Ciekawym pomysłem na jaki wpadła Policja w mojej dzielnicy jest ... blog, którego tematyką jest lokalne bezpieczeństwo. Dla wielu osób ważną sprawą jest przestępczość w okolicy i właśnie w ten sposób możemy dowiedzieć się o wszystkich wydarzeniach do których wzywana jest Policja w naszym sąsiedztwie.wtorek, lutego 24, 2009
Policyjny Blog
Ciekawym pomysłem na jaki wpadła Policja w mojej dzielnicy jest ... blog, którego tematyką jest lokalne bezpieczeństwo. Dla wielu osób ważną sprawą jest przestępczość w okolicy i właśnie w ten sposób możemy dowiedzieć się o wszystkich wydarzeniach do których wzywana jest Policja w naszym sąsiedztwie.Zeppelin nad San Francisco.


Gold Country
Przez chwilę osiadłem na laurach i z satysfakcją stwierdziłem, że Kalifornię mam już tak prze eksplorowaną, że nic mnie nie zaskoczy i wszystko już widziałem po kilka razy... Przyznaję się, że nic bardziej błędnego nie mogło mi przyjść do głowy. Co jakiś czas - spotkanych mieszkańców tego stanu wypytuję o atrakcje, co mogliby polecić wartego zobaczenia, zwykle wymieniają "przewodnikowe" miejsca, ale po chwili rozmowy, kiedy orientują się, że już trochę widziałem zaczynają wyciągać na światło dzienne różnego typu perełki. I właśnie w ten sposób dowiedziałem się o - kompletnie zignorowanych przeze mnie – okolicach, gdzie w okresie gorączki złota koncentrowało się życie. Mowa tu o Gold Country.
Długo czekać nie było trzeba, pogoda jak zwykle dopisała i w sobotni ranek ruszyliśmy na wschód. Drogą na Yosemite, a potem na północ dotarliśmy do pierwszego miasta na naszej liście - Jamestown. Kolega, który kierował swoim samochodem postanowił kompletnie nie zwracać uwagi na ograniczenia prędkości i na miejsce dotarliśmy w rekordowym tempie. Malutkie miasteczko - to tak naprawdę główna ulica, kilka domów rozsianych po okolicy i stacja kolejowa z muzeum. Zaparkowaliśmy przy największym hoteliku pamiętającym zapewne czasy strzelanin w saloonach i odwiedzin szczęśliwych poszukiwaczy złota pragnących przehulać znalezione grudki złota. Przez chwilę miałem wrażenie, że jestem gdzieś w Universal Studios, o dookoła mam scenografie do jakiego westernu. I właściwie nie pomyliłem się zbytnio, właśnie tutaj kręcono słynny film " W samo południe", a pociąg pochodzący z planu filmu można oglądać w pobliskim muzeum kolejnictwa. Zresztą Tuolumne County jest dość wdzięcznym miejsce i kręcono tutaj ponad 300 filmów, głównie westernów.
Zgłodnieliśmy troszkę i wypytaliśmy napotkaną mieszkankę miasteczka o warte odwiedzenia lokale gastronomiczne :). Wskazała meksykańską knajpkę w starym stylowym domku i tam się udaliśmy na pyszne burito, zresztą wyglądało na to, że jest to jedyna knajpka w mieście czynna tego dnia. Spacer troszkę nas rozczarował, spodziewałem się czegoś większego, a przejście główną ulicą zajęło niecałe 5 minut. W pamięci miałem Virginia City w Nevadzie, gdzie można spokojnie spędzić cały dzień. Tutaj wszystko było skromne i mniejsze. Oczywiście zabudowa ładna i jedynie zakazałbym nie ruchu kołowego. Zaparkowane wielkie amerykańskie wozy szpecą każdą fotkę :).
Spacerkiem obeszliśmy całą okolicę - taki mały hiking i zatrzymaliśmy się dopiero przy Railton 1897 State Historic Park, gdzie mieści się duże muzeum kolejnictwa. Miejsce wykorzystane było w filmie, do którego mam duży sentyment a mianowicie "Powrót do Przyszłości III". Wejście za opłatą co według mnie nie jest najlepszym pomysłem, oglądanie kilku lokomotyw i baraków nie powinno kosztować. W okresie wiosenno-jesiennym można przejechać się prawdziwym pociągiem napędzanym przez stary parowóz, jak za starych czasów. Miłe miasteczko do zatrzymania się po drodze, ale nie jako cel wyprawy.
Ruszamy dalej, jednak nie udaje się nam rozpędzić dobrze... a już jesteśmy w sercu Sonory na ulicy Washington. Miasto wydaje się być trochę wymarłe. Nie przypomina odwiedzonego wcześniej Jamestown. Sonora jest sporym miasteczkiem, z ładną wiktoriańską zabudową i pięknym czerwonym kościółkiem St. James Church na końcu ulicy. Po przeciwnej stronie od kościoła mieści się Street-Morgan Mansion z 1896 roku, które urodą przyćmiewa wszystkie budynki w okolicy. Główną ulicę upodobały sobie galerie i sklepy z antykami oraz muzea. Budynki rozsiane są po pobliskich wzgórzach co nadaje Sonorze klimatu, momentami przypomina mi to jazdę po San Francisco :). Zwiedzenie tego miejsca nie zajmuje dużo czasu, ale przyjemny klimacik zapada w pamięci.
Jedziemy dalej i za chwilkę jesteśmy na parkingu w mieście Columbia. Miasteczko jest teraz zamienione na Park Stanowy - skansen. Już z daleka widziałem, że to jest to miejsce jakie szukałem. Nareszcie coś w stylu Virginia City tylko z tą różnicą, że traktowane jest jako "wymarłe". Po obu stronach głównej ulicy znajdują się świetnie zachowane "westernowe" domki, sklepy, hotel i bank. Brakowało tylko gwaru ulicy, koni i strzelaniny pod saloonem :). W latach świetności była drugim co do wielkości miastem Kalifornii i gdyby nie dwa głosy podczas głosowania nad lokalizacją stolicy, dzisiaj Columbia byłaby centrum politycznym stanu. To zdecydowanie jedno z najładniejszych miasteczek w stylu dzikiego zachodu i bardzo "wdzięczna" lokalizacja do zrobienia świetnych zdjęć. Chodząc po zakamarkach Columbii doczekaliśmy się zachodu słońca i z ciekawością przyglądaliśmy się turystom, którzy usilnie starali się wypłukać jakieś grudki złota z czynnych jeszcze miejsc -pozostawionych przez poszukiwaczy złota.
![]() |
| Jamestown - Sonora - Columbia |
poniedziałek, lutego 23, 2009
Po prostu Mosin
Podczas wyprawy miałem okazję przetestować nową broń - karabin Mosin-Nagant M91/30 zakupiony po bardzo promocyjnej cenie 99 dolarów. Jest to bron oryginalna z magazynów rosyjskich. Rok produkcji 1942 i nie używana. W zestawie znajduję się bagnet, pas na naboje i sprzęt do konserwacji. Naboje trzeba było zamówić osobno. Idealnym miejsce na testy strzeleckie był nasz ulubiony Box Canyon niedaleko Salton Sea. Teren zamknięty a ściany kanionu są naturalnymi kulołapami.![]() |
| Mosin-Nagant M91/30 |
Arizona Deserts Expedition i Lake Havasu
Styczeń w tym roku mocno zaskoczył mieszkańców Kalifornii, temperatury były iście tropikalne i zero deszczu - co doprowadziło do wyschnięcia większości jezior. Luty był trochę pomieszany i pod koniec miesiąca dopiero doczekaliśmy się deszczów (to wersja oficjalna, a ja wcale się nie cieszę). Temperatury spadły w rejonie Bay Area poniżej 20 stopni, co oznaczało, że trzeba na długi weekend uciekać gdzieś na południe. I jak postanowiliśmy - tak zrobiliśmy.Ten wyjazd miał być powrotem do korzeni - wspólna wyprawa w składzie jak przez dwoma laty. Punktem zbornym był ulubiony ostatnio Box Canyon niedaleko Salton Sea. Przygotowanie kempingu trwało chwilkę i szybko zajęliśmy się testami nowego nabytku - karabinu rosyjskiego z II wojny światowej - mosin. Kawał żelastwa okazał się świetnym zakupem i bardzo celna broń pochłonęła sporo czasu :). W oczekiwaniu na resztę grupy rozpaliliśmy ognisko i rozstawiliśmy w kanionie małe lampki olejowe. Ekipa miała podane koordynaty do GPS, ale w nocy łatwo coś ominąć. W tym rejonie nie ma kompletnie zasięgu, więc nie bardzo było jak się skontaktować. Następnego dnia rano brakująca część drużyny była już razem. Było jak za dobrych czasów... zrobiło się lekko nostalgicznie :). Temperatura dopisywała i słońce popaliło nas na skwarki. W ferworze zapomnieliśmy o nakryciach głów i wyglądaliśmy zabawnie, zupełnie jak rodowici mieszkańcy tych rejonów. Testy broni trwały w najlepsze, kilka filmów i obiad z ogniska zrelaksowały nas całkowicie. Późnym popołudniem pora była zmienić lokalizację na coś nowego - w końcu trzeba dokładnie eksplorować teren.
Wjechaliśmy na autostradę międzystanową 10 i pojechaliśmy na wschód w stronę Arizony. Przez odcinek kalifornijski towarzyszyły nam drzewka Jozuego, a po przekroczeniu granicy Arizony za miastem Blythe natychmiast sceneria się zmieniła i pojawiły się słynne kaktusy znane wszystkim z westernów lub kreskówek. Wyglądało to ciekawie tak jakby kaktus saguaro miał monopol tylko na ten stan :). Teraz pozostało tylko zmienić czas - w Arizonie dodajemy jedną godzinę, co wydaje się być troszkę niewygodne i pożera nam cenny czas i światło dzienne. Na wysokości miasteczka Quartzsite odbiliśmy na północ autostradą 95, a potem lokalną drogą na wschód.
Było już późna noc i szukaliśmy jakiegoś wygodnego zjazdu na pustynie, jakiejś przerwy w krzakach. I tak znaleźliśmy dobre miejsce niedaleko East Cactus Plain Wilderness, przejechaliśmy po piaskach i wertepach mijając wyschnięte drzewa i kaktusy. Odjechaliśmy na odległość, która pozwalała nam na pewną dozę prywatności i bez obawy, że nawiedzi nas inny turysta mający podobny pomysł na nocleg. Przy reflektorach samochodów rozbiliśmy namioty, a ja przygotowałem ognisko- co było łatwe - suchych patyków było pełno... i następne kilka godzin spędziliśmy przy ognisku. Kiełbaski i mięsko wyszło całkiem dobre, a zimne piwko smakowało wybornie.
Jeszcze mały rekonesans po nocy z noktowizorami, żeby zbadać okolicę na wypadek, gdyby trafił się jakiś zagłodzony zwierzak i chciał nas zjeść :). Teren był czysty i spokojnie poszliśmy spać, nie powiem, żeby było ciepło - ale to typowe dla pustyń, dzień upalny a noc mroźna. Na ranem odwiedził nas kojot i trochę pohałasował przy naszych stolikach, ale nic nie ukradł. Jak jestem na wyprawach wstaję zwykle o świcie, nie mogę długo spać, zwłaszcza jak marznę. Ruszyłem na rekonesans przy normalnym świetle dziennym z czerwoną tarczą wschodzącego słońca na horyzoncie - dokładnie tak jak na fladze Arizony. Zrobiłem kilka mil szybkim krokiem zatrzymując się przy napotkanych kaktusach, nie umiem się oprzeć urokowi tych roślin - są takie egzotyczne i kojarzą się z czasami podboju zachodu Ameryki. Każdy ma inny kształt i wielkość i dla zapalonego fotografa to świetny "model" do zdjęć. Po dwóch godzinach natknąłem się na kolegę, który ruszył jakiś czas po mnie na zwiad.
Nie wytropiliśmy żadnej zwierzyny, czy skorpionów - ale znaleźliśmy dobrze już objedzony szkielet jakiegoś osiołka. Dzika pustynia ciągnęła się milami i po chwili zorientowaliśmy się, że oddaliliśmy się na znaczną odległość. Trzeba było wracać na śniadanie. Widoki przyjemne, ale w tym miejscu nie ma tak dużego zagęszczenia kaktusów saguaro, dopiero po wyruszeniu z naszego obozowiska po kilku milach zrobiło się od nich zielono. Widzieliśmy też w oddali poparkowane RV bardzo daleko w pustyni - o świadczy o tym, że miejsce jest chyba popularne, a my nie odkryliśmy niczego nowego. Teren był w miarę płaski i tylko pasmo gór Plomosa majaczyło w oddali. Oczywiście w takich warunkach nie ma opcji strzelania, nie było naturalnego „kulołapa" w postaci górki czy skał. Ruszyliśmy na północ wzdłuż rzeki Colorado. Wszędzie wyschnięta ziemia bez śladów roślinności, a przy brzegach rzeki kwitnie bujnie życie, mamy zieloną trawę, palmy i zaparkowane co chwila samochody z turystami. Wygląda to trochę surrealistycznie.
Minęliśmy tamę Parker na rzece Colorado, która nie oferuje żadnych atrakcji jak jej "koleżanka" tama Hoovera z granicy z Nevadą. Pogoda powoli zaczynała się psuć i pojawiły się chmury, deszcz był nieunikniony, musiał w końcu spaść... ale jeszcze nie teraz! I tak dotarliśmy do celu na ten dzień - Jeziora Havasu i miasta Lake Havasu City. Miasto jest dość osobliwym tworem, powstało w podobny sposób co Las Vegas, ktoś sobie coś uroił i postawił na środku pustyni miasto. W tym wypadku był to ekscentryczny milioner Robert McCulloch, który przeniósł swoją fabrykę w to miejsce i zakupił na aukcji... most! Ale nie zwykły most tylko...
Londyński most za cenę 2.4 miliona dolarów. Rozebrany na części kamienny most przetransportowano przez morze pod koniec lat 60 tych. Pieczołowicie odtworzony most połączył miasteczko z małą wysepką Pittsburgh Point. A najzabawniejsze w tym było to, że ów milioner myślał, że zakupił... Tower Bridge :). Ale i tak most drugą wielką atrakcją Arizony po Wielkim Kanionie. Most niczym wielkim nie jest i wrażenia zbytniego nie robi, ale fakt, że "podobno" jest oryginalny i prosto z Londynu - przyciąga rzesze turystów. Wokoło powstało wiele hoteli i resortów Spa. Mamy też ogromne pola golfowe i sporty motorowodne. Od marca do lipca miejsce to przyciąga ogromne ilości studentów z całych Stanów - łatwo wyobrazić sobie co tutaj się dzieje :), nikt nie trzeźwieje - a życie toczy się 24 godziny na dobę, imprezy na łodziach przycumowanych do nabrzeży przeszły już do legendy. Pod koniec lutego organizowane są tutaj Mardi Grass :). Momentami imprezy przeradzają się w mocno erotyczne zabawy... Każdy młody Amerykanin kojarzy to miejsce tylko z niezłymi imprezami i raczej nie będzie pamiętał o jakimś starym moście.
Chętni na zwiedzanie jeziora mogą zabrać się na jeden z wielu pływających statków wycieczkowych, panorama okolic z jeziora jest całkiem imponująca. Młodzi na szybkich łodziach testują tutaj swoje maszyny i nie trudno o wypadek. Wzdłuż nabrzeży biegnie kameralny deptak z budynkami i pomnikami stylizowanymi na wzór Londyński, małe centrum handlowe (obecnie w remoncie) i czerwone budki telefoniczne dodają "kiczu" temu miejscu. Oczywiście wraz z popularnością Lake Havasu dotarły tutaj wielkie koncerny handlowe i pobudowały swoje ogromne sklepy.
Po spacerku po moście wracamy na szlak. Docieramy na wieczór w rejony Bullhead City. Jedziemy przez chwilkę starym Route 66 i skręcamy gdzieś w nieznane, kilkanaście mil brniemy po utwardzanej drodze i finalnie lądujemy w małej dolince osłonięci od wiatru i ewentualnych ludzi. Powtórka z dnia poprzedniego - tylko teraz mamy wyzwania w postaci wysokich wzniesień. Wdrapywanie na szczyt daje w kość, zwłaszcza że podłoże jest niestabilne. Widoki z góry są niezłe, wszędzie jak okiem sięgnąć pustkowia, a hen daleko zarys gór. Co jakiś czas w oddali pojawia się pędzący na złamanie karku quad. Fani tego typu sportów wybierają sobie takie bezludne miejsca, żeby się wyszaleć bez ograniczeń. Rozpalenie ogniska i zrobienie posiłku zajęło trochę czasu, ale przyjemna atmosfera pozostała na długo.
Następnego dnia ruszyliśmy na styk trzech stanów Nevady, Arizony i Kalifornii, ale żadnego znaku do pamiątkowej fotki nie było... a szkoda. Dość abstrakcyjnie wyglądało miasto-kasyno Laughlin zbudowane zapewne z myślą o podróżujących kamperami i RV. Kolorowe ogromne kasyna wyrastające na kompletnym bezludziu po środku pustyni i skał. No, ale z tego już słynie Nevada.
Wyprawa pozostanie u mnie na długo w pamięci, świetny klimat, starzy dobrzy znajomi i magiczne miejsca z dala od cywilizacji. Ale za to właśnie kocham zachodnie Stany, za bezkres ziemi i dzikość przyrody nieskażone przez cywilizacje. Gdzie indziej na weekend mogę wyrwać się na pustynie, do największych lasów, nad przepiękne jeziora, nad bajeczne wybrzeże oceanu, ośnieżone góry i piękne miasta... to wszystko tylko na zachodnim wybrzeżu.
![]() |
| Arizona Deserts Expedition |
![]() |
| Lake Havasu City |
niedziela, lutego 22, 2009
Palm Springs
![]() |
| Palm Springs |
Newport Beach
W 1870 roku parowiec o nazwie "The Vaquero" odbył swój pierwszy rejs handlowy do bagnistej laguny na południowym wybrzeżu Kalifornii. Właściciele ziemscy z Lower Bay postanowili, że od tej pory na tym obszarze powinien powstać port, który nazwano "Newport".
Miasteczko jest dość urokliwe, spokojne i przyjazne. Przypomina lekko Manhattan Beach. Przy szerokiej plaży jak okiem sięgnąć znajdują się małe rezydencje, w dużej części wynajmowane na okres wakacji lub urlopów. Dlatego nie powinno dziwić świecące pustkami domki z przepięknym widokiem na ocean. Newport Beach wydaje się być trochę ekskluzywne, zaparkowane przy ulicy Ferrari i Porsche nikogo nie dziwią, a wewnątrz laguny małe wysepki na które dostać można się tylko małym promem to oazy dla majętnych mieszkańców. Huntington Beach i pobliskie Newport Beach to jedne znajładniejszych miejsc w Orange County a nawet pokuszę się o to że nawet w całym okręgu Los Angeles. Jak na plażę to tylko tutaj :)![]() |
| Newport Beach |
wtorek, lutego 10, 2009
Magic Places: Bernal Heights Park

Trawiasta kopuła góruje nad Bernal Hill - zielona zimą, sucha i wyblakła od słońca latem - przywodzi na myśl smagane wiatrem szkockie góry podczas wspinaczki na szczyt. Wzniosłych widok roztacza się na Noe Valley,Mission , China Basin, śródmieście i rozciąga się na Marin oraz Golden Gate Bridge. Jedno z najlepszych miejsc do zobaczenia panoramy prawie całego San Francisco. W parku spotkamy dużo osób wyprowadzających czworonogi na spacer, jest to miejsce gdzie mogą swobodnie biegać bez smyczy i niech nikogo nie dziwią pytania napotkanych ludzi "hey, gdzie jest twój pies?" :). Podejście jest dość stromę więc wymagana jest w miarę dobra kondycja ale w nagrodę otrzymamy wspaniałe widoki.![]() |
| Bernal Heights Park |
poniedziałek, lutego 09, 2009
Wiosna idzie, wiosna z dala...
Mała wyprawa do Golden Gate Parku "zaowocowała" kolorowymi zdjęciami.
![]() |
| Golden Gate Park Flowers |
Chinatown 中國城
Prawie w samym środku San Francisco, na obszarze obejmującym około 24 bloki, znajduje się legendarne Chinatown - miasto w mieście. Ten gęsto zasiedlony, kipiący życiem, bajecznie kolorowy rejon to najstarsze Chinatown w Ameryce Północnej powstałe około 1850 roku oraz największe skupisko ludności chińskiej poza Azją. W czasie budowy linii kolejowej międzykontynentalnej w roku 1860 liczba chińskich robotników zatrudnionych przy tej inwestycji wzrosła gwałtownie i po jej zakończeniu w 1869 roku wielu z nich pozostało lub wróciło do San Francisco. Można powiedzieć, że Chińczycy "zalali" miasto co doprowadziło w latach 1870-80 do wzrostu agresji i napięć skierowanych do taniej chińskiej siły roboczej. Dopiero ustanowiony w 1882 roku Exclusion Act zabronił przyjazdu robotników z Chin. Wielkie nieszczęście jakim było ogromne trzęsienie ziemi w 1906 roku, które zniszczyło całe miasto było dla chińskich nielegalnych imigrantów zbawieniem - szczęściem w nieszczęściu. Spłonęły wtedy wszystkie dokumenty dotyczące imigrantów i nie mogąc ich odtworzyć - władze musiały uwierzyć im na słowo. Oczywiście było to wielkie pole do nadużyć i każdy sprytny Chińczyk (nie tylko ze zniszczonego miasta) otrzymał obywatelstwo. Ruszyła wtedy lawina łączeń rodzin z Chin - co doprowadziło do następnej wielkiej fali przybyszów z Azji. Po drugiej wojnie światowej i powstaniu rządu komunistycznego w Chinach największą grupę mieszkańców tworzyli przybysze z Hong-Kongu i Tajwanu.
W ciągu dnia Chinatown tętni życiem, nocą zaś rozjaśniają go setki neonów i lamp. Na ulicach panuje zwykle duży tłok, dodatkowo potęgowany przez ciekawych tego miejsca turystów z całego świata. Najliczniejszą grupę odwiedzających stanowią Chińczycy. Wraz ze wzrostem gospodarczym tego potężnego kraju i otwarciem na świat, mieszkańcy Chin wręcz masowo zalewają turystyczne miejsca w USA, a za główny cel obierają San Francisco. Powoli zastępują Japończyków znanych z zamiłowania do zwiedzania świata. (małe grupki po 2 -3 miliony :). Chinatown można uznać za samowystarczalne, posiada własne szkoły, banki, prasę i stowarzyszenia.
Przy głównej ulicy Grant Avenue nad sklepami z pamiątkami i restauracjami górują ozdabiane złotem portale i jaskrawo pomalowane balkony. Wystawy sklepowe, rozpoczynające się tuż za wejściem od strony Smoczych Wrót (podarowanych miastu przez rząd Tajwanu w 1969 roku) na Bush Street, pełne są tanich koszulek, ozdób, mosiężnych figurek, barwnych pamiątek czy słabej jakościowo elektroniki. Właściwie jest to najlepsze miejsce na zakup tanich pamiątek z San Francisco. Idąc ulicą jesteśmy co jakiś czas zaczepiani przez pracowników restauracji wciskających nam swoje menu - miejsc do jedzenia jest sporo, a wybór trudny. Z reguły większość tubylców odradza restauracje na ulicy Grant i poleca mniejsze w bocznych uliczkach. Jest taka zasada - jeśli w jakiejś obskurnej knajpce jest tłum Chińczyków oznacza to, że jest tam dobre jedzenie :).
W połowie głównej arterii Chinatown znajduje się stary kościół St Mary's Church (kościół Najświętszej Marii Panny), usytuowany u zbiegu ulic Grant i California, to jeden z niewielu w San Francisco budynków, które ocalały po pożarze w 1906 r. Przy wejściu do tej pięknej świątyni znajduje się wystawa fotografii dokumentujących rozmiary zniszczeń, jakich dokonało trzęsienie ziemi, a obok płotu znajdziemy prawie zawsze grajka brzdękającego na chińskiej lutni. Za kościołem schowany jest malutki Mary's Park, gdzie znajduje się duży posąg Sun Jat-sena - przywódcy Kuomintangu. Uznawanego za twórcę nowoczesnych i demokratycznych Chin.
Zdecydowanie najbardziej interesujący jest Waverly Place – ciągnący się przez dwie przecznice wąska uliczka jasno pomalowanych balkonów, będących przed katastrofą z 1906 r. siedzibą licznych domów publicznych. Obecnie w miejscu tym można znaleźć piękne świątynie będące nadal w użytku takie jak "Tin How" Temple, która jest najstarszą azjatycką świątynią w Ameryce oraz kwaterę główną Kuomintangu z flagą Tajwanu na dachu. Mały odcinek Waverly Place zwany było "ulicą 15 centów" a to ze względu na liczne zakłady fryzjerskie, które oferowały tanie strzyżenie, do dziś pozostało kilka takich małych zakładów. Niestety wielu turystów przegapia niechcący to barwną część w Chinatown.
Opuszczając to kolorowe miejsce trafiamy na następną historyczną atrakcję jaką jest Ross Alley, bardzo wąziutka alejka, która kiedyś była miejscem słynącym z hazardu i wielu burd, dzisiaj nic nie wskazuje na bujną historię maleńkiej alejki. Brudne budynki z czerwonej cegły, gdzie czasem trudno wyminąć się z idącą naprzeciwko osobą, wiszące na oknach suszące się rzeczy i stare neony - tworzą ciekawy klimat. Obecnie główną atrakcją jest Fabryka Chińskich Ciasteczek Szczęścia, które ręcznie wyrabiane słynne są na cały świat. Dwie czasem trzy panie dłubiące przy starych maszynach można swobodnie oglądać, a za naprawdę niewielką cenę można kupić cały worek tych słodyczy.
Kierując się w stronę centrum miasta pomiędzy ulicami Washington i Clay znajduje się Portsmouth Square. Całkiem spory placyk zawsze wypełniony jest po brzegi "pasjonatami" hazardu w chińskim wykonaniu. Jest niesamowita okazja przyjrzeć się mężczyznom i kobietom siedzącym na murkach, kartonach i grających w znane tylko miejscowym odmiany warcabów czy szachów. Drą się przy tym wniebogłosy i gestykulują. W czasach dzikiego zachodu na pewno doszłoby do kilku strzelanin :). Zwykle nie przeszkadza im natrętny fotograf wciskający się do ich kręgu co pozwala na zrobienie naprawdę świetnych zdjęć.
Na środku postawiono replikę Statuy Wolności, która stała na placu Tiananmen podczas krwawo stłumionej rewolucji w 1989 roku. Od placu odchodzi wąski pomost ze stylową bramą, który prowadzi do Chińskiego Centrum Kultury, budynek to ogromny betonowy wieżowiec, jest w nim głównie hotel, tylko kilka pomieszczeń zajmuje muzeum.
Wracając na główny szlak koniecznie trzeba zobaczyć wciśnięty między budynki przepiękny, kolorowy Bank of Canton w kształcie pagody na Washington Street. Wzdłuż biegnącej równolegle do Grant Avenue Stockton Street znajdują się liczne sklepy, zielarnie oraz piekarnie. To właśnie ta okolica jest "prawdziwym" Chinatown, tutaj żyją, pracują i robią zakupy miejscowi. Ulica Stockton oddaje klimat współczesnych Chin, nie znajdziemy tutaj kolorowych budynków ani żadnych atrakcji jest to zwykłe miejsce niczym nie różniące się od zwykłych ulic Hong-Kongu lub Szanghaju. Chińską dzielnicę przecina Cable Car linii California, co doceni każdy fotograf - widoki z mknącego przez Chinatown wagoniku są rewelacyjne.
Wzrost populacji chińskich mieszkańców miasta doprowadził do przeludnienia tego obszaru, zbyt drogie mieszkania w okolicach North Beach i Telegraph Hill zmusiły ludzi do szukania nowego miejsca do osiedlenia. Wybór padł na dzielnicę Richmond pomiędzy Arguello Boulevard i Park Presidio z "główną" ulicą Clemente, na której znajdziemy jedne z najlepszych restauracji i sklepów serwujących chińskie jedzenie. Po drugiej stronie Parku Golden Gate w dzielnicy Sunset między ulicami Noriega i 19th Avenue - 25th Avenue oraz pomiędzy 30th Avenue i 33rd Avenue znajduje się następne skupisko chińskiej społeczności.
Trudno sobie wyobrazić wizytę w San Francisco bez odwiedzenia Chinatown...
![]() |
| Chinatown |
niedziela, lutego 08, 2009
Chiński Nowy Rok w San Francisco.
Chiński Nowy Rok to dwu tygodniowy festiwal obchodzony już od ponad 5000 lat w Chinach. W San Francisco pomysł obchodów chińskiego Nowego Roku powstał w 1860 roku w okresie "Gorączki Złota" i po dziś dzień jest największym świętem w swoim rodzaju poza Azją. Całe obchody składają się z Noworocznych Targów Kwiatów i Targi Wspólnoty Ulicznej Chinatown, które kończą się ogromną Paradą na ulicach San Francisco.![]() |
| Chinese New Year |
piątek, lutego 06, 2009
San Francisco --> NIE "Frisco"!
A na marginesie Oakland i miasta na wschód od SF nazywane są East Bay, San Mateo i pobliskie miasteczka nazywane są Peninsula, San Jose i pobliskie miasta to słynna Silicon Valley i Marin z pobliskimi miasteczkami to North Bay. Tak samo jest z nazwą stanu - poprawnie jest wymówić California nie żadne Cali lub Cal.
Ciekawostką jest też nazewnictwo przy rozmowie o autostradach. Mieszkaniec Bay Area i The City powie "You take 280 South" a mieszkaniec południowej Kalifornii powie "You take THE 280 South" :)
Skrzętnie ukrywanych animozji między północą a Południem słonecznego stanu jest wiele. Mieszkańcy północnej Kalifornii uważają tych z południa za nieoszczędnych, płytkich i amoralnych a sami odbierani są przez południowców jako elitarnych i nadętych.
czwartek, lutego 05, 2009
Zostałem Kanapowym Surferem :)
Stało się, znalazłem się w dużym gronie osób należących do organizacji non profit którą jest CouchSurfing. Jest to pomysł stary jak sam internet ale wdrożony na duża skalę dopiero na początku nowego milenium. Wszystko to polega na przechowywaniu w swoich domach wędrowców z całego świata z nadzieją, że ktoś gdzieś kiedyś prześpi nas u siebie i pomoże przy zwiedzaniu. Wystarczy zarejestrować się nastronie www.CouchSurfing.com, pomyślnie przejść weryfikację i zostaje się członkiem globalnej wspólnoty. Dalej to już prosta sprawa, udzielamy gościny jakiemuś wędrowcowi który odpowiednio wcześniej ustalił wszystko z nami przez net, następnie zadowolony z gościny człowiek wystawia nam opinie (pozytyw) i tak zdobywamy zaufanie na którym tak naprawdę oparty jest couchsurfing. Dzięki temu można zaoszczędzić dużo pieniędzy, które człowiek straciłby na hotele. Jeśli nie możemy przenocować ludzi to jest opcja oprowadzenia po miejscach, które nas interesują a pomocnych dłoni jest mnóstwo . Czyli reasumując - zapisując się do wspólnoty mamy zapewniony darmowy nocleg i w większości pomoc przy zwiedzaniu kogoś miejscowego co czasem jest lepsze niż przewodnik. Oczywiście dobieramy starannie osoby u których chcemy przenocować zwykle pod kątem wspólnych zainteresowań, wieku lub poglądów.W San Francisco odbywają się w każdą środę spotkania Couchsurferów w Coffe Bar na rogu Florida Street i Mariposa Street. Przychodzi sporo ludzi z całego świata, miejscowych chętnych do poznania ludzi i przyjezdnych, którzy akurat "surfują". Właściwie, każdy z ulicy może wejść i bez najmniejszego problemu zostanie "zassany" przez grupę, atmosfera niepowtarzalna a znajomości czasem na wagę złota.
I am here to recrute You...
Harveyowi, który doprowadził do zrównania praw gejów w Kalifornii, stawia się pomniki, nazywa ulice jego imieniem. W milenijnej ankiecie tygodnika "Time" Milk znalazł się w setce najsłynniejszych postaci, ikon XX w. Obok Lennona, Che Guevary, Kennedy'ego, zastrzelonych podobnie jak on, przez fanatyków.
Biografia Milka jest gotowym, barwnym scenariuszem filmowym. Służył w marynarce wojennej w czasie konfliktu w Korei, awansując do stopnia porucznika. Po powrocie z wojny długo nie mógł znaleźć sobie miejsca. Uczył w nowojorskim liceum, był agentem ubezpieczeniowym, hipisem. Po fali aresztowań gejów przeprowadził się w 1972 roku do San Francisco. Skromny sklep fotograficzny, Castro Camera, który zaczął prowadzić, szybko przekształcił się w nieformalny klub gejowskiej subkultury. Ekstrawertyk z poczuciem humoru, wspierany przez przyjaciół i kochanków, przekonał się, że wykluczenie i dyskryminację można pokonać kartą do głosowania w demokratycznych wyborach. Z lokalnego przedsiębiorcy broniącego gejowskich interesów w dzielnicy przekształcił się w aktywnego działacza politycznego, trzykrotnie ubiegającego się bez powodzenia o wybór do samorządu miejskiego.
W 1977 r. jako pierwszy zdeklarowany homoseksualista objął w końcu publiczny urząd radnego. 27 listopada 1978 r. lider ruchu gejowskiego wraz z burmistrzem San Francisco został zamordowany. Tak narodziła się jego legenda. Został uznany za ofiarę i męczennika sprawy gejowskiej. To on przekonał opinię publiczną, że wolności, której pragną homoseksualiści, potrzebują wszyscy. Że poszanowanie praw człowieka oznacza również obowiązek akceptacji godności osób o odmiennej orientacji. Zamachu dokonał ultraprawicowy radny Dan White, który dostał wyrok tylko 8 lat a wyszedł po pięciu. Po 2 latach od wyjścia z więzienie popełnił samobójstwo.
Niektórzy sądzą, że pojawienie się filmu "Milk" w momencie kolejnego wielkiego przełomu: objęcia przez czarnoskórego senatora Obamę prezydenckiego urzędu, nie jest przypadkiem. I może pomóc w przeforsowaniu odrzuconej niedawno ustawy zezwalającej na legalizację homoseksualnych małżeństw w Kalifornii - Poprawka numer 8.
![]() |
| Harvey Milk |
Castro

Do lat 60-tych XX wieku o gejach nikomu się tu nie śniło, była to zamożna dzielnica willowa, znana jako Eureka Valley, zamieszkała głównie przez konserwatywnych, katolickich Włochów i Irlandczyków. Katalizatorem zmian byli długowłosi bitnicy i pseudo „artyści", dzieci-kwiaty z "summer of love" lat 60-tych z Haight i Ashbury. Katolicy z Castro w obawie przed upadkiem moralnym dzielnicy, zaczęli wyprowadzać się na Półwysep i nad East Bay, pozostawiając puste wiktoriańskie wille, których ceny szybko spadały. Nastąpił gwałtowny napływ gejów, w ciągu kilku lat w okolica zmieniła się w azyl dla wyrzuconych poza nawias społeczny homoseksualistów z całego kraju, którzy zajęli całą dzielnicę silnie się jednocząc w zmaganiach z władzami miasta i policją. Lata 70. i wczesne 80. były złotym wiekiem Castro. Dzielnica tętniła życiem przez 24 godziny i 365 dni w roku. Oglądać, pobyć, zabawić się przyjeżdżały całe Stany, Kanada, Europa. Tutejszy gay pride w czerwcu orazFolsom (Castro) Street Fair w październiku, a także „największy na świecie" uliczny festyn z okazji Halloween osiągały już wtedy rozmiary rzadko widywane i dzisiaj. W połowie lat 80. nikt już nie miał wątpliwości, czym jest AIDS, i słodkie życie skończyło się tu jak nożem uciął. Zmarło wyjątkowo wielu stałych mieszkańców dzielnicy, nie było dnia bez konduktu pogrzebowego. Dzielnica stała się symbolem przetrwania. W latach 90. sytuacja zaczęła wracać do "normy", ponownie zaczęła napływać młodzież, która brała w posiadanie pustostany po super okazyjnych cenach. Odżyła dawna sława Castro, a czynsze zaczęły znów piąć się w górę. Dzielnica komercjalizowała się i przeludniła. Starsze pokolenie, zmęczone tłokiem i ruchem, przeprowadzało się w spokojniejsze okolice, co sprzyjało kolejnemu odmłodzeniu populacji. Młodzi, zawsze spragnieni nowych twarzy, zapełniali ulice, lokale i sklepy. Około roku 2001 życie w Castro stało się super drogie, dzielnica jest wymieniana wśród najbardziej snobistycznych obszarów miejskich w Stanach.
Jedną z największych atrakcji Castro jest stare kino Castro Theatre z roku 1922, przy ulicy Castro 429 - wielki szyld i neon widać już z Market Street, jest swego rodzaju symbolem dzielnicy. Różowe fasady i wnętrza w stylu artdeco , organy, których używano podczas projekcji niemych filmów na początku stulecia - to niezapomniana wycieczka w przeszłość. Od kiedy na ekranach kin zagościł film z SeanemPenem - Milk, każdy mieszkaniec miasta koniecznie chce obejrzeć tą produkcję w Castro Theatre. Niedaleko znajduję się Harvey Milk Plaza to stacja metra i muzeum poświęcone pamięci jednego z najwybitniejszych amerykańskich działaczy ruchu gejowskiego, zabitego w 1978. Troszkę na uboczy ale łatwo znaleźć - znajduję się pod ogromną masztem z flagą w kolorach tęczy górującym nad dzielnicą.
Lokali nie trzeba szczegółowo polecać, bo co krok się tu na jakiś trafia. Café Flore (zwana „epicentrum towarzyskim" ulicy Castro), Twin Peaks istniejący od lat 60-tych, pierwszy oficjalnie gejowski bar w mieście oraz równie długoletni Harvey's.
![]() |
| Castro |
wtorek, lutego 03, 2009
Najbardziej kręta ulica na świecie

Na szczycie wzgórza zatrzymuje się wagon Cable Car jadący na trasie Powell-Hyde. Wszechobecni turyści trochę ryzykują zdrowiem biegając między zjeżdżającymi samochodami lub pozując na środku ulicyLeavenworth. Po dwóch stronach "pokręconej" ulicy znajdują się wąskie schody z których można bezpiecznie oglądać słynną Lombard Street.
![]() |
| Lombard Street |
Dwunastu Gniewnych Ludzi
Wczoraj wyjąłem ze skrzynki na listy korespondencję. Wśród kopert było wezwanie do służby w sądzie w charakterze sędziego przysięgłego. Od razu przypomniał mi się film "Dwunastu gniewnych ludzi" :). W środku była koperta zwrotna i formularz do wypełnienia wraz z dokładną instrukcją co dalej zrobić. Termin stawienia się w sądzie był z miesięcznym wyprzedzeniem. W formularzu była długa lista opcji, które wykluczały delikwenta z uczestnictwa. Wystarczy postawić znaczek przy jednej min. słaba znajomość angielskiego (ale to wymaga stawienia się w sądzie), brak obywatelstwa amerykańskiego, karalność i poważna choroba. Wiele osób traktuję to jako zło konieczne i robi wszystko żeby się wymigać. Słaba dniówka około 15 $ i zmarnowany jeden dzień w najlepszym wypadku. Pracodawca musi to zaakceptować i zwolnić pracownika na wymagany okres czasu. Wielu znajomych wycwaniło się już i podczas pierwszej selekcji, kiedy trzeba wypełnić ankietę i opisać swoje poglądy na podane (zwykle związane ze sprawą) tematy, wypisuje mocno skrajne opinie na dany temat a to oznacza, że osoba będzie stronnicza... i odpada :). No chyba, że trafi się proces na skalę tego z OJ Simpsonem.W Stanach Zjednoczonych kandydatów na ławników wybiera się losowo z list zarejestrowanych wyborców, z ewidencji posiadaczy prawa jazdy i czasami z innych rejestrów obywateli. Z obowiązku zwolnieni mogą być lekarze, prawnicy, policjanci, strażacy, czynni wojskowi, inwalidzi, zwykle wyłączone są też osoby karane. Szczegółowe regulacje są różne w poszczególnych stanach. Amerykanie uważają uczestnictwo w sądzie przysięgłych za obowiązek obywatelski. Uchylanie się od niego może zostać uznane za obrazę sądu i ukarane grzywną lub więzieniem.
Wylosowani przez komputer kandydaci na ławników są kierowani w grupach po kilkadziesiąt osób (dokładna liczba jest różna w zależności od stanu i rodzaju sprawy) do sądu. Tam następuje wybór ławy przysięgłych i ławników rezerwowych, co jest nazywane mianem voir dire "mówić prawdę”. Celem selekcji jest eliminacja z ławy tych kandydatów, którzy mają przekonania lub uprzedzenia niepozwalające im na wydanie obiektywnego wyroku w konkretnej sprawie.
Sędzia zaczyna od sprawdzenia podstawowych danych: nazwiska, zawodu, statusu materialnego itp. Dowiaduje się także, czy istnieją jakieś powody, które mogą sprawić, że przyszli ławnicy nie będą obiektywni. Następnie inicjatywę mogą przejąć adwokaci stron, którzy mają prawo wykluczać kandydatów na podstawie dwóch procedur. Pierwsza to challange for cause. Polega na wyłączeniu kandydata na przysięgłego po podaniu przyczyny. Oczywiście podstawa wykluczenia musi wskazywać, że dany kandydat mógłby nie zachować bezstronności. Liczba przysięgłych, którzy mogą być wykluczeni w ramach tej procedury, nie jest ograniczona. Drugim sposobem wyeliminowania niepożądanego kandydata są tzw. peremptory challanges, czyli wyłączenie kandydata bez podania przyczyny. Każda ze stron może wyeliminować tą drogą ograniczoną liczbę przysięgłych. Ile, to zależy od stanu i rodzaju sprawy.
Znaczenie ławy przysięgłych jest w amerykańskim systemie prawnym nie do przecenienia. Paradoksalnie nie znaczy to wcale, że procesy przed ławą przysięgłych są najpowszechniejszą formą rozstrzygania sporów. W rzeczywistości w 90% spraw nie dochodzi do rozprawy głównej. Najczęściej proces kończy się porozumieniem pomiędzy stronami czy pomiędzy oskarżonym a prokuratorem. Rozprawa może też odbywać się przed samym sędzią, jeżeli oskarżony zrezygnuje z prawa do procesu przed ławą przysięgłych.
Alternatywny Paszport USA
Kilka dni temu pewien haker w San Francisco udokumentował na wideo możliwość sczytania numerów Passort Card i śledzenia delikwentów, którzy mieli przy sobie owe plastiki. Danych nie wykradł ale pokazał jak Rząd USA może bawić się w Big Brothera i śledzić nasz każdy ruch, pod warunkiem, że karta będzie w naszym portfelu :).
A mnie to generalnie nie interesuje, niech mnie śledzi - nic złego nie zrobiłem to nie mam się czego obawiać. Plastik jest wygodny podczas wypraw i odporny na wodę.

niedziela, lutego 01, 2009
Super Bowl XLIII
Super Bowl to finałowa rozgrywka o mistrzostwo amerykańskiej zawodowej ligi National Football League. NFL dzieli się na dwie konferencje: American Football Conference (AFC) i National Football Conference (NFC). Super Bowl ma na celu wyłonienie mistrza mistrzów. Jest to równocześnie największe medialne wydarzenie roku. Dzisiaj w Tampa Bay o miano najlepszej drużyny walczły - Arizona Cardinals i Pittsburgh Steelers. Tegoroczne Super Bowl jest organizowane już po raz 43. Pierwszy mecz o ten prestiżowy puchar rozegrano 15 stycznia 1967 roku, a pierwszymi zwycięzcami była drużyna Greenbay Packers. W późniejszych latach dominowali San Francisco 49ers i Dallas Cowboys. Ostatnio najwięcej Super Bowl zdobyli New England Patriots. Tegoroczny mecz pokazała stacja NBC, która relacjonuje te spotkania już od 1997. Za wielkim wydarzeniem stoją wielkie pieniądze. 30 sekundowa reklama podczas przerwy w meczu, kosztuje 3 miliony dolarów. Znane firmy wykupienie takiej reklamy uważają nawet za swój obowiązek. Co może wydawać się dziwne w czasach wszechobecnego kryzysu ekonomicznego, problemów ze znalezieniem reklamodawców nie było żadnych. Średnio Super Bowl ogląda w samych Stanach Zjednoczonych 90 milionów ludzi. Amerykański hymn zaśpiewała przed meczem 27-letnia czarnoskóra artystka Jennifer Kate Hudson. W przerwie meczu wystąpił Bruce Springsteen promujący swoją nową płytę "Boss" a kapitan Chesley "Sully" Sullenberger i załoga samolotu linii US Airways, która wodowała na rzece Hudson, dostała owacje na stojąco.
piątek, stycznia 30, 2009
Magic places: Coolbrith Park
Jeśli dasz radę dotrzeć w to miejsce, to możesz je mieć tylko dla siebie, albo poczuć że możesz :). Wspaniałe miejsce aby odpocząć po wspinaczce ulicą Taylor lub wdrapywaniu się po schodach od ulicy Vallejo. Parku kryje w sobie tarasy, które leżą na stromym wzgórzu i z żadnego z nich nie sposób zobaczyć, kto znajduję się na następnym. Miejscowi kochają ten park, gdyż czuje się jak w ukrytym przed turystami ogrodzie ze spektakularnym widokiem na zatokę i Downtown. Park nazwano na cześć Iny Coolbrith, poetki żyjącej w latach 1842-1928. Bibliotekarki i siostrzenicy Proroka Mormonów - Josepha Smitha. Ina wprowadziła w świat książek Jacka Londona i Georga Sterlinga, późniejszych twórców literatury amerykańskiej. W 1915 roku została pierwszą laureatką w dziedzinie poezji w Kaliforni nadawaną przez Uniwersytet Kalifornijski. ![]() |
| Coolbrith Park |
















