sobota, czerwca 06, 2009

Miesiąc Maj nie dał chwili wytchnienia...

Bardzo zaniedbałem się w pisaniu bloga, powodów było wiele od ciężkiej pracy, przez lekką i przyjemną. Dużo wyjazdów po Zachodnim wybrzeżu - wiele grup turystów i jeden wielki gabinet osobliwości :).
W życiu nastąpiło wiele szybko zmieniających się sytuacji, niestety w większości niespecjalnie szczęśliwych ale nie chce już poruszać tematu pecha jaki mnie prześladuje - momentami wręcz nieprawdopodobnego.
Jeden miły dzień w San Francisco i całodniowy spacer odmienił życie dwójki ludzi i wprowadził z powrotem na swoje tory gdzie po dużych zmianach na lepsze toczy się dalej. Sporo przeprowadzek i zmian lokalizacji od Hayward przez San Jose do Berkeley. Dużo spotkań z wspaniałymi ludźmi - imprezy do rana. Generalnie cały czas coś się dzieje i liczę, że pech i niefarty kiedyś muszą się skończyć. Jedyne co potrzeba to unikać nieżyczliwych osób, oszołomów i tzw "polaczków" z ich małomiasteczkowymi przywarami, intrygami i bezinteresowną złośliwością (niestety miałem nieprzyjemność poznania w tym czasie kilku osób rodem z PL na których się poważnie zawiodłem) i zrozumiałem to słynne powiedzenie, którym raczyli mnie wszyscy - "trzymaj się od Polaków jak najdalej".
Ale na szczęście znam kilka wspaniałych osób z ojczyzny, które przeczą temu powiedzeniu tylko jest ich zdecydowanie mniej...
Niezapomniane imprezy u Ryszarda (Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki). Luki w pamięci spore :).
Tylko jakieś "meksyki" nam przeszkadzały...

Became a fun of Winchester. Kiedyś to robili porządną broń!

Jak przystało na prawdziwego miłośnika broni palnej w kolekcji nie zabrakło "pistolówki"
9mm Sig Sauer P226
Beznamiętnie odałem się pasji fotografowania,
a że mam koło siebie tak fotogeniczny "obiekt"
to aparat miał dużo pracy :)
Hola - Olazdjęć jest wiele... pozostaje namówić modelkę do opublikowania na picasie.

"nury"

Zwariowane San Franciso ma w swojej ofercie bardzo dużo "atrakcji",
z których skrzętnie korzystał nasz przyjaciel Shane

skoczki polne

Wizyta na Angel Island to niezapomniane przeżycie... te widoki i klimacik.

Winnice Napy oferują dużo darmowych degustacji win...

pogoda w maju była wyjątkowo kapryśna - od mega rekordowych upałów
po przenikliwie chłodne wieczory

„Najchłodniejszą zimą, jaką przeżyłem, było lato w San Francisco”
– powiedział kiedyś wielki amerykański pisarz Mark Twain.

... i trafił nam się w Bay Area ślub. Znajomi postanowili zawrzeć związek małżeński.
Czekamy na następną parę... :)

w trasie... obowiązkowe zdjęcie na placu Św. Marka w Wenecji (2 w nocy)

Vegas again and again

Grand Canyon - magic moments

w Hollywoodland

mała zmiana klimatu - czas na Silicon Valley...

i słonik na szczęście.

wtorek, kwietnia 28, 2009

Burzliwy miesiąc kwiecień

"Life is what happens to you while you're busy making other plans"

Miałem trochę przerwy w pisaniu, w życiu moim nastąpiło dużo gwałtownych zmian, które w większości nie były pozytywne. Ekonomia padła, rynek się załamał i dużo ludzi potraciło prace. Sporo znajomych musiało opuścić San Francisco i okolice...

Pożegnalna impreza u Piotra była udana ale potem pozostał smutek i pustka a to był dopiero początek lawiny która przewaliła się przez moje życie.

Przyjazd Oli napawał mnie dużym optymizmem, nadzieja na koniec samotności i na duży zastrzyk pozytywnej energii...Ale niestety tak nie było, wszystko zaczęło się pod górkę...

Wizyta Adama z Polski i przeprowadzka Eli z Sacramento ubarwiała dni (jak się okazało tylko moje :).
Zawiązała się "paczka" fajnych znajomych Joasi, Tomka i Shane'a

- wszędzie chodziliśmy razem i mile wspominam wieczory na Diamond Heights ze wspaniałym widokiem na San Francisco. Potem jeszcze dołączył Robert, Maciek i Iwona z Bay Area i wydawało się, że będzie świetnie.


Życie pokazało jednak swoje złe oblicze...

Moja przeprowadzka spowodowała nieprawdopodobną ilość nakładających się na siebie splotów wydarzeń które mogę nazwać nieszczęśliwymi lub pechowymi. Ola zakręciła mną jak hula-hoopem i zniknęła w przeciągu jednego dnia ... ale to inna historia i chyba nie miejsce na wyciąganie tego na zewnątrz. Ale przyznam że Kubica byłby w tyle przy takim tempie zmiany partnera :)
Pozostał ból... smutne wizyty w barach.
Wizyta przyjaciół z Polski trochę podtrzymała na duchu ale dalej było smutno.

Sporo czasu spędziłem za kółkiem śmigając po obrzydliwym LA i okolicach (nie mogę zrozumieć turystów, którzy chcą zwiedzać to miasto... )

Wizyta mojej siostry w Las Vegas i spotkanie rodzinne w stolicy hazardu - dość krótkie ale dawno się nie widzieliśmy.
Teraz powoli muszę się pozbierać, wyciągnąć wnioski z życia i pozytywnie ruszyć przed siebie.

"Na drodze życia spotykamy trzy główne przeszkody:
własne winy, cudzy egoizm i złośliwe przypadki"


Pozostały wspomnienia cienie... ...
Czas wrócić do pisania i fotografii


" Tylko nocą do klubu Puls
Jam Session do rana - tam królował blues
To już minęło, ten klimat, ten luz
Ci wspaniali ludzie nie powrócą
Nie powrócą już (...)

Dużo bym dał by przeżyć to znów
Wehikuł czasu - to byłby cud
Mam jeszcze wiarę, odmieni się los
Znów kwiatek do lufy wetknie mi któś "



poniedziałek, kwietnia 20, 2009

Upały

Rekordowe jak na tę porę roku upały nawiedziły Kalifornię. Wczoraj notowano tam niemal 40 stopni Celsjusza.
Jak podał Narodowy Instytut Meteorologii, w Los Angeles słupek rtęci skoczył do 38 stopni - tak wysokich temperatur nie było tu od 1958 roku. W San Francisco temperatura wyniosła 34,5 stopnia i była najwyższa o tej porze roku od 95 lat.
W Santa Ana natomiast zanotowano aż 39,5 stopnia Celsjusza.

poniedziałek, kwietnia 06, 2009

Kalifornijski Kwiat - California Poppy

6 kwietnia w Kalifornii to California Poppy Day. Maczek Kalifornijski jest symbolem stanu i spotkać go można nie tylko na łąkach i w parkach ale też na wielkich tablicach przy przekraczaniu granicy stanu. Niedaleko od Los Angeles mieści się mały rezerwat tych kwiatków, który przyciąga turystów ogromnymi "dywanami" wyścielonymi na pomarańczowo.
California Poppy

wtorek, marca 17, 2009

"do każdego domu przelecą obrazy i dźwięki z dalekich krajów nadawane na żywo ..."

Pierwszy pokaz techniki, dzięki której powstała nowoczesna telewizja i wideo, odbył się 27 września 1927 roku w San Francisco w laboratorium na 202 Green Street.
A wszystko to dzięki staraniom Philo T. Farnswortha, który w 1921 roku opracował zupełnie nową technologię przekazywania obrazu. Wcześniej naukowcy bezskutecznie usiłowali ulepszyć wynalazek Paula Nipkowa nazywany "skanującym dyskiem", który jednak mimo wielu prób nie dawał wyraźnego obrazu.
Sam wpadł na swój pomysł przypadkiem. Ponoć zasadę nadawania i odbierania sygnału telewizyjnego wymyślił podczas prac polowych w domu rodzinnym - kiedy orał pole. Koń przemierzał pole z lewej strony na prawą i znów na lewą, raz za razem. I nagle olśniła go myśl - przecież w ten sposób punkt po punkcie, linia po linii, elektrony mogłyby rysować na ekranie obraz telewizyjny! Ta zasada - genialna w swej prostocie - wciąż jest wykorzystywania w telewizorach.
Kiedy znaleźli się sponsorzy, dopracował swój pomysł i przystąpił do przygotowania niezbędnej aparatury. Do tej pracy zatrudnił szwagra i przyjaciół. Konstruktorzy pierwszego telewizora musieli posiąść nowe umiejętności: od wydmuchiwania cienkościennych szklanych baniek po przeprowadzanie skomplikowanych procesów elektrochemicznych. 7 stycznia 1927 roku Philo złożył wniosek o patent na elektroniczną telewizję.
Pierwszy publiczny pokaz odbył się wiosną 1928 roku. Uczestnikami byli jego sponsorzy.

W tym miejscu mieściło się Laboratorium Farnswortha,
202 Green Street, San Francisco.

Wynalazca zebrał ich w salonie, włączył prąd, a na ekranie zabłysł symbol... dolara, potem seria figur geometrycznych. Technologią Farnswortha zainteresował się rosyjski imigrant Vladimir Zworykin pracujący na zlecenia Davida Sarnoffa - szefa koncernu Radio Corporation of America (RCA). Zworykin korzystając nielegalnie z osiągnięć Philo Farnswortha ulepszył swój wynalazek i w 1934 roku RCA zaprezentowało "ikonoskop" publiczności. Kiedy jednak RCA postanowiło zarejestrować swój patent, Farnsworth oskarżył ich o kradzież własnego pomysłu. Przez kolejne lata trwała walka w sądzie, która zakończyła się w 1949 roku sprzedażą firmy "Farnsworth Radio and Television".
Farnsworth założył własną stację telewizyjną, która długo zamiast sygnału kontrolnego nadawała kreskówkę: "Myszka Miki na statku" - w roku 1936 jego studio nadawało programy telewizyjne do około pięćdziesięciu odbiorników. Kiedy telewizja przestała być intelektualną przygodą i przekształciła się w przemysł, stracił nią zainteresowanie. Zajmował się matematyką teoretyczną, problemami fuzji jądrowej. Nie był zachwycony poziomem programów "prawdziwej telewizji". Zastanawiał się, czy ludzkość nie radziła sobie bez niej lepiej. Jednak kiedy w 1969 zobaczył transmisję z lądowania człowieka na księżycu, powiedział: "Było warto".

poniedziałek, marca 16, 2009

St. Patrick's Day w San Francisco

Każdego roku 17 marca Irlandczycy świętują Dzień Św Patryka. Przez miasta przechodzą kolorowe parady, Guinness leje się strumieniami, ludzie ubrani na zielono tańczą na ulicach w rytm irlandzkiej muzyki. Parady odbywają się na zielonej wyspie i we wszystkich krajach, gdzie żyją potomkowie irlandzkich imigrantów - przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. Najbardziej znana jest wielka parada w Nowym Jorku i Chicago, gdzie rzeka barwiona jest na kolor zielony. Ten dzień to okazja do popularyzowania kultury irlandzkiej na całym świecie. Także w San Francisco mieliśmy wielką paradę, która odbyła się w sobotę 14 marca i zebrała rzesze ludzi wzdłuż głównej ulicy Market. Wszystko zaczęło się kolo godziny 11.30 i skończyło się około 14 na głównym placu pod City Hall, gdzie trwał wielki piknik i koncerty zespołów grających irlandzką muzykę. Pogoda niestety nie dopisała i było dość chłodno jak na San Francisco. A po wszystkim ruszyliśmy na podboje pubów oferujących ciemnego Guinnessa :)

A wszystko to na cześć św. Patryka, patrona Irlandii. Św. Patryk urodził się około 390 n.e. w Brytanii pod panowaniem rzymskim. Za młodu został porwany i sprzedany do niewoli w Irlandii. Uciekł sześć lat później i schronił się w Galii. Po kilkunastu latach życia w zakonie wrócił do Irlandii w 432 r. jako misjonarz. Według legendy wyprowadził węże z kraju. Mówi się, że używał trójlistnej koniczyny dla wyjaśnienia pojęcia Trójcy św., dlatego też jest kojarzona z nim i z jego świętem. Zieleń kojarzy się z Dniem św. Patryka, gdyż jest kolorem wiosny, Irlandii i koniczyny.
St. Patrick's Day

poniedziałek, marca 09, 2009

Cupid's Span

Rincon Park oferuje oszałamiające widoki Zatoki San Francisco, Mostu Bay Bridge, Treasure Island i Yerba Buena Island oraz wzgórz Berkeley. Na całość Parku składają się trawniki, ścieżki, murki do siedzenia z malutkimi dodatkami w postaci rzeźb min żółwi i rozgwiazd. Park znajduję się przy promenadzie, która ciągnie się wzdłuż zatoki i słynnej arterii miasta Embarcadero. Miejsce jest łatwo rozpoznawalne po ogromnej rzeźbie nazwanej Cupid's Span - przedstawiającej łuk i strzałę wbite w ziemię. Rzeźba została zrobiona w 2003 roku przez uznanych artystów, Claes Oldenburga i Coosje van Bruggena. Posąg symbolizuje podobno miejsce, gdzie słynny Amerykański artysta Tony Bennett zauroczony miastem napisał piosenkę "Zostawiłem swoje serce w San Francisco".

piątek, marca 06, 2009

Pierwsze wiosenne żółwie :)

W San Francisco trudno było w tym roku wyczuć pory roku, jesień była łagodna, a kawałek zimy nawet upalna. Za każdym razem, kiedy odwiedzałem pobliski Golden Gate Park szukałem żółwi i nie mogłem ich znaleźć. Dopiero w pierwszą niedzielę marca udało mi się wypatrzeć pierwsze zwierzątka pływające w jeziorku. Zahibernowane przeleżały na dnie całą zimę (dziwne, że nie zaskoczyły ich anomalie pogodowe i odczekały prawie równy okres do wiosny). Zwykle wygrzewają się na kamieniach i pniach drzew, a tym razem kilka zawędrowało poza "bezpieczny" teren i przechadzało się po trawnikach koło ścieżki dla pieszych. Siedząc przy jeziorze można oglądać całe stadka pływające przy powierzchni z wyciągniętymi łebkami, wygląda to komicznie :). Odwiedzający park mogą szukać żółwi w Stow Lake i Botanic Garden.

Jest to żółw czerwonolicy, żółw czerwonouchy (Red-Eared Slider) – podgatunek żółwia ozdobnego. Występuje w Ameryce Północnej i Ameryce Środkowej po północny zachód Ameryki Południowej. W diecie młodych osobników przeważa pokarm zwierzęcy. Wraz z wiekiem 90% osobników staje się roślinożercami. Uzupełnieniem ich diety są wodne owady, ślimaki, kijanki, raki, ryby. Pokarm muszą połykać w wodzie, gdyż z powodu braku mięśnia poruszającego językiem nie są w stanie go przesuwać. Zimuje w mule na dnie zbiorników wodnych. Gdy wygrzewa się w słońcu przyjmuje charakterystyczną pozycję rozkładając szeroko odnóża przednie, a tylne do tyłu z odwróconymi podeszwami do góry.

środa, marca 04, 2009

Pigeon Point Lighthouse

W drodze z San Francisco na południe, jadąc ponad godzinę autostradą numer 1 warto zatrzymać się nieczynnej latarni morskiej. Miejsce nosi nazwę Pigeon Point i jest bardzo urokliwe, samotna biała latarnia z dobrze zachowanymi domkami przyciąga turystów. Nazwa miejsca pochodzi od żaglowca Carrier Pigeon, który zatonął w 1853 roku roztrzaskując się o skały nieopodal tego miejsca. Po niecałych 20 latach postanowiono zbudować w na tym cyplu latarnię morską, która ostrzegała płynące statki przed niebezpieczeństwem czyhającym u brzegów Kalifornii. Latarnia służyła dobrze straży przybrzeżnej przez ponad 100 lat i zamknięto ją dopiero kilka lat temu. "Biała wieża" ma wysokość około 35 metrów i jest jedną z najwyższych w Ameryce, z tarasów widokowych w sezonie migracji wielorybów - można gołym okiem dostrzec te potężne ssaki. W Pigeon Point mieści się też hostel, który ma całkiem dobrą opinię, a lokalizacja powoduje, że czasem trudno tu o wolne miejsca. Wyobraźmy sobie pokoik z widokiem na ocean w klimacie starej latarni i domków rybackich sprzed wieku. Hostel oferuje komfortowe, niedrogie zakwaterowanie w odrestaurowanych pomieszczeniach pracowników latarni morskiej. Goście mogą wybrać współdzielone lub prywatne pokoje, w hostelu jest także przytulna kawiarenka, w pełni wyposażona kuchnia oraz darmowy internet przez WiFi i bezpłatny parking. Współdzielone pokoje w cenie: 20-24 dolary. Prywatne kwatery w cenie: 55-100 dolarów. Jeśli trafimy na dobrą pogodę co tutaj oznacza brak mgły :) - to widoki na okolice są rewelacyjne - w końcu to wybrzeże Kalifornii czyli jedno z najładniejszych na świecie.
Pigeon Point Lighthouse

wtorek, marca 03, 2009

Spring Break w TJ pod ostrzałem

Nastał okres przerwy w nauce dla studentów zwany "Spring Break", kiedy to rzesze młodych ludzi rozjeżdżają się po popularnych - rozrywkowych miejscach na Florydzie, w Arizonie, Nevadzie i Kalifornii. Żądni większych doznań i uciech - wybierają za swój cel Meksyk. Cancun i okolice zostają dosłownie "najechane". Zachodnie wybrzeże od lat wybiera się do Tijuany i Baja California - Rosarito Beach. I w związku z tym media "trąbią" cały czas o niebezpieczeństwach z tym związanych. Bardzo mocno odradzane są w tym roku wypady właśnie do przygranicznych miejscowości, a szczególnie do TJ czyli Tijuany i Rosarito Beach, gdzie toczy się bardzo brutalna wojna karteli narkotykowych, w której najbardziej cierpią niewinni ludzie. Taktyka zastraszania i atakowania "cywili" jest nową formą przemocy w wojnie karteli narkotykowych, która szczególnie gwałtownie toczy się w mieście Tijuana na granicy z Kalifornią oraz w Baja California w Meksyku. Bandy "żołnierzy" karteli otwierają ogień w kinach, restauracjach, kompleksach handlowych, barach i na ulicach. Za eskalację przemocy odpowiadać może osłabiony wojną kartel Arellano Felix, który chce zademonstrować siłom bezpieczeństwa i konkurencyjnym kartelom, że mimo porażek wciąż jest zdolny do walki. Napastnicy w kamizelkach kuloodpornych, uzbrojeni w broń automatyczną, wtargnęli niedawno do popularnego lokalu w Tijuanie i otworzyli ogień do tłumu. Zabili kobietę i czterech mężczyzn. Według policji prawdopodobnie nikt z ofiar strzelaniny nie miał powiązań z gangami narkotykowymi. Jak dotąd w toczącej się w tym roku wojnie karteli "szwadrony śmierci" polowały na członków innych gangów, a postronni widzowie ginęli tylko przypadkiem. Prezydent Meksyku Felipe Calderon wysłał od stycznia 2007 roku tysiące żołnierzy oraz oddziały policji federalnej do Dolnej Kalifornii. Wojsko pojmało kilku liderów Arellano Felix i skonfiskowało znaczne ilości narkotyków, łamiąc częściowo potęgę klanu, który wzbogacił się w latach 90. na przemycie kokainy do Kalifornii, jednego z największych rynków narkotyków na świecie. Interwencja sił rządowych nie powstrzymała jednak fali przemocy, a kartel Felix stoi prawdopodobnie za atakami na niewinne osoby. Fala morderstw popełnianych przez kartele w Meksyku nasiliła się w 2008 roku; zginęło około 5400 osób. Armia zaleca mieszkańcom Tijuany pozostawanie w domach, na ile to tylko możliwe. Wojna gangów odstraszyła zagranicznych inwestorów. Stany Zjednoczone wysłały do Meksyku setki milionów dolarów, by wspomóc sąsiada w walce z kartelami. Trzy największe gangi walczące o terytorium sięgają po przerażające środki, by prześcignąć się w przemocy i odstraszyć rywali. Ścinają głowy i ćwiartują ciała, wrzucają je do beczek z kwasem i nawet szturmują szpitale, by dobić ranne ofiary. Pierwszy poważny atak na "cywili" polegał na obrzuceniu tłumu granatami podczas święta niepodległości Meksyku w mieście Morelia. Zabito osiem osób, raniono ponad sto. Wiele powracających osób z Meksyku uważa, że informacje w mediach są mocno przesadzone i najbardziej przez to ucierpiał przemysł turystyczny. Ale nie wiadomo jak będzie wyglądała sytuacja, kiedy "zwali" się tam masa amerykańskich studentów, którzy będą łatwym celem ataków - bardzo spektakularnym i zabicie lub porwanie jakiegoś obywatela USA spowoduje wielki odwrót kapitału i turystów.

sobota, lutego 28, 2009

"Kranówka" z górskich źródeł.

Po przyjeździe z Polski do Kalifornii przez kilka tygodni kupowałem w sklepach baniaki z wodą źródlaną, którą potem wykorzystywałem do zrobienia herbaty czy kawy. Pamiętam okropną wodę w warszawskich kranach i kolejki pod zbiornikami źródeł wody oligoceńskiej. I tak żył bym pewnie dalej kupując galony wody, gdyby nie informacja od miejscowego człowieka, który przekonał mnie, że woda w Kalifornii a zwłaszcza w rejonie BayArea i San Francisco jest jedną z najlepszych w całej Ameryce! Pierwsze co zrobiłem to poleciałem do kuchni i wypiłem cały kubek wody i rzeczywiście - nie było różnicy między tą z baniaków. Grzebiąc w internecie doczytałem się, że moje miasto zaopatrywane jest w wodę z najlepszych źródeł z gór Sierra Nevada na terenie Parku Yosemite.
A miejsce owe zwie się Hetch Hetchy Valley i Rservoir a tama nazywa się O'Shaughnessy Dam. Nazwa "Hetch Hetchy" pochodzi z języka Indian Miwok, od nazwy jadalnych nasion trawy, która rośnie w dolinie. W 1906 roku po wielkim trzęsieniu ziemi w San Francisco władze tego miasta wystosowały petycję do Rządowego Departamentu Spraw Wewnętrznych w celu uzyskania praw do wody w ogromnym zbiorniku Hetch Hetchy Reservoir na terenie Yosemite Park. Wywołało to siedmioletnią batalię z grupą ekologów zrzeszoną w Sierra Club, kierowaną przez John Muir. Orędownicy zbudowania w tym miejscu tamy twierdzili, że dolina będzie jeszcze piękniejsza z ogromnym jeziorem. Rząd federalny zakończył spór w 1913 roku podpisaniem tzwRaker Act, która zezwalał na zalanie doliny Hetch Hetchy. Budowa zapory została ukończona w 1923 roku. Woda z zapory służy 2,4 milionom Kalifornijczyków z San Francisco, San Mateo i Alameda. Tama wytwarza też energię elektryczną dla San Francisco.

Obecnie stan Kalifornia przeżywa duże problemy z wodą, której ilość drastycznie spadły po długich tygodniach bez opadów. Jeziora i stawy powysychały i rząd postanowił wprowadzić ograniczenia w zużyciu wody. W prasie i telewizji bez przerwy jesteśmy zasypywani poradami jak oszczędzać wodę, min nie używać zraszaczy, nie myć samochodów na podjazdach, uszczelnić krany i rury, nie kąpać się tak często :) itp. Za nieprzestrzeganie zaleceń grozi grzywna. Prawie cały Styczeń i połowaLutego w tym roku to okres dużych upałów jakich nie pamiętają najstarsi. Padający od kilku dni - sporadycznie deszcz nie wystarcza i obawiam się dalszych ograniczeń.

piątek, lutego 27, 2009

Paliwo w San Francisco - luty

Luty 2009


cena za 1 galon (3.7 litra)

środa, lutego 25, 2009

Najlepsza kawa w San Francisco

Jeśli poważnie traktujesz kawę to polecam Philz Coffee na 24th ulicy. Ponad 20 rodzajów kawy ręcznie parzonych przyciąga do tego miejsca smakoszy z całego San Francisco. Phil Jaber i jego syn Jakub spędzili kilka miesięcy na rozwijając każdą mieszankę. Phil's Tesora lub "Treasure" to mieszanka której stworzenie zajęło 7 lat, aby znaleźć perfekcyjną kombinację ziaren. Tylko Phil i jego syn Jakub znają recepturę.

"25 years of coffee alchemy"

Philz Coffee
3101 24th Street
San Francisco

Magic Places: Fort Mason

Fort Mason tak jak pobliskie Crissy Field jest byłą wojskową enklawą obecnie pod chronioną Golden Gate National Parks Association. Odwiedzający to miejsce zwykle skupiają się na niższej części całego kompleksu Fortu, która nosi nazwę Fort Mason Center. Znajdują się tam duże budynki przypominające ogromne magazyny a mieszczące restauracje, galerie sztuki oraz są siedzibą kilku organizacji non-profit. Przy bramie wejściowej do Fort Mason Center znajduję się przystanek końcowy autobusu numer 28, który stąd dojeżdża do Mostu Golden Gate. Fort Mason jest gospodarzem licznych spektakli, koncertów, festiwali i wystaw przez cały rok. Niektóre stare oficerskie pomieszczenia mieszkalne pozostają w użyciu przez wojsko, a niektóre są wynajmowane. Jeden z większych budynków został przekształcony w schronisko młodzieżowe. Hostel ze względu na swoje rewelacyjne położenie jest licznie oblegany przez turystów. W całość kompleksu Fortu Mason wkomponowany jest ogromny park, który dla mnie jest świetną oazą dla odsapnięcia podczas zwiedzania miasta. Nie znajdziemy tutaj bujnej roślinności tylko kilkanaście palm i drzew oraz dużą przestrzeń z zielonej trawy. Park oferuje rozległe widoki na zatokę, Alcatraz i Most Golden Gate.
Fort Mason

wtorek, lutego 24, 2009

Policyjny Blog

Ciekawym pomysłem na jaki wpadła Policja w mojej dzielnicy jest ... blog, którego tematyką jest lokalne bezpieczeństwo. Dla wielu osób ważną sprawą jest przestępczość w okolicy i właśnie w ten sposób możemy dowiedzieć się o wszystkich wydarzeniach do których wzywana jest Policja w naszym sąsiedztwie.
Przydatną stroną internetową jest też Mapa Przestępstw w mieście San Francisco.

Zeppelin nad San Francisco.

Ostatnio dość często widuję krążący nad San Francisco wielki Zeppelin NT, zatacza koło nad Golden Gate Bridge i przelatuję nad zatoką z widokiem na całe miasto. Wyobrażam sobie jakie to niesamowite wrażenie siedzieć w podwieszonej gondoli. Prędkość jaką może osiągnąć ta maszyna wypełniona helem nie jest imponująca (max 125 km/h) ale właśnie o to chodzi, ma to być "spacerek" po niebie i delektowanie się widokami. Przelot odbywa się przeważnie na wysokości 300 metrów (max 2800 metrów) i trwa od godziny do dwóch godzin. Zasięg tego kolosa wynosi 900 km. Gondola ma powierzchnię podłogi 26 metrów kwadratowych i dysponuje fotelami dla 12 pasażerów i 2 pilotów. Rufa gondoli jest wyposażona w panoramiczne okno. Zeppelin lata z lotniska w Oakland iMoffet Field w Mountain View niedaleko San Jose. Cała atrakcja jest niestety tylko dla bardzo zamożnych turystów - jednogodzinny przelot to wydatek $495 a za dwugodzinny trzeba zapłacić $950! Nowością jest "Nauka Latania" tą maszyną za jedyne $2950 możemy wziąć udział w kursie pilotażu (4 godziny po 30 minut). Ceny szokujące ale widać chętnych nie brakuje.


Gold Country

Przez chwilę osiadłem na laurach i z satysfakcją stwierdziłem, że Kalifornię mam już tak prze eksplorowaną, że nic mnie nie zaskoczy i wszystko już widziałem po kilka razy... Przyznaję się, że nic bardziej błędnego nie mogło mi przyjść do głowy. Co jakiś czas - spotkanych mieszkańców tego stanu wypytuję o atrakcje, co mogliby polecić wartego zobaczenia, zwykle wymieniają "przewodnikowe" miejsca, ale po chwili rozmowy, kiedy orientują się, że już trochę widziałem zaczynają wyciągać na światło dzienne różnego typu perełki. I właśnie w ten sposób dowiedziałem się o - kompletnie zignorowanych przeze mnie – okolicach, gdzie w okresie gorączki złota koncentrowało się życie. Mowa tu o Gold Country.

Długo czekać nie było trzeba, pogoda jak zwykle dopisała i w sobotni ranek ruszyliśmy na wschód. Drogą na Yosemite, a potem na północ dotarliśmy do pierwszego miasta na naszej liście - Jamestown. Kolega, który kierował swoim samochodem postanowił kompletnie nie zwracać uwagi na ograniczenia prędkości i na miejsce dotarliśmy w rekordowym tempie. Malutkie miasteczko - to tak naprawdę główna ulica, kilka domów rozsianych po okolicy i stacja kolejowa z muzeum. Zaparkowaliśmy przy największym hoteliku pamiętającym zapewne czasy strzelanin w saloonach i odwiedzin szczęśliwych poszukiwaczy złota pragnących przehulać znalezione grudki złota. Przez chwilę miałem wrażenie, że jestem gdzieś w Universal Studios, o dookoła mam scenografie do jakiego westernu. I właściwie nie pomyliłem się zbytnio, właśnie tutaj kręcono słynny film " W samo południe", a pociąg pochodzący z planu filmu można oglądać w pobliskim muzeum kolejnictwa. Zresztą Tuolumne County jest dość wdzięcznym miejsce i kręcono tutaj ponad 300 filmów, głównie westernów.

Zgłodnieliśmy troszkę i wypytaliśmy napotkaną mieszkankę miasteczka o warte odwiedzenia lokale gastronomiczne :). Wskazała meksykańską knajpkę w starym stylowym domku i tam się udaliśmy na pyszne burito, zresztą wyglądało na to, że jest to jedyna knajpka w mieście czynna tego dnia. Spacer troszkę nas rozczarował, spodziewałem się czegoś większego, a przejście główną ulicą zajęło niecałe 5 minut. W pamięci miałem Virginia City w Nevadzie, gdzie można spokojnie spędzić cały dzień. Tutaj wszystko było skromne i mniejsze. Oczywiście zabudowa ładna i jedynie zakazałbym nie ruchu kołowego. Zaparkowane wielkie amerykańskie wozy szpecą każdą fotkę :).

Spacerkiem obeszliśmy całą okolicę - taki mały hiking i zatrzymaliśmy się dopiero przy Railton 1897 State Historic Park, gdzie mieści się duże muzeum kolejnictwa. Miejsce wykorzystane było w filmie, do którego mam duży sentyment a mianowicie "Powrót do Przyszłości III". Wejście za opłatą co według mnie nie jest najlepszym pomysłem, oglądanie kilku lokomotyw i baraków nie powinno kosztować. W okresie wiosenno-jesiennym można przejechać się prawdziwym pociągiem napędzanym przez stary parowóz, jak za starych czasów. Miłe miasteczko do zatrzymania się po drodze, ale nie jako cel wyprawy.

Ruszamy dalej, jednak nie udaje się nam rozpędzić dobrze... a już jesteśmy w sercu Sonory na ulicy Washington. Miasto wydaje się być trochę wymarłe. Nie przypomina odwiedzonego wcześniej Jamestown. Sonora jest sporym miasteczkiem, z ładną wiktoriańską zabudową i pięknym czerwonym kościółkiem St. James Church na końcu ulicy. Po przeciwnej stronie od kościoła mieści się Street-Morgan Mansion z 1896 roku, które urodą przyćmiewa wszystkie budynki w okolicy. Główną ulicę upodobały sobie galerie i sklepy z antykami oraz muzea. Budynki rozsiane są po pobliskich wzgórzach co nadaje Sonorze klimatu, momentami przypomina mi to jazdę po San Francisco :). Zwiedzenie tego miejsca nie zajmuje dużo czasu, ale przyjemny klimacik zapada w pamięci.

Jedziemy dalej i za chwilkę jesteśmy na parkingu w mieście Columbia. Miasteczko jest teraz zamienione na Park Stanowy - skansen. Już z daleka widziałem, że to jest to miejsce jakie szukałem. Nareszcie coś w stylu Virginia City tylko z tą różnicą, że traktowane jest jako "wymarłe". Po obu stronach głównej ulicy znajdują się świetnie zachowane "westernowe" domki, sklepy, hotel i bank. Brakowało tylko gwaru ulicy, koni i strzelaniny pod saloonem :). W latach świetności była drugim co do wielkości miastem Kalifornii i gdyby nie dwa głosy podczas głosowania nad lokalizacją stolicy, dzisiaj Columbia byłaby centrum politycznym stanu. To zdecydowanie jedno z najładniejszych miasteczek w stylu dzikiego zachodu i bardzo "wdzięczna" lokalizacja do zrobienia świetnych zdjęć. Chodząc po zakamarkach Columbii doczekaliśmy się zachodu słońca i z ciekawością przyglądaliśmy się turystom, którzy usilnie starali się wypłukać jakieś grudki złota z czynnych jeszcze miejsc -pozostawionych przez poszukiwaczy złota.

Jamestown - Sonora - Columbia

poniedziałek, lutego 23, 2009

Po prostu Mosin

Podczas wyprawy miałem okazję przetestować nową broń - karabin Mosin-Nagant M91/30 zakupiony po bardzo promocyjnej cenie 99 dolarów. Jest to bron oryginalna z magazynów rosyjskich. Rok produkcji 1942 i nie używana. W zestawie znajduję się bagnet, pas na naboje i sprzęt do konserwacji. Naboje trzeba było zamówić osobno. Idealnym miejsce na testy strzeleckie był nasz ulubiony Box Canyon niedaleko Salton Sea. Teren zamknięty a ściany kanionu są naturalnymi kulołapami.
Z broni tego typu korzystał słynny rosyjski snajper Wasilij Zajcew, który podczas bitwy o Stalingrad zaliczył pokaźną liczbę trafień. Ile to już trudna sprawa do ustalenia zważywszy że nie prowadził książeczki trafień a propaganda sowiecka potrafiła świetnie przekłamywać historię. Broń okazała się bardzo celna i pomimo braku lunety snajperskiej trafiliśmy świetnie na bardzo duże odległości. Jedynym problemem był ogromny huk jaki towarzyszył oddawaniu strzału ale to już taki urok tego typu broni. Poniżej przedstawiam nagrane filmiki z prezentacji broni i kilka zdjęć.



Mosin-Nagant M91/30

Arizona Deserts Expedition i Lake Havasu

Styczeń w tym roku mocno zaskoczył mieszkańców Kalifornii, temperatury były iście tropikalne i zero deszczu - co doprowadziło do wyschnięcia większości jezior. Luty był trochę pomieszany i pod koniec miesiąca dopiero doczekaliśmy się deszczów (to wersja oficjalna, a ja wcale się nie cieszę). Temperatury spadły w rejonie Bay Area poniżej 20 stopni, co oznaczało, że trzeba na długi weekend uciekać gdzieś na południe. I jak postanowiliśmy - tak zrobiliśmy.

Ten wyjazd miał być powrotem do korzeni - wspólna wyprawa w składzie jak przez dwoma laty. Punktem zbornym był ulubiony ostatnio Box Canyon niedaleko Salton Sea. Przygotowanie kempingu trwało chwilkę i szybko zajęliśmy się testami nowego nabytku - karabinu rosyjskiego z II wojny światowej - mosin. Kawał żelastwa okazał się świetnym zakupem i bardzo celna broń pochłonęła sporo czasu :). W oczekiwaniu na resztę grupy rozpaliliśmy ognisko i rozstawiliśmy w kanionie małe lampki olejowe. Ekipa miała podane koordynaty do GPS, ale w nocy łatwo coś ominąć. W tym rejonie nie ma kompletnie zasięgu, więc nie bardzo było jak się skontaktować. Następnego dnia rano brakująca część drużyny była już razem. Było jak za dobrych czasów... zrobiło się lekko nostalgicznie :). Temperatura dopisywała i słońce popaliło nas na skwarki. W ferworze zapomnieliśmy o nakryciach głów i wyglądaliśmy zabawnie, zupełnie jak rodowici mieszkańcy tych rejonów. Testy broni trwały w najlepsze, kilka filmów i obiad z ogniska zrelaksowały nas całkowicie. Późnym popołudniem pora była zmienić lokalizację na coś nowego - w końcu trzeba dokładnie eksplorować teren.
Wjechaliśmy na autostradę międzystanową 10 i pojechaliśmy na wschód w stronę Arizony. Przez odcinek kalifornijski towarzyszyły nam drzewka Jozuego, a po przekroczeniu granicy Arizony za miastem Blythe natychmiast sceneria się zmieniła i
pojawiły się słynne kaktusy znane wszystkim z westernów lub kreskówek. Wyglądało to ciekawie tak jakby kaktus saguaro miał monopol tylko na ten stan :). Teraz pozostało tylko zmienić czas - w Arizonie dodajemy jedną godzinę, co wydaje się być troszkę niewygodne i pożera nam cenny czas i światło dzienne. Na wysokości miasteczka Quartzsite odbiliśmy na północ autostradą 95, a potem lokalną drogą na wschód.
Było już późna noc i szukaliśmy jakiegoś wygodnego zjazdu na pustynie, jakiejś przerwy w krzakach. I tak znaleźliśmy dobre miejsce niedaleko East Cactus Plain Wilderness, przejechaliśmy po piaskach i wertepach mijając wyschnięte drzewa i kaktusy. Odjechaliśmy na odległość, która pozwalała nam na pewną dozę prywatności i bez obawy, że nawiedzi nas inny turysta mający podobny pomysł na nocleg. Przy reflektorach samo
chodów rozbiliśmy namioty, a ja przygotowałem ognisko- co było łatwe - suchych patyków było pełno... i następne kilka godzin spędziliśmy przy ognisku. Kiełbaski i mięsko wyszło całkiem dobre, a zimne piwko smakowało wybornie.
Jeszcze mały rekonesans po nocy z noktowizorami, żeby zbadać okolicę na wypadek, gdyby trafił się jakiś zagłodzony zwierzak i chciał nas zjeść :). Teren
był czysty i spokojnie poszliśmy spać, nie powiem, żeby było ciepło - ale to typowe dla pustyń, dzień upalny a noc mroźna. Na ranem odwiedził nas kojot i trochę pohałasował przy naszych stolikach, ale nic nie ukradł. Jak jestem na wyprawach wstaję zwykle o świcie, nie mogę długo spać, zwłaszcza jak marznę. Ruszyłem na rekonesans przy normalnym świetle dziennym z czerwoną tarczą wschodzącego słońca na horyzoncie - dokładnie tak jak na fladze Arizony. Zrobiłem kilka mil szybkim krokiem zatrzymując się przy napotkanych kaktusach, nie umiem się oprzeć urokowi tych roślin - są takie egzotyczne i kojarzą się z czasami podboju zachodu Ameryki. Każdy ma inny kształt i wielkość i dla zapalonego fotografa to świetny "model" do zdjęć. Po dwóch godzinach natknąłem się na kolegę, który ruszył jakiś czas po mnie na zwiad.
Nie wytropiliśmy żadnej zwierzyny, czy skorpionów - ale
znaleźliśmy dobrze już objedzony szkielet jakiegoś osiołka. Dzika pustynia ciągnęła się milami i po chwili zorientowaliśmy się, że oddaliliśmy się na znaczną odległość. Trzeba było wracać na śniadanie. Widoki przyjemne, ale w tym miejscu nie ma tak dużego zagęszczenia kaktusów saguaro, dopiero po wyruszeniu z naszego obozowiska po kilku milach zrobiło się od nich zielono. Widzieliśmy też w oddali poparkowane RV bardzo daleko w pustyni - o świadczy o tym, że miejsce jest chyba popularne, a my nie odkryliśmy niczego nowego. Teren był w miarę płaski i tylko pasmo gór Plomosa majaczyło w oddali. Oczywiście w takich warunkach nie ma opcji strzelania, nie było naturalnego „kulołapa" w postaci górki czy skał. Ruszyliśmy na północ wzdłuż rzeki Colorado. Wszędzie wyschnięta ziemia bez śladów roślinności, a przy brzegach rzeki kwitnie bujnie życie, mamy zieloną trawę, palmy i zaparkowane co chwila samochody z turystami. Wygląda to trochę surrealistycznie.
Minęliśmy tamę Parker na rzece Colorado, która nie oferuje żadnych atrakcji jak jej "koleżanka" tama Hoovera z granicy z Nevadą. Pogoda powoli zaczynała się psuć i pojawiły się chmury, deszcz był nieunikniony, musiał w końcu spaść... ale jeszcze nie teraz! I tak dotarliśmy do celu na ten dzień - Jeziora Havasu i miasta Lake Havasu City.
Miasto jest dość osobliwym tworem, powstało w podobny sposób co Las Vegas, ktoś sobie coś uroił i postawił na środku pustyni miasto. W tym wypadku był to ekscentryczny milioner Robert McCulloch, który przeniósł swoją fabrykę w to miejsce i zakupił na aukcji... most! Ale nie zwykły most tylko...


Londyński most za cenę 2.4 miliona dolarów. Rozebrany na części kamienny most przetransportowano przez morze pod koniec lat 60 tych. Pieczołowicie odtworzony most połączył miasteczko z małą wysepką Pittsburgh Point. A najzabawniejsze w tym było to, że ów milioner myślał, że zakupił... Tower Bridge :). Ale i tak most drugą wielką atrakcją Arizony po Wielkim Kanionie. Most niczym wielkim nie jest i wrażenia zbytniego nie robi, ale fakt, że "podobno" jest oryginalny i prosto z Londynu - przyciąga rzesze turystów. Wokoło powstało wiele hoteli i resortów Spa. Mamy też ogromne pola golfowe i sporty motorowodne. Od marca do lipca miejsce to przyciąga ogromne ilości studentów z całych Stanów - łatwo wyobrazić sobie co tutaj się dzieje :), nikt nie trzeźwieje - a życie toczy się 24 godziny na dobę, imprezy na łodziach przycumowanych do nabrzeży przeszły już do legendy. Pod koniec lutego organizowane są tutaj Mardi Grass :). Momentami imprezy przeradzają się w mocno erotyczne zabawy... Każdy młody Amerykanin kojarzy to miejsce tylko z niezłymi imprezami i raczej nie będzie pamiętał o jakimś starym moście.
Chętni na zwiedzanie jeziora mogą zabrać się na jeden z wielu pływających statków wycieczkowych, panorama okolic z jeziora jest całkiem imponująca. Młodzi na szybkich łodziach testują tutaj swoje maszyny i nie trudno o wypadek. Wzdłuż nabrzeży biegnie kameralny deptak z budynkami i pomnikami stylizowanymi na wzór Londyński, małe centrum handlowe (obecnie w remoncie) i czerwone budki telefoniczne dodają "kiczu" temu miejscu. Oczywiście wraz z popularnością Lake Havasu dotarły tutaj wielkie koncerny handlowe i pobudowały swoje ogromne sklepy.
Po spacerku po moście wracamy na szlak. Docieramy na wieczór w rejony Bullhead City. Jedziemy przez chwilkę starym Route 66 i skręcamy gdzieś w nieznane, kilkanaście mil brniemy po utwardzanej drodze i finalnie lądujemy w małej dolince osłonięci od wiatru i ewentualnych ludzi. Powtórka z dnia poprzedniego - tylko teraz mamy wyzwania w postaci wysokich wzniesień. Wdrapywanie na szczyt daje w kość, zwłaszcza że podłoże jest niestabilne. Widoki z góry są niezłe, wszędzie jak okiem sięgnąć pustkowia, a hen daleko zarys gór. Co jakiś czas w oddali pojawia się pędzący na złamanie karku quad. Fani tego typu sportów wybierają sobie takie bezludne miejsca, żeby się wyszaleć bez ograniczeń. Rozpalenie ogniska i zrobienie posiłku zajęło trochę czasu, ale przyjemna atmosfera pozostała na długo.
Następnego dnia ruszyliśmy na styk trzech stanów Nevady, Arizony i Kalifornii, ale żadnego znaku do pamiątkowej fotki nie było... a szkoda. Dość abstrakcyjnie wyglądało miasto-kasyno Laughlin zbudowane zapewne z myślą o podróżujących kamperami i RV. Kolorowe ogromne kasyna wyrastające na kompletnym bezludziu po środku pustyni i skał. No, ale z tego już słynie Nevada.
Wyprawa pozostanie u mnie na długo w pamięci, świetny klimat, starzy dobrzy znajomi i magiczne miejsca z dala od cywilizacji. Ale za to właśnie kocham zachodnie Stany, za bezkres ziemi i dzikość przyrody nieskażone przez cywilizacje. Gdzie indziej na weekend mogę wyrwać się na pustynie, do największych lasów, nad przepiękne jeziora, nad bajeczne wybrzeże oceanu, ośnieżone góry i piękne miasta... to wszystko tylko na zachodnim wybrzeżu.

Arizona Deserts Expedition

Lake Havasu City