czwartek, stycznia 22, 2009

Ottawa

Nowy rok zaczął się optymistycznie, nowe plany... I już na początku powstał ambitny plan, żeby wyruszyć na podbój prowincji Quebec. Pozostało tylko mieć nadzieję, że nie pojawią się jakieś niespodziewane burze śnieżne i drogi będą przejezdne. Wstępny plan zakładał dotarcie do Ottawy i Montrealu. Pozostało poszukać w miarę dobrej cenowo wypożyczalni, ceny są podobne do tych w USA. Często korzystam z Enterprise, ale ta firma ma trochę dziwną politykę zabraniającą wyjeżdżania poza prowincje Ontario - hmm... a niby jak się dowiedzą, że nie pojechałem dalej? W Kalifornii nigdy się tym nie przejmowałem, ale tutaj nie było co ryzykować zwłaszcza jak pogoda była niepewna i łatwo o wypadek. Pozostał Hertz i moje zniżki. Wczesnym rankiem pojechaliśmy do wypożyczalni, która oferowała lepszą cenę i dostaliśmy całkiem spory samochód w cenie małego. Trafił się Buick Allure.
Ranek był przepiękny i słoneczny, to wróżyło dobrze. Ulice wyglądały na dobrze odśnieżone. Po samochód przyjechaliśmy już z torbami, żeby nie marnować czasu na powrót do domu. Ale samochód po nocy był oszroniony i chwilę potrwało zanim odmroziły się szyby. Z naszego miejsca mieliśmy bardzo blisko do autostrady numer 401, którą mieliśmy jechać przez następne 4 godziny na wschód. Trasa bardzo prosta i nie ma szans się zgubić :). Ruch za Toronto zrobił się rzadszy i można było płynnie jechać. Nieszczęściem autostrad kanadyjskich są limity prędkości. Średnio 100-110 km/h. Dla Europejczyków dużym plusem jest system metryczny i prędkość podawana w kilometrach, a paliwo w litrach. Jadąc taką autostradą człowiek niechcący rozpędza się do 140 km/h, nawet tego nie czując i tylko tablice informacyjne przypominają o kosztach przekroczenia limitu: 120=99 dol i rośnie odpowiednio wysoko. Ludzie nie szaleją i średnia prędkość utrzymana jest na poziomie 120 km/h. Jednak muszę przyznać, że sporo wypadków widziałem w Kandzie, więcej niż przez podczas moich wypraw po Stanach. Z rad jakie dostałem to szczególnie uważać miałem na pakistańskich kierowców ciężarówek, zniszczyli oni trochę rynek trackerski jeżdżąc za małe pieniądze nawet po pięć osób. Ich maszyny są w trasie non-stop, a swoje potrzeby załatwiają w ... wyciętej w podłodze dziurze w przedziale sypialnym! Mechanicy nie chcą dotykać ich wozów i robią się problemy. Faktycznie chyba dwa razy trafiłem na kogoś takiego i musiałem uciekać na pobocze, kiedy ciężarówka zjechała na mój pas bez żadnej sygnalizacji. Na pewno w trasie nie było nudno :).
Po 4 godzinach odbiłem na północ na drogę numer 416, która prowadziła prawie do samego centrum miasta. Na drogach i w miejscach publicznych w prowincji Ontario obowiązują dwujęzyczne napisy - po angielsku i po francusku. Stolica Kanady przywitała nas strasznym mrozem i przepięknym czystym niebem. Miejsce to przypomina z lekka inną stolicę, a mianowicie Waszyngton, podobna niska zabudowa bez wysokich drapaczy chmur, układ ulic bardzo czytelny i łatwy w poruszaniu. Wjechałem na główną arterię miasta ulice Wellington Street i po chwili znalazłem się przy słynnym budynku Parlamentu. Teraz pozostało poszukać miejsca do zaparkowania wozu co okazało się zadaniem bardzo trudnym. Zrobiłem kilka rundek równoległymi ulicami i nic w sensownej cenie nie udało się znaleźć. Lekko tym poirytowany przypomniałem sobie, gdzie parkowałem kilka lat temu i pojechałem na parking na tyłach Kanadyjskiego Sądu Najwyższego. Na sporym placu zarezerwowanym dla pracowników instytucji rządowych stało dużo prywatnych samochodów, widziałem wysiadających zdezorientowanych turystów, z których żaden nie wiedział czy można tu parkować :), ale psychologia tłumu zadziałała i nie wyglądało - żeby policja odholowywała wozy. Dodam, że była to sobota i urzędy nie pracowały. Wepchnąłem się w wolne miejsce w zaspie i wyszliśmy na zwiedzanie. Mróz był niesamowity, przeszywający i zacząłem obawiać się o aparat, nie mówiąc już o żywotności baterii. Po kilku krokach znaleźliśmy się na dużym placu zwanym Parliament Hill. W skład tak zwanego Parliament Buildings wchodzą Centre Block z wysoką Peace Tower, wewnątrz tej neogotyckiej budowli obraduje Parlament Kanady, który można zwiedzić wchodząc bocznym wejściem. W środku największe wrażenie robi Izba Gmin wzorowana na Brytyjskiej z miejscem dla Generalnego Gubernatora. Spacer po komnatach nie zabiera dużo czasu.
Po wyjściu z Parlamentu po obu stronach placu wznoszą się zrobione w podobnym stylu budynki rządowe West Block i East Block. Miasto "nadźgane" jest do przesady pomnikami, co również przypomina Waszyngton. Co chwila trafiamy na jakąś zasłużoną dla kraju postać od czasów podbojów Ameryki do współczesności. Spacer na tyłach centralnego gmachu daje nam nowe spojrzenia na okolicę, przed nami wyrasta zamarznięta rzeka Ottawa i most Alexandra, który jest jednocześnie mostem granicznym z prowincją Quebec i miastem Gatineau.
Ruszamy dalej ulicą Wellington i trafiamy na małe "zameczki", które okazują się być siedzibą Sądu i budynkami Archiwów Państwowych, a nasz samochód stoi na tyłach :). Zmieniając kierunek wchodzimy na zamknięty dla ruchu deptak - słynną ulicę Sparks Street, latem pełno tu ludzi i kawiarenek na zewnątrz. Teraz uliczka wydaje się być wymarła i całe życie przeniosło się do wnętrz sklepów. W połowie tej przyjemnej uliczki znajduje się Muzeum Pieniądza, niejeden numizmatyk oszalałby ze szczęścia mogąc pooglądać tutejsze zbiory. Muzeum nie jest wielkie, ale warto wstąpić i przyjrzeć się banknotom i monetom na przestrzeni wieków. Trochę rozgrzani znowu wychodzimy na mróz i po chwili trafiamy na Plac Konfederacji z dużym pomnikiem National War Memorial. Idąc dalej przechodzimy obok brzydkich budowli National Arts Center i docieramy do celu - czyli do kanału Rideau, który na zimę zamienia się najdłuższe lodowisko na świecie! Widok niesamowity, w takich warunkach można jeździć, a nie jak do tej pory kręcić się w kółko po malutkim lodowisku. Gdyby nie cały sprzęt jaki ze sobą taszczyłem i mróz - to chętnie bym spróbował szybkiej jazdy po prostej trasie.
Wracając od strony kanału docieramy do miejsca w okolicach Sussex Drive, które najeżone jest wszelakimi muzeami i galeriami. Mieści się tam między innymi National Gallery of Canada - przeszklony budynek o dziwnym kształcie, ale za to z rewelacyjnym widokiem na Parliament Hill i rzekę. A koło galerii spotkałem ogromnego pająka, dzieło artystki Louise Bourgeois, której - innego pająka podziwiam u siebie w San Francisco :). Ten kawałek terenu w stolicy jest wspaniałym miejscem dla pasjonatów sztuki, dostępne tutaj zbiory mogą zatrzymać turystę na kilka dni...
Przemarznięci doczłapaliśmy do wysuniętego na cyplu ogromnego pomnika Samuela de Champlaina, z którego roztacza się całkiem niezła panorama dwóch granicznych miast. To zabawne i zarazem ciekawe, że po stronie angielskiej stoi pomnik francuskiego podróżnika i odkrywcy, który spędził kilka lat w niewoli u Anglików. Całe miasto dobrze zwiedza się na piechotę i wszystkie atrakcje znajdują się blisko siebie, co czyni z Ottawy - całkiem przyjemny przystanek w drodze do Montrealu.
Ottawa - Ontario

Niagara On The Lake

Zostawiamy za sobą wodospady Niagara i jedziemy na wschód. Kilka kilometrów za miastem natrafiliśmy na coś osobliwego. Bardzo wielką chińską pagodę, kilka kondygnacji. A obok piękną zdobioną bramę i figurki typowe dla wschodniej Azji. Oczywiście wjechałem do środka na małą sesję zdjęciową, wyglądało to jak świątynia połączona z fabryką figurek. Ale było bardzo egzotycznie :).
Jadąc dalej przy Whirlpool Rapids, gdzie rzeka gwałtownie skręca, natrafiliśmy na lokalną atrakcję Spanish Aero Car - kolejka linowa nad wąwozem. Wagonik zawieszony na rozciągniętych po dwóch stronach punktach na skarpie. Tą samą odległość można pokonać pieszo lub samochodem, ale dla niektórych przejazd na dużej wysokości na rzeką jest wielką atrakcją. W ulotkach była informacja, że ta atrakcja czynna jest do października, ale widać to nie była prawda i przedłużyli ofertę. Wszystko działało, a chętnych było sporo.
Mijaliśmy duże połacie winorośli, co mnie bardzo zdziwiło, tego typu widoki to owszem, ale u mnie - w Napa, Sonoma lub gdzieś na południu Europy, a nie w zamarzniętej Kanadzie. Ale jednak wino z tego rejonu ma dobrą markę, a nawet jest lokalna winna atrakcja pod postacią Ice Wine - jest to rzadko spotykane słodkie wino, produkowane z zamarzniętych owoców, które następnie są wyciskane przed rozmarznięciem.
Czas zimowy nieubłaganie gonił nas i po chwili byliśmy w pobliżu naszego celu miasta Niagara-on-the-Lake. Ale zanim wjechaliśmy na główną ulicę zrobiliśmy mały postój w pobliskim Fort Gorge - brytyjskiej placówce granicznej z XIX wieku. W zimę nikogo w biurach nie ma i zwiedzać można za darmo. Fort jest dość skromny, kanciaste palisady i wykopane rowy miały chronić przez wojskami amerykańskimi - tak tak Kanadyjczycy mieli swój poważny epizod i małą wojnę z Amerykanami w 1812 roku i gdyby politycy zza południowej granicy uparli się bardzo, dzisiejsza mapa USA wyglądała by bardzo imponująco. W forcie znajduje się kilka drewnianych budynków i kilka armat i to wszystko. Obejście całego fortu nie zajęło dużo czasu i po chwili wjechaliśmy na Queen Street w dawnej stolicy Górnej Kanady.
Niagara-on-the-Lake to chyba jedno z najładniejszych miast Ontario, bo nie śmiem napisać Kanady po pobycie w prowincji Quebec :). Miasteczko jest jak dla mnie mikroskopijne, ale bardzo sympatyczne! Na wjeździe wita nas stary czerwony hotel w stylu wiktoriańskim Prince of Wales i to jest naprawdę perełka. Nieopodal wejścia zaparkowane są dorożki z ubranymi stylowo woźnicami, tak było i tego dnia. Miły XIX wieczny klimat. Troszkę dziwi na pewno wieża zegarowa, która mieści się... na środku ulicy. Zresztą środek ten jest też wykorzystywany jako ... parking, nie wygląda to zbyt ciekawie i nowoczesne samochody oszpecają eleganckie drewniane domki. Zostawiliśmy samochód gdzieś na bocznej uliczce i przespacerowaliśmy się wzdłuż zabytkowych budynków. Powszechnie znaną atrakcją jest sklep z ozdobami na choinkę czynny cały rok, ale teraz przeżywający oblężenie. Małe restauracyjki i kawiarenki, galerie sztuki i sklepiki mają niepowtarzalny klimat. Chętnie widziałbym w tym miejscu wodospad Niagara, wtedy nazwałbym to atrakcją :). Zgodnie z broszurką z wymienionymi atrakcjami znaleźliśmy neoklasyczny kościółek St. Andrews, który mnie niczym specjalnym nie ujął. Wróciliśmy jeszcze długą trasą przy jeziorze wzdłuż plaży z widokiem na amerykański Fort Niagara. Wszystko wydaje się być tak blisko, że dobry pływak spokojnie pokona ten odcinek bez problemu. Doczekaliśmy do zachodu słońca i ruszyliśmy przez pięknie podświetlone miasteczko. W drodze powrotnej zatrzymałem się jeszcze w przemysłowym mieście Hamilton - oczywiście na gorącą czekoladę, a miejsce było wyjątkowe, ponieważ znalazłem pierwszego Tima Hortonsa :) Sklepik numer 1. Niczym specjalnym się nie wyróżnia, a wręcz wydaje się być zapomniany.
Późno w nocy zaparkowałem samochód w zaspie pod domem, rano trzeba było znowu wykopać podjazd i maszynę. Dobrze, że w wypożyczalniach nie zapomnieli o szczotkach i „zdrapywaczkach". Niagara zimą dużo traci na swym uroku ale nie każdemu dane jest być tam w lecie.
Niagara On The Lake

Niagara Falls- Winter time.

Korzystając z dobrej pogody w przedostatni dzień roku postanowiliśmy wyrwać się na małą wycieczkę do Niagary. Zawsze byłem ciekaw oprawy zimowej wodospadu, miałem nadzieje na ładne widoki, dużo śniegu i sopli. Wynajęcie samochodu w pobliskiej wypożyczalni wyglądało tak samo jak w USA, więc sprawy załatwiłem szybko.

Dni o tej porze roku są krótkie, dlatego nie marnując chwili - ruszyliśmy autostradą główną QEW, przejechaliśmy ogromnym mostem Burlington Bay Skyway, "ścinającym" kawałek jeziora koło miasta Hamilton. Widoki z wysokiego mostu były rewelacyjne. Z Mississaugi do Niagara Falls jest niedaleko, ponad godzinna jazda minęła szybko. Nie było specjalnie godnych zatrzymywania się miejsc po drodze i o wczesnej godzinie wjechaliśmy do miasta. Postarałem się przejechać główną ulicą Niagara River Parkway i już z okien wozu zobaczyliśmy ogromny wodospad. Kilkanaście metrów za najliczniej odwiedzanym punktem znajduje się ogromny parking, na który liczyłem, że będę mógł w miarę niedaleko zaparkować. Rozczarowanie było wielkie, ceny były tak wysokie jak latem - 18-20 dolarów. Ale chętnych im nie brakowało. Przejechałem jeszcze kilka metrów dalej i trafiłem na prawie pusty parking za 8 dolarów - idealnie, trochę dłuższy spacer nie robił nam różnicy. A nawet miałem ciekawszą panoramę miasta z rzeką płynącą do wodospadu.
Pierwsze co rzuciło się w oczy to ... szarość. Brak kolorów i mdło. A dokładnie pół roku temu byłem w tym miejscu i witały mnie przepiękne kolory drzew i wody. Doszliśmy powoli do punktu, gdzie załamuje się skarpa i rzeka uderza z wielkim hukiem o dno koryta. Murek ze zdobieniami odgradzający nas od Niagary cały pokryty był - w dodatkowe ornamenty w postaci sopli i różnych form z lodu. Iście bajkowa kompozycja... Droga była bardzo oblodzona i trzeba było stąpać bardzo uważnie. Co chwila ktoś się wywracał. Gdzie te kolory? Zniknęły:(. Rzeka Niagara cała szaro brunatna... gdzie się podział ten turkus i błękit? Zimą to miejsce dużo traci ze swojego uroku. Ale masy turystów zawsze dopisują, kłębią się i potykają, a każdy chce zobaczyć z bliska wodospad. Co jakiś czas zawiał mocny wiatr i gęsty "kapuśniaczek" spadał na przechodniów, każdy w panice chował aparat i zakładał kaptur. Ja po kilku minutach byłem cały zmoczony i tylko dzięki nieprzemakalnej kurtce jakoś mogłem dalej funkcjonować.
Nad całym wodospadem górują wieżowce pobliskich hoteli i kasyn, szpetna komercja odbiera temu miejscu klimat. Nie znajdziemy tutaj chwili na refleksje, odpoczynek i podziwianie w ciszy uroków. To "fabryka" - autokary wysypują masy turystów, którzy pędem odhaczają w swoim planie następną atrakcję i z powrotem ruszają w trasę. Więcej o tym opisałem w wyprawie letniej i od tego czasu nic w "małym Las Vegas" nie uległo zmianie, a może tylko przybyło nowych żurawi budujących następne kasyno. Na szczęście nas nic nie goniło, żadna wycieczka czy przewodnik. Doszliśmy spacerkiem do miejsca, z którego w okresie wiosenno-jesiennym odpływają statki pod sam wodospad. Wszystko było pozamykane. Jedynie po drugiej stronie rzeki po stronie amerykańskiemu widać było mały ruch na tarasach schodzących do amerykańskiego wodospadu. Widziałem też kilka postaci na specjalnym wysuniętym nad rzekę moście, ale wyglądało na to, że ruch tam jest mały.
Przeszliśmy pod Rainbow Bridge - mostem granicznym i minęliśmy tabliczkę wskazującą drogę do USA :). Ruch pieszy na moście był mały i celnicy widocznie się nudzili. Za mostem idąc w stronę centrum miasta natknęliśmy się na sklep firmowy Hersheys - a to oznaczało dobrą gorącą czekoladę. Przyznam, że zachorowałem na to - od momentu przyjazdu do Kanady i każdego dnia wypijałem minimum dwa kubki tego gorącego „słodycza". Dobre wrażenie zrobiła na mnie sieć kawiarni Tim Hortons, chyba jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w Kanadzie. Coś na miarę Coca Coli :). Można tu wypić kawę, zjeść pączka, kanapkę i gorącą zupę. Wszędzie tego pełno. A ich firmowa czekolada była dla mnie rewelacyjna! W tym samym budynku co Hersheys znajdował się sklep firmowy Coca-Coli z wnętrzami stylizowanymi na lata 50-te. Można było zaopatrzyć się w różne pamiątki i co przyznam niektóre całkiem fajne. Właściwie cała okolica to jedne wielki sklep z pamiątkami, można tu kupić wszystko co związane z Kanadą, hmm... tak kupić tutaj i mieć potem z głowy prezenty:).
Nieśpiesznie przedostaliśmy się na uliczkę pełną kolorowych reklam i świecących neonów, raj dla dzieci - od Księgi Guinessa, poprze Believe or Not, a skończywszy na ogromnym kręconym młynie. Wszystko to swoim przepychem dorównuje znanym parkom rozrywki w USA. I jedyne co nie pasuje to - wszechobecne sklepy z cygarami :). Chyba Amerykanie mają embargo na kubańskie cygara, a kanadyjscy biznesmeni wywęszyli dobry interes i sprzedaż idzie na całego.
Połaziliśmy jeszcze pomiędzy mniej komercyjnymi uliczkami i wróciliśmy trasą przy wodospadzie. W pewnym momencie padające promienie słońca aktywowały przepiękną tęcze, a po chwili nawet dwie. Ludzie rzucili się do robienia zdjęć o mało co nie zabijając się nawzajem. A lód był cały czas na chodniku. Złapałem kilka ciekawych ujęć z tęczą i pozamarzanymi krzakami w lodowej otoczce. Wstąpiliśmy jeszcze do kawiarni po kawę na wynos do Tima Hortonsa oczywiście :). Ruszyliśmy dalej wzdłuż rzeki Niagara, kierując się na wschód do ujścia do Jeziora Ontario.

Niagara Falls- Winter

środa, stycznia 21, 2009

Toronto - Winter time. Part II

Okres świąteczny to czas przy domowym ognisku, stół suto zastawiony produktami polskimi. Nie ma tutaj z tym problemu, wszędzie gdzie się człowiek nie ruszy jakiś polski sklep :). Pogoda poprawiła się znacznie i zelżały mrozy i wyszło słońce, więc długo się nie zastanawialiśmy nad decyzją o dalszym zwiedzaniu Toronto.
Tym razem wyprawa była nastawiona na część kulturalną i postanowiliśmy zobaczyć wybrane muzea. Nie skorzystaliśmy z GO Busa i dla odmiany pojechaliśmy zwykłym miejskim autobusem, który dostarczył nas do stacji metra Islington. Stąd czekała nas jeszcze długa droga do centrum miasta, zaopatrzeni w malutkie żetony, które służą tutaj za opłatę do metra, weszliśmy na peron. Metro całkiem przyzwoite, zamontowane ekrany wyświetlają informację a na wagoniki przyjemne. Przez kilka stacji jechaliśmy na zewnątrz i można było podziwiać krajobrazy przedmieść Toronto, uwagę moją przykuła wielka reklama PEKAO i uśmiech na twarzy wyrósł natychmiast. Nasi tu byli. System metra nie jest specjalnie wyszukany, jest prosty - jedna linia ciągnie się z zachodu na wschód (zielona), druga w kształcie litery U prowadzi z północy (żółta) na południe, gdzie przecina się w trzech miejscach (Spadina, St, George i Bloor/Yonge) z zieloną. Jest jeszcze nitka fioletowa, ale to mało znacząca i krótka trasa na północy miasta. Wysiedliśmy grzecznie przy ulicy Bloor, która jest dość sporą arterią miejską, mieści się tutaj dużo dobrych sklepów i restauracji oraz cel naszej wyprawy - dwa muzea.
Na pierwszy ogień poszło Muzeum Obuwia - Bata Shoe Museum. Okazały budynek w kształcie czworokąta bez okien ze szklaną wejściową fasadą, jest to nowa architektura. Wejście kosztowało 12 dolarów i otrzymaliśmy mały znaczek do przypięcia, żeby było widać, że zapłaciliśmy oraz mapkę z rozrysowanymi salami z ekspozycjami. Pani poleciła zacząć zwiedzanie od poziomu piwnicy co uczyniliśmy. W pierwszej sali "wszystko o butach" można zobaczyć całą historię obuwnictwa, od czasów prehistoryczny przez Rzym aż do średniowiecza. Przyznam, że nastawiłem się na ogromną ilość obuwia i ciekawe przygotowane wystawy. Moje rozczarowanie było bardzo duże, o ile pierwsza sala mogła zaciekawić, to ilość przedmiotów była bardzo mała. Na piętrze za szybą z ekranem telewizyjnym można obejrzeć buty sławnych osób min Marylin Monroe i Elvisa Presleya. Na pozostałych dwóch piętrach można zobaczyć malutkie zbiory na dużej powierzchni, sala poświęcona obuwiu Indian Ameryki Północnej zajmuje chyba największą przestrzeń, a salka o tematyce baletowej najmniejszą. Generalnie wrażenie było takie, że miałem ochotę upomnieć się o zwrot pieniędzy! Liczyłem niesamowitą ilość butów z różnych epok, a dostałem kilka mokasynów, baletek i japońskich dziwadeł. Wielkie rozczarowanie :(.
Opuściliśmy to miejsce z nadzieją, że pobliskie Royal Ontario Museum będzie ciekawsze. Odległość pomiędzy tymi dwoma miejscami jest bardzo mała. Jest to największe muzeum w Kanadzie. Budynek ROM jak w skrócie nazywane jest Królewskie Muzeum Ontario , wygląda przedziwnie, można go polubić lub uznać za szkaradny. Do starej części Muzeum dobudowano (wkomponowano) nową część w kształcie ogromnych "kryształów". Jest to połączenie dwóch kompletnie różnych stylów, a architektem był nie kto inny jak słynny Daniel Libeskind. Wygląd wzbudza kontrowersje i nie dziwię się :). Tego dnia trafiły nam się specjalne ekspozycje dotyczące Sztuki Starożytnej Ukrainy i Natura Diamentu. W środku mieści się ponad 40 różnych galerii i ponad 6 milionów eksponatów. Na opisanie całej wycieczki po muzeum nie starczyło by miejsca, ale żeby zobaczyć wszystko dokładnie nie wystarczy jeden dzień. Każdy z nas wytyczył sobie trasę po ekspozycjach, które go interesowały. Od sklepienia z weneckiego szkła, malowidła z Azji, grobowiec z dynastii Ming, malarstwo Europejskie, kolekcje broni, mumie z Egiptu a kończąc na szkieletach ogromnych Dinozaurów. Podobno muzeum odwiedza rocznie ponad milion osób - w co łatwo uwierzyć. Za oknem już dawno zrobiło się ciemno i czas zwiedzania dobiegł końca.
Temperatura spadła znacznie i chodzenie po nocy nie miało już sensu. Przeszliśmy jeszcze na południe w stronę centrum miasta, mijając po drodze spory park Queens Park Circle z przepięknym budynkiem Zgromadzenia Ustawodawczego Ontario. Tego typu budynki zawsze kojarzyły mi się z Anglią. Wnętrza można zwiedzać bezpłatnie. Kilkaset metrów w stronę zachodnią zaczynają się siedziby wydziałów Uniwersytetu Toronto. Budynki pokryte bluszczem i neogotyckie wnętrza przypominają nie tak dalekie budynki w New Haven i Bostonie, gdzie mieszczą się prestiżowe uczelnie amerykańskie z korzeniami na starym kontynencie.
Duże zaspy śniegu mocno utrudniały spacer, nieodśnieżone przez pługi miejsca nie pozwalały nam określić położenia chodników lub ścieżek, trzeba było improwizować i iść po kolana w śniegu. W końcu po długim marszu dotarliśmy w okolice City Hall, gdzie podświetlone lodowisko nabrało uroku, pomimo późnej pory cała tafla zapełniona była po brzegi, jazda już nie jest wtedy przyjemnością. Starając się wrócić do Union Station do GO Busa natknąłem się na wejście do podziemi oznaczone kolorowymi literkami układającymi się w słowo PATH - ścieżka. I wtedy dostałem olśnienia, przypomniałem sobie o słynnym Podziemnym Mieście! Teraz stało się jasne dlaczego podczas naszych spacerów na mrozie ulice były tak opustoszałe, wszyscy chodzili w tym czasie pod ziemią. PATH to system dróg i pasaży pod powierzchnią ścisłego centrum miasta. Wejścia znajdują się głównie na parterach wysokich biurowców, banków lub centach handlowych i trzeba uważnie patrzeć na elewacje szukając znaku PATH. Właściwie można przemieścić się w dowolne miejsce w obrębie miasta nie wychodząc na powierzchnię, sklepy, restauracje i różnego typu punkty usługowe zapewnią nam wszystko co niezbędne. Nie dziwią masy ludzi nie opatulonych w ciepłe kurtki, czy bez właściwego na tę porę roku obuwia np. trampki czy bose stopy w balerinkach - zamiast kozaków. Zwykle osoby przyjeżdżające do pracy zostawiają samochód w podziemnym parkingu, przechodzą pasażem do budynku swojej firmy lub docierają do pracy ze stacji kolejowej lub autobusowej nie wychylając nosa na zimno. Niesamowity pomysł. Po zejściu na dół pochłonęła nas rzeka ludzi, próba wyrwania się gdzieś w bok była bardzo trudna, ale w końcu udało się. Co kilka metrów ustawione są mapki pokazujące cały rozkład PATH, ale pomimo tego łatwo się zgubić. W ten sposób już w cieple przedostaliśmy się do Union Station - skąd zatłoczony autobus zabrał nas do domu.
Następnego dnia zaczęliśmy naszą wędrówkę od mekki fanów hokeja czyli Hockey Hall of Fame, muzeum mieści się niedaleko Union Station na rogu Front Street i Yonge. Stary neoklasyczny budynek z 1885 roku, który kiedyś był siedzibą banku teraz mieści pamiątki związane z to zimową dyscypliną sportową. Małą "zmyłką" jest to, że wejście znajduje się nie od frontu jak wydaje się, ale trzeba udać się z boku przez hol biurowca, zjechać na dolną kondygnację i po kilku metrach wita nas oszklone wejście. Po drodze mijamy ogromny sklep z pamiątkami na widok którego niektórzy turyści dostają drgawek i wpadają w amok. Nie jestem fanem hokeja i gabloty ze strojami znanych sportowców, puchary i replika szatni nie robiły na mnie wrażenia - zrobiły za to maski bramkarzy, które miały przedziwne kształty i malunki wystarczające żeby wystraszyć napastnika :).
Po wyjściu skierowaliśmy się na wschód w okolice Starego Toronto, architektura już przyjemniejsza, nie ma szklanych wieżowców tylko stare stylowe kamieniczki i domki. St. Lawrence Market tętni życiem zapewne jak za starych dobrych czasów. Zdecydowanie bardzo ładna okolica. Za podpowiedzią naszego gospodarza doszliśmy do Pierwszej Poczty w Toronto. Zachowany w świetnym stanie budynek mieści w sobie normalnie działającą pocztę. Jest jednak jedna, ale za to bardzo ciekawa atrakcja, w małej salce mieści się muzeum i jest możliwość na małą opłatą napisania listu na specjalnej kartce papieru za pomocą ... pióra z gęsi. Mamy możliwość potrenowania przed napisaniem właściwego listu. Cała procedura jak za dawnych lat, łącznie z posypaniem piaskiem arkusza. Potem umiejętne złożenie kartki, zalanie woskiem i przystawienie pieczęci. Pozostaje tylko postawić kilka pamiątkowych stempli i gotowe. Ciekawe tylko czy jakiś filatelista w Polsce nie przywłaszczy sobie naszej misternej pracy?
Po wyjściu z poczty mieliśmy jeszcze sporo dnia zanim zajdzie słońce, spacer pobliskim Yonge Street do skrzyżowania z Dundas nie zajął dużo czasu. Ulice jak zwykle zapchana ludźmi i turystami. To skrzyżowanie pełni rolę głównego punktu w mieście, coś na styl Picadilly Circus w Londynie. Plac a wokoło wysokie budynki centrów handlowych min słynnego Eaton Center, a na nich ogromne kolorowe reklamy. Zwykłem unikać takich lokalizacji i szybko przeszliśmy Yonge dalej na północ mijając kawałek dzielnicy gejowskiej z wywieszonymi tęczowymi flagami.
Szybkim marszem doszliśmy do stromego podejścia na szczycie którego znajduje się ogromna rezydencja z wieżyczkami i basztami - najzwyklejszy na świecie Zamek - Casa Loma :). W tej chwili mieści się tutaj muzeum, w którym można podziwiać wnętrza, pomieszanie stylów i jak dla mnie najciekawsze to tajemnicze przejścia, pokoiki i tunel. Z okiem można podziwiać świetną panoramę całego miasta. Obok przy zejściu do parku znajduje się następne muzeum Spadina Historic House - mała wiktoriańska rezydencja niczym specjalnym z zewnątrz nie przyciąga, a gdyby nie duży znak informacyjny łatwo ją pominąć. Wnętrza są imponujące, a masywne drewniane meble i sala bilardowa mogą się spodobać. Powoli zaczynało się ściemniać i pozostał jeszcze spacer na drugim końcu miasta, czyli odwiedziny w Queens Quay (ach te nazwy wszędzie takie same :) czy to Londyn, Toronto czy Sydney ...). Nabrzeże w zimę nie wygląda zachęcająco, kra na jeziorze, statki wycieczkowe pochowane w przystaniach i ohydne apartamentowce zasłaniające panoramę miasta. Spacerem wzdłuż nabrzeża żegnamy się z Toronto, miastem, które raczej nie przypada turystom do gustu. Ale mimo zimy ma dużo do zaoferowania. Tylko niech ktoś coś zrobi z tą szaloną - dziką zabudową bez żadnego pomysłu, która oszpeca to miasto jeszcze bardziej...

Toronto - Winter time. Part I

Pogoda powoli się poprawiła na tyle, że można było się ruszyć poza dom na dłużej, nie było już mrozów. Trzeba było wykorzystać czas i zobaczyć jak wygląda Toronto w okresie zimy. Niedaleko od domu miałem przystanek autobusów GO Bus, wygodne biało-zielone autokary, które kursują pomiędzy rejonami podmiejskimi Toronto i zapewniają transport w obie strony do wielkich sypialni. W opcji jest też GO Train czy to samo - tylko na torach. Z mojego miejsca cała przyjemność to koszt około 6 dolarów w jedną stronę, bilet można kupić w automacie lub u kierowcy. Wybrałem na rozkładzie wersję Express i po półgodzinie byłem w na dworcu w Toronto. Union Station to spora stacja kolejowo-autobusowa, budynek w starym brytyjskim (solidnym) stylu, z przeogromną halą główną nadaje się idealnie jako miejsce skąd można zacząć zwiedzanie.
Tego dnia postanowiliśmy zrobić sobie spacer po śródmieściu i odwiedzić słynny CN Tower z wieżą widokową. Dla osoby nie dysponującej dużą ilością czasu zwiedzanie Toronto można "zamknąć" w obszarze swoistego czworokąta, od wschodu tą granicą będzie ulica Jarvis, od południa Front Street, od wschodu Spadina Avenue, a od północy Bloor street. Główną arterią jest Yonge Street, która rozgranicza miasta na część wschodnia i zachodnia i od której zaczynają się numeracje ulic. Jest to chyba najbardziej rozpoznawalna ulica w mieście i ... na świecie, ma swoje miejsce w księdze rekordów Guinessa. Jej długość to 1,896 km. Jak dla mnie to trochę oszukane, normalnie długość ulicy powinno się liczyć w obrębie miasta, a Yonge wybiega daleko poza ramy Toronto. Ale każdy kraj i miasto chce mieć coś unikalnego - naj. Obok Union Stattion wznosi się ogromny Hotel, pozostałość po czasach świetności korony brytyjskiej. Fairmont Royal York wybudowany w 1927 roku był przez długie lata największym hotelem Imperium i do dzisiaj zachował swoisty "majestatyczny" wygląd. Niestety dzika zabudowa jak ma obecnie miejsce w Toronto przysłoniła ów hotel od strony nabrzeża jeziora i drugi symbol miasta został brutalnie pozasłaniany przez apartamentowce, które wyrastają jak grzyby po deszczu i swoim wyglądem szpecą niesamowicie całą linię - skyline. Przy Front Street można jeszcze podziwiać "złoty" wieżowiec, który w zależności od światła traci lub zyskuje na swoim blasku, przy mocnym słońcu odbija się od niego dużo światła, które tworzy swoiste lustro i... o które niestety zabija się dużo ptaków.
Gdy stoimy obok głównej stacji w mieście i mamy przed sobą ulicę Bay, w oddali widać idealnie po środku budynek i wieżę zegarową Starego Ratusza (Old City Hall), pseudo romańskiej budowli z 1899 roku, kolor brązowy i zaśniedziałe zielone dachy są dość częstą widokówką w mieście i przypominają o historii Toronto. Właśnie w tym kierunku postanowiliśmy ruszyć, spacer pomiędzy wysokimi drapaczami chmur, które skrzętnie próbowały schować przed nami promienie słońca był całkiem przyjemny, a to ze względu na brak ludzi na ulicach, no może trochę ale nie zbyt wiele, bardzo mnie to zastanawiało ale winę zwaliłem na mroźną pogodę. Zaspy śniegu skracały znacznie powierzchnię chodników ale tego dnia nie było pluchy i można było bezpiecznie iść. Krążąc w dzielnicy finansowej minęliśmy budynek giełdy z ruchomym wyświetlaczem pokazującym nam wszechobecne spadki na giełdach, ciekawostką było - że został on wbudowany w wieżowiec i teraz wygląda dość dziwnie ale widać taki był zamysł architekta. Niestety nie było na ulicach tak popularnej pary buchającej z wodociągów jaką znamy z filmów o Nowym Yorku, ale w zamian była para z otworów wentylacyjnych i kominów na szczytach wieżowców, wyglądało to niesamowicie, biała para wydobywająca się wielkimi ilościami jak z kominów elektrociepłowni! Przy dobrej pogodzie i klarownej widoczności widok był niesamowity. Dotarliśmy w końcu na Nathan Philips Square przy Queen street, gdzie mieście się nowy Ratusz (City Hall), plac ten zaprojektował fiński architekt Viljo Revella i umieścił przez budynkiem prostokątną sadzawkę - fontannę z łukami. W okresie zimowym w tym miejscu robione jest lodowisko. Tłumy ludzi na tafli lodu nie bardzo dają rozwinąć skrzydła, a jazda w ścisku nie daje frajdy, w pobliskim budynku publicznym jest małe okienko, gdzie można wypożyczyć łyżwy. Wszystko jest ładnie udekorowane świątecznymi lampkami, co nadaje miejscu przyjemny charakter. Sam budynek Ratusza to niska kopuła i wyrastające po bokach otaczające ją zagięte w łuk - wieże ze szkła, które w nocy podświetlane są na różne kolory. Dwa ratusze stary i nowy sąsiadują ze sobą, a oddziela je tylko ulica Bay i rząd flag wszystkich prowincji Kanady, które warto obejrzeć dokładnie.
Spacer kontynuowaliśmy na zachód i minęliśmy mały (to dziwne) pomnik Winstona Churchila, troszkę w mało eksponowanym miejscu. Obok znajduje się kompleks neoklasycznych budynków otoczonych wysokim płotem i nazywa się Osgoode Hall (jakieś stowarzyszenie prawnicze - jakie to brytyjskie:). Po przeciwnej stronie University Avenue, dość dużej alei można odwiedzić Campbell House, małą rezydencję w stylu georgiańskim, która kompletnie nie pasuje do otaczającej zabudowy, taki mały domek z serialu Północ-Południe wciśnięty w wielki miasto. Za domkiem wyrasta ogromny gmach typowy dla lat 30 XX wieku, budynek ma szpicę z barometrem, który świeci się w zależności od ciśnienia panującego na zewnątrz, fajnie wygląda nocą. W tym miejscu skręcamy na południe do ulicy King Street przy której mieści się Roy Thompson Hall - siedziba Orkiestry Symfonicznej Toronto, budynek ma podobno świetną akustykę, czego łatwo można domyślić się po nietypowym krągłym kształcie. Tuż obok, w małym wyludnionym parku mamy okazję poszaleć po śniegu, kilka metrów dalej na trawniku mijamy dziwne rzeźby chyba królików, jest ich pełno i zastanawiam się jak tu ludzie koszą trawę latem.
Jesteśmy już coraz bliżej słynnej wieży CN Tower, mijamy ponownie Front Street i wchodzimy po schodkach na taras, gdzie znajduje się jedno z wejść. Stać pod tym ponad 550 metrowym kolosem przypominającym jakąś rakietę kosmiczną (niektórym nowoczesny minaret :), to dopiero doznanie, zrobienie w całości zdjęcia nie ma szans, pozostaje trochę gimnastyki i ujęć w pozycji leżącej. Wewnątrz mały tunel prowadzi nas do podnóża CN Tower i kas biletowych. Ceny są w pakietach i najprostszy - czyli pierwszy dek widokowy i restauracja to wydatek 21 dolarów + 8 dol i mamy dostęp do Sky Pod czyli najwyższego tarasu widokowego na wysokości 447 metrów na ziemią. Przejście przez system zabezpieczeń trwa chwilkę, sprawdzane są też torby. Przeszklona z jednej strony winda wwozi nas na szczyt, widoki po drodze spektakularne, dlatego najlepiej wsiąść jako ostatni - stoimy wtedy przy samej szybie :). Na górze w okresie zimowym platforma na zewnątrz jest zamknięta, widoki podziwiać można tylko przez szyby, a jest co! Połowa pierwszego deku to restauracja, zwykła, nie jakaś wykwintna. Druga połowa to miejsca dla ludzi, a jest ich zawsze pełno. Cały moduł jest ruchomy i kręci się bardzo powoli wokół osi, trwa to długo (nie to co Stratosphere w Las Vegas, gdzie tempo jest niezłe i przy jednej kawce można zrobić pełen obrót). Za oknem widoki są zapierające dech, można bardzo dokładnie obejrzeć miasto i odczuć na jak wielkiej powierzchni się roztacza. Schodkami w dół i jesteśmy na poziomie, gdzie latem można wyjść na zewnątrz i przez siatki oglądać miasto. Jest tam też jedna super atrakcja, oblegana przez masę śmiałków, którzy chcą zmierzyć się ze swoimi lękami - szklana podłoga. Jest to kilka tafli pancernego szkła, po których można chodzić, kłaść się lub skakać :). Uwierzcie trzeba na tym stanąć, żeby poczuć co znaczy lęk wysokości. Wracając z powrotem do poziomu restauracji znajdujemy dodatkową windę, która zawozi nas do Sky Pod, to małe pomieszczenie z zakrzywionymi szybami tak żeby było widać miasto pod nami, przy świetnej pogodzie widać wodospady Niagara i okolice. Doczekaliśmy do zmroku, kiedy centrum finansowe ze swoimi drapaczami chmur rozświetli się co zawsze daje ładny widok. Jeszcze kilka chwil refleksji z nosem przyciśniętym do szyby i zjechaliśmy na dół. Tutaj przywitała nas gra świateł i kolorów, CN Tower jest podświetlana w różnych kolorach, obręcze na platformach widokowych zmieniają barwy i wzdłuż toru jazdy wind mamy migające i pędzące światła. Postaliśmy chwilkę i mijając ogromną halę sportową, która teraz nazywa się Rogers Ceneter (Rogers to chyba największy operator komórkowy i nie tylko, coś w stylu Polskiej Orange). Okrążając wieżę natrafiliśmy na wejście pod oszklony hol co było bardzo miłe bo temperatura mocno spadła w nocy. Ta droga doprowadziła nas do samego Union Station i nie musieliśmy wychodzić na zewnątrz, ciekawe że też wtedy nie przypomniałem sobie o tym wspaniałym wynalazku, jakim jest... nie to będzie w następnej części. Na stacji przywitała nas spora kolejka, ludzie wracali z pracy i dostanie się do GO Busa to był nie lada problem. Wystałem swoje w kolejce i udało się dotrzeć na noc do Mississaugi.

Toronto - Winter

Żeby tylko samochód nie zamarzł.

Kierowcy w Kanadzie mają dużo dodatkowych zajęć zimową porą. Przy dużych mrozach warto nie zapomnieć podłączyć samochód do gniazdka na noc...

...a rano trzeba odkopać.

Z ciepłej Kalifornii do mroźnej Kanady...

Pierwszy raz w życiu zapragnąłem świadomie pojechać do "zimnego" i na dodatek byłem tym podekscytowany. Pogoda w gorącej Kalifornii rozpieszcza i człowiek przywykł do słońca i całorocznej zieleni za oknem. Okres świąteczny nieodłącznie kojarzy się ze śniegiem, a moje dotychczasowe święta przeważnie spędzałem w jakichś tropikalnych rejonach świata. Tym razem spragniony prawdziwej świątecznej atmosfery skorzystałem z zaproszenia moich starych znajomych z Kanady. Rezerwując bilet za oknem miałem 23 stopnie Celsjusza, a miasto do którego zmierzałem, czyli Toronto pokryte było grubą warstwą śniegu, a temperatura była odwrotnością mojej - czyli 23 stopnie Celsjusza. To dopiero wyzwanie. Wbrew pozorom w Kalifornii nie trudno o ciepłe ubrania, ale z czystego lenistwa nie zaopatrzyłem się w nic specjalnego - poza zimową kurtką, która wyglądała na solidną.

Przelot musiałem tak zaplanować, żeby znaleźć się jak najbliżej granicy z Kanadą - loty bezpośrednie są kosmicznie drogie i kosztują prawie tyle samo co do Europy! Szaleństwo. Zakupiłem przelot z San Francisco do Chicago, a tam przesiadka do Buffalo - miasta w stanie New York, które leży prawie na granicy z Kanadą. Bałem się tylko niespodziewanych burz śnieżnych, które potrafią zamknąć każde lotnisko na wschodzie USA.
Na miejsce doleciałem bez większych kłopotów, jednak na lotnisku okazało się, że mój bagaż nie zdążył się przesiąść tak szybko jak ja i pozostało wypełnić odpowiedni druczek z podanym adresem, gdzie mają dostarczyć mi moją walizkę. Nie miało znaczenia, że podane namiary były w Kanadzie. Dzień wcześniej zarezerwowałem sobie on-line przejazd specjalnym busem, który kursuje pomiędzy lotniskiem w Buffalo a lotniskiem w Toronto. Wygodny, przestronny i co ważne przy przekraczaniu granicy - mniej formalności. Było późno w nocy i nie mogłem skorzystać z zwykłych autobusów|: Coach Canada czy Greyhound, których godziny kursowania nie bardzo mi pasowały. Oczekiwany transport zjawił się znacznie przed czasem i szczęśliwy, że nie muszę czekać pojechałem z jeszcze jednym pasażerem.
Dojazd do granicy zajął kilka minut, a pustki w budkach świadczyły o słabym ruchu. Niestety trafiła nam się pani, która chyba miała zły dzień lub pierwszy tydzień w pracy. Wymaglowała nas niesamowicie, aż zrobiło się nieprzyjemnie. Dostałem nawet tak głupie pytanie czy nie zamierzam przypadkiem pracować w Kanadzie - na co ja zrobiłem chyba wielkie oczy i bez zastanowienia odpaliłem "Ale tutaj jest zimno!" i chyba tym przekonałem służbistkę. Pasażera obok mnie też spotkał zestaw męczących pytań, a człowiek był jakimś wiceszefem wielkiej firmy, dla nich nie ma to znaczenia. Generalnie bardzo nie lubię przekraczać granicy USA lub Kanady, o ile oficer sprawdzający paszporty jest w miarę miły, to celnik może zgnoić równo każdego i samopoczucie po takim maglu może się bardzo zepsuć. Na szczęście nie kazali wyjmować bagaży i ruszyliśmy dalej dyskutując z mocno zdziwionym kierowcą, którego też ostro przemaglowano. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim od Kanadyjczyków, widać to kwestia ludzi i humoru. Oglądałem zza okna zaspy śniegu jakich dawno nie pamiętałem. Moje wszystkie ciepłe rzeczy były w zagubionej walizce :(. Bus odstawił mnie na wyznaczony "przystanek", gdzie czekał na mnie mój znajomy. Dotarcie do domu zajęło małą chwilkę, a wszystko przez ogromne zaspy i pługi które nie nadążały ze zgarnianiem śniegu. No to miałem swoją zimę!
W domu czekało mnie miłe powitanie, piękna choinka i ciepły kominek. Rano zaspy były tak wielkie, że trzeba było wykopać wejście do domu, oczywiście zabrałem się na ochotnika i latałem z łopatą jak nawiedzony, nawet sąsiedzi patrzyli dziwnie. Odśnieżanie wystarczyło na 2-3 godziny i potem trzeba było powtarzać wszystko od nowa. Kilka dni przed świętami spędziłem w mieście Mississauga, które można właściwie nazwać sypialnią Toronto. Osiedla domków jednorodzinnych wyglądają tutaj tak samo i szczerze nawet wprawny tropiciel indiański mógłby łatwo się zgubić. Wszystko wygląda identycznie. Nudno. Przywykłem do ciekawych widoków zza okna, a w tym rejonie nie miałem czego się spodziewać. Tylko piękny biały puch i przebijające słońce dodawało miejscu uroku.
Trudno zwiedzać miejsca przy dużych ujemnych temperaturach, ale spróbowałem, pojechaliśmy do starej dzielnicy Missisauga - Streetsville, gdzie jedna ulica po obu stronach z pięknymi starymi domkami pozwalała odczuć atmosferę świąt. Piękne ozdoby, światełka i choinki tworzyły trochę bajkowy krajobraz na małej przestrzeni. Po kilku minutach na mrozie - człowiek nie był w stanie już funkcjonować i szybko uciekliśmy do samochodu.
Po 24 godzinach o zagubienia bagażu pod drzwiami pojawił się Hindus (trzeba wiedzieć, że port lotniczy w Toronto to chyba interes rodzinny i pracują tam głównie ludzie z Pakistanu lub Indii, co troszkę szokuje) - dostarczył mi moją walizkę i coś tam marudził, że nie mógł się dodzwonić na numer podany na formularzu. Nie miał szans, nie dodał +1 przed moim numerem! Tak to wygląda, roaming jest automatyczny, numery podobne (w San Francisco zaczyna się od 415 a w Toronto od 416) ale na miejscu trzeba niestety dodać jedynkę przed numer wtedy dopiero uzyskamy połączenie.
Polubiłem bardzo lokalną sięć sklepów alkoholowych LCBO za Polskie browary, jest tutaj prawie wszystko co potrzeba :)

Winter Impression - Mississauga

wtorek, stycznia 20, 2009

Magic places: Cliff House

1863 rok

Pierwszy Cliff House był skromną konstrukcją zbudowaną w 1863 r. przez Masters Butler i Buckley. Księga gości ma w rejestrach trzech amerykańskich prezydentów, jak również czołowe rodziny z San Francisco takie jak Hearst's, Stanford i Crocker, które często odwiedzały pobliską plażę nad oceanem. W 1881 roku, w Cliff House został sprzedany Adolfowi Sutro, milionerowi, filantropowi i późniejszemu burmistrzowi San Francisco. Siedem lat później, Sutro zbudował linię kolejową, która miała przybliżyć tą nadmorską atrakcje większej liczbie ludzi . Na Boże Narodzenie 1894 roku, w Cliff dom został zniszczony przez pożar.

1905 rok

Sutro wydał w 1896 roku 50,000 dolarów na odbudowę Cliff House w majestatycznym stylu. Wzorowany na francuskich zamkach, drugi Cliff House miał 8 pięter i wieżę widokową 60 metrów nad poziomem morza. Budynek służył jako eleganckie miejsce na obiad, kolację i dancing. Na trzecim piętrze była galeria zdjęć, recepcja, przeszklone ściany z panoramicznymi widokami. Drugie piętro posiadało 20 prywatnych pomieszczeń na lunch, dużą galerię sztuki i wystawę klejnotów. Na parterze znajdowała się duża jadalnia, salon, bar, sale dla VIP-ów i kuchnię. Był to najbardziej olśniewający ze wszystkich Domów na Klifie ale jego żywot był krótki. Ten znakomity budynek przetrwał trzęsienie ziemi w 1906 roku ale nieszczęśliwie spłonął w następnym roku.

2009 rok

Trzeci Cliff House wybudowany został w 1909 roku przez córkę Sutro - Emmę. Budynek zaprojektowano w stylu neoklasycznym z zachowaniem tradycji wystawnych obiadów. Wielki Kryzys i dwie wojny światowe odcisnęły się mocno na tym obszarze i Sutro zmuszony był sprzedać Cliff House w 1952 roku Georgowi Whitney. Budynek był kilka razy przebudowywany zanim nabył go National Park Service w 1977 roku. Dziś Cliff House jest zachowany jako część Golden Gate National Recreation Area.


Cliff House

44 Prezydent USA - Barak Ejcz Obama

No to mamy nowego prezydenta. Połowa narodu jest szczęśliwa...

poniedziałek, stycznia 19, 2009

Ocean w upalny styczniowy dzień...


MLK Day

Martin Luther King Jr. Day jest świętem federalnym, obchodzonym w trzeci poniedziałek stycznia każdego roku. MLK Day ustanowił prawnie w 1983 roku prezydent Ronald Regan ale dopiero od 2000 roku wszystkie 50 stanów zaczęło przestrzegać i honorować to święto - jest to dzień wolny od pracy ale sporo firm prywatnych nie uznaje tego święta.
Doktor Martin Luther King był aktywnym – najpierw bojownikiem, a potem przywódcą – walki o zniesienie segregacji rasowej. I to bojownikiem i przywódcą działającym bardzo skutecznie. Dzięki prowadzonej przez niego, zakrojonej na szeroką skalę akcji, Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych zniósł segregację rasową w autobusach stanowych. King prowadził walkę wyłącznie pokojowymi metodami – stosował bierny opór, organizował marsze, których uczestnicy domagali się prawa głosu dla Afrykańczyków i praw dla czarnoskórych pracowników. Był wielkim zwolennikiem głoszonej przez Mahatmę Gandhiego filozofii „pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego“. StworzyłSouthern Christian Leadership Conference , czyli Konferencję Chrześcijańskich Przywódców Południa. Martin Luther King miał wielu wrogów, do ich grona należał szef FBI, John Edgar Hoover. FBI założyło podsłuch w domu Kinga, obawiając się, żeby „czerwoni” nie przeniknęli do ruchu „czarnych”.
Miał również przeciwników wśród czarnoskórych działaczy, takich jak Malcolm X, który uważał jego metody za stanowczo zbyt łagodne. Ostatecznie władze amerykańskie zostały przyparte do muru i w 1964 roku została zniesiona segregacja rasowa w miejscach publicznych. A w grudniu tego roku Martin Luther King otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. 4 kwietnia 1968 roku został zastrzelony w Memphis w stanie Tennessee.
28 VIII 1963 roku o godzinie 13.00 pod pomnikiem Lincolna w Waszyngtonie zaczyna się wielogodzinny festiwal przemówień polityków i występów artystów popierających równouprawnienie czarnych. Przyszło wiele sław filmu i estrady. Jest Marlon Brando, Paul Newman, Charlton Heston, Harry Belafonte, Judy Garland. Burt Lancaster,Josephine Baker. Śpiewają artyści młodzi, ale obiecujący: Bob Dylan, Joan Baez.
Wreszcie jeden z organizatorów, murzyński działacz związkowy Philip Randolph, zapowiada Martina Luthera Kinga. Nazywa go moralnym przywódcą narodu. King przeczekuje burzę oklasków i zaczyna wygłaszać napisane w nocy przemówienie. Jest bardzo zmęczony, głos ma zduszony, ochrypły. Gdy dochodzi do części, w której domaga się wolności zaraz i pracy zaraz, ogromny tłum podchwytuje rytm tych słów i skanduje je. Uskrzydla to nagle Kinga. Odrzuca tekst i mówi spontanicznie:
"Miałem sen, iż pewnego dnia ten naród powstanie, aby żyć wedle prawdziwego znaczenia swego credo: uważamy za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi. Miałem sen, że pewnego dnia na czerwonych wzgórzach Georgii synowie dawnych niewolników i synowie dawnych właścicieli niewolników będą mogli zasiąść razem przy braterskim stole. Miałem sen, iż pewnego dnia moich czworo dzieci będzie żyło wśród narodu, w którym ludzi nie osądza się na podstawie koloru ich skóry, ale na podstawie tego, jacy są".
Gdy kończy, nad 200-tysięcznym morzem głów zalega cisza.

niedziela, stycznia 18, 2009

Słonie Morskie w Año Nuevo State Reserve

Kalifornia nie przestaje mnie zaskakiwać, myślałem, że odwiedziłem już wszystkie miejsca warte zobaczenia w okolicy, ale okazało się, że nie...
Na południe od San Francisco, ponad godzinę jazdy samochodem, niedaleko od Santa Cruz - przy drodze numer 1 znajduje się Año Nuevo State Reserve z dużą kolonią Północnych Słoni Morskich. Z informacji uzyskanych na stronie internetowej, wizyta u ssaków poprzedzona jest rejestracją - ze względu na dużą liczbę chętnych. Postanowiłem zaryzykować i pojechałem tam - bez wymaganej rejestracji, na miejscu dowiedziałem się, że często zdarza się, że ktoś nie odbierze zamówionego biletu lub po prostu jest na daną godzinę mała pula extra biletów [7 $]. Jedynie na co nie miałem wtedy wpływu - to wybór godziny, o której zaczyna się tura. W moim wypadku musiałem odczekać 1,5 godziny. W oczekiwaniu na moją grupę udałem się na pobliską plażę, gdzie zaskoczył mnie spokój oceanu i brak ludzi. Postanowiłem przespacerować się trochę i zaabsorbowany pięknymi widokami klifów, nie zauważyłem ogromnych cielsk słoni morskich leżących pojedynczo co kilka metrów. Byłem w lekkim szoku, spodziewałem się stworzeń niewiele większych od lwów morskich, a miałem przed sobą giganty dochodzące do czterech metrów! Porozstawiane na plaży znaki informacyjne zabraniały podchodzenia do tych ssaków na odległość do 7 metrów, dziwiło mnie to, słonie morskie wyglądały tak przyjaźnie i leniwie -ważyły spokojnie kilka ton, że człowiek - nigdy nie spodziewałby się, że mogą komuś zrobić krzywdę. Dopiero widok szybko przemieszczającego się samca, który wypełzł z oceanu uświadomił mi, że nie miałbym szans w wyścigu z nim :). Ogromna masa tłuszczu "galopowała" z oszałamiającą prędkością w stronę krańca plaży po to tylko, żeby obsypać się piaskiem i zalec na kilka godzin w jednej pozycji. Oczywiście pojawiające się co kilka minut grupki ludzi lekceważyły - te zakazy i podchodziły na wyciągnięcie ręki do zwierzęcia, które o dziwo kompletnie ignorowało ludzi odprowadzając delikwentów wzrokiem. Z pyska stworzenie jest prześmieszne, zwisająca trąba i ciekawe oczka potrafią rozśmieszyć każdego, chrapanie tych stworów dodaje im komicznego uroku. Wyglądało na to, że nie trzeba było wydawać pieniędzy, żeby zobaczyć słonie morskie, ale dla mnie to była tylko próbka tego co podobno miało mnie czekać na szlaku.
Wróciłem do punktu zbornego przy głównych drzwiach i po chwili przewodnik zebrał nas w około 20 osobową grupkę. Grupy ruszają co 15 minut spod budynku rezerwatu, dojście do punktu spotkania z przewodnikiem zajęła mi 15 minut. Tam czekało na nas dwóch wolontariuszy - przewodników, którzy na wstępie poinformowali nas o zasadach bezpieczeństwa i o zachowaniach tych ssaków. Potem zaczął się marsz po wydmach w stronę legowisk słoni morskich, przewodnik opowiadał podczas drogi ciekawe historyjki. Zaopatrzeni w niezbędną wiedzę dotarliśmy do plaży. Musieliśmy stąpać ostrożnie i po cichu, tak żeby nie rozgniewać leżących gigantów - naprawę to wielkie zwierzaki, człowiek przy nich wydaje się malutki. Niestety nie można podejść zbyt blisko, trzeba utrzymać dystans 5-10 metrów. W takiej sytuacji przydaje się teleobiektyw. Słonie lubią wylegiwać się schowane w krzakach -poza plażą i trzeba uważać, żeby nie "wpaść" na tego olbrzyma.
Jedno trzeba im przyznać, pomimo swojego śmiesznego wyglądu - potrafią ładnie śpiewać, dźwięki jakie unoszą się nad ich legowiskami są niesamowite. Samice z młodymi wypełniały każdy kawałek plaży i nie wydawało się możliwe - ciche prześlizgniecie się pomiędzy nimi. Drugą sprawą był przewodnik, który skrupulatnie pilnował, żeby nikt nie podszedł za blisko - co mnie zmartwiło, musiałem robić zdjęcia z pewnej odległości przy użyciu teleobiektywu. Ale na szczęście dobrze obfotografowałem je wcześniej na niepilnowanej plaży. Przeszliśmy tak na kilka punktów widokowych mając widok, na różne grupy słoni morskich. Spokojnie, z odległości widziałem niesamowite walki samców, które robiły ogromne wrażenie. Wielkie cielska sprawnie przemieszczające się po plaży i rzucające się sobie do gardeł! Dopiero teraz dotarło do mnie jak ryzykowałem podchodząc zbyt blisko do nich, kilka godzin wcześniej. Ale co dziwne dla mnie - nie słyszałem o żadnych wypadkach, więc uznaję, że ssaki jeśli zachowa się rozsądek - nikomu krzywdy nie zrobią. Nie spodziewałem się, że będę tym miejscem zachwycony do tego stopnia, że odwiedzę je później jeszcze kilka razy - zabierając zaskoczonych mieszkańców okolic San Francisco - nikt o tym miejscu wcześniej nie słyszał, co było mocno zadziwiające.

Samiec --- Samica

Północny Słoń Morski to olbrzymi ssak, największy przedstawiciel z rodzaju zaliczanego do rodziny fok. Są to zwierzęta stadne, które swoją nazwę wzięły od swoich dużych rozmiarów oraz od pysków samców, które przypominają trąbę. Północny słoń morski ma barwę żółtawą albo szaro-brązową (po kilku godzinach wylegiwania się na plaży, po wyjściu z wody mają kolor stalowy-ciemny). Dorosły samiec może ważyć do czterech ton, największy znany samiec słonia morskiego ważył 5 t i miał 6,9 m długości. Samice są znacznie mniejsze, długość ich wynosi do 3,5 metrów, ważą od 500 do 900 kilogramów, ale i tak potrafią wydać na świat noworodka ważącego 50 kilogramów o długości ok. 1,2 metra i karmić go przez trzy tygodnie tak intensywnie, że ten po tym czasie osiąga 175 kilogramów i zaczyna życie samodzielne. Samice mają każdego roku tylko jedno młode, ciąża trwa ok. 11 miesięcy. Samice dożywają 20 lat, a samce 14. Najbardziej zdumiewające w tym wszystkim jest to, że słonie morskie przez cały czas przebywania na lądzie, kiedy to odbywają niezwykle wojownicze zaloty, a samice po 350 dniach ciąży rodzą młode, wszystko to robią bez przyjmowania pokarmu, może to trwać nawet do 4 miesięcy!. Odznaczają się niezwykłą siłą i wytrzymałością. Potrafią urządzać wyprawy na ławice ryb i głowonogów odległe nawet o 2000 km od ich miejsc lęgowych, potrafią nurkować na głębokość 1500 metrów wstrzymując oddech na całe dwie godziny. Czas na dekompresje jest imponujący - tylko 3 minuty. Nie wiadomo jakie mechanizmy fizjologiczne są im pomocne w tak niezwykłych dla ssaków sytuacjach, ale wszystko to natura - nie ma czasu dłuższy odpoczynek a dookoła mogą grasować rekiny i orki. Na lądzie mimo swoich dużych rozmiarów poruszają się szybciej niż człowiek. W czasie sezonu rozrodczego samce stają się w stosunku do siebie wyjątkowo agresywne (na własne oczy widziałem niezłą walkę, która po kilku długich minutach skończyła się w oceanie remisem). Walczą wtedy między sobą o terytoria, a "haremy" poszczególnych samców dochodzą do 40 samic.
Año Nuevo State Reserve

piątek, stycznia 16, 2009

Linia tramwajowa F

San Francisco ma w ofercie jedną najfajniejszych atrakcji linię tramwajową F na odcinku Castro - Market Street - Fishermas Wharf, którą obsługują wyłącznie zabytkowe wagony. Są to głównie wagony typu "PCC" (Presidents' Committee Car), opracowane w latach 1929-36 przez zespół pod kierunkiem prezesów przedsiębiorstw komunikacyjnych, które poszukiwały rozwiązań technicznych mogących uratować tramwaj w obliczu konkurencji samochodu.
Linię F, otwartą w 1995 r., urządzono wg formuły zakładającej użycie autentycznych wagonów, a nie replik. Teraz jest około 60 wagonów, głównie sprowadzonych z Filadelfii i Newark; wagony filadelfijskie wymagały konwersji z rozstawu szerokiego. Pomalowane są one w różne barwy odnoszące się do miast używających kiedyś PCC - albo miast "tramwajowych" mających specjalne stosunki z San Francisco (np. barwy Zurychu ma belgijski PCC itd). Jest też jedenaście wagonów "Peter Witt" sprowadzonych z Mediolanu, które powstały w 1928 r. i później. Spotkać można też inny "kultowy" wagon z USA - pochodzący z St Charles Avenue Line w Nowym Orleanie.
Tramwaje te służą jako zwykły środek transportu miejskiego i cena za przejazd jest według cennika MUNI - 1.50 USD lub Bilet miesięczny.

Mediolan, Włochy

San Francisco i Louisville

New Orleans "Streetcar Named Desire" i Mediolan, Włochy

Mediolan, Włochy i Cincinnati

Kansas City i Los Angeles

Boston i Los Angeles

Blackpool, Wielka Brytania (zbudowny w 1934 roku)

czwartek, stycznia 15, 2009

Magic places: Twin Peaks

Twin Peaks to dwa wzgórza usytuowane w geograficznym centrum miasta San Francisco i wysokie na 281 metrów. Widok z tego miejsca należy do najlepszych w całym mieście, panorama jaka roztacza się u podnóża pokrywa prawie 360 stopni. Dotarcie na szczyt jest proste pod warunkiem, że mamy samochód i lubimy krętą drogę w innym razie wymaga to od nas sporo wysiłku fizycznego - podejście na własnych nogach na szczyt to nie lada wyczyn. W pobliżeTwin Peaks najbliżej podjeżdża autobus numer 37 i zatrzymuje się dość blisko szlaku dla pieszych. Miejsce jest bardzo oblegane w sezonie turystycznym a zwłaszcza przy okazjach święta 4-go Lipca, pokazów lotniczych lub innych, które najlepiej obserwować z najwyższego punktu. Jeśli ktoś się spodziewa romantycznych chwil nocną porą to może o tym zapomnieć, często tłum bywa większy po zmroku niż za dnia. A widoki są niezapomniane i bez statywu nie ma co ruszać. Parking jest malutki i bywają duże kłopoty z zaparkowaniem wozu. Polecam kocyk plus zestaw piknikowy i spędzenie kilku popołudniowych godzin relaksując się na wzgórzu z panoramą San Francisco w tle...

The SF City ID Card

Od 15 stycznia można ubiegać się o The SF City ID Card czyli Kartę Miejską która w wielu wypadkach może być stosowana zamiast innego dokumentu tożsamości. Karta wydawana jest tylko mieszkańcom miasta i hrabstwa San Francisco. Posiadacze owego plastiku ze zdjęciem mogą liczyć na łatwy dostęp do różnych programów miejskich i lokalnych biznesów. Karta między innymi poświadcza wiek i miejsce zamieszkania co przydaje się przy zakupie alkoholi i papierosów lub przy wejściu do lokali, może być użyta jako Karta Biblioteczna, istnieje opcja wprowadzenia danych kontaktowych bliskiej osoby na wypadek nagłego wypadku, można załączyć informacje na temat chorób i alergi, zapewnia zniżki na rodzinne wycieczki po mieście, w restauracjach i muzeach i służy jako forma identyfikacji, przy otwieraniu rachunku w wybranym banku. Cały proces załatwiania The SF City ID Card wymaga od petenta stawienia się w City Hall, wypełnienia wniosku i udowodnienia, że jest się mieszkańcem miasta. Wszystkie szczegóły na stronie urzędu: Office of The County Clerk

Lodowisko w San Francisco

Jeszcze do 19 Stycznia otwarte będzie małe lodowisko na Union Square w samym centrum miasta. Wygląda to trochę "egzotycznie" - tafla lodu zapełniona ludźmi, w tle palmy a temperatura ponad 25 stopni Celsjusza :). Nie zdziwiłbym się gdyby w sporej liczbie łyżwiarzy znalazłoby się kilka osób, które pierwszy raz na żywo widzą lód formie innej niż kostki do drinków. Lodowisko ufundowane zostało przez pobliski sklep Macy's i kilka innych równie dobrze znanych sponsorów. Jedynie cena 8 dolarów jest troszkę przesadzona... Następną okazją do zobaczenia lodowiska będzie wizyta na stadionie drużyny hokejowej Sharks w San Jose.

środa, stycznia 14, 2009

Magic places: Pier 14 and Spider

Przy Embarcadero pomiędzy ulicami Mission i Howard znajduję się niepozorny Pier 14 wyglądający jak długie molo. Miejsce to nie ma żadnego przeznaczenia związanego z portem i jest czysto turystycznym punktem widokowym z kilkoma metalowymi krzesełkami. Z tego miejsca można podziwiać piękną panoramę zatoki z mostem Bay Bridge i wyspami Yerba Buena iTreasure Island. Wystarczy odwrócić się plecami do zatoki a naszym oczom ukażą się równie piękne widoki na centrum miasta z wieżowcami, Ferry Terminal i odległąCoit Tower. Przy wejściu na Pier 14 musimy bez lęku ominąć ogromną rzeźbę pająka, dzieło artystki Louise Bourgeois. Pająk ten został stworzony specjalnie dla miasta San Francisco i ma pozostać w tym miejscu przez kilka miesięcy a może i dłużej. Podobną rzeźbę można podziwiać w Paryskim Luwrze.

Pier 14 and Spider

Airbus A380 zawitał do San Francisco

14 Stycznia przyleciał na lotnisko w San Francisco (SFO) największy na świecie samolot pasażerski w barwach linii Quantas z Cindy w Australii. Szczęśliwcy, którzy wiedzieli o tym wcześniej mieli okazje podziwiać maszynę na żywo i wygląda na to że nie prędko ujrzą ją ponownie. Cały ruch między Australią odbywać się ma przez port lotniczy w Los Angeles (LAX) aż do momentu wprowadzenia kilku poprawek i modernizacji SFO. Airbus A380 ma 73 m długości i o połowę większą powierzchnię w środku niż najbliższy mu rywal Boeing 747-400. Może zabrać na pokład 853 pasażerów. Airbus zapewnia, że nowy samolot spala tylko 3 l paliwa w przeliczeniu na pasażera na 100 km - to najmniej spośród wszystkich samolotów pasażerskich. A380 może pokonać 15 tys. km bez tankowania, czyli np. trasę z Nowego Jorku do Hongkongu. Oficjalna cena samolotu to około 319 milionów dolarów.

wtorek, stycznia 13, 2009

Крепость Россь - Fort Ross

Na północ od San Francisco, w hrabstwie Sonoma znajduje się dość osobliwe miejsce, które zaskoczy każdego... - kto nie zna dokładnie historii Ameryki. Jest nim Rosyjski Fort! Jadąc autostradą numer jeden z przepięknymi widokami za oknem, docieramy do Parku Stanowego Fort Ross, osady założonej przez Rosjan w celach handlowych. Miejsce jest bardzo urokliwe i kompletnie nie pasuje do znanej nam Kalifornii. Osada z wysokim drewnianym płotem i wieżyczkami, a w środku armaty, zabudowania i kościół przenoszą nas w XIX wiek. Samo dotarcie na miejsce jest proste, ale nieuważny turysta - łatwo może przejechać skręt w głównej autostrady - czego byłem kilka razy świadkiem.
Przy wjeździe trzeba uiścić drobną opłatę, często nikogo nie ma w budce i wtedy trzeba to zrobić samemu - podobnie jak na kempingach wrzucając pieniądze w kopercie do skrzynki. Samochód zostawiamy na wielkim parkingu i udajemy się do budynku administracji, w którym mieści się całkiem spore muzeum. Warto zacząć od tego punktu, gdzie bardzo szybko zapoznamy się z historią tego miejsca. Dużo tam pamiątek po Rosyjsko-Amerykańskiej Kompanii Handlowej, repliki indiańskich canoe i broni. Czytając informacje podawane w bardzo zwięzły sposób - czasem trudno uwierzyć w to - co się widzi. Rosyjskie flagi i budynki kilkanaście kilometrów od San Francisco to dla zwykłego zjadacza chleba... coś abstrakcyjnego :). Gdyby w tamtych czasach Rosjanie mieli jakiegoś Cara wizjonera większego niż Piotr Wielki - to myślę, że granice administracyjne Rosji wyglądały by bardzo imponująco.
Po zapoznaniu się z historią Fortu Ross przechodzimy głównym wyjściem na małą dróżkę, która prowadzi nas przez przyjemny lasek, aż do głównej drogi prowadzącej w stronę Fortu. Z oddali widać już wysokie palisady znajome każdemu Polakowi, który czytał lub oglądał „Ogniem i Mieczem" Sienkiewicza. Na rogach górują dwie wysokie wieże strażnicze z otworami strzelniczymi. Na teren fortu wchodzimy przez główną bramę, która znajduje się przy głównej drodze. Widok jak dla mnie niesamowity, mały skansen z bardzo dobrze zachowanymi budynkami i cerkwią. Duży plac po środku z małą studnią i kilka armat ustawionych po lewej stronie w szeregu - idealnie pasują jako tło do zdjęć.
Zwiedzanie można zacząć od wizyty w Domu Kushkova - twórcy Fortu i kolonialnego administratora tego miejsca. Rewelacyjnie zachowane są wnętrza ze zrekonstruowanymi pomieszczeniami handlowymi, zbrojownią i pokojami mieszkalnymi. Nawet szyby w oknach są z tamtej epoki, lekko "przekłamujące" widoki na zewnątrz. Co jakiś czas napotykamy na grupki rosyjskojęzycznych turystów - co dodaje klimatu temu miejscu :). Obok tego największego budynku znajduje się najbardziej charakterystyczny budynek - Cerkwia z dwoma prawosławnymi krzyżami. To jest chyba najładniejsza budowla, w środku skromny ołtarz i mała salka z kopułą. Warto wejść do strażnic na rogach palisady, widok od strony zachodniej jest imponujący, przed nami rozciąga się widok na ocean, a z drugiej strony na wnętrze Fortu Ross. Dalej znajdują się dwa budynki Dom Rotcheva i Oficjalne Kwatery, w środku których zrekonstruowano pokoje rzemieślników i handlarzy. Wszystko w świetnym stanie. Obok tych budynków znajduje się maszt flagowy z powiewającą flagą Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej, której barwy są identyczne do obecnie obowiązujących w Rosji :). Wychodząc zachodnią bramą można udać się szeroką drogą do małej zatoczki, w której ponad sto lat temu cumowały okręty handlowe. Widoczki na okolice warte są małego spaceru. Osada, która funkcjonowała wokół Fortu już dawno nie istnieje i jedynie obrazy świadczą o tym - jak wysoko rozwinięta była ta daleko wysunięta placówka handlowa. Wiele osób po zwiedzaniu nie omieszka zasiąść na wielkich ławach i zrobić sobie mały piknik w miłej atmosferze. Opuszczając Fort kilkanaście metrów na południe przy głównej drodze numer 1 znajduje się zjazd na stary cmentarz prawosławny. Dużą przestrzeń pokrywa "las" krzyży z jednym wielkim górującym nad nimi. Z tego miejsca, położonego trochę wyżej mamy ładną panoramę na cały Fort Ross. Jeśli komuś byłoby mało rosyjskich klimatów - to po kilku milach można skręcić na miejscowość Guemeville, droga prowadzi wzdłuż Russian River, która to oferuje w sezonie wiosenno-letnim spływy kajakowe bardzo popularne wśród mieszkańców Bay Area. Alternatywną trasą jest Moscow Road, która ciągnie się tuż przy rzece. Jadąc dalej łukiem w stronę południową przecinamy małą miejscowość Sebastopol, która poza miłymi domkami i uliczkami nie oferuje żadnych atrakcji związanych z Rosją.
Trochę historii dla lepszego zrozumienia okoliczności powstania tej placówki:
W 1741 roku do wybrzeży leżącej na północno-zachodnim krańcu Ameryki Północnej Alaski dotarła tzw. druga ekspedycja kamczacka pod dowództwem Vitusa Beringa, Duńczyka w służbie rosyjskiej, sławnego żeglarza i odkrywcy. Rosjanie zaczęli na dobre eksplorować i wykorzystywać gospodarczo tę krainę dopiero w latach siedemdziesiątych XVIII wieku. Największą aktywnością wykazali się kupcy Grigorij Szelichow i Iwan Golikow, którzy w 1786 roku dotarli na wyspę Kodiak w pobliżu Alaski, gdzie założyli osadę handlową. Kupiecki duet próbował zdyskontować sukces na dworze Katarzyny II, lecz caryca nie dała się namówić na finansowe wsparcie ich przedsięwzięć i nadanie monopolu na eksploatację Alaski. Dopiero jej następca Paweł I, który w czasie swych krótkich, acz burzliwych rządów robił wszystko na przekór nieżyjącej matce, zezwolił Natalii Szelichowej, wdowie po Grigoriju, i jej najbliższym krewnym utworzyć Kompanię Rosyjsko-Amerykańską (Rossijsko-Amerikanskaja Kompanija – RAK). Dał jej wyłączność na gospodarczą eksploatację Alaski oraz prawo do przyłączania do Rosyjskiej Ameryki – tak nazwano posiadłości rosyjskie w Ameryce Północnej – terytoriów, na których nie położyły jeszcze ręki inne państwa. Od 1812 roku w okolicach San Francisco działała kolonia handlowa kompanii Fort Ross. Przetrwała do 1841 roku, gdy z powodu rosnących kosztów utrzymania władze RAK sprzedały ją meksykańskiemu spekulantowi Johnowi Augustusowi Sutterowi za 30 tys. dolarów z czteroletnim terminem płatności. Kłopoty zaczęły się, kiedy kompania ewakuowała mieszkańców i inwentarz ruchomy do Nowo-Archangielska. Sutter przepadł, a jego zobowiązania musiał przejąć rząd meksykański. Rosjanie i tak nie zobaczyli pieniędzy, bo w 1846 roku Kalifornię zajęli Amerykanie, a dwa lata później odkryto tam złoto. W atmosferze złotej gorączki nikt nie zaprzątał sobie głowy rosyjskimi roszczeniami. Niewielką rekompensatą było pozyskanie skromnej koncesji na wydobycie złota, dzięki czemu nieco cennego kruszcu trafiło do Petersburga.
Fort Ross - CA 1