środa, grudnia 23, 2009

Uroki Marin Headland: Kirby Cove

Kirby Cove położone jest u stóp Marin Headlands na zachód od Golden Gate. Stroma, milowa trasa do zatoczki zaczyna się przy parkingu koło Battery Spencer, wejście na szlak zwany Conzelman Road zagradza mały szlaban, który można ominąć wąskim przejściem dla pieszych. Droga prowadzi przez gaj cyprysowy, eukaliptusa i sosny. Usytuowana w głębi lądu, powyżej plaży w skałach, znajduje się opuszczona Battery Kirby, która to bateria dział broniła wejścia do zatoki w latach 1898 do 1934. W zatoczce znajdziemy dziewiczą piaszczystą plażę ze wspaniałym widokiem na Golden Gate Bridge i północne San Francisco. Fale są zwykle łagodne na tej plaży, ale nie zawsze (raz zmyło nam kolegę z konaru drzewa zalegającego na plaży), na miejscu nie ma ratownika więc kąpiel na własną odpowiedzialność, chociaż nie wiem czy znajdzie się odważny na wejście do lodowatego Pacyfiku.
Jeśli ktoś ma ochotę pozostać w tym miejscu na dłużej, znajdziemy w Kirby Cove aż cztery przygotowane miejsca kempingowe. Każde z czterech stanowisk namiotowych pomieści maksymalnie dziesięć osób. Parking jest ograniczony do trzech samochodów na miejscu, w odległości 100 metrów od kempingów (na miejscu nie ma Visitors Center gdzie prawdopodobnie można załatwić pozwolenie na wjazd). Toalety, stanowiska do grilla, stoły piknikowe i pierścienie do ognisk są dostępne, ale nie ma wody do picia i higieny osobistej.
Kirby Cove

Polski Kościół w San Francisco i San Jose

240 Fell Street, San Francisco

Osoby potrzebujące kontaktu z Polską tradycją katolicką znajdą w San Francisco kościół, w którym odbywają się w każdą Niedzielę o godzinie 11 rano nabożeństwa w języku Polskim. Jest to też okazja do spotkania rodaków i nawiązania ciekawych kontaktów.

Znacznie wiekszy Kościól Polski znajduje się w San Jose.
Msze w języku polskim: soboty 5:30 PM oraz niedziele 10:30 AM i 12:30 PM i w języku angielskim: niedziele 9:00 AM

10250 Clayton Rd, San Jose

czwartek, grudnia 10, 2009

Sekrety San Francisco: Chleb Sourdough

Isidore Boudin przybył do San Francisco w 1849 roku i cztery lata później otworzył piekarnię, gdzie zaczął produkcję słynnego chleba Sourdough w wolnym tłumaczeniu po polsku Chleba na Zakwasie. Sourdough został wynaleziony przez Egipcjan ponad 4000 lat temu, ale ten biały chrupiący, lekko gorzki, nie wymagający drożdży bochenek stał się szybko produktem kojarzonym z miastem San Francisco. Nie ma wątpliwości, że sourdough w mieście ma inny smak niż sourdough w innych miejscach. Wielu jego miłośników twierdzi, że niepowtarzalny, cierpki smak lokalnego chleba można przypisać zarodnikom grzybów i bakterii w powietrzu w San Francisco. Inni twierdzą, że specjalny smak chleba jest wynikiem mgły. Sourdough był podstawowym pożywieniem w czasach gorączki złota. Poszukiwacze zabierali ze sobą ową kwaśną przekąskę w swojej podróży do nowo odkrytych złóż złota na Alasce w latach 90 tych XIX wieku, stąd przylgnęła do nich nazwa "sourdoughs". Boudin Sourdough Bakery nadal produkuje swój tak bardzo popularny w mieście chleb. Główna piekarnia ma swoją siedzibę w dzielnicy Richmond na rogu 10th Avenue i Geary Boulevard (mieszkałem obok i pamiętam jak wieczorem chodziło się do piekarzy, którzy za 1$ dawali 2-3 chleby :), a bardziej znana filia na Fisherman's Wharf.

Sekrety San Francisco: najbardziej pozakręcana ulica

Vermont Street najbardziej pozakręcaną ulicą w San Francisco.

Chociaż Lombard Street na odcinku pomiędzy ulicami Hyde i Leavenworth jest reklamowana jako " najbardziej pozakręcana ulica na świecie", to nie jest ona nawet najbardziej pozakręcaną w San Francisco. Ulica Lombard posiada osiem zakrętów na przestrzeni 125 metrów, natomiast ulica Vermont pomiędzy 20th i 22nd w Potrero Hills zawiera sześć zakrętów na przestrzeni 82 metrów. Lombard Street pozostaje jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta, ze względu na spektakularne widoki ze szczytu Russian Hill. Widoki z Vermont Street nie są tak wspaniałe ze względu na gęste krzewy i drzewa rosnące przy drodze. Kolorowe ogrody na Lombard Street pojawiły się w 1940 roku, za sprawą jednego z mieszkańców tej ulicy, który przywiózł tysiące hortensji z Francji i zasadził przy krętej drodze. Ogrody są własnością komunalną.

Vermont Street rok 1951.

Zjazdy slalomem w dół po pochyłych ulicach Lombard i Vermont to projekt z 1922 roku, wymyślony w celu usprawnienia ruchu ulicznego dla coraz większej masy samochodów pojawiających się na drogach San Francisco. Zakręty zmniejszyły stopień nachylenia Lombard Street z naturalnych 27 procent do 16 procent.

Vermont Street - Google Maps

Lombard Street - Google Maps


Vermont Street

Mrozy i śniegi.

San Francisco jest w obszarem bardzo zróżnicowanym topograficznie co sprzyja powstawaniu wielu stref mikroklimatycznych. Lokalizacji miasta, które znajduje się w centrum Kalifornii na wybrzeżu Oceanu Spokojnego stawia je w strefie klimatu śródziemnomorskiego charakteryzującego się wilgotnymi i łagodnymi zimami i suchym latem (San Francisco nie specjalnie pasuję do tego wzorca - szczególnie w okresie Lipca i Sierpnia, kiedy pogoda przypomina zimową bez niskich temperatur). Śnieżyce w centrum San Francisco są rzadkie, w rzeczywistości w ciągu ostatnich 150 lat było tylko sześć udokumentowanych wydarzeń opadu śniegu powyżej 25 milimetrów. Śnieg gromadzi się częściej na okolicznych wzgórzach takich jak Mt Tamalpais i Mt Diablo, ale samo miasto jest prawie zawsze oszczędzane przez biały puch. (przykładowo ostatni raz w Financial District w San Francisco 2.5 cm śniegu spadło 11 grudnia 1932 roku). W drugiej połowie XIX wieku, chłodna pogoda i opady śniegu były bardziej powszechne w Kalifornii niż dzisiaj. Mieszkańcy miasta z radością witali udekorowane śniegiem budynki, które tworzyły przyjemny świąteczny klimat..

Rok 1882.

Po zamieci z 12 stycznia 1868 roku, gazety w Kalifornii pisały "Śnieg pokrył wszystkie dachy i chodniki nawet w dolnej części miasta a okoliczne wzgórza są całkowicie białe. Efektem jest to, że miasto wyglądało zdumiewająco piękne". Podczas lat 80-tych XIX wieku miasto San Francisco doświadczyły cztery surowe zimy z opadami śniegu, w 1882, 1884, 1887 i 1888 roku. W Nowy Rok w 1882 roku prawie 9 centymetrowa powłoka śniegu utrzymała się w mieście przez 5 godzin.
Rekord wszech czasów w San Francisco padł 5 lutego 1887 roku, kiedy spadło około 9.5 cm śniegu (mierzone w centrum biura pogodowego w dzielnicy finansowej). Na większych wysokościach w zachodniej części miasta, zaspy śnieżne miały ponad 17 cm głębokości !. Śnieg na California Street i Central Avenue miał niewiele ponad 15 centymetrów.

Rok 1887.

Mała statystyka:

1856 Dec 25 - 6.3 cm
1868 Jan 12 - 5.8 cm
1882 Dec 31 - 8.8 cm. Śnieg leżał pomiędzy 11:30 a 16:20.
1884 Feb 7 - 3.8 cm. Śnieg leżał i topniał podczas całego dnia.
1887 Feb 5 - 9.3 cm. Śnieg leżał i topniał podczas całego dnia. Do 17 cm na Twin Peaks.
1888 Jan 16 - 0.2 cm.
1896 Mar 3 - 2.5 cm. Duża śnieżyca w nocy.
1932 Dec 11 - 2 cm.
1952 Jan 15 - 0.7 cm.
1962 Jan 21 - Nieoficjalnie 7.6 cm w dzielnicy Sunset and Westlake Districts.
1976 Feb 5 - 2.5 cm do 12 cm na szczycie Twin Peaks.

Marin Headlands.

Nie wspominam o lekkich opadach śniegu, które wielokrotnie nawiedzały miasto w okresie zimowym na przestrzeni dekad.

A cały wpis na bloga za sprawą okropnego zimna jakie nawiedziło Bay Area (i nie tylko). Temperatury w nocy spadały nawet do -1°C ! Śnieg był (jest) widoczny z miasta na Mt Diablo.
Trzeba się przeprosić z rękawiczkami i czapką... ale jestem optymistą i zapewne ta anomalia skończy się szybko i jak kilka miesięcy temu w styczniu będę wygrzewał się w Parku Golden Gate :)

San Jose, Grudzień 2009

poniedziałek, grudnia 07, 2009

Sekrety San Francisco: Najwyższy punkt w San Francisco

Wznoszący się na 285 metrów Mount Davidson
jest najwyższym punktem w San Francisco.

Mount Davidson, najwyższy punkt miasta, został nazwany w 1911 roku na cześć Georgea Davidsona, który prowadził badania geodezyjne na tym obszarze w 1862 roku dla US Coast and Geodetic Survey. Wcześniej miejsce to znane było jako Blue Mountain. Wzgórze usytuowane między ulicami Portola Drive, O'Shaugnessy Boulevard i Monterey Boulevard, to prawdziwy gigant przy bardziej znanych miejscach w mieście jak Nob Hill (114 metrów nad poziomem morza), Russian Hill (89 m), Telegraph Hill (86 m) i Pacific Heights ( 112 m).

Obchody Świąt Wielkanocnych odbywały się u podstawy 31-metrowego krzyża na szczycie cypla od 1923 roku. Obecny, piąty już krzyż stojący na tym miejscu pochodzi z 1934 roku. Pierwotnie zaprojektowany był na 30 metrów wysokości, ale na zakończenie prac pozostała mała nadwyżka betonu, przez co krzyż został powiększony o jeden metr. Krzyż był podświetlany każdego wieczoru aż do 1989 roku, kiedy to zakwestionowano eksponowanie symboli religijnych jako niezgodne z konstytucją. Święto wielkanocne jest nadal obchodzone przez wiernych na Mount Davidson, ale krzyż pozostaje nieoświetlony.

Najniższy punkt w San Francisco to róg ulicy Fifth i Berry
i znajduję się 1.7 metrów poniżej poziomu morza.

Mt Davidson

(Pho)karm

Leniwie w sobote (pho)szliśmy (pho)djeść do wietnamskiej knajpki. Jedzenie to głownie wielkie misy zupne z ogromną zawartością składników utopionych w ich wnętrzach. Ciekawostką jest wyzwanie – jeśli zjesz największą misę to nie płacisz nic a twoje zdjęcie jest umieszczane na ścianie. Przyznam, że wyzwanie jest duże i trzeba wcześniej przygotować żołądek na tak wielkąilość jedzenia. My ograniczyliśmy się do małych porcji.
(Pho)otem (pho)chodziliśmy trochę (pho) okolicy i (pho)robiliśmy dużo (pho)tografii cyfrowychnaszymi fajnymi aparatami.
Phở to zupa, rodzaj rosołu z makaronem i dodatkami. Tradycyjnie przyrządza się dwa rodzaje phở: phở bò z wołowiną i phở gà z mięsem kurczaka. Obecnie tworzone są różne wariacje z innymi dodatkami. Dodatki do phở nie są gotowane, lecz jedynie sparzone we wrzącej zupie, dlatego nie przyrządza się phở z wieprzowiny. Zupę najczęściej przyprawia się zieloną kolendrą i dosala sosem rybnym. Pho jest popularnym daniem w całym Wietnamie, je się ją zarówno na śniadanie, jak i na obiad lub kolację.

Pho

piątek, grudnia 04, 2009

Sekrety San Francisco: Denim

Podobnie jak wielu kupców w okresie Gorączki Złota, imigrant z Niemiec Levi Strauss wyruszył do San Francisco z nadzieją zarobienia dużych pieniędzy na sprzedaży płótna do namiotów dla poszukiwaczach złota. Niestety nie było zbyt wielkiego zapotrzebowania na jego płótna i biznes nie przynosił dochodów, ale ciągle słyszał narzekania górników, którzy bardzo skarżyli się się na jakość spodni niespełniających rygorów pracy w kopalni. Widząc swoją szansę Strauss szybko przerzucił się na produkcję spodni, które natychmiast stały się wielkim hitem.

Po pewnym czasie kupiec przeżucił się z płótna do do namiotów jako materiału do produkcji spodni na bardziej wytrzymały materiał z zabarwionej na niebiesko bawełny wytwarzanej w Nimes na południu Francji, zwanej Serge de Nimes. Stąd pochodzi nazwa "denim" a spodnie w kolorze niebieskim stały się szybko rozpoznawalnym znakiem handlowym. Nazwa "Jeans" pochodzi od francuskiego słowa Genes (czyli "Genua"), a spodnie przypominały te noszone przez Genueńskich żeglarzy.

Miedziane nity, pierwotnie zaprojektowane do użycia przy produkcji siodeł, zostały dodane do wzmocnienia spodni w 1870 roku i oznaczone inicjałami SF od nazwy miasta San Francisco. Dżinsy Levi stały się częścią kultury masowej lat 1950-tych i 1960-tych. Firma nadal ma swoją siedzibę w San Francisco i prowadzona jest przez potomków Levi Straussa.

Oryginalne spodnie Levi Strauss były w kolorze brązowym
i nazywane były potocznie "waist-high overalls".


środa, grudnia 02, 2009

Sekrety San Francisco: Japanese Tea Garden z ciasteczkiem w tle

Makoto Hagiwara, twórca Japanese Tea Garden w Golden Gate Park, wynalazł ciasteczko z wróżbą w 1909 roku.

Tea Garden z pięknymi pagodami, bramami, posągami i tea house, wybudowany został w 1894 roku na Międzynarodową Zimową Wystawę w San Francisco przez George'a Turner Marsha, który urodził się w Australii a młodzieńcze lata spędził w Japonii. Po zakończonych targach, japoński ogrodnik o nazwisku Hagiwara przejął opiekę nad ogrodem. Zaoferował odwiedzającym to miejsce ludziom - ciasteczko z wróżbą, czyli twarde kawałki ciasta z umieszczoną wewnątrz wiadomością drukowaną na małym skrawku papieru. Ciasteczka okazały się być takim hitem, że chińskie restauracje w Chinatown przyjęła pomysł i podawane były jako tradycyjny chiński smakołyk, choć takowe ciasteczka nie istnieją w Chinach. Niestety, Hagiwara nie był zainteresowany opatentowaniem swojego wynalazku.

Makoto Hagiwara z córką

W chwili śmierci w 1925 roku, ogród Hagiwary poszerzył się z oryginalnego jednego akru ziemi do pięciu. Rodzina Hagiwary opiekowała się ogrodem aż do 1942 roku, kiedy to została w całości internowana w obozie w wyniku histerii anty-japońskiej jaka zapanowała po ataku na Pearl Harbour. Do 1952 roku Japanese Tea Garden nazywano Oriental Tea Garden. Brązowy posąg został wzniesiony na cześć rodziny Hagiwara w 1974 roku.

Japanese Tea Garden

Death Valley Expedition 2009

Koncepcja wyprawy do Death Valley powstała w kręgach zbliżonych do młodych elit San Francisco i słynnego tajnego zgromadzenia "wolnych drinkarzy" - DHSC. Chętnie zgodziłem się partycypować w tym przedsięwzięciu. Kolidowało z wyprawą tylko jedno - musiałem odłączyć się w celach zawodowych po 3 dniach. Obowiązki wzywały i weekend musiałem poświęcić na L.A. - jedno z bardziej znielubionych przeze mnie miast USA. To czysto subiektywne odczucie ale kto był zrozumie :) mała dygresja [ LA jako zlepek małych miasteczek istnieje dla mnie poniżej autostrady numer 10 a wszystko co jest powyżej jest ładne i nie pisze się w rejestr LA :) ]. Wyprawa miała sens jeśli poświeciłoby się na nią kilka dni i tutaj w sukurs przyszło nam wielkie amerykańskie święto dziękczynienia. Wyruszyliśmy dzień wcześniej wieczorem tak żeby być rano na dobrej pozycji startowej do zwiedzania Doliny Śmierci. Punktem zbornym było małe jezioro Lake Isabella na południu Kalifornii blisko Seqwoii. Ja jechałem sam a druga grupa dołączyła do mnie na zjeździe z autostrady I-5 na Bakersfield; druga dygresja [ krążą legendy o mieście Bakersfield ! ale tak naprawdę to nikt nigdy nie widział tego miasta :) to centralne miejsce na trasie do LV i LA NIE ISTNIEJE - nie ma takiego miasta jak Bakersfield to prawdziwe Ghost bez Town :) ].Już w małym konwoju dotarliśmy do jeziora i po ciemku szukaliśmy zjazdu nad wodę, coś się trafiło i zaparkowaliśmy na wyboistej ziemi gdzieś w krzakach. Teraz trzeba było nakierować pozostałą cześć ludzi jadących z Los Angeles. To znajomi naszego kolegi amerykana. Tym razem miało być bardzo international. Było już sporo po północy kiedy zawitał na nasz tymczasowy parking wielki autobus szkolny Bio Tour (parkujący na codzień przy Venice Beach), maszyna była przemalowana na bliżej nieznane kolory i przystosowana do przewożenia grup komunistów. Pierwsze co to polecieliśmy oglądać wnętrze, nic nas nie zaskoczyło - mała komuna ala hipisowska, wnętrze można było spokojnie modelować, była kuchnia polowa, dużo książek i ... przepiękna Filipinka :).
Towarzystwo było bardzo przyjemne, trafili się nawet ludzie z Izraela. Po kilku drinkach czułem się jak żywcem przeniesiony w lata 70-te. Poczułem ten klimat i wiecie co - spodobało mi się :). Tylko, że mam troszkę inne poglądy i starałem się wytłumaczyć nowym znajomym, że ich fascynacja socjalizmem i komunizmem jest oparta na utopistycznych wizjach kilku myślicieli politycznych. I survived communism to powinienem mieć na koszulce i nie bardzo byli wstanie pojąc reali Polski z lat 80-tych kiedy o tym opowiadałem! Ale to juz temat na inny post. Dzielnie wspierał mnie Artur z który podzielam moje poglądy. Ale każdy ma swoje wizje świata i to szanuje wiec obyło się na konstruktywnej wymianie zdań. Bez tego typu ludzi świat byłby nudny :) Popijaliśmy i hałasowaliśmy chyba do 4 rano. Jeszcze pamiętam nocny spacer nad wodę z uroczą Filipinką... a spać się dalej nie chciało. Przygotowałem sobie łoże w samochodzie (samemu nie chce mi się rozkładać namiotu).Rano czułem się jak po ciężkiej imprezie ale tym razem byłem przygotowany miałem pod ręką Advil :). 3 tabletki zabiły ból. Piękny poranek, granatowa tafla Lake Isabella i powoli wznoszące się nad horyzont ciepłe słonko. Poranne śniadanie hm.. trudno to nazwać śniadaniem ale zjedliśmy co kto miał i popiliśmy kawą zrobioną w warunkach polowych na przenośnej kuchence. Za dnia zobaczyłem twarze ludzi i jeszcze raz się sobie przedstawiliśmy :). Bardzo powoli zebraliśmy się i ustaliliśmy trasę. Autobus był ogromny i wyciągał koło 50 mil na stromych drogach więc nie było sensu jechać w konwoju. Ustaliliśmy miejsce spotkania na 5 pm w okolicy Stovepipe Wells. Ruszyliśmy na wschód w stronę Death Valley, droga pięła się lekko pod małym kątem i samochody nasze a zwłaszcza mój dawały sobie świetnie radę. Pamiętam kiedy we wrześniu jechałem tą samą trasą tylko w drugą stronę to max co jechałem to 40 mil na godzinę! i to z duszą na ramieniu z obawy o wytrzymałość maszyny. Tym razem było idealnie i mijając piękne widoki wzgórz i dolin pozbawionych jakiejkolwiek roślinności miałem wrażenie, że jadę po księżycu.
Minąłem znak Welcome to Death Valley i po kilku milach znalazłem się na szczycie wzniesienia z widokiem na całą dolinę, teraz było z górki i kilkanaście mil dryfowałem po nierównej drodze na neutralnym biegu. Przed Stovepipe Wells skręciliśmy na "unpaved road" czyli na kamienny szlak gdzie trzeba było jechać bardzo ostrożnie żeby nie uszkodzić podwozia i opon. Mila ciągnęła się w nieskończoność ale dotarliśmy do wejścia do Mosaic Canyon. Szlak wgłąb kanionu nie jest trudny i długi, na początku piękne wygładzone skały przypominające biały granit z wzorkami w postaci zastygniętych w skale kamieni o różnych kształtach (stąd nazwa Mosaic). Potem szlak przekształcił się w zwykły kanion z łagodnie opadającymi ścianami, gdzieniegdzie nawet stromymi. Nawet nie zdążyliśmy się zmęczyć kiedy dotarliśmy do końca, powrót był szybki tak żeby zdążyć jeszcze przed zachodem słońca na pobliskie wydmy piaskowe. Przejechaliśmy malutkie miasteczko-oazę i po chwili zaparkowaliśmy na nowo utworzonym parkingu przy Sand Dunes (jeszcze kilka tygodni temu trzeba było parkować przy drodze a teraz jest wielki parking z ubikacjami). Słońce szybko uciekało za otaczające pasma górskie i pędziliśmy po piaskach przypominających tak egzotyczne pustynie Sahary. Spokojnie można tu kręcić produkcje filmowe, których akcja rozgrywa się w krajach nad zatoką perską. Byłem Lawrencem z Arabii... brakowało tylko strzelby i stada wielbłądów.
Ciepłe promienie zachodzącego słońca kolorowały piasek na kolor kawy, było magicznie. Latem nie można normalnie chodzić po tym piasku nie narażając się na poparzenia a teraz było idealnie. Mrok nas niestety przegonił i pustynia gwałtownie straciła swój urok, jakby ktoś wyssał z niej piękno... jakby ktoś zmienił ustawienia kamery na czaro-białe kolory. Wróciliśmy to osady Stovepipe Wells gdzie zaopatrzyliśmy się w drewno na ognisko i napoje powszechnie uznawane w USA za alkoholowe zwane piwem co w Polskich realiach byłoby nie do pomyślenia (jak można nazwać piwem wodę zabarwioną na złoty kolor?).
Jak to bywa w Dolinach Śmierci, nie ma zasięgu telefonia komórkowa (my byliśmy zaopatrzeni w niezawodne walkie-talkie). Obawialiśmy się, że nasza druga ekipa nie da rady dojechać na ustaloną godzinę. Po pewnym czasie trzeba bło się zbierać, ustaliliśmy, że jedziemy na noc na camping w północnej części parku w miejscu zwanym Mesquite Springs niedaleko Krateru Ubehebe. Postanowiliśmy (bez specjalnej nadziei) wiadomość u pani sprzedającej pamiątki w małym sklepiku. Jak zobaczy dziwny autobus lub "zakręconych" współczesnych hipisów to niech im przekaże gdzie nas będą mogli znaleźć. Na miejsce jechaliśmy ponad pół godziny. Camping był zapełniony i nie było wolnego miejsca na rozbicie namiotów. Szukaliśmy długo jakiegoś wygodnego spotu lub kawałka wolnej od krzaków pustyni. W końcu postanowiliśmy zajechać na miejsce oficjalnie przygotowane do organizowania wspólnego ogniaska, były ławeczki i kamienny ogniskowy krąg. Przygotowanie ognia i jedzenia trwało chwilkę, po jakimś czasie uznaliśmy, że rozbijemy tutaj namioty i zobaczymy rano co będzie. Po kilku godzinach niedaleko nas zamajaczyły lampki wielkiego autobusu! Udało się, znaleźli nas i co zabawne, informacje o naszej lokalizacji przekazała im pani ze sklepiku! Co za szczęście. I znowu impreza do późna, wiele osób było mocno "odjechanych" a Filipinka chyba najbardziej, jej magicznie łagodny głos hipnotyzował... Tym razem nie dałem rady do 4 nad ranem i Orfeusz przytulił mnie szybko.
Ranek nie był już taki ciepły, rozpalenie ogniska nie zajęło dużo i na środku wylądował wielki Indyk w srebrnej brytfance. Niestety po chwili pojawił się jakiś mało wyrozumiały człowiek z obsługi campingu i zabronił palenia ogniska w tym miejscu, co było mega absurdem, którego nie mogę zrozumieć. Napis przy drodze głosił Campfire site! Skąd mieliśmy wiedzieć, że nie wolno skoro napis zachęcał... wezwał Park Rangera czyli odpowiednik Policji na terenie Parku. Na szczęście nasi znajomi chyba mają duże doświadczenie z użeraniem się ze służbami mundurowymi i jakoś się wybronili. Ruszyliśmy w dalszą drogę, po kilku metrach od wyjazdu przez środek drogi przechodziła ogromna Tarantula (to już trzecia jaką widziałem od 2 dni), była naprawdę ogromna i włochata. Trzeba pamiętać o takich atrakcjach jak się komuś zbierze na spacer po pustyni a w odwodzie są jeszcze węże :). Pierwszym punktem było pobliski Krater Ubehebe ( tutaj narodził się taniec wojenny Ube hebe Ube hebe). Zrobiliśmy małą rundkę po krawędzi i podziwialiśmy przepiękne panoramy okolicy. Potem zjechaliśmy do Scottys Castle gdzie znajduję się piękny zamek wybudowany w okresie międzywojennym przez ekscentrycznego milionera. Zwiedzanie zamku i okolicy zajęło trochę czasu. Całkiem nierealnie wyglądają tam przepiękne palmy i kaktusy rosnące w małej oazie... Znajomi z autobusem postanowili udać się na Sand Dunes gdzie rozstawili stoły na pustyni i ubrani odświętnie zjedli indyka (to było pojechane na maxa). My zjechaliśmy na południe do Visitors Center gdzie przekazano nam smutną informację, że nie można rozpalać ognisk na dziko. A planowaliśmy noc gdzieś na tzw Backcountry czyli 2 mile od głównej drogi.
Trzeba było zmienić plan i postanowiliśmy (za poradą Rangera) przespać się tuż za granicą Parku. Zajechaliśmy jeszcze szybko do Musztardowego Kanionu (to prawda skały miały kolor owego dodatku do naszych kiełbasek i parówek) i przespacerowaliśmy się po kopalni Boraxu (minerał mający wiele zastosowań w przemyśle). Po jakimś czasie wypadało zatankować samochód dla zwykłego spokoju, jedyna najbliższa stacja jaka oferuję paliwo znajdowała się w Furnance Creek. Niestety trzeba pamiętać, że w takich miejscach cena paliwa jest co najmniej bandycka. Normalnie przed wjazdem do Death Valley mozna zapłacić 2.99$ a tutaj cena była 3.99$... trudno nie ma innej opcji i trzeba było zapłacić. Jadąc główną drogą na dotarliśmy do Golden Canyon, gdzie poszliśmy na całkiem długi szlak. Widoki są tutaj niesamowite, zewsząd otaczały nas waniliowe skały czasem przeplatane z kawą :) w oddali majaczyły masywny blok skalny w czerwonym kolorze mocno kontrastując z otoczeniem. Tym szlakiem można dojść do Zabriskie Point i to chyba najlepsza pora w roku, żeby to zrobić. W lipcu jeden człowiek umarł tutaj próbując pokonać ten odcinek...
Czas naglił a mieliśmy jeszcze do zaliczenia kilka punktów. Pojechaliśmy dalej mijając zjazd na Artist Drive (tym razem w swojej wyprawie ominąłem bardziej znane punkty i skoncentrowałem się na tych, które zwykle pomijałem - reszta opisana jest na moim blogu) i wjechaliśmy na bardzo wyboistą utwardzaną drogę do Natural Bridge. Podła droga... cierpiałem katusze w swoim osobowym samochodzie. Szlak jest krótki jeśli chcemy zobaczyć Natural Bridge (na pozostałe atrakcje trzeba poświęcić więcej czasu). Wielka dziura na wylot w skale. Przypomina to ogromny naturalnie wyrzeźbiony przez naturę most ale daleko mu do łuków skalnych w Utah. Nie zdecydowaliśmy się na dalszy marsz ze względu na zachodzące słońce. Pora było udać się na poszukiwanie miejsca na nocleg. Wyjechaliśmy z parku i po kilku milach znaleźliśmy zjazd na pustynie. Miejsce okazało się całkiem przyjemne. Uznaliśmy, że zostajemy tutaj na noc. Jeszcze trzeba było zostawić wiadomość naszym znajomym co uczyniliśmy przyczepiając info do ogromnej tablicy Message Board przy Zajeździe w Furnance Creek.
Powróciliśmy do wybranego miejsca zaopatrzeni w drewno (na pustyni nie ma czym palić :). Noc była przyjemnie uduchowiona, nie potrzeba było świateł, gwiazdy i księżyc rozjaśniały teren rewelacyjnie. Pieczenie kiełbasek, popijanych piwem i winem na "łonie" natury jak bardzo to inne od typowych miejskich imprez... To są właśnie te wspaniałe chwile do których człowiek będzie wracał z tęsknotą ale ważne jest jedno do tego wszystkiego potrzeba FAJNYCH LUDZI a tacy akurat wtedy byli.... więc jest perfekcja w środku, w głowie w duchu. Ube hebe ube hebe. Rano musiałem się zastanowić kiedy ruszyć do LA miałem być na miejscu kolo 5 pm. Wiec postanowiłem zaliczyć jeszcze jeden punkt widokowy Dantes View, dojazd zajął ponad 20 minut i ostatnie kilka mil to niezła wspinaczka wozem na szczyt. Ale widok rewelacja. Cała Dolina Śmierci jak na dłoni.

Ogrom, który można doświadczyć tylko patrząc z tego punktu. Ciekawą sprawą było... potworne zimno i wiatr. Wyobrażacie sobie takie "mrozy" w najgorętszym miejscu na ziemi ? To chyba lekka przesada. Nadszedł ten moment i trzeba było się pożegnać. Szkoda... ale nie było wyboru. Mam nadzieję, że spędzimy jeszcze nie jeden magiczny wieczór wspólnie gdzieś na wyprawie...


Death Valley Expedition 2009

wtorek, grudnia 01, 2009

Malownicze miejsce na śmierć

Most Golden Gate został zbudowany w 1937 roku przez Josepha Straussa, a powód dla którego tak łatwo jest przeskoczyć przez barierkę jest taki, że Strauss miał zaledwie 1.52 m wzrostu i jako konstruktor mostu chciał mieć możliwość podziwiania zatoki. Zmienił więc wysokość barierki z pierwotnie planowanej 1.6 m na 1.2 m. Strauss uważał, że samobójstwo na tym moście nie jest ani prawdopodobne, ani możliwe. Niestety nie wiedział jak bardzo się mylił. Obecnie "Złote Wrota" San Francisco, mają bardzo złą sławę. Statystyki mówią, że jest to najbardziej śmiercionośny most w historii.
Już w 10 tygodniu po oddaniu mostu do użytkowania 47-letni weteran I wojny światowej, opuszczony przez rodzinę Harold Wobber został odnotowany jako pierwszy samobójca. Do dziś na Golden Gate zabiło się, skacząc z mostu, ponad 1300 osób, ale bardziej prawdopodobna jest liczba 2000. Wiele niedoszłych samobójców nazwało most "malowniczym" miejscem na śmierć. Psychologowie twierdzą, że most ma w sobie jakąś ciemną aurę, która przyciąga tu ludzi. Jest pięknie wkomponowany w krajobraz i otoczony zapierającymi dech w piersiach widokami. Z jednej strony przepiękne San Francisco położone na wzgórzach. Z drugiej malownicze Marin Headlands.

Co roku przynajmniej 70-90 osób próbuje popełnić samobójstwo, skacząc z Golden Gate 75 metrów w dół do oceanu (to ponad 25 pięter wysokości a spadanie trwa 4-4,5 sekundy). Zwykle około 50 z nich powstrzymują policjanci. 20-30 osobom rocznie udaje się skoczyć. Najwięcej skacze ze wschodniej strony gdzie znajduję się droga dla pieszych, po zachodniej stronie znajduje się sćieżka dla rowerzystów. Na moście znajduje się 128 latarni oświetlających wydzielony pas dla pieszych. Sam byłem świadkiem takiego skoku ale wtedy ofiara skoczyła na beton pod jednym z filarów mostu. Na moście znajdują się specjalne telefony dla potencjalnych samobójców, gdzie po drugiej stronie linii psycholog ma postarać się odwieść przyszłą ofiarę od tego czynu i dać czas na dotarcie na miejsce specjalnej policji patrolującej most.

Skok z mostu to prawie pewna śmierć, 98% skoczków ginie. Jak do tej pory 26 osobom udało się przeżyć. W rekordowym roku 1977 na moście zginęło 40 osób. W rzeczywistości w śmierci na Golden Gate nie ma nic gładkiego czy bezbolesnego. Ciało spadające z mostu z prędkością 130-140 km na godzinę uderza w wodę niczym w betonową ścianę. Taka siła zrywa wewnętrzne organy, które są rozdzierane przez połamane, ostre kości żeber. Lekarze przeprowadzający sekcje zwłok skoczków mówią, że ich wnętrzności wyglądają, jakby zostały dokładnie zmiksowane na jednolitą miazgę. Czasem ciało niemal się rozpada, siła uderzenia urywa kończyny albo głowę. Najszczęśliwsi (o ile można to tak nazwać) giną w momencie uderzenia w wodę. Inni je przeżywają, ale z powodu obrażeń, sparaliżowani, w potwornych cierpieniach toną po kilkudziesięciu sekundach. Jakiekolwiek szanse na przeżycie skoku z Golden Gate można mieć właściwie tylko w jeden sposób - gdy się wpadnie do wody z lekko podkurczonymi nogami skierowanymi w dół pod pewnym kątem.
Gdy w 1995 roku liczba samobójców zaczęła zbliżać się do 1000, ludzie przyjeżdżali tu specjalnie, by się "wstrzelić" w historyczny numer. Jeden z radiowych didżejów zaoferował nawet nagrodę dla rodziny tysięcznego samobójcy. To wtedy władze przestały prowadzić oficjalną statystykę samobójstw na Golden Gate. Zatrzymano ją na liczbie 997... Od tego czasu także lokalne media przestały podawać informacje o statystykach samobójczych, by nikogo nie prowokować. Liczono, że gdy o moście przestanie się mówić w kontekście samobójczym, liczba ofiar spadnie. Ale nie poskutkowało.
Mimo sprzeciwu wielu organizacji i osób prywatnych, władze San Francisco zgodziły się wreszcie na umieszczenie specjalnej bariery, aby zatrzymać rosnącą liczbę samobójstw. Niektórzy przeciwnicy tego uważają, że most trzeba chronić przed ingerencją osób niepowołanych, aby nie zepsuć estetyki obiektu, albo ponoszenia dodatkowych kosztów, lub są też tacy, którzy twierdzą, że należy pozostawić wolność wyboru tym, którzy chcą się zabić. Na razie 50 milionowy projekt musi poczekać aż amerykańska gospodarka wyjdzie z dołka.
Jeśli ktoś widział miasto San Francisco na zdjęciach lub filmach zastanawia się zapewne dlaczego nikt nie skacze z pobliskiego Bay Bridge, który robi większe wrażenie. Prawda jest prozaiczna, most ten nie ma wydzielonej drogi dla pieszych i jedyną opcją byłoby zatrzymanie samochodu i wyskoczenie ale do tego momentu jakiś rozpędzony samochód zdążyłby zabić potencjalnego samobójce...

Statystyki

2009 31
2008 34
2007 39
2006 31
2005 23
2004 20
2003 24
2002 26


piątek, listopada 20, 2009

Sekrety San Francisco: Hydrant przeciwpożarowy, który ocalił Noe Valley

Hydrant na ulicy 20th i Church w Noe Valley jest malowany złotem ponieważ uratował od zagłady całą okolice podczas trzęsienie ziemi w 1906 r. Dzielnica Noe Valley jest bardzo pagórkowata (podjazd ulicą Hill to nielada wyzwanie) i posiada dużo pięknych Wiktoriańskich domów, zajmuje mniej więcej rejon ulic 20th, Dolores, 30th i Douglass. W roku 1845 Jose de Jesus Noe otrzymał w posiadanie od gubernatora Kalifornii Pio Rico, 4000 hektarów ziemi w tym miejscu. Noe był ostatnim meksykańskim Alcalde (burmistrzem) San Francisco w 1846 roku przed przejęciem terytorium Kalifornii przez Stany Zjednoczone po wojnie amerykańsko-meksykańskiej. Wiele ulic w Noe Valley i Mission District nosi nazwy na cześć pierwszych osadników meksykańskich jak Noe, Castro, Guerrero, Alvarado, Sanchez i Valencia.
W 1854 roku zamożny kupiec John Horner, odkupił większość rancza Noego i rozpoczął sprzedaż części działek robotnikom przybyłym z Irlandii, Niemiec i Skandynawii. Począwszy od roku 1970, do Noe Valley zaczęli wprowadzać się młodzi dobrze wykształceni pracownicy pobliskich firm wraz z rodzinami co podniosło prestiż tego miejsca i ceny nieruchomości wzrosły znacząco.

Przeciwpożarowy hydrant jest świeżo odmalowywany co roku 18 kwietnia,
w rocznicę trzęsienie ziemi w 1906 r.


Herbata

Napiłem się dzisiaj gorącej herbaty, niby nic dziwnego ale dla mnie to wydażenie dość dużego kalibru, całe życie jakie pamiętam to wszechobecna herbata, zwykle czarna indyjska, bez względu na porę roku lub dnia zawsze byla obecna. Nawet pierwsze lata w USA, pierwszy poważny zakup w costco to 300 pack Lipton Tea. Od CZERWCA tego roku ani razu nie napiłem się mojego napoju!!! dlaczego? nie zmieniam się w “amerykana” chyba ?:) myśle, że przyczyna jest prozaiczna – pogoda. Upały i słonko niezbyt sprzyjają piciu ciepłych wywarów wiec nieświadomie zapomniałem o swoim nawyku.
Dzisiaj rano było zimno, o ile 5-6 C można nazwać zimnem i pierwsza myśl po przebudzeniu to … ciepła herbata! Znalazłem kilka saszetek i delektuje się HERBATĄ… na razie dziwnie, nie bardzo smakuje :)

A ciekawostką jest, że przebywając na terytorium Stanów Zjednoczonych Ameryki i Kanady kiedy w restauracji poprosimy o herbatę dostaniemy… ICE TEA!!! (pamiętam mrozy Ontario, kiedy zziębnięty siędząc w restauracji po złożeniu zamówienia pani radośnie przyniosła mi “kufel” Ice Tea ! hm… logiczne za oknem mrozy to co ja mogę chcieć pić ? oczywiście herbatę z lodem ). Dlatego ważne jest żeby nadmienić, że chcemy HOT TEA :) (czasem trafia się nieszczeście wyboru i przynoszą nam wielkie pudło herbat do wyboru a w niej brakuje zwykłej czarnej herbaty… )
Słonko powoli się wznosi nad horyzont więc czeka mnie następny ciepły dzień i … zimne napoje .a tak na marginesie moim ulubionym napojem na zimne dni jest gorąca czekolada (zwłaszcza od Tima Hortonsa)

wtorek, listopada 17, 2009

Trzysetny

To już wpis numer 300 na moim blogu. Przyznam nie sądziłem, że... napisze tylko 300 postów :)
Pierwotnie miały to być opisy, relacje i zdjęcia z mojego prywatnego życia (głównie dla przyjemności i ze względu na własną tak ulotną pamięć).
Z czasem blog ewoluował do formy przewodnika-poradnika dla osób podróżujących po USA (i po świecie), mniej jest prywatnych wpisów. Tematów do opisania jest tak dużo, że siadając przed komputerem... odchodzi mi czasem ochota do pisania :)
Mam szczerą nadzieję, że moje posty są przydatne? Staram się rzetelnie opisywać miejsca i ludzi tak, żeby zawarte w postach informacje były najlepszą wskazówką i poradą. (brak komentarzy zaskakuje ?). Pozdrawiam wszystkich czytelników :)

Sekrety San Francisco: Yerba Buena Island

Yerba Buena Island została oficjalnie nazwana Goat Island (Kozia Wyspa) przez U.S. Geographic Board (urząd federalny do spraw nazw geograficznych) w 1895 roku i ta nazwa pozostał aż do roku 1931, wtedy to władze San Francisco zdecydowały, że nazwa (Kozia Wyspa) Goat Island niezbyt nadaje się na nazwę łącznika między nowym mostem Bay Bridge a miastem i przekonały do tego U.S. Geographic Board, który zmienił nazwę na Yerba Buena Island.
Nie po raz pierwszy doszło do nieporozumień dotyczących nazwy tej wyspy. Hiszpański porucznik marynarki Juan Manuel de Ayala nadał dzisiejszej Yerba Buena Island nazwę La Isla de Los Alcatraces (Wyspa Pelikanów) w 1775 roku, ale angielski kapitan marynarki rysujący mapy okolicy w 1826 roku przez pomyłkę nazwał tak wyspę, na której stoi teraz byłe więzienie znane jako... Alcatraz.
W 1870, Central Pacific Railroad zaproponowała budowę mostu kolejowego na Yerba Buena Island z Oakland. Doki miały być zbudowane na wyspie, skąd towary miały być przeładowywane z wagonów towarowych na statki płynące w świat. Pomysł został porzucony na rzecz portu w Oakland.
Wyspą połączona jest ze sztuczną wysepką Treasure Island 274 metrową rampą a obydwa moduły mostu Bay Bridge połączone są ze sobą 160 metrowym tunelem. Na wyspie znajduje się kilka domów mieszkalnych, mała latarnia morska i placówka Straży Przybrzeżnej.

czwartek, listopada 05, 2009

Valley of Fire State Park

Park stanowy Valley of Fire - Dolina Ognia jest to najstarszy i największy park stanowy w Nevadzie, utworzony w 1935 roku. Położony jest godzinę drogi na północny wschód od centrum Las Vegas i rozciąga się na obszarze 141 km². Dolina Ognia swoją nazwę zawdzięcza ognisto czerwonym formacjom skalnym (szczególnie przy zachodzie słońca) utworzonym przed 150 milionami lat głównie z piaskowca, ale także z wapienia, łupków i zlepieńca.
Dolina Ognia była często odwiedzana przez Indian Anasazi, którzy w okresie od 300 r. p.n.e. do 1150 r. zamieszkiwali pobliską, żyzną dolinę Moapa, w celach religijnych, w poszukiwaniu pożywienia lub podczas polowań. Świadczą o tym zachowane do dziś petroglify wykute w wielu miejscach doliny.
Przez park przebiega Nevada Scenic Byway prawie 17-to kilometrowa droga, która łączy wschodnie i zachodnie wejście do parku. Opłata za wjazd jest dość skromna -wynosi 6$ - zważywszy na atrakcje jakie to miejsce nam zapewnia :). Docierając od strony Las Vegas skręcając z głównej autostrady I-15, musimy przejechać pewien odcinek drogi przez pustynne tereny aby dotrzeć w rejony, gdzie teren zaczyna się powoli zamieniać w lekko górzysty. Pierwsze co rzuca się w oczy po przejechaniu wschodniej bramki to nieprawdopodobnie powykręcane przez naturę formacje skalne w "soczyście" czerwonym i pomarańczowym kolorze. Zwykle wtedy turyści wyskakują z samochodów i wdrapują się po bardzo "przyczepnych" skałach na szczyty wzniesień. Ogromna ilość dziur w skałach i "okienek" sprawia wrażenie wielkiego osiedla bajkowych postaci. Jest to niezwykle fotogeniczne miejsce i nie powinny nikogo dziwić przemykające co jakiś czas limuzyny z młodymi parami, udające się w ten rejon na sesje zdjęciowe.
Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów trafiamy na pierwszą zaznaczoną atrakcję Beehives. Są to samotnie stojące formacje skalne wyrzeźbione przez wiatr i piasek, przypominają wielkie kopce o regularnych nacięciach "w kratkę" na całej powierzchni. Następnie skręcamy na pierwszym skrzyżowaniu na zachód i docieramy do Atlatl Rock, jest to skała - na której górnej części znajdują się w bardzo dobrze zachowanym stanie Petroglyfy, rysunki starożytnych Indian. Dostęp do tego miejsca jest ułatwiony przez wysoko pnące się metalowe schodki. Tuż za "rogiem" znajduje się Arch Rock czyli skała przypominająca formacje - znane nam z Arches w Utah. Całkiem spory łuk skalny z czerwonego piaskowca na tle niebieskiego nieba mocno "oczarowuje".

W pobliżu tych atrakcji znajduje się kemping, który gorąco polecam, niesamowite wrażenia z noclegu przy bajecznie wyrzeźbionych skałach w towarzystwie wszechobecnych ciekawskich chipmunków malutkich wiewióreczek. Bywało, że przy ogromnych upałach panujących latem w nocy, wdrapywałem się wysoko do wybranego wgłębienia na szczycie i tam nocowałem z materacem na podgrzanej skale z widokiem na okolice!
Niezapomniane wrażenia!
Jadąc dalej widokową drogą koniecznie trzeba wstąpić do Visitor Center, gdzie można zobaczyć ciekawe wystawy, prezentujące nam lokalną faunę i florę. Można też zobaczyć żywe okazy węży i skorpionów występujących w okolicy, których nie chcielibyśmy spotkać na szlaku :). Następnie wspinamy się wozem na północ przez wąskie kaniony wśród nieprawdopodobnie kolorowych skał i docieramy do punktu Mouse's Tank, stąd można wybrać się na całkiem długi szlak do miejsca, gdzie ukrywali się pod koniec XIX wieku koniokradzi i inni wyjęci spod prawa bandyci. Miejsce to faktycznie nieprawdopodobna mieszanka kryjówek i labiryntów. Po drodze spotykamy jeszcze naskalne malunki Indian.
Następnym punktem jest Rainbow Vista ulubione miejsce fotografów z panoramą okolicy. Po chwili od głównej drogi odchodzi wąska utwardzana droga, która można dotrzeć do Fire Canyon - to dopiero można nazwać spotem dla fotografa, kolory i formy skalne są wręcz "nierealne" jakby z innej planety. Nasycenie kolorów upaja oczy. Zwłaszcza waniliowo-czekoladowe pasmo górek na horyzoncie mocno zapada w pamięć. W tym rejonie dość często spotykałem pełzające pustynne żółwie, warto jechać powoli i dokładnie się rozglądać, zwierzęta są całkiem duże, więc łatwo je wypatrzeć a zwłaszcza na środku drogi.

Dalej droga prowadzi nas przez pastelowe wzgórza i pustynie, kolory urzekają i słynna Paleta Artysty w Dolinie Śmierci może się schować pod ziemię :). Trasa kończy się malutkim parkingiem przy punkcie White Domes, skąd można udać się na szlak. Myślę, że jeśli ktoś zabrałby ze sobą specjalną paletę kolorów w formie wachlarza ze sklepu z artykułami malarskimi - to duży procent zawartych tam barw znalazłby na tym szlaku. Nieprawdopodobne i niezapomniane widoki. Szlak nie jest łatwy, ale też nie będzie strasznie męczący. Warto powspinać się na pobliskie skały i podziwiać panoramę okolicy. Pamiętajmy - przyczepność jest bardzo dobra, zupełnie jak pająka do ściany i raczej nie spadniemy :). Po drodze można spotkać małe ruiny hacjendy z jakiegoś westernu. Ze względu na swoje unikalne walory Dolina Ognia często wykorzystywana była jako plan do filmów lub reklam. Powstały tu fragmenty takich dzieł jak Transformers, Star Trek: Pokolenia i wiele innych.
Aby wrócić do punktu wyjścia trzeba pokonać tą samą prawie 9 kilometrową trasę do Visitors Center, skąd można jechać dalej na zachód punktów Seven Sisters (można tu zrobić piknik w bajkowym klimacie), Cabins i Elephant Rock przy wyjeździe z parku. Stąd już niedaleko do Lake Mead innej atrakcji turystycznej. Przyznam, że Dolinę Ognia odkryłem całkiem niedawno (jak na mnie) - zafascynowała mnie i urzekła kolorami i niespotykanymi formacjami skalnymi. Park jest inny niż wszystkie jakie widziałem i jeśli mam okazję zawsze kieruję tam swoje kroki. Marzeniem jest spędzić tam tydzień na chodzeniu po szlakach i odkrywaniu nowych miejsc.
Zdecydowanie w pierwszej trójce najpiękniejszych parków stanowych i narodowych. Szkoda lub może dobrze, że nie jest tak rozreklamowany w Las Vegas jak niedaleki Red Rock, który nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Koniecznie trzeba to zobaczyć !

Valley of Fire State Park

wtorek, listopada 03, 2009

Zion National Park

Usadowiony w skalistym sercu krainy kanionów południowego Utah Park Narodowy Zion prezentuje niepowtarzalne dzieła natury: wyniosłe piaskowcowe monolity (dochodzące do 800 metrów), wąskie niczym szczelina kaniony, wartkie rzeki, liczne wodospady, bujną, gęstą zieleń i niezliczone gatunki zwierząt. Obszar ten został objęty ochroną w 1909 roku, początkowo jako pomnik narodowy pod nazwą Mukuntuweap National Monument. W 1919 roku powiększono obszar objęty ochroną, podniesiono go do rangi parku narodowego i nazwano obecną nazwą. Zachwyt i przerażenie, jakie czuli pierwsi mormońscy osadnicy na widok kanionu (to oni nazwali go Zion, czyli Syjon),odzwierciedlają nazwy zadziwiających płyt skalnych górujących nad 6-milowym odcinkiem utwardzonej Scenic Drive, ciągnącej się od wejścia do parku: Court of the Patriarchs (Dwór Patriarchów), Great White Throne (Wielki Biały Tron) oraz Angel’s Landing (Przystań Aniołów).
Do parku można dojechać od wschodu (prosto z Kanionu Bryce) lub od południa (prosto z Las Vegas) autostradą numer 9 (niestety, żeby przejechać tą drogą trzeba zapłacić za wjazd do parku). Wielu turystów jedzie przez Zion, wybierając Zion-Mount Carmel Highway czyli autostradę numer 9, która podąża na wschód wzdłuż jednego z dopływów rzeki Virgin . Szosa pnie się w kanionie zygzakami do długiego na milę tunelu. (w którym, ruch w sezonie odbywa się rotacyjnie). Tunel zbudowano w 1930 roku, dla skrócenia trasy łączącej parki Zion i Bryce. Po drugiej stronie tunelu droga przemyka pod olbrzymią skalną niszą, znaną jakoGreat Arch of Zion. Potem przy trasie widać wspaniale ukształtowane, formy skalne wyglądające jak skamieniałe wydmy. O ile ta trasa nie odstaje kolorytem i bajecznymi kształtami od znanych widoków spotykanych w parkach Utah to jej najbardziej znany odcinek Zion Canyon wygląda bardzo nietypowo, można by pomyśleć, że jesteśmy gdzieś w Aplach lub w innych górach europy. Widoki są "swojskie" i jak dla mnie już nie tak barwne i ciekawe.
Zwiedzanie Kanionu Zion wymaga przesiadki do specjalnych busów, które rozwożą nas na wybrane przystanki. Droga jest zamknięta dla zwykłych samochodów, które można zostawić na parkingach przy Visitor Center lub na pobliskim kempingu. Przystanków nie jest wiele więc jeśli dysponujemy czasem warto wysiąść na każdym lub nawet przejść pieszo cały szlak. Od Zion Lodge zaczyna się krótki (zaledwie dwie mile w obie strony) i dosyć płaski szlak do Emerald Pools, trzech krystalicznie czystych jeziorek, z których najbardziej urokliwe (i najbardziej oddalone) otacza piaszczysta plaża u stóp gigantycznego urwiska. W niektórych okresach szlak jest zalewany przez wodospad. Wracając szlakiem warto trzymać się trasy, która biegnie równolegle do drogi w dole kanionu, widoki z góry są rewelacyjne! Szlak można opuścić zejściem do przystanku The Grotto i tam zabrać się busem albo kontynuować wyprawę dalej do miejsca zwanego Angels Landing (wymaga to zabrania odpowiedniej ilości prowiantu i wody, 8 kilometrów szlaku jest wyzwanie dla ludzi o dobrej kondycji), jest to wąska półka skalna z białego piaskowca, stercząca na wysokości 533 metrów ponad dnem kanionu! Pod koniec szlaku kanion zwęża się do przesmyku półtorametrowej szerokości, po obu stronach którego zieje przepaść. Osoby z lękiem wysokości powinny sobie darować i spokojnie obserwować malutkie sylwetki śmiałków widoczne z dołu kanionu.

Droga kończy się u podnóża Temple of Sinawava (Świątynia Sinawavy), za którym malowniczy łagodny szlak Riverside Walk biegnie dalej pół mili w głąb kanionu, do miejsca, gdzie rzeka całkowicie zajmuje dno wąwozu (przyjemne miejsce na kąpiel). Prąd jest zbyt silny, by iść w górę rzeki. Są okresy (należy sprawdzić w centrum informacji turystycznej), kiedy można wyruszyć z odległego punktu, 30 mil na północ i, brodząc z prądem 8 mil w lodowatej czasem chłodnej rzece, dotrzeć do Narrows. Kanion tu ma zaledwie 6 m szerokości, jego ściany zaś wznoszą się pionowo na wysokość około 240 m. Jak niestrudzeni pielgrzymi podparci grubymi i długimi kijami brnący po pas w wodzie wyglądają turyści, którzy zdecydują się dotrzeć do końca szlaku. Wiele osób rezygnuje, często z powodu złego obuwia (warto mieć jakieś gumowe buty lub specjalne sandały, ostre kamienie mogą poranić stopy) lub z powodu lodowatej wody, która paraliżuje z zimna. Warto zabezpieczyć aparaty lub kamery wodoodpornymi torebkami, w niektórych miejscach trzeba zanurzyć się po pierś i nieść wszystko nad sobą a poślizg o który bardzo łatwo oznacza utratę sprzętu. Dobrze przygotowani na ten szlak turyści zabierają ze sobą długie kije, którymi badają głębokość wody i podpierają się w chwilach zmęczenia.
Zion chowa swoje największe atrakcje głęboko i żeby poznać to miejsce niestety jeden dzień to za mało. Miejsce jest wyzwaniem dla dobrychhikerów i turystów z dobrą kondycją. To miejsce, różni się bardzo od reszty kanionów Utah, przypomina bardziej Yosemite w Kalifornii niż pobliski Kanion Bryce lub Wielki Kanion Kolorado. Dla prawdziwych wyjadaczy wyzwaniem jest wyprawa do Kanionu Kolob , oddalonego spory kawałek drogi (pieszej przez szlak jak i samochodem) tam czekają nas perełki w postaci łuków skalnych, klifów i tuneli znajsłynniejszym o nazwie Subway (wszystko to wymaga niestety wcześniejszej nawet półrocznej rezerwacji!).
Zion National Park