wtorek, września 02, 2008

Monument Valley i Arches National Park

Pokonując enty raz trasę Los Angeles do Grand Canyon South Rim proponuję zawsze znajomym poświęcenie kilku dni na zobaczenie jednych z najładniejszych tras widokowych w Ameryce, słynnej Monument Valley. Tak było tym razem i wszyscy przystali na moją propozycję ochoczo. Ponad 3 godzinna jazda przez czerwoną ziemię sprawiła duża frajdę. Przejechaliśmy ten dystans z Grand Canyonu autostradą numer 160 i w miejscowości Kayenta odbiliśmy na 163-kę, która prowadzi do Utah przez Monument Valley. Zabawne, że trzeba na chwilkę wjechać do innego stanu, żeby potem zakręcić i wrócić z powrotem do Arizony. Tuż przy znaku granicznym Utah rozciąga się piękna panorama całej doliny, w oddali widać słynne z westernów formacje skalne w kształcie leżących kapeluszy i sterczących patyków. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia w kilku punktach widokowych - na szczęście ktoś pomyślał, że można zjechać bezpiecznie na pobocze. Ziemia pod nogami miała kolor "soczystej" czerwieni, wrażenie jakby chodziło się po żużlowym korcie tenisowym :). Skręciliśmy z autostrady 163 na lokalną drogę i po kilku milach dojechaliśmy do budki, gdzie za jedyne 5 dolarów mogliśmy wjechać na teren Parku Indian Navajo. Współcześni Indianie, niemal wszyscy chwytają się każdej możliwości zarobienia na atrakcjach na terenie rezerwatów - dlatego przemysł turystyczny kwitnie tutaj na dobre. Zaparkowaliśmy na ogromnym parkingu przed Visitors Center i weszliśmy do środka obejrzeć małe muzeum i sklepy z pamiątkami, można było kupić tutaj napoje, potem na szlaku nie będzie już okazji. Na zewnątrz Indianie Navajo oferują za odpowiednią opłatą wycieczki z przewodnikiem na koniach lub samochodem terenowym. Na zewnątrz budynku przy parkingu rozciąga się jedna z najbardziej "fotogenicznych" panoram Monument Valley, warto poświęcić kilka chwil na zrobienie zdjęć (polecam opcję - panorama w aparacie lub sklejenie zdjęć np. w Photoshopie). Widok zapiera dech w piersiach! Zebraliśmy się w końcu i ruszyliśmy naszym osobowym samochodem - Mazda 6 - na drogę prowadzącą do punktów widokowych usytuowanych przy formacjach skalnych, które widzieliśmy z daleka. Nawierzchnia jest nie utwardzana i miałem obawy, czy damy radę przejechać wozem bez napędu na cztery koła i niskim zawieszeniem, uważałem bardzo na kamienie na drodze, mijałem samochód w uszkodzonym podwoziem co dało mi do myślenia i zdwoiłem ostrożność. Trasa nie jest długa ale pokonanie jej zajmuję dużo czasu, nie można rozwinąć normalnej prędkości i często trzeba ustępować samochodom z naprzeciwka na wąskich odcinkach. W kilku punktach postojowych spotykaliśmy Indian, którzy sprzedawali swoje wyroby, ale ceny mieli wysokie. Trasa jest w formię pętli i ostatnim punktem przez nawrotką jest słynny John Ford's Point, z którego rozpościera się widok panoramiczny na inną część doliny, dodatkową atrakcją jest "samotny jeździec", który co jakiś czas zatrzymuje się na pułce skalnej, na tle panoramy Monument Valley :) taki mini show dla turystów. Poświęciliśmy kilkanaście minut na sesję zdjęciową i powoli ruszyliśmy w drogę powrotną i tutaj zaczęły się problemy... Do tej pory jechaliśmy z górki i było ok, ale teraz mieliśmy pod górkę i samochód momentami nie dawał rady podjechać i zakopywał się w piachu, musiałem mocno kombinować i robić objazdy na krawędzi urwiska. Kiedy udało się w końcu dotrzeć na parking, musieliśmy wyłączyć wóz na godzinkę, bo wszystko się w silniku zagotowało. Niedaleko od Visitors Center jest wejście na szlak wokół jednej ze skał i to na tyle dla pasjonatów pieszych wycieczek. Trochę mnie zdziwiło, że wszędzie są informację, żeby bez zgody nie fotografować Indian i nie zakłócać ich spokoju. Chętnym do pozostania na noc Park oferuje camping. Pora była się zbierać i ruszyliśmy na północ w kierunku Parku Narodowego Arches - następnego etapu podróży. Do pokonania był odcinek 160 mil, a to jakieś 3 godziny jazdy. Do głównego wjazdu dotarłem o zmroku, ale spotkała nas niemiła niespodzianka, przy bramce wisiała informacja, że wszystkie miejsca na campingu są zajęte. Pozostało wrócić do pobliskiego miasteczka Moab i poszukać noclegu, udało się za drugim razem i trafiliśmy na całkiem miły - 25 dolarów za super przygotowane miejsce pod namiot i parkingiem oraz z basenem :). Rozbiliśmy się szybko i pobiegliśmy do basenu, w którym przesiedzieliśmy chyba z 2 godziny. Rano pożegnaliśmy camping (chyba z 2 kilometry od wejścia do parku) i wjechaliśmy do Arches Nationa Park. Opłata jest wnoszona przy wjeździe, ale ja miałem specjalną kartę Annual Pass ważną przez rok i to zaoszczędziło nam wydatku. Na wjeździe powitały nas ładne pomarańczowe bloki skalne wyrzeźbione przez naturę w szczególny sposób, który zauroczy każdego... Zatrzymaliśmy się na pierwszym zjeździe i przeanalizowaliśmy mapkę jaką dostaliśmy przy bramce. Wyglądało na to, że park jest świetnym miejscem na ludzi lubiących hiking, bardzo dużo szlaków i to dość długich. Zgodnie stwierdziliśmy, że jeden dzień to za mało. Ruszyłem główną drogą po wyznaczonych punktach widokowych, wrażenia świetne, ale wiedziałem że perełką będzie Delicate Arch słynny łuk skalny, który można zobaczyć na prawie wszystkich zdjęciach o reklamówkach parku. Jadąc główną drogą gdzieś w połowie trzeba było skręcić w prawo i po około 2 kilometrach dojechaliśmy do parkingu. Tutaj zaczynała się opcja hikingu, ruszyliśmy w stronę Delicate Arch, który według mapy znajdował się jakieś 1500 metrów przed nami. Niestety nie napisali nam w mapce, że trasa nie jest taka łatwa i prosta, trzeba było uważnie patrzeć na poukładane kamienie, żeby nie zgubić szlaku. Zmachani doszliśmy do celu i przyznam, że nie żałowaliśmy, widok rewelacyjny, samotny łuk w ustawiony na krawędzi naturalnego amfiteatru z panoramą na dolinę. Ludzie siedzieli jak w operze podziwiając widok i tylko nieliczni decydowali się na przejście pod łuk. Uroku miejscu dodawała para ogromnych kruków, która krążyła nad "salą" i głośno krakała. Po małej sesji zdjęciowej czekała nas droga powrotna, na myśl o niej odechciewało mi się wszystkiego, hmm... może miałem gorszy dzień :), wcześniej taką drogę pokonywałem bez mrugnięcia. A może to 38 stopni w słońcu :) przeszkadzało. Dotarliśmy do nagrzanego samochodu i pojechaliśmy półtora kilometra do punktu widokowego Lower Delicate Arch, skąd widać było miejsce naszej wspinaczki tylko od dołu i z daleka - to dla tych którzy nie mieli ochoty na długą wycieczkę. Z tego miejsca można jeszcze podejść do Upper Delicate Arch skąd mamy trochę lepszy widok, ale my sobie odpuściliśmy. Wróciliśmy na główną drogę i ruszyliśmy na północ w stronę Devils Garden trailhead, skąd zaczyna się bardzo długi szlak do kilku Łuków (szczególnie ładny to Landscape Arch i Double O Arch) w rejonie Devils Garden. Naprawdę warto wybrać się na ten odcinek. Nie dziwię się, że obok znajduje się camping. Niedaleko od tego miejsca można zejść na krótki szlak, gdzie podziwiać można Broken Arch i Sand Dunes Arch, ale te nie są tak efektowne jak pozstałe łuki. Powoli wróciliśmy do miniętego wcześniej skrętu na The Windows Section (Okna), po 4 kilometrach zatrzymaliśmy się w najbardziej zatłoczonym miejscu w parku, wyszedłem z samochodu i od razu mnie zatkało, widok niesamowity, formacje pomarańczowych skał z dwoma ogromnymi łukami na obydwu krawędziach robiło wrażenie i składało się na łuki o nazwie North Window i South Window. Obok stał majestatycznie ogromny Turret Arch, patrząc na całą dolinę ze wzniesienia. Wdrapałem się tam i przez chwilę penetrowałem to miejsce wchodząc z każde zagłębienie. Podziwiałem nastolatków, którzy brawurowo wspinali się na rękach na szczyt łuku, to było niebezpieczne i widziałem jak mieli ogromne trudności z zejściem. Cały teren wyglądał trochę bajkowo, jakoś nierzeczywiście i tylko grupki turystów psuły atmosferę :). Wyjechaliśmy z Okien i na zakręcie zatrzymaliśmy się przy Balanced Rock, skale przypominającej grzybek którego kapelusz może w każdej chwili spaść ... Obok tego miejsca można zobaczyć wyjazd z drogi tylko dla samochodów z napędem na 4 koła i ci szczęściarze mogą pozwolić sobie na off-road po długiej trasie która prowadzi z Północy z Klondike Bluffs, a wjazd jest niedaleko pola campingowego. Nie muszę chyba zbyt opisywać jak wygląda zachód słońca, ale jest to przeżycie niesamowite i zbiera zawsze rzesze ludzi, którzy w ciszy i skupieniu podziwiają to zjawisko... Rano ruszyliśmy już w drogę powrotną z zamiarem zobaczenia jeszcze Kanionu Bryce, który leżał na naszej trasie i byłoby szkoda ominąć jedno z najładniejszych miejsc w Utah. Po 5 godzinkach dojechaliśmy do bardzo widokowej drogi numer 12, która zaprowadziła nas do Bramki, gdzie znowu przydała się karta na Parki Narodowe USA. Ruszyliśmy według mapki po kolejnych punktach widokowych Sunrise, Sunset Point, Inspiration Point - najlepszy z nich jest Bryce Point, z którego rozciąga się świetna panorama na cały kanion. W jednej ze swoich wypraw opisałem wizytę w tym parku w okresie zimowym, ale wtedy dojazd do Bryce Point był zamknięty. Patrząc w dół na sopelki wapienne wyrastające z dna kanionu miałem wrażenie, że oglądam terakotową armię żołnierzy... specjalnie czekałem do zachodu słońca, bo wtedy kolory dodają czegoś mistycznego do widoku - prawdziwa magia ! To jeden z parków, które trudno opisać ze względu na ich piękno i jedynie zdjęcia są w stanie oddać choć trochę uroku miejsca. Przy wyjeździe z parku warto zatrzymać się przy formacjach skalnych Red Canyon, kolor czerwieni jest tak intensywny, że aż nierealny, komiksowy :) Tam doczekaliśmy, aż słońce zajdzie i schowa przed nami skarby tego miejsca...

wtorek, sierpnia 19, 2008

Desierto de Mojave




Wyprawa na Wschodnie Wybrzeże - część 4

Jednym z miejsc na planie naszej wyprawy na wschodnie wybrzeże była wizyta nad wodospadami Niagary. Jako że ten cud natury mieści się po dwóch stronach granicy USA i Kanady musieliśmy zabrać ze sobą paszporty (czasy kiedy wystarczyło prawo jazdy już minęły) W wypożyczalni samochodów na lotnisku poinformowaliśmy, że mamy zamiar pojechać do Kanady i otrzymaliśmy specjalny kwitek z ubezpieczeniem na ten kraj (warto się spytać lub upomnieć żeby nie mieć problemów) Planowaliśmy dotrzeć z Pensylwanii do miasta Niagara Fall w stanie Nowy York. Wyruszyliśmy rano i bez pospiechu pokonywaliśmy kolejne mile. Trasa widokowa na autostradach na wschodnim wybrzeżu jest wybitnie nieciekawa (w porównaniu z bajecznymi widokami w Kalifornii lub Oregonie). Późnym wieczorem dojechaliśmy do Buffalo, dużego miasta przy granicy z Kanadą. Przez chwilkę rozważaliśmy pomysł zatrzymania się na noc w hotelu, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że jadąc dalej będziemy bliżej wodospadów. Przez Buffalo warto tylko przejechać i zrobić sobie zdjęcie na tle budynku Citi Hall, który przypomina pałac Batmana :) - dla mnie jednak jest koszmarny, mroczny i przytłaczający. Dotarliśmy nad wodospad po północy, dlatego nie mieliśmy problemów z zaparkowaniem samochodu na Prospect Street - przy parku przez który można dojść na biegnącą wzdłuż rzeki Niagara promenadę. Załapaliśmy się jeszcze na podświetlenie wodospadów, które robi niesamowite wrażenie. Pierwszy raz byłem tutaj 10 lat temu i miejsce wyglądało na kameralne i spokojne, jednak bardzo dużo w ciągu tych lat się zmieniło Po stronie Kanadyjskiej wyrastały nad wodospad wielkie szklane hotele i kasyna, wszędzie pełno iluminacji i świateł, pierwsze skojarzenie padło na Las Vegas... trochę to smutne. Zrobiono z tego miejsca komercyjne miasteczko ze szkła i plastiku. Znajomi, którzy byli ze mną spodziewali się schowanego przed cywilizacją skarbu natury a tu niemiłe zaskoczenie. Mimo wszystko ma to swój urok i dusza fotografa odezwała się szybko, wyjęliśmy statywy i zrobiliśmy małą sesję z podświetlonym wodospadem i kolorowymi wieżowcami. Od strony amerykańskiej nie widać dobrze głównej atrakcji czyli Kanadyjskiego Horseshoe Falla największej atrakcji Niagary. Amerykanie muszą zadowolić się o wiele mniejszym American Falls i położonym na pobliskiej wysepce Goat Island punktowi widokowemu (Terrapin Point) na stronę kanadyjską. Dla osób, które z jakiegoś powodu nie mogą opuścić USA :) pozostaje jeszcze Observation Tower niedaleko mostu granicznego, jest to taras wychodzący nad rzekę Niagara z którego można (z dużej odległości) zobaczyć słynny wodospad. Atrakcją na pocieszenie jest też Cave of the Wind, wycieczka u podnóża wodospadu American Falls, twarzą w twarz z ogromną masą wody (wymagana specjalna pelerynka która dostajemy przy wejściu do szybu), warto zabezpieczyć aparat, cenne rzeczy i ubrać się lekko (o ile pozwala na to pogoda) w większości wypadków wychodzimy stamtąd przemoknięci. Wiem, że ze strony amerykańskiej statki pływają w pobliże wodospadu, ale sądzę, że nie mogą podpływać do głównego kanadyjskiego wodospadu. Posnuliśmy się jeszcze po okolicy i przyszła pora na szukanie hotelu - było już po 2 w nocy. :) - jak to bywa w USA hotele są wszędzie i w dużych ilościach. Spędziliśmy noc w jednej z sieciówek Days Inn na wprost przejścia granicznego. Rano obudził nas warkot silników startujących pod naszym hotelem śmigłowców hm... niespodzianka, ale dobrze dla mnie bo lubię wcześnie wstawać :), ale reszta z reguły mnie za to nienawidzi :(. Przeloty nad wodospadami to dość droga atrakcja, ale chętnych nie brakuje. Zebraliśmy się powoli i ruszyliśmy na szybkie zakupy - -jeszcze po stronie amerykańskiej, ceny są tutaj o wiele niższe niż w Kanadzie. Od przyjaciół dostałem zamówienie na duża partie alkoholi, których ceny są w USA bardzo korzystne nawet dla turystów z Polski. Obawiałem się kontroli samochodu ze względu na limity - nikt mi nie mógł powiedzieć ile można wwieść. Przekraczanie granicy to przejazd przez most Rainbow gdzie od strony amerykańskiej nie ma kontroli - uiszczamy tylko małą opłatę, a później docieramy na drugi brzeg - Kanada wita :). Oficer na przejściu wypytuje tylko po co jedziemy i na ile i sprawdza paszporty, Polacy nie mają już obowiązku wizowego więc jest szybciej. Nikt nawet nie zagląda do bagażnika. Teraz trzeba się przestawić na jednostki europejskie i dystans mamy podawany w kilometrach. Jak się spodziewaliśmy trudno było znaleźć miejsce parkingowe i krążyliśmy długo zanim zatrzymaliśmy się na parkingu dla turystów za 20 dolarów (w rejonie przygranicznym można płacić dolarami amerykańskimi). Spacerkiem dotarliśmy do skarpy przy głównej promenadzie z widokiem na ogromy wodospad. Od tej strony robi on wrażenie, ogrom przelewającej się wody, szum, kolor i lekka mgiełka z wody, która przy dużej temperaturze na zewnątrz daje lekką ulgę. Woda przepływa bardzo blisko murku z barierką i ma się wrażenie że woda jest na wyciągnięcie ręki. Dość często nad wodospadem unosi się tęcza i przy popołudniowym świetle to świetny obraz dla fotografów. Tłumy ludzi kłębiły się wszędzie, co powodowało duże trudności w swobodnym poruszaniu się i fotografowaniu, ale dzielnie przeszliśmy ponad kilometrowy odcinek dzielący nas od parkingu do kas biletowych na statek wycieczkowy pływający po rzece Niagara (Maid of the Mist). Nie było dużej kolejki, więc szybko zjechaliśmy windą do podnóża koryta rzeki. Na dole przeszliśmy przez namiot w którym rozdawano pelerynki (niebieskie). Zaokrętowanie poszło sprawnie i ruszyliśmy w stronę amerykańskiego wodospadu, gdzie zostaliśmy doszczętnie zmoczeni. Zaryzykowałem i robiłem zdjęcia małym aparatem, który umiejętnie chowałem pod folię. Największą atrakcją było podpłynięcie do Horseshoe Falls, statek manewrował w miejscu, a przed nami kotłowały się spadające z góry masy wody - niezapomniane przeżycie. Po kilku minutach powrót i na pamiątkę można ze sobą zabrać pelerynkę, która przyda się na deszczowe dni. Potrzebowaliśmy kilku minut na wyschnięcie w słońcu i zasiedliśmy w knajpce przy piwku, czas mijał przyjemnie i spokojnie ruszyliśmy na główną ulicę miasteczka wyglądającą jak park rozrywki dla dzieci. Jest tu wszystko o czym może zamarzyć każde dziecko - od wielkiej karuzeli przez gabinet figur woskowych i park dinozaurów, a skończywszy na parku wodnym z delfinami - generalnie bardzo kolorowo. Rundkę po mieście postanowiliśmy zakończyć na odwiedzeniu Skylon Tower - wielkiej wieży z dekiem widokowym. Myślę że warto poświęcić czas i pieniądze na wjazd na Skylon, widoki z tarasu na 160 metrach robią wrażenie, panorama całej okolicy i ogrom wodospadu najlepiej widać z tej wysokości. Na dole mieliśmy małe techniczne problemy jak wydostać się na promenadę, ale udało się fartem (ktoś chyba zrobił sobie zabawę kosztem turystów :). Zobaczyliśmy wszystko co było warte i ruszyliśmy w stronę Toronto, a ponieważ jest blisko Niagary bardzo szybko dotarliśmy na przedmieścia miasta. Znajomi zostawili mnie u przyjaciół w Mississauga (trudna nazwa, a mieszka tu najwięcej Polaków). Dla mnie zrobiło się sentymentalnie, spędziłem tu sporo czasu kilka lat temu i gołym okiem dało się zauważyć zmiany w otoczeniu, powstało dużo nowych condominiów i wieżowców w centrum miasta. Zrobiliśmy sobie powitalnego grilla w ogrodzie i powspominaliśmy stare czasy :). Na rano przewidziane było zwiedzanie Toronto, a ja ciekaw byłem jak się miasto zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Dojazd zakorkowanymi autostradami to mały koszmar ale jakoś to przetrwałem, gorzej było ze znalezieniem miejsca parkingowego w centrum (downtown). Na pierwszy ogień poszła największa atrakcja miasta, symbol Toronto - CN Tower, największa wieża widokowa na świecie - 446 metrów nad ziemią! Wjazd przeszkloną windą zapiera dech w piersiach, a przeszklony kawałek podłogi dopełnia resztę! Widziałem ludzi chodzących na czworaka przy łączeniach szklanej podłogi, nieliczni decydowali się na spacer po niej. W opcji jest jeszcze wjazd na drugi poziom prawie na szpicy, ale tam zwykle jest duża kolejka. Pod CN Tower znajduje się wielkie boisko z rozsuwaną kopułą, a sam proces otwierania dachu można uznać za swego rodzaju atrakcję. W mieście trwa wielka budowa, powstają nowe wysokie budynki, dużo ciężkiego sprzętu i wszechobecne ogrodzenia psują urok miasta. Nowopowstałe wieżowce zasłaniają stare, dobrze wkomponowane w otoczenie budynki i to mnie mocno raziło. Słyszałem ostatnio dużo niepochlebnych opinii o Toronto, zaczynam to rozumieć i powoli się z tym zgadzać a szkoda... Umówiłem się z resztą znajomych w centralnym miejscu miasta więc postanowiłem tam dotrzeć słynną Younge Street uznaną przez księgę rekordów Guinnessa za najdłuższą ulicę świata :). Obecnie obowiązkowym miejscem spotkań umawiających się mieszkańców i turystów jest Younge-Dundas Square, zrobiony na podobieństwo Nowo Yorskiego Time Square. Plac ze scenami i knajpami, a wokół centra handlowe i kolorowe reklamy. Zasiedliśmy na zimne piwo w Hard Rock Cafe i przegadaliśmy kilka ładnych chwil. W tle na scenie trwał koncert irlandzkiej kapeli, co zagłuszało skutecznie konwersacje. Ruszyliśmy po okolicy mijając City Hall z zaokrąglonymi budynkami i fontanną u podnóża, zaszliśmy do mekki wszystkich fanów hokeja czyli Hockey Hall of Fame. Przyznam, że miasto nie oferuje zbyt dużo atrakcji, które by mnie szzcególnie zainteresowały. Na zakończenie dnia poszliśmy nad jezioro do Queens Quay Harbour, gdzie promem przepłynęliśmy na wyspę Centre Island. Mieszkańcy mają tu prawdziwy skarb - oddalone o kilka kilometrów zielone miejsce z parkami i miejscami na piknik z dala od spalin i hałasu - można się tutaj zrelaksować i podziwiać piękną panoramę miasta. Pora wracać... tym razem trasą przez King Street i Queen Street, które warto przejść na piechotkę. Brytyjski klimat oddają okolice Fortu York i CNE Grounds. Nie wypadało nie przejechać przez "polską" dzielnicę - coś jak Greenpoint w Brooklynie :), czas zatrzymał się tutaj kilka lat temu... ale mimo wszystko teraz traktuję to jako swego rodzaju skansen. Ostatnia noc Kanadzie i posiadówka do rana. Znajomi odebrali mnie o czasie i ruszyliśmy w stronę granicy z USA, wybraliśmy przejście w Fort Eire, gdzie wszystkie formalności nie trwały dłużej niż 5 minut. Po kilku milach byliśmy już na lotnisku w Buffalo i po nieprzyjemnych kontrolach siedząc przed bramką przegapiliśmy swój lot! Było to winą przewoźnika, który zmienił bramkę i nie poinformował nas o tym - trudno odczekaliśmy swoje i polecieliśmy następnym lotem, ale przynajmniej udało się zobaczyć mecz Polski na Mistrzostwach Europy :)
Canada

Wyprawa na Wschodnie Wybrzeże - część 3

Opuszczamy Nowy Jork ze smutkiem, miasto bardzo przypadło nam do gustu pomimo niektórych "słabszych" dzielnic. Celem jest Filadelfia w stanie Pensylwania. Jadąc przez New Jersey nie ma szans na ciekawe widoki, więc mkniemy szybko. Odcinek nie jest długi i w południe zjawiliśmy się na Starym Mieście. Znalezienie słynnego Independence Hall w którym podpisano Deklaracje Niepodległości Stanów Zjednoczonych nie stanowiło problemu, wielkie połacie zielonej trawy prowadzą do tego budynku i widać go z daleka. Znalezienie parkingu było proste, po ostatnich problemach tego obawialiśmy się najbardziej, ale akurat to było najłatwiejsze. Zostawiliśmy samochód i po kilku krokach byliśmy pod budynkiem Liberty Bell Center, w którym można zobaczyć dzwon symbol amerykańskiej rewolucji. Przeszliśmy całą wystawę i wyszliśmy na trawnik z którego mieliśmy panoramiczny widok na cały kompleks budynków Independence Hall. Niestety trzeba zamawiać bilety z wyprzedzeniem w okresie wakacji i nie udało się wejść z wycieczką zorganizowaną do środka. Budynek jest niewielki i zbudowany w stylu georgiańskim z wysoką wieżą, czerwona cegłą i białymi okiennicami dodającymi uroku. Miejsce jest silnie strzeżone i wszędzie stoją policjanci przy rozciągniętych taśmach, ale można podejść na tyle, żeby mieć obraz tego miejsca. Przeszliśmy się na tyły do pięknego parku Independence Square, gdzie można spotkać ludzi ubranych w stroje z tamtej epoki, nadają oni temu miejscu pewien klimat. Budynki w okolicy zostały nienaruszone i zwiedzanie okolicy jest bardzo przyjemne, daje obraz jak wyglądało życie w XVIII wieku w koloniach angielskich. Przeszliśmy jeszcze przez pobliski Washington Square z pomnikiem Nieznanego Żołnierza i powoli przedzieraliśmy się małymi uliczkami w stronę Market Street głównej ulicy miasta. Jest to bardzo ruchliwe miejsce i to potwierdza fakt, który gdzieś wyczytałem, że miasto posiada dużą społeczność murzyńską, co widać bardzo dobrze właśnie na Market Street. W połowie ulicy znajduje się Ratusz, wybudowany w 1901 roku był do połowy lat 80-tych najwyższym budynkiem w mieście. Budynek jest w kształcie czteroboku wysoką wieżą zegarową i wielką "studnią" w środku gdzie mieści się stacja metra. Spacerując dalej doszliśmy do wielkiej fontanny na JFK Plaza, która jest dość dobrym miejscem na odpoczynek po męczącym dniu, a pobliskie wieżowce dzielnicy finansowej zasłaniają od palącego słońca. Kilka metrów za fontanną zaczyna się bardzo widokowa ulica Benjamin Franklin Pkwy, która prowadzi do Filadelfijskiego Muzeum Sztuki, wzdłuż drogi rozwieszone są flagi krajów całego świata poukładane alfabetycznie, wyjątkiem jest Polska! Nie było jej w miejscu, gdzie powinna być, czyli w szeregu państw zaczynających się na P, to wywołało u nas lekką konsternację i dopiero w drodze powrotnej znaleźliśmy biało czerwoną flagę umieszczoną obok skweru na którym znajduję się pomnik upamiętniający Mikołaja Kopernika i bliźniacze miasto polskie Toruń :). Ale wracając do Benjamin Franklin Pkwy, dotarliśmy do podnóża Muzeum Sztuki słynnego bardziej z filmu Rocky, niż z eksponatów które zawiera. Pamiętna scena wbiegającego Stallone po wysokich schodach i stającego z uniesionymi w górę rękami doczekała się naśladowców (masa turystów biegających opętanie po schodach może naprawdę rozbawić) i pomnika (można go znaleźć w małym parku u podnóża schodów). Bez szaleństw wdrapaliśmy się na szczyt schodków skąd rozpościera się piękna panorama na całe centrum miasta, widok warty wysiłku :). Dzień dobiegał końca i powoli wracaliśmy przez miasto w stronę parkingu, mijana chińska dzielnica rozczarowała. Wyjechaliśmy z miasta i skierowaliśmy się do Baltimore z nadzieją na jakiś nocleg, dotarliśmy szybko ale widok brzydkiego, przemysłowego miasta odstraszył nas na tyle, że postanowiliśmy dotrzeć w okolice Waszyngtonu. Na przedmieściach miasta znaleźliśmy motel w całkiem przyjemnej cenie i zapadliśmy w sen. Rankiem zabrałem moich znajomych do centrum miasta, znalezienie miejsca postoju dla samochodu w stolicy kraju było jednak dużym wyzwaniem i skończyło się na odległym parkingiem. Pogoda jak to latem w tym rejonie była koszmarna dla turysty, wielki upał i duża wilgotność z chmurami kłębiącymi się w oddali złowrogo wróżące burzę (niesamowite ile razy jestem w Waszyngtonie to trafiam na burzę!). Najbliżej mieliśmy do Białego Domu siedziby Prezydenta USA, najbardziej znany widok na to miejsce jest silnie obwarowany i pilnowany przez agentów Secret Service, nie ma tam możliwości podjechać samochodem. Zdjęcia można zrobić przez płot a budynek jest na tyle blisko, że wszystko dobrze widać - a nas też obserwują panowie z bronią snajperską na dachu :). Przechodząc dalej doszliśmy pod Washington Monument, wysoką wieżę zakończoną piramidą widać prawie z każdego miejsca, jest w centralnym miejscu tak, że stojąc pod nią mamy widok na Kapitol, Biały Dom i Lincoln Memorial. Chętni podziwiania panoramy mogą wjechać na górę windą. My poszliśmy w stronę Kapitolu, odległość jest spora - mimo złudzenia, że jest to blisko... Im bliżej byliśmy od budynku tym wydawał się większy, naprawdę robi wrażenie jego ogrom i wygląd. Zwiedzanie wnętrz tylko w wycieczce zorganizowanej z wcześniejszą rezerwacją. Nas zadowoliła zewnętrzna fasada i przed frontem budynku spędziliśmy trochę czasu (też pod czujnym okiem panów z karabinami, hm... jak dla mnie lekka paranoja). Wróciliśmy Pensylvania Avenue do naszego samochodu i wtedy rozszalała się burza, trzeba było chwile poczekać z wyjazdem, widoczność była prawie zerowa. Pół godziny poźniej ruszyliśmy na objazd miasta, przejechaliśmy ulicami Old Downtown i okolic. Główne atrakcje miasta można zobaczyć w jeden dzień właściwie na piechotę lub korzystając z wagoników rozwożących za opłatą turystów po wyznaczonych miejscach. Jedynie trudne jest zobaczenie bez samochodu cmentarza Arlington i Pentagonu. Wpisując w nasz GPS namiary na cmentarz nie przewidywaliśmy ile będziemy mieli problemów z dotarciem na miejsce. Przejechanie Potomacu było łatwe ale skręcenie we właściwy wyjazd z autostrady było trudniejsze... ale dzięki temu objechaliśmy Pentagon pięć razy :) i 3 razy prawie udało się dotrzeć na cmentarz Arlington. W końcu się udało po zignorowaniu pomocy satelitarnej i mocno rozbawieni przygodami zaparkowaliśmy samochód. Przy wejściu na teren ogromnego cmentarza otrzymaliśmy mapkę z układem pomników, pierwsze kroki skierowaliśmy pod miejsce spoczynku rodziny Kennedych, przy JFK płonie wieczny ogień a brat Robert leży nieopodal w tak skromnym miejscu że łatwo je ominąć. Nie ma tu wystawnych pomników są tylko tabliczki na trawie... Potem przeszliśmy alejkami między grobami żołnierzy poległych na wojnach prowadzonych przez USA na całym świecie, był tam pomnik załogi promu kosmicznego Challenger i tablica pamiątkowa po Ignacym Paderewskim pochowanym na tym cmentarzu ale przeniesionym do Polski w 1992 roku. Opuściliśmy Arlington dość późno i trzeba było nadrobić trochę czasu żeby dotrzeć do następnego celu (dla mnie najważniejszego) - miasta Gettysburg w Pensylwanii. Po drodze zatrzymaliśmy się na kolację w przydrożnej gospodzie, która była irlandzka, tam zamówiliśmy tradycyjne dania z kraju zielonej koniczynki, popite dobrym ciemnym piwem. Na miejsce dojechaliśmy bardzo późno i z lekką obawą o miejsce do spania, ale na szczęście obawy były przedwczesne. Znaleźliśmy hotel sieciowy stylizowany na czasy z okresu wojny secesyjnej. Pozostało zasiąść na balkoniku z widokiem na główną ulicę i podelektować się chwilą. Rano śniadanie w hotelu pod obrazami scen batalistycznych i małe zakupki w pobliskim sklepie z pamiątkami. Ja byłem w siódmym niebie, moją pasją i bzikiem jest Wojna Domowa zwana Secesyjna która miała miejsce w latach 60-tych XIX wieku na tych właśnie terenach. Gettysburg było sceną najważniejszej bitwy całej wojny i odwróciła bieg historii... Miasteczko przygotowane jest dla turystów bardzo dobrze , zabudowa z tamtych czasów oddaje klimat perfekcyjnie, domki, drużki i sklepiki oferujące dużą ilość pamiątek zadowolą nawet wybrednego maniaka historii. Łatwo trafiliśmy do centrum turystycznego gdzie zaopatrzeni w mapki terenu ruszyliśmy zwiedzać. Pole na którym rozegrała się słynna bitwa jest ogromne i odtworzone z bardzo dużą dokładnością, po stronie gdzie była linia wojsk północy mamy co kilka kroków armaty i pomniki z opisami regimentów i dowódców, mnie bardziej interesowała linia wojsk Konfederacji i tam się udaliśmy samochodem, bo nie było blisko. Z tej strony pomniki są bardziej okazałe i podobnie rozstawione i znaczone miejsca gdzie stały poszczególne armie stanów południa. Gdybym miał więcej czasu - poświeciłbym temu miejscu kilka dni, ale że reszta członków wyprawy nie podzielała mojego entuzjazmu co do miejsca - trzeba było się zbierać... ale mimo to mam satysfakcje że widziałem miejsce, o którym tak dużo czytałem. Następny cel wyprawy wybrałem z czystej ciekawości - było to miasto York - gdzie znajduje się fabryka motorów Harley-Davidson. Podjechaliśmy tuż przed zamknięciem, ale udało nam się zwiedzić małe muzeum i sklep firmowy, gdzie obkupiliśmy się w koszulki i inne gadgety. Ale najciekawsze w Yorku było to, że ulice pełne były poprzerabianych, mocno podrasowanych samochodów, naprawdę super maszyny i zastanawiałem się, czy tutaj nie znajduje się światowa stolica tuningu samochodów. Nie kłamiąc co - trzecia maszyna była z serii "dziwny pojazd" :). Opuściliśmy miasto i pojechaliśmy na szybko do Hershey słynnego z produkcji czekolady - to właściwie tak jakby w Polsce pojechać do fabryki Wedla w mieście Wedel :). W USA marka Hershey jest najbardziej czekoladowo-rozpoznawalna. Noc zaplanowaliśmy w Buffalo w stanie Nowy Jork - kawałek drogi był przed nami. Na trasie powrotnej była jeszcze ciekawostka miasto... Warsaw :). Oczywiście pojechaliśmy, zabawne uczucie kiedy się widzi na budynkach napisy - Warsaw Fire Dept, Warsaw City Hall itd. ale to taka mała dygresja :). Do celu dojechaliśmy bardzo późno w nocy. Buffalo oferuje sporo hoteli i nie było problemów ze znalezieniem miejsca do spania. Miasto nie oferuje niczego ciekawego do zobaczenia o czym przekonali się również moi znajomi... Mogliśmy więc spokojnie pojechać w stronę wodospadów Niagara.
East Coast Part 3

środa, sierpnia 13, 2008

Wyprawa na Wschodnie Wybrzeże - część 2

Ciąg dalszy wyprawy po wschodnim wybrzeżu. Pożegnaliśmy piękne New Haven w Connecticut i przekroczyliśmy granicę stanu New York. W planie mieliśmy odebrać nową towarzyszkę wyprawy, która miała przylecieć wieczorem z Polski do Newark w New Jersey - zostało trochę czasu, a nie chcieliśmy się władować na Manhattan samochodem, bo groziło to utknięciem na kilka godzin w korkach. Postanowiłem zboczyć lekko z trasy i podjechać do miejsca, które zawsze chciałem odwiedzić - West Point - słynną Akademię Wojskowa Stanów Zjednoczonych położoną w bardzo malowniczym miejscu nad rzeką Hudson, jakieś półtorej godziny od Nowego Jorku. Widoki z autostrady zmieniły się diametralnie, nareszcie było coś widać, a nie jak do tych czas tylko drzewa, które tworzyły swojego rodzaju żywopłot. Ponieważ był to spontaniczny wybór i nie mieliśmy żadnych namiarów, pozostało nam wpisanie w GPS nazwy - wyświetliło się kilka opcji wjazdu i niestety wybraliśmy złą, była to jedna z bram dla personelu i studentów. Żołnierz na warcie poinformował nas, że zwiedzanie Akademii Wojskowej i muzeum jest w zupełnie innym miejscu i że mamy bardzo mało czasu, żeby załapać się na wycieczkę po uczelni. Ruszyliśmy szybko, ale niestety nie udało się- następny żołnierz już pod właściwą bramą poinformował nas, że zwiedzanie jest niemożliwe i zaprasza na jutro... ale jutro mieliśmy inne plany. Nie pozwolono nam zrobić pamiątkowego zdjęcia pod herbem akademii i podjechaliśmy kilka metrów do muzeum, które mieści się niedaleko głównej bramy. Nie mieliśmy szczęścia, wszystko było pozamykane. Pozostało wrócić na trasę i już z lekkim stresikiem pędzić do Newark. Mknęliśmy przez "słabszą" część New Jersey, gdzie dominują fabryki i różnego rodzaju magazyny. Jaki duży kontrast do podobnych miejsc w Kalifornii... Jadąc główną autostradą na lotnisko po lewej stronie mieliśmy okazałą panoramę Manhattanu, złocącą się w promieniach zachodzącego słońca. Reszta przebiegła według planu i trzeci uczestnik wyprawy dołączył do nas o wyznaczonym czasie. Postanowiliśmy pojechać na Manhattan żeby zobaczyć Time Square nocą. Przejazdy płatnymi autostradami i tunelami na wyspę okazały się kosztowne, nie przywykliśmy do tak częstego płacenia (w Kalifornii chyba tylko 2 razy płaciłem za krótki odcinek, gdzieś koło San Diego). Osiem dolarów za przejazd tunelem to sporo i postanowiliśmy następnym razem używać bezpłatnych autostrad, co okazało się niespecjalnie dobrym pomysłem, a zdrowie psychiczne i nerwice są jednak cenniejsze, korki są ogromne i mogą rywalizować z tymi w Los Angeles :). Dotarcie na 42 i Broadway zajęło nam bardzo dużo czasu, a doskonale wiedzieliśmy, że nie wolno turyście wjeżdżać samochodem na Manhattan :), ale mimo to chcieliśmy przekonać się na własnej skórze. I chyba było warto, styl jazdy przypomina "warszawski", czyli jest "wolna - amerykanka" na ulicy, kierowcy jeżdżą zderzak w zderzak i kompletnie nie przejmują się przepisami, tak samo jak piesi nie zwracają uwagi na kolor sygnalizacji świetlnej! Czułem się jak w zwariowanej grze komputerowej. Zabawne jest też, że bywały momenty kiedy byliśmy jedynym cywilnym samochodem w morzu żółtych taksówek! Dojechanie na miejsce to jedno, a drugie to znalezienie miejsca do zaparkowanie - zadanie wręcz niewykonalne więc pozostało nam skorzystanie z płatnego (sporo) parkingu na bocznej ulicy. Dla znajomych to był pierwszy raz w Nowym Jorku, a ja mogłem się uważać za weterana :), pozwoliło to zaoszczędzić sporo czasu w błąkaniu się po nieznanym mieście. Weszliśmy na Time Square i znajomym opadły szczęki, wrażenie niezapomniane zwłaszcza w nocy, masy świateł z reklam pnących się w górę w kanionie wieżowców, a w tle muzyka ulicy z klaksonów samochodów i gwaru ludzkiego. Tam, gdzie przecina się Broadway i Seventh Avenue mamy nieformalne centralne miejsce w mieście i to właśnie tutaj co roku obchodzony jest na ulicy nowy rok. Tutaj znajdziemy masę sklepików z tanimi pamiątkami, dużo firmowych sklepów i restauracji, a nawet punkt werbunkowy Armii. Turyści często korzystają z autobusów wycieczkowych z otwartym dachem, które mają na Time Square swoją "zajezdnię" - co osobiście polecam, a pozwala to zaoszczędzić sporo czasu (ciekawa jest nocna wycieczka z przejazdem przez most do Brooklynu i panoramą Manhattanu w nocy). Trochę mnie śmieszą błąkające się wśród całej masy samochodów dorożki z turystami :). Przeciskaliśmy się z trudem przez tłumy ludzi, żeby stanąć na samym środku Time Square, skąd jest świetne miejsce do zrobienia pamiątkowych fotek. Zrobienie dobrego zdjęcia wymaga statywu lub bardzo jasnego obiektywu i pstrykanie zwykłym aparacikiem z fleszem nie oddaje klimatu tego miejsca. W dzień jest już lepiej, ale wysokie budynki dobrze zasłaniają niebo i słońce dociera tutaj tylko na chwilkę. Ciekawostką jest, że nasze dwa GPS miały cały czas problemy z sygnałem! Złaziliśmy okolice nie spiesząc się po czym wróciliśmy do samochodu i jak to bywa na naszych spontanicznych wyprawach - noclegiem zaczęliśmy się martwić dopiero pod koniec dnia. Wyszukanie miłego hoteliku za rozsądną cenę okazało się trudne i postanowiłem pojechać na drugą stronę rzeki Hudson do sąsiedniego stanu New Jersey, tutaj dość szybko znaleźliśmy sieciowy hotel i mimo dość sporej sumy za noc (Kalifornia przyzwyczaiła nas do w miarę rozsądnych cen) - zostaliśmy do rana. Okolica przypominała raczej jedno wielkie złomowisko samochodów z dużą ilością warsztatów. Zjedliśmy szybko śniadanko i pojechaliśmy bezpłatnym tunelem na Manhattan, co kosztowało jednak dużo czasu w korku. Podjechaliśmy w okolice Battery Park, na samym końcu wyspy skąd odpływają statki wycieczkowe na Ellis Island i Liberty Island ze Statuą Wolności. Z premedytacją wjechaliśmy na wyspę pamiętając o gigantycznych korkach :), ale co tam, lenistwo wygrało! Zaparkowaliśmy na płatnym parkingu za jedyne ... 40 dolarów za dzień :). Słońce pięknie świeciło i pogoda był idealna na zdjęcia, kupiliśmy bilety na rejs i przeszliśmy bardzo drobiazgową kontrolę osobistą niczym nie różniącą się od tych na lotniskach. Zaokrętowanie poszło sprawnie, usiedliśmy na górnym otwartym pokładzie, żeby mieć lepsze widoczki. Wystarczyło, że statek pokonał połowę drogi, a już zaczynał się raj dla lubiących fotografię - panorama dolnego Manhattanu już bez wież World Trade Center dalej robi oszałamiające wrażenie, widać ładnie Brooklyn Bridge i cel rejsu Statuę Wolności. Statek był pełny, mogliśmy się tego spodziewać - w końcu to okres wakacji, ale i tak przeraziła nas gigantyczna kolejka czekających na powrót turystów. Spacer po Liberty Island można zacząć od wejścia do Statuy co zrobiliśmy (przestrzegałem, że nie warto tracić na to czasu pamiętając poprzednie wizyty ale... nikt nie chciał słuchać). Cały proces polegał na staniu w następnej ogromnej kolejce w dużym białym namiocie i przejście jeszcze bardziej szczegółowej kontroli osobistej - trzeba było zostawić plecak w skrytce i zaopatrzony tylko w aparat ruszyć do windy lub schodami podejść kilkanaście kroków do ... jak się okazało - podstawy statuy - skąd widok niewiele się różni od tego jaki mamy z deptaka poniżej! Kiedyś można było wjechać do "głowy" i podziwiać widok z dużej wysokości (zabawne, że szybki były tak pobrudzone, że będąc tam 10 lat temu i tak niewiele widziałem). Pozostało zadowolić się muzeum i szybko wyjść. Obeszliśmy w okół całą wysepkę i odczekaliśmy swoje w kolejce do statku, który wysadził nas w następnym punkcie podróży - czyli na sąsiedniej wyspie Ellis, gdzie na początku XX wieku lądowali emigranci z całego świata. Znaleźć tutaj można obszerne muzeum z dużą ilością eksponatów, a na zewnątrz stojące tablice z nazwiskami pierwszych przybyłych emigrantów. Poukładane są one alfabetycznie i dość szybko znalazłem "przodków" legitymujących się takim samym nazwiskiem jak ja :). Tutaj też odczekaliśmy "swoje" w powrotnej kolejce i zadowoleni w końcu wylądowaliśmy na brzegu. Zrobiliśmy jeszcze rundkę po parku i zabrałem moich znajomych na przechadzkę po Manhattanie. Pierwszą atrakcją był najbliżej nas pomnik wielkiego szarżującego Byka, symbolu finansjery z pobliskiej Wall Street, na którą dotarliśmy po kilku chwilach - miejsce łatwo rozpoznać po ogromnej amerykańskiej fladze zawieszonej na budynku i betonowych zaporach mających zapobiec ewentualnym samochodom pułapkom. W tym miejscu jest wyjątkowo "ciasno", wieżowce zbudowane są blisko siebie i nie ma tu żadnych atrakcji, które można polecić. Wyszliśmy z ciemnego kanionu i przeszliśmy do miejsca wielkiej tragedii z 11 września 2001 roku, tak zwanej "Strefy Zero", teraz mamy tu wielki plac budowy (byłem tu ponad rok temu i jakoś specjalnie nie widać postępów, zapewne wszystkie prace prowadzone są na dole, czego nie widać). Cały teren można obejść dookoła, ale najlepiej według mnie widać plac budowy od zachodniej strony z holu budynku 2 World Financial Center. Wróciliśmy na Broadway i doszliśmy do City Hall Park przy okazji odwiedzając jeden z większych sklepów z elektroniką J&R - gdzie zaopatrzyliśmy się brakujące elementy aparatu, który kolega w międzyczasie uszkodził. Miejsce to jest dość przyjemne, mały kameralny park z starym budynkiem ratusza pośrodku wielkich budynków. Obok znajduje się wejście dla pieszych i rowerzystów na słynny most Brookliński. Spacerek zajął nam trochę czasu i trzeba było uważnie iść i pilnować swojej ścieżki, ludzie na rowerach rozwijają tu duże prędkości i łatwo zostać trafionym. Widoki z mostu są świetne tak jak i sam most. Zeszliśmy po stronie Brooklynu i skręciliśmy w lewo w ulicę Main z przepięknym widokiem na stare budynki z czerwonej cegły, a głębiej w tle Manhattan Bridge (ujęcie bardzo znane ze zdjęć i filmów). Podeszliśmy do małego parku z widokiem na część dolnego Manhattanu i praktycznie stanęliśmy pod filarem mostu Brooklińskiego - co za widok! Można tutaj zrobić niezłą sesję zdjęciową... muszę dodać, że sesja tylko na potrzeby własne, ponieważ zaczepił mnie strażnik i oznajmił, że nie można tu robić zdjęć w celach komercyjnych. Posiedzieliśmy trochę na ławeczkach lekko zahipnotyzowani widokiem. Przejście na drugą stronę filaru mostu zajęło trochę czasu i stanęliśmy na dość popularnym tarasie widokowym w dokach Brooklynu. Mamy tu podobny widok jak kilkanaście metrów dalej, z tą różnicą, że tutaj są tłumy ludzi i fotografów. Ciekawostką, której nie było wcześniej jest "wtopiony" w deski tarasu ogromny starodawny aparat fotograficzny, którego obiektyw skierowany jest na Manhattan - jest on wielkości dorosłej osoby. Zastanawiało mnie dlaczego przy szkle kłębi się cały czas tłum ludzi i przykłada kartki z tekstami lub gestykuluje - szokiem było dla mnie fakt, że jest to kamera, która transmituje na żywo obraz z tego miejsca, a po drugiej stronie stoją ludzie w ... Londynie! Ubaw niesamowity zwłaszcza jak się uda umówić z kimś znajomym :). Teraz zrozumiałem dlaczego obiektyw aparatu jest tak duży :) rzeczywiście sympatyczna atrakcja! Wróciliśmy na wyspę i energicznie ruszyliśmy Broadwayem w stronę Empire State Building, kolejka była ogromna, ale poświęciliśmy się i odstaliśmy swoje. Wjazd z przesiadką i po chwili stanęliśmy na tarasie widokowym. Było wietrznie jak to na górze, ale widoki świetne, cały Manhattan na dłoni i co tu pisać ...trzeba zobaczyć :). Widok z tego poziomu oddaje ogrom budynków i daje wyobrażenie o wyspie, człowiek chodzący po ulicach niczym w kanionach nie może złapać perspektywy, a to daje wjazd na Empire State (w nocy podświetlony). Powoli robiło się późno, a wiadomo, że nie da się Nowego Jorku zobaczyć w jeden dzień, a nawet tydzień :(, więc to co mieliśmy do zobaczenia to był czysto subiektywny wybór dokonany przeze mnie, biorąc pod uwagę również zainteresowania osób z którymi byłem. Pojechaliśmy po samochód metrem, którego system trudno zrozumieć jeśli się jest kilka chwil, ale na szczęście nie zapomniałem tego od ostatniego pobytu. W mniejszych korkach pojechaliśmy Fifth Avenue do Central Parku, zaparkowaliśmy cudem i poszliśmy na wieczorny spacerek - nigdy nie mogę się opanować i jak mam okazje zabrać tutaj ludzi z Polski to nic nie mówiąc prowadzę pod pomnik Jagiełły, zawsze mam ubaw ze zdziwionych i zszokowanych ludzi :). Dzień dobiegał końca i trzeba było poszukać noclegu który znaleźliśmy... na Jamaica Avenue w Queens. Miejsce mało przyjemne, ale znajomemu z warszawskiej Pragi przypominało dom :). Rano ruszyliśmy zobaczyć słynny Green Point, miejsce zwane Littel Poland. Dla mnie to folklor i atrakcja, więc zaparkowaliśmy samochód i ruszyliśmy uliczkami w poszukiwaniu polskich śladów. Szyldy w ojczystym języku co kilka kroków, sklepy pełne produktów z Polski i nawet ludzie tacy sami tylko jakby sprzed 30 lat :). Znajdziemy tu też fajne knajpki, gdzie można sobie usiąść i zjeść polskie jedzenie. Mimo wszystkich złych skojarzeń i opinii miejsce ma klimat. Podobno mocno się zmienia, a szkoda warto by zachować w stanie nienaruszonym. Tak spędziliśmy ostatnie pół dnia w Nowym Jorku, przed nami dlasza część wyprawy. Opuszczamy miasto jadąc mostem Kościuszki...

East Coast Part 2

Wyprawa na Wschodnie Wybrzeże - część 1

Wypad na Wschodnie Wybrzeże planowany był od dawna, ale wszyscy czekaliśmy na ładną pogodę. Bilety kupione zostały z dużym wyprzedzeniem także cena była bardzo dobra. Do wykorzystania mieliśmy dwa tygodnie i skrzętnie wziąłem się za dokładne przygotowanie trasy - tym razem nie poszedłem na żywioł. Chciałem przejechać Nową Anglię, Nowy York, Waszyngton DC i zatoczyć koło w stronę Kanady. Przylecieliśmy wczesnym rankiem do Bostonu i odebraliśmy z wypożyczalni zarezerwowany samochód. Po nocy w samolocie byliśmy trochę zmęczeni, ale od razu ruszyliśmy w miasto. Autostrada z lotniska zbudowana jest w tunelach pod zatoką i częścią miasta - niesamowite doświadczenie jechać w czymś takim - są tu nawet skrzyżowania i sygnalizacja świetlna. Wyjechaliśmy w samym centrum miasta i skierowałem w stronę parku Boston Common, gdzie cudem zaparkowaliśmy samochód. Boston znam dobrze z poprzedniej wyprawy, spędziłem tu kilka fajnych dni i miasto mnie zauroczyło - z czystym sumieniem przyznam, że to drugie najładniejsze miasto w USA po San Francisco (prywatna opinia). Znając już okolice łatwiej było się poruszać i zobaczyć jeszcze raz znane miejsca. Boston jest dla mnie magicznym miejscem - kameralne miasto z pięknymi wiktoriańskimi domami (murowane, a nie drewniane jak w SF), które ma niepowtarzalny klimat. Duży park w sercu miasta, w którym ludzie spędzają wolny czas, a pracownicy pobliskich budynków wychodzą na lunch idealnie komponuje się z pobliską zabudowę. Znajdziemy tutaj dużo miejsc związanych z historią Stanów Zjednoczonych, w końcu tutaj wszystko się zaczęło. Przespacerowaliśmy się po Boston Common i Public Garden, gdzie można wynająć łódkę i popływać w małym jeziorze. Doszliśmy do Massachusetts State Hose, gdzie mieści się stanowy parlament - budynek wyglądem przypomina spotykane wszędzie w USA parlamenty wzorowane na waszyngtońskim Kapitolu, ale w mniejszej skali - różni go jeszcze złota kopuła. Za parlamentem mieści się dzielnica Beacon Hill, która wygląda jakby czas sie dla niej zatrzymał, także spacer po wąskich uliczkach przy kamienicach pamiętających rewolucję amerykańską to czysta przyjemność. Jako zapalony fotograf dodam, że każdy kawałek miasta "pozuje" wdzięcznie do zdjęć. Przechodząc dalej wchodzimy na tak zwany Freedom Trail (Szlak Wolności), namalowana na chodniku czerwona linia prowadzi nas po wszystkich historycznych atrakcjach miasta. Szlak zaczyna się w Parku Boston Common i ciągnie się przez całe miasto żeby zakończyć się po drugiej stronie zatoki w w Charleston. Lubie miasta, które można zwiedzać na piechotkę i Boston należy do takich. 3-4 dni wystarczą żeby dokładnie poznać każdy zakamarek tego pięknego miejsca. Idąc po czerwonej linii przechadzaliśmy się uliczkami miasta, któremu bliżej do Europy niż do Ameryki. Pięknie prezentuje się stary Parlament pomimo, że jest upchany między wysokie szklane wieżowce. Nieopodal przeszliśmy do miejsca Bostońskiej Maskary, która była iskrą zapalającą lont rewolucji amerykańskiej. Idąc dalej zatrzymaliśmy się w Quincy Market, które jest wielkim targowiskiem i miejscem, gdzie mieści się dużo restauracji. Jest to gwarne miejsce, w którym zawsze kłębią się tłumy ludzi. Bez pośpiechu przeszliśmy cały szlak i przechodząc most Charlestown stanęliśmy pod obeliskiem na górze Bunker Hill. Teraz czekało nas nie lada wyzwanie - wejść po 294 schodkach na wysokość 67 metrów idąc stromo w "kominie". Wypluwając płuca i nie czując nóg stanęliśmy na szczycie budowli skąd mamy piekny widok - panoramę całej okolicy. Mimo wszystko warto było, nie polecam jeśli ktoś ma problemy z sercem lub słabą kondycję ... i klaustrofobię :). Na szczęście w parku pod obeliskiem mamy dużo zielonej trawy i ławki gdzie można odpocząć po "wspinaczce". Taki szlak wystarczy na cały dzień, teraz pozostało znaleźć hotel i odpocząć po ciężkim dniu. Rano ruszyliśmy na przechadzkę po włoskiej dzielnicypanuje w nich klimacik taki jak widzimy na filmach. Momentami w stylu rodziny Soprano :) - potężni mężczyźni ze złotymi łańcuchami na szyjach, siedzący na krzesełkach przy ulicy, którzy gestykulując kłócą się po włosku, to widok w tym miejscu niemal powszechny. Wszędzie restauracje serwujące włoskie jedzenie i kawiarnie z espresso. Niedaleko znajdziemy dzielnicę Waterfront z ładnym parkiem i słynnym Long Wharf. Z pobliskiego portu wypływają statki w rejs po zatoce. Lubie tego typu atrakcje chociażby ze względu na zdjęcia - świetna panorama miasta z wody i przyjemne kołysanie na falach. Wychodząc ze statku zatrzymaliśmy się w pobliskiej restauracji na obiad złożony z owoców morza - muszę przyznać, że za rozsądne pieniądze zjedliśmy wyśmienity posiłek. Czas przeznaczony na Boston powoli się kończył, a do zobaczenia był pobliski Cambridge ze słynnym Uniwersytetem Harvard i MIT (The Massachusetts Institute of Technology). Miasteczko pokazało się z dobrej strony i nie zawiodło moich oczekiwań, klimacik naprawdę luzacki. Stara zabudowa trzyma klasę, a lokalne restaurację i bary zachęcają do wejścia. Na ulicach oczywiście dużo młodzieży i ... rowerów. Pojeździliśmy po okolicy i po pewnym czasie uznaliśmy, że już wystarczy oglądania (zazdrość, że człowiek tutaj nie studiował była duża). Wyjechaliśmy z miasta kierując się na południowy wschód do miejscowości Plymouth - dojechaliśmy bardzo szybko, gdyż wschodnie wybrzeże ubogie jest w widokowe autostrady i po obu stronach drogi podziwiać można było gęsty las... :( Atrakcją Plymouth jest replika XVII-to wiecznego statku Mayflower II, który przywiózł pierwszych pielgrzymów z Anglii. Obok znajdziemy jeszcze malutkie Pilgrim Hall Museum, gdzie dowiemy się o historii pozostałych przy życiu pasażerów statku. Trochę rozczarowani miejscem pojechaliśmy do Cape Cod - półwyspu wyglądającego jak wyciągnięte ramię. Jest to miejsce najbardziej wysunięte na wschód w stanie i licznie odwiedzane przez turystów w okresie letnim. Do zwiedzania zachęca do długa piaszczysta plaża z domkami letniskowymi, ale zniechęca silny wiatr i częsta mgła. Przejechaliśmy do końca półwysep i wróciliśmy na autostradę stanową. Zatrzymaliśmy się na noc w New Bedford i rano przekroczyliśmy granicę najmniejszego stanu USA, Rhode Island. Zaparkowaliśmy samochód na małej uliczce między pięknymi domami z poprzednich epok. Byliśmy w stolicy stanu w mieście Providence. Już po pierwszych minutach w tym miejscu i czułem, że to miejsce mnie oszołomi i tak się stało. Nie widziałem dawno tak idealnie zachowanych domów i uliczek, zabudowa trzymała klimat i nawet małe downtown nie psuło niczego. Chodziliśmy jak zahipnotyzowani i czekaliśmy tylko aż pojawią się mieszkańcy ubrani w XVIII-to wieczne stroje. Doszliśmy tak do rzeki Providence, która wijąc się przez miasto tworzy długi wąski kanał. Wieczorami zapalane są pochodnie i przepływające gondole tworzą miłą atmosferę. Wzdłuż rzeki ciągnie się promenada i park z pomnikami upamiętniającymi wysiłek zbrojny USA we wszystkich wojnach. Idąc dalej Doszliśmy do Waterplace Park, które swoim stylem odbiega od reszty miasta - jest to nowoczesne architektonicznie miejsce zrobione pod kątem rekreacyjnym, można tu usiąść na ławeczkach lub na trawie czy zjeść coś w pobliskich knajpkach. Gdy wyszliśmy z Parku wyrósł przed nami ogromny budynek stanowego parlamentu - State House. Wyglądał imponująco - jak dla mnie najładniejszy Kapitol jaki widziałem - waszyngtoński nawet się nie umywa. Chodząc dookoła budowli delektowaliśmy się widokami jakie roztaczały się z tarasów przed głównym wejściem. Czułem niedosyt i wróciliśmy przejść się po Benefit Street i zapomnieć o XXI wieku. Miasto jest małe i dość szybko połapaliśmy się w jego topografii także mapa stała się zbędna. Dzień powoli mijał i trzeba było ruszać dalej. Ciężko było nam opuszczać Providence, a to już drugie takie miejsce po Bostonie, więc zapowiadało się ciekawie. Rhode Island to malutki stan i opuszczenie go nie zajęło dużo czasu. Wjechaliśmy do Connecticut i zatrzymaliśmy się w jego stolicy - mieście Hartford. Przybyliśmy akurat w okresie święta narodowego Puerto Rico (chyba mają tu ogromną społeczność portorykańską) i utknęliśmy w korkach. Na szczęście udało się zobaczyć lokalny Kapitol, który zbudowany jest w stylu wiktoriańsko- gotyckim, co bardzo wyróżnia ten budynek na tle pozostałych parlamentów stanowych. W mieście nie ma specjalnie żadnych atrakcji, można jedynie odwiedzić dom i muzeum Marka Twaina. Teraz nasza trasa prowadziła na południe, a jadąc rozglądaliśmy się za noclegiem, który w porównaniu z zachodnim wybrzeżem bardzo trudno znaleźć. Nie ma tu tak dużej liczby hoteli sieciowych, a z autostrady zasłoniętej drzewami trudno dostrzec jakieś miejsce noclegowe na trasie. Pozostało zdać się na tablice informacyjne na poboczach i GPS. Znaleźliśmy miejsce do spania, ale zajęło to nam sporo czasu. Wczesnym rankiem skierowalismy się do centrum New Haven w którym miści się słynny Uniwersytet Yale. Zaparkowaliśmy w samym centrum miasta i ruszyliśmy zwiedzać okolice. Tutaj dopiero czuć klimat akademicki. Gdy spacerowaliśmy zabytkowymi ulicami odnosiłem wrażenie, że chodzę po kampusie - wszędzie jakieś wydziały i katedry, a na ulicach grupki studentów. Będę się powtarzał, ale to miejsce też przypadło mi do gustu, nie czułem że jestem w Ameryce Północnej! Wszędzie kościoły, a każdy zbudowany w innym stylu i prześcigały się w swoim ogromie i wysokości. Równie dobrze filmowcy z Hollywoodu mogliby kręcić sceny ze średniowiecznej Europy nie buddując sztucznych scenografii. Zeszliśmy centrum miasta w szerz i wzdłuż aż nadeszła pora by ruszać dalej. Byłem zadowolony,bo w każdym z trzech stanów w których spędziliśmy czas znalazłem perełkę godną polecenia każdemu turyście. Boston, Providence i New Haven trzeba koniecznie odwiedzić. Przed nami kolejny etap, wjechaliśmy do stanu Nowy York...
East Coast Part 1

czwartek, lipca 31, 2008

Wyprawa na Alaskę - część 3

Trzeci etap wyprawy zaczęliśmy od porannej kawki na campingu pod Fairbanks. Wstawanie i przygotowanie śniadania szło coraz sprawniej. Byliśmy 300 kilometrów od koła podbiegunowego, ale czas nie pozwalał nam na tak daleki wypad na północ. Ruszyliśmy do Fairbanks, które jest miastem - bazą wypadową do okolicznych atrakcji. Przywitał nas napis Welcome to Fairbanks i niedługo potem pojawiła się pierwsza jego atrakcja czyli Pioneer Park z atrakcjami poświęconymi historii stanu. Znajdziemy tu muzea, miasteczko z okresu gorączki złota i zwykły park. Zwiedzenie tego miejsca nie zajęło dużo czasu i ruszyliśmy w stronę Visitors Center. Przejechaliśmy przez "centrum", które ogranicza się do kilku ulic na krzyż i zaparkowaliśmy RV za rzeką Chena. Spacerkiem przeszliśmy most i każdy z nas zrobił sobie pamiątkowe zdjęcie przy znaczniku end-of-the-road, który pokazywał odległości do różnych miast na świecie. Centrum informacji turystycznej było rewelacyjnie przygotowane i uzyskaliśmy dużo cennych informacji, darmowe mapki i przewodniki. Na zewnątrz znajduje się spory pomnik - fontanna "nieznanej rodziny" indiańskiej (coś w stylu pomnika nieznanego żołnierza) Obok na ławkach miałem okazję przyjrzeć się dokładnie "Eskimosom", którzy nie wyglądali za specjalnie dobrze zapewne to skutek spożycia zbyt dużej ilości alkoholu. Tuż przy rzece znajdziemy pomnik upamiętniający kupca E.T. Barnetta, który 1901 roku utknął swoim statkiem na mieliźnie i nie będąc w stanie przetransportować swoich towarów otworzył sklep - tak już zostało, miasto szybko się rozrosło, a wszystko dzięki przypadkowi. Niedaleko od tego miejsca znalazłem małą ciekawostkę, kapsułę czasu - wmurowany w ziemię metalowy cylinder z informacją, że otwarcie "kapsuły czasu" nastąpi w 2059 roku. Pogoda w międzyczasie przypomniała sobie, że ma nam podokuczać i zaczęło kropić. Nie przeszkodziło to nam w spacerku po głownej ulicy, gdzie znajdują się domy, których okres świetności minął kilkadziesiąt lat temu - mimo wszystko w całkiem dobrym stanie. I to by było na tyle jeśli chodzi o Fairbanks... nie było tu już nic specjalnie ciekawego i zapakowaliśmy się do RV. Zrobiliśmy jeszcze zakupy w supermarkecie i wyjechaliśmy na Richardson Highway, która miała nas zaprowadzić na południe do celu wyprawy czyli do Parku Wrangell-St. Elias (dość późno zorientowałem się, że nazwa parku to Wrangell, a nie Wrangler jak firma odzieżowa :). W pamięci mieliśmy informacje, że na naszej trasie kilka mil za miastem znajdziemy ciekawą atrakcje. 12 mil na południe od Fairbanks spotkaliśmy Świętego Mikołaja w jego domku w North Pole, który łatwo zobaczyć z autostrady. Przy wejściu wita nas wielka figurka Mikołaja i sanie, w których można zrobić pamiątkowe zdjęcie, a w środku wielki sklep z pamiątkami i ... sam Święty Mikołaj z panią Mikołajową :). Bardzo chętnie pozuje do zdjęć, a wręcz zachęca. Przy wejściu podany jest adres korespondencyjny, na który dzieciaki piszą listy i życzenia. Zastanawia mnie ilu jest Świętych Mikołajów, słyszałem o jednym w Laponii a teraz ten ? Trochę mi namieszał, może to wersja amerykańska :). Obkupieni w pamiątki ruszyliśmy w drogę, przed nami bardzo duży odcinek drogi do pokonania i nie możemy się spóźnić, następnego dnia mamy rano zarezerwowany bus, który ma nas zabrać na teren parku Wrangell. Po minięciu Delta Jct, pogoda zaczęła się poprawiać i od tej chwili zawsze towarzyszyło nam słońce. Autostrada Richardson okazała się bardzo widokowa, podobnie jak droga do Seward. Na szczęście dla turystów osoby budujące drogę przewidziały chęć podziwiania przez ludzi widoków na trasie i żeby ograniczyć ilość wypadków spowodowanych stawaniem na drodze wybudowano zjazdy na punkty widokowe. Jest ich naprawdę sporo, a my skrzętnie z nich korzystaliśmy, co niestety znacznie wydłużyło czas jazdy - ale jak tu nie robić zdjęć przy takich widokach? Po kilkudziesięciu milach niedaleko Paxson zjechaliśmy do "skansenu" gdzie był chyba najstarszy Roadhouse (zajazd). Wszystko było zachowane w nienaruszonym stanie, zwiedziliśmy okolice i co chwila napotykaliśmy wraki starych samochodów w pobliskim lesie (nadal nie rozumiem tego zwyczaju zostawiania aut w głęboko w lasach). Wróciliśmy do naszego RV gdzie zjedliśmy sobie obiad, po którym leniwie zebraliśmy się do jazdy. Robiła się późna pora i przy drodze zaczęły pojawiać się Moose, czyli słynne Łosie - kilka udało się utrwalić na zdjęciach. Mieliśmy jeszcze jeden dłuższy postój przy ropociągu Trans-Alaska Pipeline, który ciągnie się wzdłuż Richardson Highway - w zasadzie nic specjalnego - bardzo długa rura. Przejechaliśmy przez skrzyżowanie z Glenn Highway i miasto Glennallen, potem minęliśmy Copper Center i odbiliśmy na wschód w stronę Chitina. Radek na planie miał zaznaczony camping, pod który rano miał podjechać bus do parku. Bez problemów znaleźliśmy to miejsce, było obok lotniska. Camping wyglądał na opuszczony i jedyna będąca tam osoba poinformowała nas, że w zimę rzeka zalała to miejsce i nic tu nie działa. Zrobiło się słabo zważywszy, że mieliśmy zostawić nasz RV na dwa dni. Postanowiliśmy zaryzykować i pojechaliśmy do miasta Chitina w poszukiwaniu innego miejsca na nocleg, ale nic nie znaleźliśmy. Wróciliśmy na camping i padliśmy ze zmęczenia. Rano na 8.30 mieliśmy czekać przy głównej drodze na nasz transport, nie udało się potwierdzić telefonicznie, bo telefony komórkowe nie działały, a stacjonarnych nie było. Została nam nadzieja, że przyjadą po nas. Spakowani na okoliczność dwóch dni noclegu w górach ruszyliśmy w kierunku drogi, przy której zasiedliśmy w oczekiwaniu. Po kilku minutach dołączyła do nas para turystów, co nas trochę uspokoiło. Busy pojawiły się o wyznaczonej porze - już z pasażerami w środku, kierowcy mieli dokładną listę osób, na której byliśmy i my, więc rozsadzono nas do dwóch samochodów. Pojechaliśmy do miasta Chitina, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilkę - wykorzystałem ją na zwiedzenie downtown składającego się z jednej ulicy. Domki miały fajny klimat, trochę zatrzymane w czasie, a ja nie widziałem żywej duszy, ale za to mnóstwo wraków samochodów po parkowanych w każdym wolnym miejscu. Ruszyliśmy i po niecałej mili wjechaliśmy na teren parku Wrangell-St. Elias. Naturalną bramę tworzy wycięta w skale wąska droga, tylko jeden pojazd może się zmieścić. Po "drugiej stronie" zaczyna się inny świat, mamy rozległa dolinę z rwącą rzeką, w której po pas w wodzie stoją miejscowi rybacy i wyciągają łososie (wyciągają nie łowią, tutaj wystarczy zanurzyć siatkę i po chwili wypełnia się rybami!). Na brzegach poinstalowane są zmyślne urządzenia zwane Rybimi Kołami (Fish Wheel), które wyglądają jak małe wiatraki tylko ze na ramionach mają siatki i wybierają łososie. Żeby turysta mógł łowić musi wykupić pozwolenia na określoną ilość ryb, a miejscowi nie muszą żeby łowić na własne potrzeby. Jeśli zachce nam się łososia to wystarczy podejść do rybaków (najlepiej dziewczyny:) i uśmiechając się poprosić o jedną sztukę i zwykle to skutkuje, a jeśli nie ma dziewczyn w pobliżu to butelka whisky działa podobnie :). Przejechaliśmy most nad rzeką i minęliśmy wielkie obozowisko ludzi, którzy przyjechali tu na połowy. Droga zaczęła się wznosić i za oknem widoki zaczęły zmieniać się szybko na coraz ładniejsze. Co chwila przez drogę przebiegały zające i trzeba było uważać żeby żadnego nie rozjechać. Dziwne zachowanie z ich strony, siedzą przy drodze i widać je z daleka, a jak samochód podjedzie na metr to przebiegają drogę ! bez sensu chyba że robią sobie zawody który przeżyje;) Na pewno było to jedna z ładniejszych tras widokowych, ale nie było niestety miejsca na zatrzymanie, udało się zrobić postój dopiero przy wysokim moście, który łączył dwa brzegi głębokiego kanionu. Z początku wydawało mi się, że most jest drewniany, ale po dokładnym obejrzeniu przez lornetkę okazał się stalowy z kilkoma drewnianymi elementami. Widok był imponujący! Przejazd był wahadłowy i tylko jeden samochód na raz mógł przedostać się na drugą stronę, a że ruchu nie było kierowca zatrzymał się na środku mostu i dopiero wtedy dotarł do nas ogrom kanionu i wijącej się na dole rzeki Kushkulana. Drzewa na naszej trasie były niezarażone chorobą, która dotknęła sporą część lasów na naszej trasie do Denali. Soczysta zieleń, oblane słońcem szczyty gór i strumyki dawały temu miejscu niesamowity koloryt. Stwierdziliśmy, że to najładniejsze miejsce jakie widzieliśmy do tej pory, a park Denali jest mocno przereklamowany. Drugi postój zrobiliśmy niedaleko starej linii kolejowej, która biegła na drewnianym moście kilkadziesiąt metrów nad nami, droga ta nie była używana przez kolej od dawna i połowa mostu była uszkodzona, ale miejsce miało fajny klimat i nadawało się na niezłą sesje zdjęciową. Po dwóch godzinach dotarliśmy do stacji końcowej, samochód zatrzymał się przy wąskim moście nad wezbraną rzeką - jest tutaj parking i jazdę można kontynuować po drugiej stronie, gdzie znaleźć można lokalny autobusbus lub przejść na piechotę kilka mil. Pozostało nam umówić się na odebranie nasz tego miejsca za 2 dni. Przeszliśmy wąski mostek i przeszliśmy obok czekającego na pasażerów samochodu, z którego jednak nie skorzystaliśmy. Dotarcie do miasteczka McCarty zajęło nam około 15 minut, po drodze mijaliśmy lotnisko polowe gdzie lądują małe awionetki i przeszliśmy przez mały mostek. Miejsce to trudno nazwać miastem lub nawet wioską - jest to kilka drewnianych domków, saloon, sklepik i prześliczny Johnson Hotel wyglądający jakby żywcem przeniesiony z czasów dzikiego zachodu (jest na liście miejsc, które trzeba zobaczyć przed śmiercią :). Urok Hotelu jest niepodważalny, wystrój wnętrz i fasada pamiętająca zapewne pierwszych osadników sprawia, że miasto wyglądało nierealnie, jak scenografia do filmów. Jedynie dość duże ceny powodują, że to miejsce nie jest popularne wśród backpackersów. Zamieszkaliśmy w pobliskim hostelu - pokoje nie były zamykane na klucz, co nas lekko zdziwiło ale zostaliśmy zapewnieni, że od lat nic w tym miasteczku nie zginęło :). Faktycznie, nikt tutaj nie martwił się zamykaniem czegokolwiek. Atmosfera miejsca udzieliła się nam szybko, wiatr przewalał piasek przez środek "głównej" ulicy, a na werandach saloonu i sklepików nie było żywej duszy, czasem cicho przekradał się jakiś miejscowy we flanelowej koszuli w kratę i czapce z daszkiem (obowiązkowa broda). Co jakiś czas podjeżdżał bus, żeby zabrać chętnych (jeśli byli) do pobliskiego miasteczka Kennecott (czasem pisane Kennicott). Zgłodnieliśmy na tyle żeby chcieć zjeść jakiś poważny posiłek i poszliśmy do bardzo reklamowanego przez tubylców lokalu o zabawnej nazwie Ziemniak (Potato). Na miejscu okazało się, że jest to kawałek zbitej z desek szopy i jedna ława z drewna. Hm.. nie dziwie się, że zachwalano nam to miejsce... po prostu nie było innego. W menu głównie hamburgery (z ryby, mięsa i wegetariańskie), ale dało się zjeść. Była już połowa dnia, a nie chcieliśmy tracić czasu,więc złapaliśmy busa do Kennecott, gdzie dojechaliśmy po 20 minutach jazdy przez dzikie tereny i bardzo wyboistą drogą. Miejsce jest dość osobliwe, mieściła się tutaj kopalnia miedzi, po której zostały puste budynki i wygląda jak wymarłe miasto. Na początku XX wieku przyjechali tutaj poszukiwacze złota, którzy niechcący natrafili tu na największe złoża miedzi na kontynencie. W roku 1938 kopalnie zamknięto i opuszczono, pozostała w niemalże nienaruszonym stanie, a zwiedzać można cały jej teren i okolice. Miejsce oczarowuje ! Coś niesamowitego, całe kompleksy czerwonych budynków, rozpadające się magazyny i ziejące pustką okna bez szyb... Wszystko to sprawia, że każdy turysta staje jak wryty i nie chce szybo opuszczać tego miejsca. Okiem fotografa to wymarzone miejsce na sesje zdjęciowe. Przez chwile stałem i nie wiedziałem co najpierw fotografować. Przechadzaliśmy się opuszczonymi uliczkami miasta, wchodziliśmy do pomieszczeń i domów osadników - czerwony kolor zabudowań ładnie podkreślony przez popołudniowe słońce hipnotyzował. Nie chciałem iść dalej :). Ruszyłem ociągając się w stronę szlaku, który prowadził do lodowca. Droga była bardzo widokowa i ciągnęła się wzdłuż krawędzi gór. Mogliśmy podziwiać z tej wysokości panoramę całego Parku i szczyty Atna Peaks. Trasa momentami była bardzo trudna i w połowie szlaku rozwidlała się na dwa kierunki - poszliśmy w stronę widocznego już "języka" lodowca. Schodzenie w dół szło dość sprawnie i szybko dotarliśmy do celu. Wspinanie się po lodzie bez raków nie miało sensu - było jak na lodowisku. W tym czasie minęliśmy kilka grup ludzi, które z przewodnikiem chodzili po lodowcu. Żałowaliśmy, że nie wynajęliśmy raków i czekanów. Po kilku próbach wdrapania się na górę postanowiliśmy wrócić na szlak i pójść wzdłuż wielkiej masy lodu - szybki marsz musilismy zakończyć z powodu zawalonej drogi. Droga powrotna dłużyła się bardzo i każde z nas odczuwało już ją w nogach, ale w dobrych humorach doszliśmy do Kennecott Glacier Lodge (hotel i restauracja) jedynego miejsca gdzie ktoś mieszka i pracuje w tym rejonie. Tutaj załapaliśmy się na ostatniego busa do McCarty, który zawiózł nas pod same drzwi saloonu. Wszyscy bylismy bardzo spragnioni i zamówiliśmy dużo piwa, miejsce było pełne tubylców, którzy wieczorami mają tutaj jedyną rozrywkę. Spotkaliśmy panią z recepcji hotelu Johnson przeobrażoną nie do poznania :), generalnie byli tu wszyscy mieszkańcy miasteczka, a my jedynymi turystami. Mały folklor po amerykańsku. Sklepi z alkoholami był zamknięty, ale okazało się że obsługiwała go pani zza baru i sprzedała nam kilka 6-cio paków. Zasiedliśmy na tyłach naszego hostelu i tak przegadaliśmy do 2 godziny nad ranem, ale nie przeszkodziło to nam we wczesnej pobudce. Nasz samochód zamówiony był na późne popołudnie i zostało trochę czasu na spacer nad pobliską rzekę. Zapomniałem zrobić sobie śniadanie poprzedniego dnia i cierpiałem z tego powodu - w mieście nigdzie nie znalazłem miejsca, w którym mozna coś zjeść - dopiero koło 10 otwarto budę Ziemniak. Do wyboru mieliśmy kilka szlaków i wybraliśmy czasowo najkorzystniejszy. Szliśmy wzdłuż rwącej rzeki i wspinaliśmy się na wysokie wzgórza z widokiem na małe jeziora, a w oddali widać było lodowiec. Nigdzie się nie spieszyliśmy więc czas mijał leniwie, a słońce ostro grzało. Samochód przyjechał o czasie i zabrał nas do Chitina, a potem do pobliskiego campingu, gdzie czekał nasz RV. W tym czasie przybyło dużo ludzi i byłem mocno zdziwiony, że są chętni do spania w tym miejscu. Plan zakładał przenocowanie i szybkie wydostanie się dnia następnego na autostradę i pojechanie kilkudziesięciu mil w stronę Valdez. Plan został wykonany i w połowie drogi zawróciliśmy w stronę miejscowości Glennallen, gdzie wjechaliśmy na Glenn Hwy, autostradę która biegnie do Anchorage. Alaska nie przestaje mnie zadziwiać, myślałem że nie zobaczę już widoków, które mnie zachwycą, ale myliłem się. Glenn Hwy jest rewelacyjny jeśli chodzi o widoki, zatrzymywaliśmy się prawie non-stop, żeby podziwiać krajobrazy. Na naszej trasie znajdowała się jeszcze jedna atrakcja lodowiec Matanuska, na którego łagodne stoki można było się na niego wdrapać bez raków. Chodzenie po lodzie było trudne, ale wykonalne. Oczywiście nie zapuściliśmy się daleko, ale wystarczyło żeby docenić uroki miejsca. Zapuściłem się z Asią i Radkiem dość daleko w głąb lodowca i wybrana przez nas droga okazała się bardzo trudna, momentami robiliśmy sobie przejścia z kamieni przez rwące potoki. Buty i spodnie były całe przemoknięte, ale bez urazów dotarliśmy do samochodu. Nastała pora by ruszać, noc zaplanowaliśmy w miejscowości Palmer. Camping na miejscu był ogromny i profesjonalnie przygotowany. Ostatnia noc minęła przy piwku do wczesnych godzin porannych. Pobudka i wstawanie odbyło się bez problemów i dość szybko dotarliśmy do Anchorage, gdzie oddaliśmy nasze RV. Bus zabrał nas na lotnisko, gdzie Radek z Domi polecieli do San Francisco, a ja z Asia i Majka ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Przyznam, że transport lokalny jest ciężki do zrozumienia i mało punktualny. Centrum Anchorage jest tak małe, że zeszliśmy wszystkie "atrakcje" w niecałą godzinę. Resztę czasu poświęciliśmy na spacer nabrzeżem i rybki w lokalnym barze. Wieczorem dotarliśmy na lotnisko i tutaj skończyła się cała wyprawa. Każdy wsiadł w swój samolot i odleciał ...
Alaska - Part 3

Wyprawa na Alaskę - część 2

Zaczynamy drugi etap wyprawy, celem jest Denali National Park z wspaniałą fauną i sześciotysięcznikiem McKinley. Jedziemy bardzo widokową autostradą Seward Highway, tym razem na północ. Zatrzymujemy się znowu co chwila na zdjęcia i odpoczynek. Mamy ze sobą super przewodnik po Alasce - The Milepost, myślę że każdy wybierający się tutaj powinien zaopatrzyć się w tą pozycję. Jest to bardzo gruba "książka", choć bardziej przypomina wielki katalog Burdy, w środku znajdziemy bardzo szczegółowy opis (bardziej szczegółowego nie widziałem nigdy wcześniej) wszystkich miejsc i dróg na Alasce, mila po mili, centymetr po centymetrze :), jest tu wszystko. Koszt to jedyne 27 dolarów, a znaleźć to można prawie na każdej stacji benzynowej, sklepie spożywczym czy w centrum informacji turystycznej. Większość lokalizacji podawana jest na Alasce na podstawie mili, na której znajduję się dany obiekt, a każda droga ma na poboczu znaczniki mil. Tak więc przy pomocy naszego super przewodnika ustaliliśmy, że na 79 mili na Seward Highway znajduję się Alaska Wildlife Conservation Center, gdzie możemy zobaczyć większość zwierząt, które zamieszkują ten stan. Nie było problemu ze znalezieniem miejsca i po uiszczeniu drobnej opłaty wjechaliśmy na parking. Według mapki jaką dostaliśmy na wjeździe ruszyliśmy oglądać to mini ZOO. Najbardziej pożądanym zwierzęciem był Moose, nasz ulubiony łoś. Znaleźliśmy szybko kilka sztuk i można było z bliska przyjrzeć się tym olbrzymom. Nie wiem czemu, ale śmieszą mnie bardzo, może dlatego, że są troch ciapowate i chodzą jak pijane, a ich pyski są takie plastyczne. Samce mają rogi, które wyglądają jak pokryte mchem. W zagrodzie obok łosi powinny być czarne misie, ale chyba poszły spać, za to stado bizonów buszowało po wybiegu i nie przejmowało się ludźmi. Wrażenie duże robią niespotykane poza Alaską Musk Oxen, wielkie bawoły przypominające Yaki. W zagrodach było jeszcze kilka rodzajów zwierząt zaczynając od Caribou przez dziwacznego Porcupine a kończąc na brązowym misiu. Chodząc po tym miejscu czuliśmy się trochę zdegustowani i nie polecił bym tego nikomu. Zebraliśmy się szybo, bo pogoda zaczęła się ewidentnie psuć, popadywał mały deszcz. Droga do Anchorage nie zajęła dużo czasu, ale godzina była już późna i nasz plan zrobienia zakupów w Costco (odpowiednik Macro Cash) diabli wzięli. Większość sklepów była już pozamykana, został nam tylko Carry (Safeway), gdzie każdy kupił prowiant na następne dni. Kupiliśmy też duży zapas lokalnego piwa Alaskan Amber i kanadyjski Moosehead. Byłem bardzo głodny i kupiliśmy sobie gotowego kurczaka, którego zjedliśmy na parkingu kilka mil dalej. Obawialiśmy się cen paliwa, ale nie było tak tragicznie, na trasie widziałem ceny nawet 5.11 usd za galon ale w Anchorage udało się znaleźć za 4.60 usd. Bak naszego RV jest wielki i suma na koniec wyszła duża okolo 130 dolarów. Po zatankowaniu i najedzeniu ruszyliśmy w stronę Trapper Creek, gdzie mieliśmy zarezerwowany camping - miejsce jest w połowie drogi do parku Denali i jazda zapowiadała się na kilka godzin. Atmosfera w przedziale pasażerskim była wesoła, otwarto pierwsze piwa i szybko okazało się, że kupiliśmy za mało. Jechaliśmy teraz Parks Highway, która nie jest już tak widokowa jak trasa na południu. Im dalej na północ tym trudniej było rozróżnić noc od dnia, nawet o pierwszej w nocy nie było większej różnicy na zewnątrz. Powodowało to u nas dziwne zachowania i kładliśmy się spać koło 2-3 powaleni zwykłym zmęczeniem. Przekleństwem były komary, których były chmary i skutecznie wyganiały do samochodu. Jakoś to znosiłem pewnie dlatego, że komary za mną nie przepadają i nie gryzą. Po tym jak doszła piąta osoba zrobił się mały problem ze spaniem, trzeba było to jakoś rozwiązać i kilka osób poszło na kompromis :). Jedna osoba miała luksus :). Rano zrobił się mały ścisk i trudno było zrobić sobie śniadanie, zrobiło się nerwowo. Starałem się nie przejmować i skoncentrować na miłym spędzeniu wyprawy. Wyruszając postanowiliśmy wrócić kilka mil na południe i odbić do pobliskiej miejscowości Talkeetna, znanej głównie z serialu Przystanek Alaska :). Serial był filmowany w miasteczku Roslyn w stanie Waszyngton, a fikcyjne miasteczko Cicely jest powszechnie uważane za wzorowane na rzeczywistym mieście Talkeetna. Miasto nie wykorzystuje jednak tej pogłoski, by zwabić turystów. Tak naprawdę trudno nazywać to miejsce nawet wioską, jest tak malutkie, że można je przejść w szerz i wzdłuż w 5 minut. Ma za to klimacik - stare domki i knajpki nastawione są na rzesze turystów, których oczywiście nie brakuje. Panuje tu leniwa atmosfera, która i nam się udzieliła - snuliśmy się po głównej ulicy i po skwerku. Zebraliśmy się niechętnie i wróciliśmy na drogę w kierunku Denali. Przez chwilę zastanawiałem się jak można zwiedzac Alaskę bez RV i trudno mi to sobie teraz wyobrazić. Nie znajdziemy tu takiej ilości hoteli jak na głównym lądzie, a jeśli już się trafi to ceny są astronomiczne nawet za marnej jakości pokoik. Nasza droga przebiegała przez miasteczko Cantwell, które ma szanse stać się tak popularne jak Talkeetna, a to dzięki aktorowi i reżyserowi Seanowi Peanowi, który kręcił w tym rejonie sceny z Alaski do filmu pod tytułem Into The Wild (polski tytuł Wszystko za życie). Film opowiada o 22-letnim Christopherze McCandless decydującym się zerwać z dotychczasowym wygodnymi i dostatnim życiem. Marzy mu się podróż w nieznane, w poszukiwaniu przygód i swojego prawdziwego ja. Jest to postać autentyczna i ostatnie lata (miesiące) swojego życia spędza na Alasce niedaleko miejscowości Healy (stoi tam do dzisiaj autobus, w którym mieszkał chłopak). Scenarzyści uznali, że lepiej nakręcić sceny do filmu w rejonie Cantwell, który jest bardziej widokowy. Przyznam, że film zrobił na mnie wrażenie i po trosze dzięki niemu zapragnąłem zobaczyć te miejsce (podobnie było z Dziennikami Motocyklowymi po obejrzeniu których pojechałem do Peru :). Trasa do Denali obfituje w ... dużą ilość wraków samochodów porzuconych w lasach przy drodze (i nie tylko przy drodze co czasem mnie szokowało jak dany samochód znalazł się w środku dziczy?). Nasza długa podróż dobiegła końca (normalnie napisałbym "późno w nocy" ale jako że nie ma nocy to...) gdzieś koło północy i zmęczeni zajechaliśmy na nasz RV parking w Denali Park. Jest to małe miasteczko przy głównej drodze z dużą ilością sklepików i restauracji, mamy też kilka miejsc noclegowych. Samochód zaparkowaliśmy w rzędzie na tyłach sklepików i koło restauracji na co bardzo się ucieszyłem i szybko poleciałem z Domi na świeżą rybę. Była wyśmienita, łosoś na drewnianej deseczce i pyszne lokalne piwo. Po jedzonku zrobiliśmy mały spacerek do mostu, gdzie jest miejsce w którym można popłynąć rzeką na pontonach. Na rano przewidziana była bardzo wczesna pobudka o 6 rano i każdy z nas choć niechętnie, ale poszedł spać. Wstawanie było ciężkie, ekwipunek i prowiant przygotowaliśmy wieczorem, więc wystarczyło się umyć i wyjść. Do pokonania było ponad mila, gdzie mieściło się Denali Visitor Center - tam mieliśmy czekać na autobus, który miał nas zabrać do mieszczącego się w głębi parku Denali Eielson Visitor Center. Przepisy w parku nie pozwalają na wjazd prywatnych samochodów (czasem pozwolenie dostają profesjonalni fotografowie), transport odbywa się przy pomocy starych szkolnych autobusów, które nie są specjalnie wygodne. Na miejscu podzielono nas na dwie grupy, jedna miała jechać dalej niż my do Wonder Lake. Zostaliśmy policzeni i załadowaliśmy się na pokład, miły kierowca raczył nas opowieściami o parku i zwierzętach. Droga początkowo była dobra, ale po kilku milach nawierzchnia zmieniła się na kamienistą i zaczęło trząść. Nastąpiło załamanie pogody i zaczął padać deszcz, który w połączeniu z pyłem na karoserii skutecznie brudził szyby. Widoczność zrobiła się kiepska. Czas podróży miał wynieść ponad 3 godziny z małymi przerwami w punktach postojowych na trasie. Przy każdym postoju myto nam szyby, które natychmiast po ruszeniu brudziły się ponownie. Na którejś mili kierowca zatrzymał autobus i kazał otworzyć okna, koło nas spacerował Grizzly! Misio nie zwracał specjalnie uwagi na nas, ale my na niego bardzo :), każdy chwycił za aparat i robił zdjęcia. W broszurach które wzięliśmy ze sobą mieliśmy dokładne instrukcje jak postępować w wypadku spotkania niedźwiedzia i wkuwaliśmy na pamięć podstawy - "nie uciekać", wydaje się to trudne, ale na szczęście nie trzeba było sprawdzać swoich zachowań w warunkach ekstremalnych. Droga zaczęła się stopniowo wznosić i zrobiła się bardzo kręta, mijające się autobusy musiały zwalniać lub zatrzymywać się. Widoki za oknem z początku były ładne - dużo drzew ładnie komponowało się w otoczeniu gór, ale potem teren zaczął się zmieniać na pozbawiony większej roślinności. Mijaliśmy doliny z rwącymi strumieniami i spienione rzeki. Wiele osób zachwalało tą drogę, ale ja czułem się mocno rozczarowany. Na trasie mieliśmy jeszcze kilka postojów, żeby pooglądać z bliska lisy - Caribou i Dali Sheep. Nie wiem czy to przypadek czy tak jest zawsze, ale spotkaliśmy jeszcze kilka niedźwiedzi, ale ani jednego wilka. Wijącymi się serpentynami dotarliśmy do celu, gdzie z wielką chęcią wypakowaliśmy się z autobusu. Weszliśmy na chwilkę do środka visitor center, żeby sprawdzić jakie mają opcje szlaków na hikking. Byliśmy na 1138 metrach nad poziomem morza, a na zewnątrz zrobiło się chłodno, dobrze że miałem dodatkowy polar i czapkę. Z tarasu obok centrum widać panoramę gór i wyrastającą nad nie McKinley zwaną przez miejscowych Denali (kilka razy w rozmowie z tubylcami jak wymienialiśmy nazwę McKinley nie wiedzieli albo udawali, że nie widzą co to jest reagowali dopiero na nazwę Deanli) Wyszliśmy na szlak w dół zbocza w kierunku koryta rzeki - teren był pagórkowaty i bez żadnej roślinności, ale widoki na otaczające nas ogromne góry rewelacyjne. Jedynym zwierzakiem jakiego spotkaliśmy na drodze była wiewiórka (Arctic ground squirrel), która bardziej przypominała pieska preriowego,gdy stawała na tylnych łapkach i obserwowała teren. Przesympatyczne, bardzo ciekawskie stworzonko i chętne do pozowania do zdjęć, ale nie pozwalało podejść za blisko. Szlak szybko się skończył i wróciliśmy na parking autobusów, gdzie zaczynał się drugi szlak - tym razem wysoko w górę. Tutaj dała o sobie znać słaba kondycja i bardzo ciężko się wchodziło, płuca nie dawały rady i musiałem się co chwila zatrzymywać (podobni jak na dużych wysokościach w Andach). Z naszej piątki tylko Radek i Maja mieli tego dnia dobry dzień i mocno wysforowali się do przodu, a nasza trójka została w połowie drogi na szczyt. Pojawiły się chmury, które schodziły coraz niżej i widoczność zrobiła się bardzo kiepska. Zeszliśmy do bazy i tam poczekaliśmy na naszych ambitnych wspinaczy. Pojawili się szybko i postanowiliśmy wracać, pogoda nas pokonała. Załadowaliśmy się w powrotny autobus i przez okna obserwowaliśmy ambitne grupy ludzi idące niedaleko głównej drogi. Na naszej drodze znowu pojawiły się Grizzly, ale tym razem więcej i zbiegały nawet na drogę i stawały koło autobusu. Zimno zaczęło dokuczać i każdy marzył o ciepłym napoju i dobrym jedzeniu. Jak na złość kilka mil przed wjazdem do parku pogoda gwałtownie się poprawiła i teraz mieliśmy piękne słońce, co uświadomiło mi jak dane miejsce może wyglądać ładniej i przyjemniej. Myślę że spędzilibyśmy w Eielson więcej czasu gdyby świeciło słońce i nie padał deszcz... Tym samy szlakiem co rano wróciliśmy do naszego RV, ja z Domi i Asią poszliśmy do knajpy na rybkę i piwko. Przy wejściu przywitały mnie trzy tak śliczne dziewczyny, że aż mnie zatkało (przez chwilę pomyślałem czy nie spytać czy są z Polski, ale nie były jak się potem okazało). Byliśmy na tyle zmęczeni, że dość szybko zasnęliśmy. Rano bez pośpiechu przygotowaliśmy się do drogi. Mieliśmy dobry czas i postanowiliśmy zmienić trochę nasze plany. Obliczyliśmy, że damy radę spokojnie dotrzeć do Fairbanks i ruszyliśmy na północ. Widoczki na drodze zrobiły się znowu przyjemne i zatrzymywaliśmy się na zdjęcia bardzo często. Minęliśmy Healy wspomniane wcześniej (film Into the Wild) i Nenana. Fairbanks czekało...
Alaska - Part 2

środa, lipca 30, 2008

Wyprawa na Alaskę - część 1

Pomysł na wyprawę na Alaskę powstawał w głowach moich przyjaciół już kilka miesięcy temu, przygotowania do wyprawy były prowadzone z dużą dokładnością i skrupulatnie dopasowywane do terminu 2 tygodni, jaki został na ten cel wyznaczony. Przeczytane książki, obejrzane filmy i wysłuchane opowieści pomogły zorientować się w nazwach, terenie i sposobie poruszania się po Alasce. Znajomi zarezerwowali przez internet (gdzie się dało) miejsca campingowe i transport lokalny. Ja dołączyłem do planu dość późno i już "na gotowe", przyznam, że pierwszy raz nie miałem wpływu na trasę i przygotowania :). Ale cieszyłem się, mogłem spokojnie zdać się na innych (to duży luksus, kiedy wszystkie poprzednie wyprawy sam przygotowywałem i robiłem). Kilka dni przed wylotem dostałem rozpiskę z proponowaną trasą i wstępnymi kosztami. Osoba trzymająca pieczę nad wszystkim powiadomiła nas o pierwszych kosztach, które trzeba było ponieść przed wylotem, czyli zapłacić za wynajęcie RV (samochód z nadbudówka do spania dla kilku osób, camper), sam wyłożył sporą kwotę i musiał zapłacić. W wyprawie miało uczestniczyć pięć osób i koszta były dzielone przez tą ilość uczestników. Wynajem 5 osobowego RV wyniósł na "głowę" około 400 usd, a to był dopiero początek wydatków. Z ludzi, z którymi sie wybierałem znałem tylko jedną osobę i lekko obawiałem się wyprawy z nieznanymi mi osobami. Termin przylotu ustalony był na 12 czerwca - każdy miał już kupione wcześniej bilety, ja jako jedyny miałem lot bezpośredni z San Francisco do Anchorage, a reszta leciała z przesiadkami z Chicago. "Mózg" wyprawy Radek poleciał z moją koleżanką Domi rano i z lotniska pojechał do wypożyczalni samochodów, pozostałe osoby miały zjawić się wieczorem, a ja najpóźniej koło północy. Przelot odbył się spokojnie z 20 minutowym spóźnieniem i na lotnisku czekały na mnie Maja i Asia z Chicago, ale że nigdy ich nie widziałem - musieliśmy się zdzwaniać. Całkiem łatwo się odnaleźliśmy - uroda słowiańska jest naprawdę charakterystyczna :). Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne i obawy co do współtowarzyszy wyprawy szybko prysnęły. Po kilku chwilach pod terminal podjechał Radek naszym RV i szybko zapakowaliśmy się na pokład naszego domku na dwa tygodnie. Dominika chwilowo odpadła pochłonięta odwiedzinami u swoich znajomych, miała pojawić się za dwa dni. Było już koło 1 w nocy, a na zewnątrz było bardzo jasno(!) - o tej porze na Alasce nie ma nocy, między północą a 3-4 rano na zewnątrz jest tak jak w lecie kolo 19-20 !. Reszta dnia to słońce, dochodziło do paradoksów kiedy o 23 trzeba było mieć okulary przeciwsłoneczne, bo słonko nas nie oszczędzało. Plan zakładał przejechanie kilkudziesięciu mil w stronę południa w kierunku miasta Seward. Po wyjechaniu z malutkiego Anchorage wjechaliśmy na bardzo widokową autostradę i widoki zaczęły bajkowe - moja dusza fotografa odezwała się natychmiast i musieliśmy robić postoje co kilka mil w celu obfotografowania tylu przepięknych krajobrazów. Ośnieżone góry w tle, jeziora i rzeki z wielkimi połaciami lasów tak charakterystycznych dla Alaski, wszystko to tworzyło czasem nierealne widoki, które widywałem na pocztówkach lub w kalendarzach. Już wiedziałem, że nie będę żałował tej wyprawy. Po niecałej godzinie wspólnie stwierdziliśmy, że czas się zatrzymać na nocleg i wypatrywaliśmy jakiegoś ładnego parkingu przy drodze. Wtem na drogę wybiegł wielki łoś (Moose), powszechnie znany symbol Alaski, musieliśmy gwałtownie zahamować, bo łoś niedbale się kołysząc biegł po drodze Widziałem na zdjęciach te zwierzaki, ale nie wiedziałem, że są tak wielkie, pierwsza myśl to "mutant". Wybraliśmy malutki parking przy rzece i zatrzymaliśmy się w zatoczce. Emocje po przylocie jeszzce nie zeszły i nikomu nie chciało się spać, zaczęliśmy rozpracowywać wnętrze RV i uczyć się jak rozkładać łóżka i stoły. Dziewczyny przywiozły z Chicago polskie produkty na co bardzo się ucieszyłem, jak dawno nie jadłem polskich kabanosów i kiełbasy :). Szybko zapełniliśmy lodówkę do pełna (ja nic nie miałem). Chwilę trwało ustalanie kto gdzie będzie spał i wszyscy zadowoleni w końcu zasnęli, a za oknem jasno. Rano (dziwnie się czuje człowiek jak nie ma nocy, mówienie "hej spotkajmy się rano lub wieczorem" brzmi zabawnie, kto ma określić kiedy jest wieczór jak jest non-stop jasno hehe) Wstaliśmy lekko niedospani, był piątek i w południe musielismy być w rejonie miasta Seward. Prawo stanowe nie pozwala za bardzo rozpędzać się samochodom naszej klasy i trzeba było jechać 55 mil na godzinę w porywach do 65. Manewrowanie takim wielkim RV nie wymaga jakiś specjalnych umiejętności ale głównie "wyobraźni przestrzennej". Pierwszym celem na liście był Exit Glacier (koniec lodowca), trochę myląca nazwa jak na park i przez długi czas dziwiłem się dlaczego mamy jechać do "wyjścia" :). Drogi na Alasce są bardzo dobre i jest ich ... mało, nie warto zabierać GPS do samochodu (można do hikkingu podręczny GPS), trudno się tu zgubić. Dojechaliśmy Seward highway do skrzyżowania z Exit Glacier Road i po kilku milach dotarliśmy do wejścia (hihi "wyjścia") do parku. Zostawiliśmy nasz samochód na parkingu i ruszyliśmy do Visitors Center po mapkę i informację, którą trasę wybrać. Dowiedzieliśmy się, że ostatnio zeszła lawina i trochę uszkodziła drogę, ale do pewnego momentu można spokojnie dojść. Zwykle nie chodzę na hikking i słabo z moją kondycją po kilku miesiącach bez sportu dlatego miałem obawy co do swojej wytrzymałości. Każdy przygotował plecak z piciem, prowiantem i sprzętem fotograficznym. Do wyboru były chyba trzy trasy, a my wybraliśmy najtrudniejszą z opcją stromego podchodzenia w rejon lodowca. Widoczki były przyjemne, ale jeszcze nie takie jakich oczekiwałem. Dotarliśmy do rozwidlenia dróg gdzie zaczynał się trudny szlak. Dość szybko zaczęło robić się stromo, a grunt na ścieżce zamieniał się w błoto. Po kilkunastu minutach wchodzenia dotarliśmy do punktu widokowego, z którego mieliśmy super widok na całą okolice i na koniec "języka" lodowca ! Przez dł€ższą chwilę nasze aparaty popracowały dzielnie i ruszyliśmy dalej. Nawet specjalnie się nie zmęczyłem, gdy musieliśmy zatrzymać się na pierwszej przeszkodzie, w miejscu gdzie była ścieżka był ... mały wodospadzik z masą kamieni. Pierwszy odruch to wracać, ale kolega z dobrym obuwiem postanowił sprawdzić swoje zdolności alpinistyczne i jakoś pokonał tą przeszkodę, zdopingowani poszliśmy jego śladem mocząc całkowicie buty. Podobnych niedogodności terenowych napotkaliśmy jeszcze kilka i zaczęliśmy obawiać się czy jesteśmy jedynymi którzy tu weszli. Na szczęście z góry zeszła grupa turystów, która ostrzegła nas, że bez raków nie ma co dalej iść. Nawet usatysfakcjonowani zeszliśmy do rozwidlenia dróg i udaliśmy się w stronę "jęzora" lodowca. To łatwa trasa, co potwierdzały mijane grupy turystów. Masy lodu pojawiły się dość szybko, a ja poczułem się malutki przy wielkiej ścianie lodowca. Wcześniej z góry widziałem niebieski odcień na białym lodzie i pomyślałem, że to jakieś złudzenie optyczne, ale teraz z bliska widziałem w szczelinach piękny kolor niebieski, który mienił się w słońcu - dzieje się tak dlatego, że lód zgodnie ze swoją optyczną naturą, jest zawsze niebieski. Niektóre czynniki mogą jednak przeszkadzać nam w dostrzeżeniu prawdziwego jego koloru, np. powierzchniowa tekstura lodu, czy też liczne pęcherzyki powietrza w nim zawarte. Pęcherzyki powietrza w lodzie redukują intensywność światła odbitego, rozpraszając światło padające na nie, co powoduje, że postrzegamy je jako białe. To jest wyjaśnienie, dlaczego lód z wieloma pęcherzykami powietrza jest białawy, natomiast lód "idealny" jest niebieski. Lodowiec od tej strony odgrodzony był barierką i nie można było podejść żeby go dotknąć - pozostała nam mała sesja zdjęciowa i ruszyliśmy korytem wyżłobionym przez stopniały lodowiec. Strumyki starały się nam utrudnić marsz, ale nie daliśmy za wygraną, kosztem naszych butów (znowu) i zaszliśmy lodowiec od innej strony, gdzie próbowaliśmy się wspinać. Niestety bez raków na buty nie było szans, a moje próby wdrapania skończyły się szybko i przez kilka minut miałem mocno odmrożone dłonie. Godzina robiła się późna, a rano mieliśmy wcześnie wstać, więc wróciliśmy do naszego RV i pojechaliśmy na zarezerwowany camping. Tutaj pierwszy raz wykorzystaliśmy w praktyce nasze umiejętności obsługi tego typu samochodu, co poszło bardzo sprawnie, podłączenie prądu, anteny tv (tak mieliśmy w środku LCD TV z DVD !) i wody oraz ścieków (RV posiada WC, prysznic i umywalkę). Rano zebraliśmy się dość sprawnie pomimo małej przestrzeni, postanowiliśmy używać pryszniców i toalet na campingach, żeby nie zanieczyszczać toalety w samochodzie (a tak naprawdę to chyba dla wygody). W samochodzie było wszystko czego potrzebowalismy - od ręczników po talerze i sztućce, a kończąc na kuchence mikrofalowej. Do miasta Seward dotarliśmy na czas i stawiliśmy się koło 8 rano w porcie przy wejściu na statek. Następny cel wyprawy to Kenai Fjords National Park, który mieliśmy zobaczyć z pokładu statku turystycznego w opcji 6 godzinnej za "jedyne" 140 dolarów. Jako że nie byliśmy pierwsi to wybór miejsc był mocno ograniczony, ale znaleźliśmy 4 osobowy stolik przy oknie. Spodziewając się zimnego wiatru na morzu ubrałem się we wszystkie ciepłe ubranka jakie miałem, zabrałem też czapkę, co jak się okazało nie wystarczyło. Po zaokrętowaniu wszystkich ludzi nasz katamaran ruszył do wyjścia z portu. Mijaliśmy port rybacki i malutkie miasto Seward nazwane tak na cześć sekretarz stanu Williama Sewarda, który w 1867 roku odkupił od Rosji Alaskę. Wszyscy wyszli na pokład żeby podziwiać uroki fiordów i od razu poczułem na sobie arktyczny lodowaty wiatr, moje 2 polary i specjalne koszulki nie wytrzymały naporu zimna, zmarzłem natychmiast. Postanowiłem ignorować zimno jak długo się da i biegałem z rufy na dziób z aparatem i chwytałem każdą ciekawą chwilę i widok w kadrze. Przy wyjściu powitały nas wydry, które olewczo przepływały koło naszej dryfującej łajby, to zabawne zwierzaki, które cały czas pływają na plecach, a złowione kraby rozbijają im się na "klacie". Po minięciu zrelaksowanych wydr nasz statek ruszył wzdłuż Resurrection Bay w stronę zatoki Alaskańskiej. Podziwialiśmy tam tak piękne widoki, że nie potrafię w słowach oddać uroku miejsc. Wysokie, porośnięte drzewami zbocza gór schodzących stromo do wody, małe zielone wysepki zatoczki z jaskiniami i dziką roślinnością, a każde inne i ładniejsze od poprzedniego. Na skałach fiordów wylegiwały się foki i lwy morskie (dla mieszkańca Kalifornii to żadna atrakcja, wystarczy pospędzać kilka weekendów w Monterey i foki opatrzą się jak gołębie). Do gustu szczególnie przypadł mi ptaszek zwany Puffin, przypominał trochę mewę zmieszaną z kolorową papugą :), małe, ale pocieszne. Pomimo dotkliwego zimna nie chciałem schować się do kabiny, widoki były jedyne w swoim rodzaju, a ja nie chciałem przegapić ani chwili. Dotarliśmy w pewnym momencie do miejsca, gdzie natkaliśmy się na stado Orek , które nie bojąc się nas podpłynęły prawie że do burty i zaczęły wyskakiwać jak w parku wodnym ! Tego się nie spodziewałem i byłem już mocno podekscytowany, bo nigdy jeszcze nie udało mi się zobaczyć tych ssaków na żywo. Show zrobiły jak na zamówienie aż nasz kapitan był mocno zdziwiony i postanowił przedłużyć rejs. Trwało to może z pół godziny i orki odpłynęły, a my ruszyliśmy w stronę lodowca. Kluczyliśmy między małymi skalnymi wysepkami, gdy obok nas wyskoczył Humbak ! To już było za dużo szczęścia :). Po chwili pojawiło się jeszcze kilka wielorybów, ale już nie zrobiły takiego przedstawienia jak orki (może bały się że te ostanie je zjedzą). Na skałach wypatrzyliśmy czarnego misia, który przyglądał się nam zaciekawiony, a obok na gałęzi siedział dostojnie wielki orzeł. Po tych atrakcjach potrzebowalismy mocnego akcentu na zakończenie i podpłynęliśmy pod sam lodowiec, manewrowaliśmy bardzo blisko odrywających się i spadających do wody kawałków lodu. Pękający lód wydaje dźwięk podobny do wystrzały z małokalibrowej armaty. Tutaj znowu lodowiec pokolorowany był na morski niebieski. Na koniec przebiliśmy się przez krę i ruszyliśmy w drogę powrotną, w oddali widać było pas ośnieżonych szczytów, który zachwycił mnie osobę nie przepadającą za górami. Jednym słowem byłem mocno oczarowany i myślę, że długo jeszcze zostanę pod urokiem Kenai Fjords. Po zejściu na ląd pozostało nam jeszcze sporo czasu i wybraliśmy się na spacer po Seward. Jest to bardzo malutkie miasteczko, gdzie życie skupia się w porcie i w centrum, które składa się z jednej ulicy i starych drewnianych domków. Ma to swój niezaprzeczalny urok i ciesze się że typowa dla Ameryki komercja nie zajrzała tutaj. Na nabrzeżu znalazłem pomnik upamiętniający gorączkę złota i zerową milę gdzie startowały psie zaprzęgi. Zjedliśmy (trochę drogi) obiad, ja oczywiście na wyjazd nastawiłem się tylko na rybki a w szczególności na słynnego alaskańskiego łososia, był pyszny. Wracając do samochodu ktoś wynalazł gdzieś w pobliżu trasę hikkingową i nie marnując czasu ruszyliśmy w las. Droga prowadziła wzdłuż strumienia i była bardzo trudna. Stąpaliśmy po kamieniach i przeskakiwaliśmy nurt żeby dotrzeć do miejsca gdzie droga została zawalona przez skały, trzeba było wracać. Pozostało na teraz wracać w stronę Anchorage i odebrać po drodze Dominikę. Spotkaliśmy się w umówionym miejscu i zabraliśmy piątego pasażera na pokład. Zrobiło się ciasnawo :). Następny cel to Denali.
Alaska - Part 1