozegrano 15 stycznia 1967 roku, a pierwszymi zwycięzcami była drużyna Greenbay Packers. W późniejszych latach dominowali San Francisco 49ers i Dallas Cowboys. Ostatnio najwięcej Super Bowl zdobyli New England Patriots. Tegoroczny mecz pokazała stacja NBC, która relacjonuje te spotkania już od 1997. Za wielkim wydarzeniem stoją wielkie pieniądze. 30 sekundowa reklama podczas przerwy w meczu, kosztuje 3 miliony dolarów. Znane firmy wykupienie takiej reklamy uważają nawet za swój obowiązek. Co może wydawać się dziwne w czasach wszechobecnego kryzysu ekonomicznego, problemów ze znalezieniem reklamodawców nie było żadnych. Średnio Super Bowl ogląda w samych Stanach Zjednoczonych 90 milionów ludzi.
Amerykański hymn zaśpiewała przed meczem 27-letnia czarnoskóra artystka Jennifer Kate Hudson. W przerwie meczu wystąpił Bruce Springsteen promujący swoją nową płytę "Boss" a kapitan Chesley "Sully" Sullenberger i załoga samolotu linii US Airways, która wodowała na rzece Hudson, dostała owacje na stojąco.

... a zwycięzcami została po raz szósty w historii rozgrywek drużyna
Pittsburgh Steelers

piątek, stycznia 30, 2009

Magic places: Coolbrith Park

Jeśli dasz radę dotrzeć w to miejsce, to możesz je mieć tylko dla siebie, albo poczuć że możesz :). Wspaniałe miejsce aby odpocząć po wspinaczce ulicą Taylor lub wdrapywaniu się po schodach od ulicy Vallejo. Parku kryje w sobie tarasy, które leżą na stromym wzgórzu i z żadnego z nich nie sposób zobaczyć, kto znajduję się na następnym. Miejscowi kochają ten park, gdyż czuje się jak w ukrytym przed turystami ogrodzie ze spektakularnym widokiem na zatokę i Downtown. Park nazwano na cześć Iny Coolbrith, poetki żyjącej w latach 1842-1928. Bibliotekarki i siostrzenicy Proroka Mormonów - Josepha Smitha. Ina wprowadziła w świat książek Jacka Londona i Georga Sterlinga, późniejszych twórców literatury amerykańskiej. W 1915 roku została pierwszą laureatką w dziedzinie poezji w Kaliforni nadawaną przez Uniwersytet Kalifornijski.
Coolbrith Park

Zielone papugi

Okolice Telegragh Hill i Coit Tower do niedawna w cicha dzielnica stała się hałaśliwa a wszystko za sprawą małych zielonych papug. Dzikie stada krążą nad domami i wydzierają się wniebogłosy. Dodają kolorytu okolicy i są swoistą atrakcją. Jeszcze rok temu można je było spotkać w Coolbrith Park na Russian Hill, gdzie wdzięcznie pozowały do zdjęć. Potem wszystko przycichło i myślę, że dużo zasługi w tym siedzącym cicho na gałęziach sokołom :).
Jak na razie najwięcej zielonych ptaszków z czerwoną główką można spotkać na drzewach przy Coit Tower.


Paliwo w San Francisco - styczeń

Styczeń 2009

cena za 1 galon (3.7 litra)

środa, stycznia 28, 2009

Rower na godziny w SF.

Władze miasta San Francisco postanowiły (w końcu) wprowadzić pilotażowo publiczny system wynajmu rowerów wzorowany na słynnym Paryskim -Vélib’.
Program ten obejmie 50 rowerów umieszczonych na pięciu stacjach. Na każdej stacji będzie znajdowało się od 9 do 12 rowerów i dana stacja będzie musiała zapewnić około 50 procent więcej rowerowych miejsc parkingowych w celu prawidłowego funkcjonowania systemu zwrotu rowerów. Pilotażowo pierwsze stacje znajdować się będą w FinancialDistrict, Mission Bay, the Presidio, Civic Center and the City College campus.
Chętni do używania rowerów będą musieli zarejestrować się przez internet na stronie San Francisco Municipal Transport Agency (SFMTA), która to agencja zarządza programem "City's Bicycle". Rejestracja wymagać będzie karty kredytowej z której potrącona zostanie opłata roczna i opłaty godzinowe oraz w celu zabezpieczenia na wypadek utraty roweru. Mam nadzieje, że stacje będą dobrze zabezpieczone, ParyskiVélib’ miał swoje wzloty i upadki, tysiące rowerów ginie lub jest niszczone przez wandali... zobaczymy jak będzie to wyglądać w SF (w końcu Paryż już dawno stracił swoją tożsamość i równie dobrze mógłby być stolicą Afryki :). Patrzę na nazwy stacji i zastanawiam się czy pomysł z umiejscowieniem jednej na Civic Center jest dobrym pomysłem? Możliwe, że już niedługo trzeba będzie wybudować na Tenderloin dodatkowe ścieżki rowerowe :):):)

Telewizja Cyfrowa coming [NOT so] soon...

Amerykański Senat zgodził się opóźnić o 4 miesiące planowane przejście z telewizji analogowej na cyfrową. Zamiast 17 lutego USA przejdą na telewizję cyfrową 12 czerwca. Zwolennikiem późniejszego przejścia na sygnał cyfrowy był sam Barack Obama. Według Senatu Stany Zjednoczone nie są jeszcze gotowe na taką zmianę. Cztery miesiące powinny pomóc. Obywatele USA potrzebujący pomocy finansowej przy przejściu z sygnału analogowego na cyfrowy otrzymali od państwa bony warte 40 dolarów - można je zamienić w odpowiednich punktach na dekodery. Decyzja zapadła ale jest to chyba zły czas na nową telewizję, duża liczba ludzi nie jest finansowo przygotowana na takie wydatki.

UPDATE: Nie przeszło w House of Representatives i nie będzie opóźnienia!
Wracamy do daty 17 Luty 2009...

Telewizja Cyfrowa w USA

Moje Lapidarium: Podróż przez Meksyk.

Pamięć bywa ulotna, wspomnienia zanikają, zdjęcia w albumach blakną a te na cyfrowych nośnikach dobrze chronione może pożyją trochę dłużej.
Podróże, które są moją wielką pasją zacząłem jeszcze w epoce, kiedy media cyfrowe dopiero raczkowały i jedyną formą zapamiętywania chwil była karta papieru. Nie jestem w stanie spamiętać ile straciłem zdjęć a ile mogłem zrobić... Do niedawna ta forma przedstawiania świata jaki widziałem została wsparta przez wspaniały wynalazek jakim jest Blog. Pozwala na spisanie wypraw, które odbyłem, podzielenie się refleksjami i udzieleniu rad.
Przemyślenia, które przelatują mi przez głowę nasunęły mi pomysł spisania podróży, które odbyłem w przeszłości.
Warto zostawić jakiś ślad po sobie i dla siebie a przy obecnym stylu życia obawiam się, że dość szybko mogę doczekać się wizyty gościa z Niemiec - Pana Alzheimera :).
Pozwoliłem sobie na rozpoczęcie całej serii wspomnień nawiązujących tytułem do serii książek naszego rodaka Ryszarda Kapuścińskiego... Lapidarium.



Alkohol w Ontario

Detaliczna sprzedaż piwa i innych alkoholi jest zmonopolizowana w Ontario - odbywa się pod szyldem LCBO (Liquor Control Board of Ontario). "Liquor Store" LCBO obok win i mocnych alkoholi oferuje piwo importowane. Firma ta jest tylko dystrybutorem. Dostępność jakiegoś gatunku uzależniona jest od importera i od lokalnego zapotrzebowania. W Toronto i okolicach, a w szczególności w Mississauga , gdzie mieszka bardzo wielu Polaków, polskie piwa są łatwo dostępne i to w dość szerokim wyborze. W przeciętnym sklepie piwnym w moim mieście więcej jest gatunków piw polskich niż czeskich lub niemieckich. Generalnie dostępne są min: Żywiec, Leżajsk, EB, Warka, Okocim.

Innym miejscem gdzie można kupić TYLKO PIWO (głównie produkowane w Kanadzie i USA) jest sieć sklepów "Beer Store" - przypomina małe hurtownie i raczej nie jest to rodzaj sklepu gdzie można wpaść po jedną butelkę piwa.
Kanadyjczycy preferują browary Molson Canadien i Lobbatts Blue. Browary te także wytwarzają szereg europejskich piw na licencji np. Stella Artois, Old Vienna, Carlsberg czy Tuborg.
Mieszkańcy Quebecu mogą kupować alkohol w każdym sklepie lub stacji benzynowej :)
Alkohol jest w Kanadzie bardzo drogi i niech nikogo nie dziwią wypady weekendowe do USA w celach zakupowych.
Jack Daniel's Whisky --> 0.75 L --> około 30 dolarów kanadyjskich w Ontario
Jack Daniel's Whisky --> 1.75 L --> około 29 dolarów amerykańskich w New York.

a kolejki też bywają - jak za PRL-u :)

wtorek, stycznia 27, 2009

Québécois

Kanada to oficjalnie kraj dwujęzyczny angielski i francuski, ale realia są takie, że po angielsku nie mówi się w Quebecu. Napisy dwujęzyczne można spotkać w prowincjach anglojęzycznych - jak widać wszystko działa tylko w jedną stronę.
Język francuski przypłynął do ameryki północnej w XVI wieku wraz z pierwszymi osadnikami z Francji. W owym czasie język francuski na nowych terytoriach Francji niczym się nie różnił od tego z Europy, ale na przestrzeni wieków język zaczął ewoluować. Warto nadmienić fakt, że do dzisiejszej Kanady przybywało niewielu Francuzów, przez co język w kolonii nie był "odświeżany". Zmiany powstawały stopniowo i ich głównym powodem był drugi język ojczysty - angielski, którym posługiwała się większość społeczeństwa. Dlatego władze Quebecu postanowiły kontrolować rozwój swojego języka. Powołano organizację "Office québécois de la langue française", która czuwa nad rozwojem języka francuskiego.
Przykładowo: w odróżnieniu od francuskiego europejskiego, kanadyjski zwraca uwagę na wyznaczniki żeńskie w zawodach: la docteure, la professeure. Kolejne różnice można zauważyć w np. w terminologii informatycznej courriel zamiast e-mail, pourriel zamiast spam mail.
Mieszkaniec Paryża zapyta na ulicy o godzinę w ten sposób: Quelle heure est-il? a mieszkaniec Quebecu: Y'est quelle heure?
Ale przyznam, że milo zacząć dzień od Bonjour :)



Dwie ulice...

Co wspólnego mają ze sobą miasta - San Francisco w Kalifornii i Mississauga w Ontario ?

Symbol Kanady

Przeciętny Kanadyjczyk nie wyobraża sobie rozpoczęcia dnia pracy bez kubka kawy. W takiej chwili z pomocą przychodzi symbol Kanady w przemyśle szybkiego żywienia. - Tim Hortons Inc. – kanadyjska sieć barów szybkiej obsługi, wyspecjalizowanych w kawie, czekoladzie, ciastkach i kanapkach. Nazwa pochodzi od nazwiska założyciela, hokeisty Tima Hortona, który w swoich najbardziej optymistycznych przewidywaniach nie zakładał, że mała restauracyjka, którą otworzył 17 maja 1964 w Hamilton (Ottawa Street), rozrośnie się w Kanadzie do potęgi prawie dwukrotnie większej niż sieć McDonald's.

Tim Horton rozpoczął hokejową karierę w wieku 17 lat. Po kilku latach był już cenionym obrońcą NHL. Ceniono go za skuteczność, a przy tym za to, że jak na tak walecznego obrońcę, spędzał wyjątkowo mało czasu na ławce kar. Był lubiany przez działaczy i publiczność. W 1964 roku Tim postanowił ulokować zarobione w sporcie pieniądze. Jako chłopak z prowincji znał się trochę na wszystkim, ale najbardziej na kuchni. Dlatego w pierwszym menu kawiarni, którą otworzył pojawiły się jego własne przepisy. Ponieważ Kanada przoduje w świecie w ilości tanich cukierni (donuts) oraz w spożyciu pączków na głowę mieszkańca to pomysł na biznes nasuwał się sam.
Czynny sportowiec nie miał czasu na siedzenie przy garach, więc Tim zatrudnił do pomocy byłego policjanta, Rona Joyce'a, który często zachodził na kawę i pogawędkę podczas rutynowych patroli. Była to chyba najbardziej znacząca w skutkach decyzja, ponieważ wspólnik okazał się człowiekiem obdarzonym niezwykłym instynktem inwestycyjnym, który wierzył w skuteczność systemu franczyz.
21 lutego 1974 roku Tim Horton rozbija się sportowym samochodem na trasie z Buffalo do Toronto. Nieprzypięty pasami wylatuje przez szybę i ginie na miejscu. Dopiero w 2005 opublikowano raport z sekcji zwłok, która wykazała, że w chwili śmierci Hortona, poziom alkoholu we krwi przekraczał podwójnie dopuszczalny poziom. Po śmierci wspólnika, Joyce spłacił jego rodzinę i został wyłącznym właścicielem sieci Tim Hortons, rozwijającej się prężnie i agresywnie, zarówno jeśli chodzi asortyment wyrobów, jak i ekspansję terytorialną. W 1991 pod szyldem Tim Hortons działało już 500 barów, z końcem 2006 - 3000. ekspansja na rynku wewnętrznym doprowadziła nieomal do eliminacji w Kanadzie ciastkarni niezależnych, nie związanych siecią. Trzydziestu paru lat potrzeba było, aby mała restauracyjka w Hamilton ewoluowała w wielomiliardowy system franczyzowy. Dziś roczne obroty firmy zatrudniającej w sumie 100 tysięcy pracowników sięgają nieomal dwóch miliardów dolarów. Los bywa czasem przewrotny: syn Rona Joyce'a ożenił się z córką Tima Hortona. W ten sposób rodzina założyciela powróciła do swego biznesu, którego siedziba główna mieści się w Oakville (Ontario).

Tankowanie na mrozie

Ciekawostka z Kanady. W prowincji Ontario prawnie zakazane jest używanie blokadki na spustu od "pistoletu" do nalewania benzyny. Przepis ten wprowadzono po powtarzających się wypadkach z samozapłonem i wyciekami paliwa. O ile latem nikomu to nie przeszkadza to w czasie zimy biedni posiadacze samochodów zmuszeni są do stankowania na mrozie. Ale jak to w życiu bywa można to obejść min przy pomocy korka, który wkładamy pod spust. Mieszkańcy Quebecu nie mają tego problemu...
(wpis dotyczy tylko tych dwóch prowincji i jeśli ktoś wie gdzie istnieją podobne restrykcję to proszę o komentarz)

piątek, stycznia 23, 2009

Montreal - Part II

Opuszczamy Vieux Montreal i kierujemy się do sąsiadującej ze starówką międzynarodowej dzielnicy Quartier International. Krajobraz zmienia się, stare kamienice powoli zastępują wysokie budynki ze stali szkła. Jesteśmy w centrum biznesowym Montrealu. Chodzimy już trochę i wypadałoby coś zjeść i napić się czegoś ciepłego. Koło nas wyrasta gigantyczna budowla Centre de Commerce Mondial, nie wygląda zbyt nowocześnie, a raczej monumentalnie.
Kierujemy się na północ i po chwili zauważam wejście do tego ogromnego kompleksu. Nad drzwiami wisi logo RESO z mała strzałeczką. Jest to wejście do ... podziemnego miasta. Skądś już to znamy hmm... z Toronto :). Wygląda na to, że Montreal zafundował sobie coś podobnego. Cały system przejść podziemnych łączy większość budynków w obrębie centrum, można przemieszczać się podziemiami bez potrzeby wychodzenia na powierzchnię. Pasaże połączone są też ze stacjami metra - co powoduje, że nie trzeba przejmować się pogodą na zewnątrz. Budynek do którego weszliśmy to World Trade Center czyli Światowe Centrum Handlu - w podziemiach trafiliśmy na szereg butików i ogromną sale z restauracjami. Na froncie witał nas kawał muru Berlińskiego i rzędy dziwacznie poprzebieranych sztucznych Świętych Mikołajów. Nad nami strzeliste łuki ze szkła osłaniały ogromną fontannę z posągiem żony Posejdona, czuło się tutaj przepych i dostojność.
Wychodząc z drugiej strony znaleźliśmy się na Square Victoria z secesyjnie okratowanym wejściem do metra. Skwer otaczają stare neorenesansowe budynki. W ulotce jaką znalazłem widziałem ciekawą kolorową fasadę i koniecznie chciałem się tam dostać, musieliśmy obejść centrum handlowe, ale tym razem na zewnątrz. Po chwili byliśmy na Place Riopelle, gdzie mieści się Montreal Convention Center, która przyciąga turystów swoim oryginalnym wyglądem. Przednia fasada pokryta jest prostokątami w różnych pastelowych kolorach, przy odpowiednim padaniu promieni słonecznych cały pobliski park mieni się tęczowo. Może nie bardzo pasuje to do okolicy, ale przecież zawsze jakiś rozświetlający element przyda się dla urozmaicenia szarości dnia :).
Z daleka wypatrzyliśmy wrota do chińskiej dzielnicy - Quartier Chinos, miejsce nie przypomina znanych nam chinatown i w swoim wzornictwie jest bardzo konserwatywne. Duże rozczarowanie dla osób spodziewających się uliczek Szanghaju :). Następny cel to downtown - śródmieście Montrealu. W oddali widać już wysokie drapacze chmur, to miejsce wygląda już "po amerykańsku". Przecinamy szeroką i bardzo stromą ulicę Univerity i już po chwili jesteśmy w samym środku "studni" otoczeni przez wieżowce. Perłą w panoramie miasta jest niewątpliwie Atrium Le 1000 - 205 metrowy budynek z czynnym cały rok ogromnym lodowiskiem wewnątrz. Wychodząc z atrium, wschodzimy na szeroki podest, który prowadzi ruchliwymi ulicami i ciągnie się do Palce du Canada. Z tarasu rewelacyjnie widać całe śródmieście. - z całego szeregu wieżowców szczególnie wyróżnia się Sun Life Building, niegdyś największy budynek w całym Imperium Brytyjskim, wybudowany w 1918 roku reprezentować miał siłę anglo-saxońskiej władzy.
Na ogromnym Square Dorchester i Place du Canada znajdziemy trochę przestrzeni i drzew. Teraz wszystko pokryte śniegiem, ale już za kilka miesięcy będzie tu z powrotem zieleń... Parki zdobią pomniki upamiętniające wygrane wojny i sławne postacie - głównie brytyjskie :). Ale główną atrakcją tego miejsca jest przykuwająca wzrok wielka Bazylika Najświętszej Marii Panny Królowej Świata - i jeśli ktoś był w Watykanie - nie oprze się wrażeniu, że już gdzieś widział taki budynek :). Tak - jest to prawie replika Bazyliki Św. Piotra, gdzie zamiast posągów apostołów - mamy posągi patronów parafii. Wnętrza wyglądają też imponująco, ale daleko im do Watykańskiego oryginału.
Po przeciwległej stronie Placu znajduje się malutki wiktoriański kościół St. George Anglican Church zbudowany w 1870 roku. Obok mamy urokliwą XIX wieczną stację Windsor, idealnie komponującą się z otoczeniem. Niedaleko od tego miejsca stoi potężny gmach Centre Bell - siedziba drużyny hokejowej Montreal Canadiens, tutaj też odbywają się duże imprezy i koncerty. W tym miejscu - wysokie budynki powoli zanikają i teren stopniowo łagodnieje, chcemy zrobić mały łuk i wrócić do śródmieścia słynną handlową ulicą Ste-Catherine pełną sklepów i restauracji. Tutaj robi się tłoczno i postanawiamy wstąpić po centrum handlowego. Kilka pięter i podziemny system miejski RESO - robią z tego miejsca gigantyczne mrowisko, trudno się swobodnie przemieszczać, całe jedno piętro to „gwarna stołówka" – (Food Court), gdzie mieszają się wszystkie zapachy, języki... po prostu hałas. Odnieśliśmy wrażenie, że tłumy głodnych Montrealczyków oblężyło to miejsce... trzeba uciekać :). Na zewnątrz jest przyjemniej, trudno - posilimy się - w innym miejscu - nie umiem sobie wyobrazić jedzenia w takich warunkach.
Po chwili zatrzymujemy się przy budynkach Laurential Bank Tower, przed wejściem fotografujemy się z rzeźbą przedstawiającą kłębiący się tłum ludzi (niektórzy skaczą sobie do gardeł) - czyli tak jak w normalnym życiu :). Figury wydają się być zrobione z alabastru, a odbijające się promienie południowego słońca rozjaśniają je jeszcze bardziej. Wychodzimy na McGill College Avenue, która wygląda czarująco pomimo wielkich witryn sklepowych, świetnie nadawałaby się na deptak. W tle świetnie widać górujące nad miastem wzgórze Mont Royal. Spacerujemy między wieżowcami podziwiając architekturę i w końcu wracamy na ulicę Św. Katarzyny, która wiedzie nas do następnego kościoła Christ Church Cathedral wybudowanego w XIX wieku i wciśniętego pomiędzy wielkie budynki, które niestety całkiem dobrze go zasłaniają :).
Kilka metrów dalej znajduje się Square Phillips, jedno z najstarszych miejsc w Montrealu, w tym miejscu swoje budynki miały pierwsze sklepy w mieście min Hudson Bay Company. Gwar powoli ucicha, a to oznacza że oddalamy się od śródmieścia, zerkam na mapę i okazuje się, że jesteśmy w Quartier des Spectacles, dzielnicy sztuki. Z całego kompleksu budynków wyróżnia się okrągłe Muzeum Sztuki Współczesnej całkowicie poświęcone sztuce nowoczesnej. Wielkością nie imponuje, a architekt projektujący to miejsce chyba też do wybitnych nie należał :). Idąc dalej na wschód docieramy do Quartier Latin utrzymane w lekko hipisowskim klimacie - dziwne domy, murale na ogromnych ścianach i sporo dziwnych sklepików.
Skręcamy na południe w okolicach wielkiej Biblioteki Narodowej i Kompleksu Budynków Montrealskiego Uniwersytetu UQAM, które to miejsca nie są specjalnie atrakcyjne wizualnie. Zrobiliśmy dużą pętle i docieramy na Starówkę od drugiej strony, przy Rue Berri na wprost Square Vigor mijamy ładny zameczek, przypominający wyglądem fragment Zamku Fronternac w Quebec City, przyjemne dla oka miejsce. Mamy jeszcze czas do zachodu słońca i możemy spokojnie pospacerować po brukowanych uliczkach starego miasta, jest przyjemna atmosfera, ludzie uśmiechnięci i brakuje tylko gwarnych kafejek na uliczkach, ale na to trzeba poczekać do wiosny. Idąc Rue Saint-Paul wychodzimy na Place d'Youville ze szpiczastym obeliskiem fundatorów miasta. Na środku placu stoi ładny stylowy budynek, podobno przerobiony z remizy strażackiej, a teraz to Muzeum Historii Montrealu. Idąc w stronę portu odwiedzamy Muzeum Archeologii i Historii - budynek mieści się na rogu ulic, co czyni go podobnym do żelazka, trochę dziwaczny z wieżą przeciętą na pół i nowoczesną architekturą - nawet całkiem fajnie zlewa się ze starymi kamieniczkami.
Wracamy trochę zmęczeni przez port i sztuczne lodowisko zrobione na zamkniętym fragmencie przystani. Parking za cały dzień wyniósł nas tylko 8 dolarów, z czego byłem wielce rad. Ruszamy dalej w stronę Parku Olimpijskiego, jest to dość blisko, ale nie na tyle żeby przejść ten odcinek na piechotę. Charakterystyczna Stade Olympique, czyli wielki stadion z podnoszoną kopułą (która z powodów technicznych nie jest podnoszona od lat) -widać daleka, ale sporym problemem jest znalezienie miejsca parkingowego. Wjazd do środka płatny - srogo - parking tutaj nie ma sensu. W końcu udaje się zatrzymać w okolicach parku i tylko przejść przez ulice. Atrakcją jest tutaj wjazd na pochyloną wieżę, z której mamy świetną panoramę miasta. U podnóża mieści się Montreal Biodome z muzeum przyrodniczym, które ma sale z czterema ekosystemami. Słońce gaśnie za horyzontem, miasto przygotowuje się do nocy. Latarnie rozświetlają uliczki, a reflektory kierują swoje promienie na fasady kościołów i zamków. Jest pięknie i nie ma znaczenia, że jest zima - w Montrealu zawsze jest ładnie...

Montreal - Part I

Smutno opuszczać przepiękny Quebec City, pozostaje ogromny niedosyt... Pierwsza myśl jak przyszła do głowy, kiedy wieże Zamku Fronternac powoli znikały za nami, to myśl o powrocie w to miejsce okresie letnim na kilka dni, zaczęły się rozważania i plany... Warto już teraz nawiązać kontakty z mieszkańcami Quebec. Ciekawą opcją jest bardzo popularny w Ameryce CouchSurfing i polega na udostępnianiu (wymianie) miejsc noclegowych we własnych domach przez uczestników tej społeczności - ja przyjmę Ciebie pod swój dach, a Ty lub ktoś inny odwdzięczy się tym samym. I na to bardzo liczę, bo koszty noclegu – zwłaszcza, te w tutejszych hotelach - nie są małe:(.
Następny cel na naszej trasie to Montreal, wielokulturowe miasto z przepięknymi starówkami pamiętającymi XVII - XIX wiek. To nie będzie moja pierwsza wizyta i wiem, że to miasto jest u mnie na 3 miejscu lokacji, gdzie bym chciał żyć-mieszkać. Jedynie 4 pory roku zniechęcają mocno, ale... kto wie może wszystko się zmieni. W drodze powrotnej postanowiłem przejechać autostradą numer 20 - od południowej strony rzeki Św. Wawrzyńca. Do pokonania było 250 kilometrów - co powinno było zając niecałe 3 godziny. Jazda wieczorem ma swoje plusy, droga była w miarę pusta i można było utrzymywać dobrą prędkość. Plan zakładał nocleg gdzieś pod Montrealem, człowiek nie bardzo ma ochotę na szukanie hoteli po mieście po całym dniu zwiedzania i jazdy. A poza tym był mróz! Poszedłem na łatwiznę i na kilka kilometrów przez miastem znalazłem całkiem przystępny motelik z parkingiem. Jak to bywa w takich miejscach w recepcji znalazłem dużo broszurek i darmowych mapek miasta - najbardziej cieszą mnie takie z trójwymiarowymi modelami budynków, łatwo odnaleźć i zlokalizować obiekt. Przez noc napadało trochę śniegu i pojawiły się chmurki co mnie mocno zmartwiło. Zaopatrzony w szczotkę z wypożyczalni odgarnąłem "białe" z samochodu i poczekałem aż szyby się odmrożą. Jeszcze tylko śniadanie w pobliskiej kawiarni i o poranku wjechaliśmy w granicę Montrealu.
Miasto położone jest na ... wyspie, ale nie takiej jak człowiekowi od razu przychodzi do głowy. Wyspa jest na rzece i przypomina bardzo inną wyspę - Manhattan. Ale przyznam, że gdybym nie czytał o tym i nie patrzył na mapkę, nigdy bym na to nie wpadł. Faktycznie tylko od strony południowo-wschodniej Św. Wawrzyniec jest na tyle szeroki, że trzeba było zbudować solidne mosty. I właśnie przez jeden taki stalowy most Pont Jacques-Cartier wjechaliśmy do Starego Montrealu. Pozostało teraz trudne zadanie znalezienia parkingu. Przy zjeździe z mostu zauważyłem znaki kierujące do miejsc parkingowych - zielone P ze strzałeczką. Po chwili dotarłem do nabrzeża przy dużej ulicy Rue de la Commune, gdzie znajdowały się przystanie i jedna z nich z ogromnym hangarem okazała się przerobioną na parking. W środku było całkiem dużo miejsca i co ważne samochody stały pod dachem. Byliśmy w Vieux-Port czyli Starym Porcie, pozostawionym ponad 30 lat temu przez stocznię a obecnie zagospodarowanym pod kątem publicznym. "Nasz" hangar sąsiadował z Tour de l'Horloge - ponad 50 metrową wieżą zegarową zbudowaną w latach 20 tych XX wieku, zbudowanej ku pamięci poległych w I wojnie światowej marynarzy. Spacer po promenadzie wzdłuż przystani dał nam całkiem ciekawy widok na rzekę pełną kry i na dwie pobliskie wysepki Ile Ste-Helene i Ile Notre-Dame, które wchodzą w skład ogromnego Parku Jean-Drapeau. Pierwsze co rzuca się w oczy, to ogromna kopuła wystająca ponad drzewa w parku. Jest to Muzeum La Biosphere, gdzie mieści się interaktywne muzeum poświęcone środowisku naturalnemu. Obok mieści się Fort de Ile Sainte-Helene z Museum Stewarta, w którym można podziwiać kolekcje militariów i poznać historię konfliktów zbrojnych, jakie targały miastem przez wieki. Wyspę przecina most, którym niedawno przejechaliśmy i rozdziela ją na dwie części - gdzie znajduje się słynne wesołe miasteczko La Ronde. Druga wysepka to ... słynny tor wyścigów Formuły 1 i Kasyno. Latem są tu świetne warunki do uprawiania sportów na powietrzu, trasy rowerowe i rolkowe oraz dużo zieleni i... nawet małe plaże. Zimą miejsce dużo traci na atrakcyjności - niektóre przejścia i mostki są pozamykane, zresztą przy dużych zaspach trudno o przyjemność w spacerach – chyba, że wypożyczymy "rakiety śnieżne", ale to już dla tych co mają dobrą kondycję :).
Wróciliśmy na starówkę zostawiając za sobą pięknie ośnieżony port. Teraz pozostało przemyśleć trasę - było kilka opcji i wybrałem najbardziej popularną. Zaczęliśmy od Starego Miasta - Vieux Montreal. Przeszliśmy szeroką ulicę de la Commune i pierwszy ładny budynek na jaki wyszliśmy okazał się być przepiękną budowlą Marche Bonsecours. Kiedyś była to siedziba władz miejskich, a od ponad 15 lat jest to wielka 4 piętrowa hala targowo-restauracyjna. Marche Bonsecours jest bardzo charakterystyczny dla panoramy miasta, dobrze widoczny z portu i z wysp zawsze "załapie" się na jakieś zdjęcie panoramy miasta. Usytuowany jest na froncie Starego Miasta, równolegle do nabrzeża, a jego srebrna kopuła widoczna jest z daleka. Kilka kroków dalej skręciliśmy na Plac Jacques-Cartier, który jakoś specjalnie mi placu nie przypominał, a raczej szeroka aleję. Brukowana uliczka i stare budynki nadają miejscu przyjemną atmosferę, gdyby tylko nie szpeciły tego jakieś sceny koncertowe lub budki obklejone reklamami można by się poczuć jak w zamierzchłych czasach. Zimą wszystkie kawiarnie pochowały się we wnętrzach, teraz brakowało gwaru ulicy...
Na końcu placu stoi pomnik Admirała Nelsona, replika tego z Trafalgar Square w Londynie tylko trzy razy mniejszy - to chyba pomysł złośliwych Anglików, którzy chcieli podrażnić Francuzów :). Po wschodniej stronie znajduje się malutki Placyk De La Douversiere, dziwne że ma swoją nazwę, wygląda jak część Placu Cartiera. Zimą przykryty białym puchem z rzadkimi drzewami, z pięknym zegarem jest bardzo "pocztówkowy" zwłaszcza, kiedy w tle widać bogato zdobiony XIX wieczny Hotel de Ville, który pełni rolę ratusza. To właśnie tutaj w 1967 roku francuski prezydent de Gaulle podburzał Francuzów wykrzykując słynne słowa "Niech żyje wolny Quebec". Przy tymże samym mały placu de la Douversiere znajduje się jedna z najstarszych budowli w Ameryce Północnej - Zamek Ramezay. Malutki dwukondygnacyjny zameczek bogaty jest w historyczne eksponaty, które można podziwiać wewnątrz za drobną opłatą. Przebiega tędy Rue Notre-Dame, co bez patrzenia na mapkę pozwoliło nam zorientować się, że idziemy w dobrym kierunku w stronę katedry.
Mijamy cały kompleks Pałacu Sprawiedliwości, na który składa się kilka sąsiadujących ze sobą budynków, z których największe wrażenie robi Edifice Ernest Cormier ze swoimi kolumnadami i secesyjnymi lampami. Ulica prowadzi pomiędzy starymi wysokimi kamienicami - co nie pozwala przejść obojętnie. Montreal zaczyna czarować i cokolwiek zobaczę potem, myślę - że miasto jest bezdyskusyjnie jednym z najładniejszych na tym kontynencie. Jeszcze kilka kroków i lądujemy na Place d'Armes - co oznacza Plac Broni i trochę mnie zaskakuje, do tej pory wszystkie Place Broni jakie spotkałem były hiszpańskie teraz widzę pierwszy francuski. Po środku znajduje się wysoki pomnik założyciela Montrealu Paula Sieur Chomedey de Maisonnneuve, a na czterech jego bokach znajdziemy mniejsze posągi przedstawiające min Irokeza. Największą atrakcją tego placu jest replika Paryskiej Bazyliki Notre-Dame. Na szczęście skończyły się wszelkie remonty i można podziwiać kościół w pełni bez rusztowań. Wielkie masywne wrota prowadzą przez ... kasę biletową do środka bazyliki. Wnętrza powalają, trudno to opisać, ale są przepiękne, witraże, rzeźby, zdobienia, ołtarz i niesamowite organy mogą poruszyć nawet najbardziej nieczułego na piękno - człowieka :). Warto tu przyjść wieczorem na 35 minutowy pokaz świateł i dźwięku "And Then There Was Light". O równej godzinie zegar na wieży wybija melodię. Ciekawostką jest że do bazyliki przylega XVII wieczny kościółek Seminaire de St-Sulpice z najstarszym publicznym zegarem w Ameryce Północnej. Po kilku godzinach - jedno muszę przyznać, że takiej ilości kościołów w jednym mieście - to jeszcze nie widziałem. Pierwszy cel został osiągnięty, teraz pozostało wybrać kierunek następnej trasy. Ruszyliśmy dalej wiekowymi uliczkami Montrealu w stronę nowoczesności...

Montreal - Quebec

Quebec City

Najładniejsze miasto Ameryki Północnej.
Cel naszej wyprawy był już blisko i na noc planowaliśmy zatrzymać się w Montrealu. Trasa była wyjątkowo prosta i stwierdziłem, że jazda poza rejonem Toronto i Hamilton jest przyjemna. Główne autostrady łączą wszystkie wielkie miasta Kanady i nie ma możliwości zgubienia się lub co jest w tych czasach niesamowite można jechać bez GPS :). Nas Buick Allure okazał się bardzo ekonomiczny i to co najbardziej cenię w wozach z wypożyczalni to komputer pokazujący ile jeszcze zostało paliwa w baku. Dzięki temu można bezstresowo zaplanować zjazdy na stacje.
Cały odcinek pokonaliśmy w dwie godziny, Montreal przywitał nas dobrą pogodą, a to u mnie oznacza brak śnieżycy lub zasypanego miasta. Miasto można przejechać bezkolizyjnie prawie całe - sieć podziemnych tuneli z drogami jest imponująca, a z drugiej strony mało ciekawa dla spragnionych ładnych widoków. Nie wiedząc nawet kiedy znalazłem się na drugim końcu miasta - z czego byłem niezadowolony, trzeba było wrócić, ale już unikając tuneli. W oddali widać było podświetlone budynki centrum finansowego mogącego dorównać Toronto ze swoimi drapaczami chmur.
Mając na kartce wydrukowane adresy polecanych hotelików i hosteli wybrałem pierwszy, który szczęśliwie okazał się być położony ma "starym mieście" Old Montreal w zabytkowej kamienicy. Przyznam, że byłem już zmęczony, ale ceny za nocleg 70 dolarów i oddalony trochę od tego miejsca parking za 15 dolarów - wydały mi się mało atrakcyjne. Zorientowałem się, że w Montrealu podobnie jak u mnie w San Francisco wielkim problemem jest znalezienie miejsca parkingowego.
Siedząc tak chwilę w wozie na jednej ze starych uliczek podjąłem decyzję - znajomi którzy mnie znają wiedzą, że nie trzymam się ściśle planów tylko moderuje je co chwila w zależności od sytuacji... i w tym momencie postanowiłem ruszyć dalej do miasta Quebec! A dlaczego by nie, skoro jestem tak blisko to zamiast tracić godziny w nudnym hotelu można było znaleźć się w fajnym miejscu. Wiązało się to z przedłużeniem o jeden dzień wynajęcia samochodu a to zawsze jest dopuszczalne. Ruszyłem, bo do pokonania było ponad 260 kilometrów jadąc autostradą numer 40 po zachodniej stronie rzeki Św. Wawrzyńca. Warto tutaj wspomnieć nazewnictwo miast i znaków na drogach. Znajdowałem się już od jakiegoś czasu w prowincji Quebec, a to oznaczało, że mówimy tylko po francusku! O ile Ontario było dwujęzyczne to Quebec słynący ze swoich tradycji i silnych dążeń do suwerenności był wyłącznie francuski, po prostu „Druga Francja". Pamiętam, kilka lat temu jak wielkim problemem było dogadanie się gdziekolwiek po angielsku. Teraz liczyłem na większą tolerancję i mniej arogancji ze strony ludzi w Quebecu. Jadąc coraz wyżej na północ - na termometrze skala obniżała się stopniowo. Było koszmarnie zimno, ale przynajmniej nie wiał wiatr i nie padało z nieba. W okolicach miasta Trois-Rivieres, mniej więcej w połowie drogi - zdecydowałem się na poszukanie motelu. Niestety Kanada nie ma tak rozwiniętej infrastruktury turystycznej jak USA nawet w 1/3 ! Jest tragicznie i nie można liczyć na znalezienie zwykłego moteliku co kilka kilometrów. Myślałem, że w tej prowincji będzie inaczej, ale się przeliczyłem. Znalazłem w końcu coś, ale ceny były jak dla mnie za duże, źle robią nie oferując po nocy zmęczonym turystom noclegu za połowę ceny. Jest poza sezonem i przynajmniej by coś zarobili, a tak to tracą. Następny motel też nie miał ciekawych cen i zły kontynuowałem jazdę do samego miasta Quebec. Na przedmieściach wyszukałem w bazie danych najbliższy hotel jednej z tańszych sieci w USA Super 6, ale na miejscu zostałem zaszokowany ceną 130 dolarów za pokój! Ale na szczęście po drodze widziałem kilka lokalnych motelików, gdzie w końcu wylądowaliśmy za w miarę rozsądną - nie tanią - cenę 60 dol z parkingiem. Drogi były koszmarnie oblodzone i wyjeżdżając ze stromej ulicy samochód zsunął się na środek głównej drogi! Jezu ale się wystraszyłem, człowiek nie ma żadnej kontroli, ale na szczęście była noc i ruch był minimalny. Ciśnienie się trochę podniosło, musiałem przyzwyczaić się do jady po lodzie. W pokoiku było nieprawdopodobnie gorąco, aż do przesady - ale to dobrze, odtajaliśmy trochę.
Rano szczęście co do pogody nas nie opuszczało, podjechałem na stację zatankować i ucieszyłem się wielce z blokadki na spust do pistoletu od dystrybutora, można było zablokować i poczekać w samochodzie - to coś normalnego, ale ... nie w Ontario! Tam prawo zabrania posiadania blokadki i trzeba na zimie stać i trzymać spust! Zresztą w Quebecu prawo jest luźniejsze i choćby alkohol można kupić nawet na stacji benzynowej. Ontario posiada dwie sieci sprzedające alkohol w wyznaczonych miejscach :). Polubiłem od razu Quebec, mimo swoich wcześniejszych uprzedzeń do Francuzów teraz wszystko po woli ulegało zmianie. Poszliśmy na śniadanie i... miło zacząć dzień od Bonjour. Jak do tej pory nikt nie bronił się przed rozmową po angielsku, ludzie swobodnie się wysławiali. Francuski kanadyjski, powszechnie znany jako francuski z Quebecku nieco różni się od francuskiego pochodzącego z Europy. Różnice można zauważyć w wymowie, słownictwie i składni, gdzie widoczny jest duży wpływ języka angielskiego. Pozostało przestawić się i robić dobrą minę, na szczęście uczyłem się trochę francuskiego co trochę pomagało. Zabawne sytuacje zdarzały się, kiedy ktoś zadawał nam pytanie w tym ślicznym języku i po chwili orientując się, że nic nie rozumiemy płynnie przechodził na angielski. Zdążyły się chyba tylko dwa przypadki, kiedy min kelnerka w Dunkin Donuts - nic a nic nie rozumiała po angielsku, sytuacja była przezabawna i trudno mi było uwierzyć, że ona nie udaje. Proste słowo takie jak „sandwich" powinno być powszechnie znane, ale jednak tak nie jest. Oczywiście menu mają tylko po francusku i pozostawało pokazywanie palcami :), ale tego też nie mogła zrozumieć :(. W końcu na pomoc zjawiła dziewczyna władająca oprócz francuskiego - również językiem angielskim. Ale - to jak mówię wypadki sporadyczne.
Zwiedzanie Miasta Quebec nie wymaga samochodu i pozostało się go pozbyć. Pojechałem prosto do centralnego miejsca w mieście, przejechałem przez mury obronne otaczające stare miasto i skręciłem w stronę Cytadeli. Tutaj mieliśmy rozpocząć zwiedzanie, w miejscu które chyba drażni każdego mieszkańca Quebecu. Stacjonuje tutaj 22 Pułk Królewski z tradycjami monarchii brytyjskiej. W lecie odbywają się tutaj parady i zmiany warty, a żołnierze ubrani są w tradycyjne czerwone kurtki z wielkimi czarnymi czapami. Byłem raz świadkiem podobnej parady na promenadzie, ale w wykonaniu żołnierzy w historycznych francuskich mundurach. Wjechaliśmy do cytadeli wąskim przesmykiem pomiędzy murami, wewnątrz nie było żywej duszy, jeździłem po całym terenie i nikogo nie spotkałem. W jednej z wewnętrznych fortyfikacji był szlaban i przejazd był niemożliwy. Próbowaliśmy wchodzić na mury w wyznaczonych punktach, ale śniegu był po pas i nie dało się przejść. Cytadela wyglądała na wymarłą. W pewnej chwili jedna z wąskich uliczek schodziła stromo w dół i nie wiedząc, że na końcu jest tylko ściana pojechałem - co spowodowało zsunięcie się wozu. Byłem wściekły, maszyna kręciła kołami w miejscu na lodzie, a podjazd pod stromą górę wydawał się niemożliwy. Ale w końcu udało się wypchnąć na tyle, że złapał przyczepność i wyjechaliśmy z cytadeli. Przejechałem urokliwą starą uliczką St. Luiz, która doprowadziła mnie do promenady.
Tutaj zaparkowałem w garażu największego hotelu-zamku w mieście Chateau Frontenac. Byliśmy w samym sercu jednego z najładniejszych miast na świecie i chyba najładniejszego w Ameryce Północnej - to moje zdanie :). Nad nami górował przepiękny Zamek Fronternac, który jest wizytówką nie tylko miasta, ale całej prowincji. Kilka lat temu przy pierwszym pobycie miejsce to oczarowało mnie i teraz stwierdziłem, że pomimo zimy nic a nic nie stracił ze swojego uroku. Zamek jest potężny, ceglany kolor fasady kontrastuje z zaśniedziałymi dachami i wieżyczkami. Teraz mieści się w nim hotel i restauracje. Zdecydowanie najbardziej "kolorystyczny" obiekt w mieście, każdy aparat sam zaczyna robić zdjęcia :). Postanowiłem wrócić spacerkiem po wąskich schodach w stronę murów Cytadeli. Przy Avenue St. Denis znajduje się mały park, który styka się z jedną ścianą warowni. Stąd roztacza się przepiękny widok na okolicę i Chateau Fronternac na pierwszym planie. Widoki pocztówkowe, a do tego piękny biały śnieg i byłem w stanie zapomnieć o wszystkich plażach świata :). Miejsce jest niesamowite i kompletnie nie pasuje do tego kontynentu, odnosi się wrażenie, że jesteśmy gdzieś we Francji. Silny mróz przeszkadzał w robieniu zdjęć, bałem się poważnie o aparat. Z tego miejsca widać było umieszczoną na stoku cytadeli budkę na rusztowaniach z długim torem saneczkowym, który kończył się na promenadzie u podnóża zamku. Tor budowany jest w prosty sposób i rozstawiany w okresie zimowym.
Wróciliśmy na promenadę zwaną Terrasse Dufferin, gdzie można było za 2 dolary wypożyczyć sanki - stare drewniane, ciężkie i wdrapaliśmy się na szczyt. Zjazd był szybki, ale widok z góry mógł lekko wystraszyć. Na dole stała budka z gotującym się karmelem. Za dolara można było zwinąć wylany słodki, gęsty płyn na śniegową ladę stoiska... na patyk i tak powstawał lizak! Można było tego samego skosztować w rożku. Słodkie dawało siłę. Proste rzeczy, a były taką atrakcją. Tego mi brakuje w USA, tam wszystko jest plastikowe i kiczowate. Ludzie szukają takich atrakcji, powrotu do korzeni, do starych sprawdzonych rzeczy - uciekając od cywilizacji.
W tym momencie mój Canon 40D odmówił współpracy! Error i koniec, byłem jak bez ręki. Spora chwila minęła zanim ochłonąłem po stracie maszyny, pozostał mały back-up owy aparacik, który na szczęście robił dobre zdjęcia. Z promenady można było zejść do malutkiej stacyjki skąd pudełkowatą stromą windą dojeżdżało się na najsłynniejszą ulice Miasta Quebec - Rue Du Petit-Champlain. Wąziutka uliczka żywcem przeniesiona z XVII wieku, sklepiki, galerie i restauracje zachowały swój klimat i oparły się czasowi i komercji. Pokręciliśmy się po okolicznych zaułkach i uliczkach, na wielu budynkach widzieliśmy piękne murale - malowidła ścienne. Wróciliśmy przez Park Montmorency, z którego można zrobić bardzo dobre ujęcia Zamku Fronternac w całej swojej wielkości. Z murów parku przy wielkich armatach roztaczała się panorama na stare miasto i starą dzielnicę portową. Domki z góry wyglądają nieprawdopodobnie bajecznie jak zabawki. Pamiętam pobyt latem, kiedy okolica pełna była mieszkańców przebranych w stroje z dawnych epok - co dodawało czaru miastu, które i tak jest bajkowe. W tym miejscu można trzymać się szlaków opisanych w przewodnikach lub pobrać darmowe mapki z wyznaczonymi kolorami trasami. Ruszyliśmy po wysokich schodach Escalier Fronternac i po chwili znowu byliśmy przy zamku. Szczerze nie umiałem się powstrzymać od patrzenia na tego giganta, Fronternac hipnotyzował.
Przeszliśmy rundkę dookoła i wyszliśmy na Place d'Armes, gdzie wokoło wyrastają piękne kamieniczki wyglądające raczej jak dekoracje z jakiegoś filmu historycznego, niż jak domy mieszkalne a na ulicy mimo mrozu artyści wystawiają swoje obrazy. Snując się Cote de la Fabrique i trafiliśmy na drugi najstarszy kościół parafialny w Ameryce Północnej - Basilique-Cathedrale Notre-Dame. Kościół przypomina imiennika z Paryża. Zwiedzanie wnętrz jest odpłatne i warto poświęcić trochę czasu na podziwianie kościoła i krypt gdzie pochowano dużo znanych osobistości związanych z historią Quebecu. Obok mieszczą się budynki Uniwesytetu Lavala, które swoim wyglądem dorównują reszcie zabytków. Jak przyjemnie uczyć się w takich warunkach :).
Spacer uliczkami miasta bardzo odpręża, widoki jakie zaserwowało nam miasto nie będą szybko zapomniane - to uczta dla oka. Przy jednej z bram w murach miejskich zrobiono sztuczne lodowisko, zrobiono jest prostym sposobem - bez zbędnych kolorowych reklam i przyjemnie było na to patrzeć i posłuchać muzyki. Co jakiś czas mijała nas stara dorożka z turystami. Sople wiszące z dachów przy kolorowych okiennicach wyglądały ja na obrazach. Za murami starego miasta przy Grande-Alle znajdują się XVIII wieczne budynki parlamentu i siedziba rządu prowincji. Na wieży łopocze piękna flaga Quebecu, biały krzyż z liliami na niebieskim tle. Budynek trochę przypomina parlament z Ottawy, widać wtedy był jeden trend w budownictwie :). Stąd można łatwo przejść w stronę rzeki i mijając Cytadele dojść do drewnianej promenady des Gouverneurs, która wiedzie wzdłuż murów z widokiem na Św. Wawrzyńca. Miasto poza "starówką" jest całkiem przyjemne, na szczęście nie ma tu drapaczy chmur ze szkła i stali. Quebec City zachowało swój klimat i nie wygląda, żeby to miało się zmienić.
Z portu u podnóża Zamku odpływają co jakiś czas promy do miasta Levis, które leży dokładnie naprzeciwko Quebec. Skorzystałem z okazji i pojechaliśmy na drugą stronę. Widok świetny i miałem całą panoramę miasta jak na dłoni. Samo Levis też nie niczego sobie, kilka kościółków i miła zabudowa nienaruszona przez komercję. Wieczorem poczekaliśmy aż zajdzie słońce i podświetlą zamek Fronternac. Niestety musiałem zadowolić się widokami bez możliwości ich utrwalenia. Noc, biały puch, światła i lampy palące się na ulicach, co jakiś czas przemknie dorożka... Byłem w XVII wiecznej Francji :).
Quebec City - Quebec