środa, lipca 30, 2008

Wyprawa na Alaskę - część 1

Pomysł na wyprawę na Alaskę powstawał w głowach moich przyjaciół już kilka miesięcy temu, przygotowania do wyprawy były prowadzone z dużą dokładnością i skrupulatnie dopasowywane do terminu 2 tygodni, jaki został na ten cel wyznaczony. Przeczytane książki, obejrzane filmy i wysłuchane opowieści pomogły zorientować się w nazwach, terenie i sposobie poruszania się po Alasce. Znajomi zarezerwowali przez internet (gdzie się dało) miejsca campingowe i transport lokalny. Ja dołączyłem do planu dość późno i już "na gotowe", przyznam, że pierwszy raz nie miałem wpływu na trasę i przygotowania :). Ale cieszyłem się, mogłem spokojnie zdać się na innych (to duży luksus, kiedy wszystkie poprzednie wyprawy sam przygotowywałem i robiłem). Kilka dni przed wylotem dostałem rozpiskę z proponowaną trasą i wstępnymi kosztami. Osoba trzymająca pieczę nad wszystkim powiadomiła nas o pierwszych kosztach, które trzeba było ponieść przed wylotem, czyli zapłacić za wynajęcie RV (samochód z nadbudówka do spania dla kilku osób, camper), sam wyłożył sporą kwotę i musiał zapłacić. W wyprawie miało uczestniczyć pięć osób i koszta były dzielone przez tą ilość uczestników. Wynajem 5 osobowego RV wyniósł na "głowę" około 400 usd, a to był dopiero początek wydatków. Z ludzi, z którymi sie wybierałem znałem tylko jedną osobę i lekko obawiałem się wyprawy z nieznanymi mi osobami. Termin przylotu ustalony był na 12 czerwca - każdy miał już kupione wcześniej bilety, ja jako jedyny miałem lot bezpośredni z San Francisco do Anchorage, a reszta leciała z przesiadkami z Chicago. "Mózg" wyprawy Radek poleciał z moją koleżanką Domi rano i z lotniska pojechał do wypożyczalni samochodów, pozostałe osoby miały zjawić się wieczorem, a ja najpóźniej koło północy. Przelot odbył się spokojnie z 20 minutowym spóźnieniem i na lotnisku czekały na mnie Maja i Asia z Chicago, ale że nigdy ich nie widziałem - musieliśmy się zdzwaniać. Całkiem łatwo się odnaleźliśmy - uroda słowiańska jest naprawdę charakterystyczna :). Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne i obawy co do współtowarzyszy wyprawy szybko prysnęły. Po kilku chwilach pod terminal podjechał Radek naszym RV i szybko zapakowaliśmy się na pokład naszego domku na dwa tygodnie. Dominika chwilowo odpadła pochłonięta odwiedzinami u swoich znajomych, miała pojawić się za dwa dni. Było już koło 1 w nocy, a na zewnątrz było bardzo jasno(!) - o tej porze na Alasce nie ma nocy, między północą a 3-4 rano na zewnątrz jest tak jak w lecie kolo 19-20 !. Reszta dnia to słońce, dochodziło do paradoksów kiedy o 23 trzeba było mieć okulary przeciwsłoneczne, bo słonko nas nie oszczędzało. Plan zakładał przejechanie kilkudziesięciu mil w stronę południa w kierunku miasta Seward. Po wyjechaniu z malutkiego Anchorage wjechaliśmy na bardzo widokową autostradę i widoki zaczęły bajkowe - moja dusza fotografa odezwała się natychmiast i musieliśmy robić postoje co kilka mil w celu obfotografowania tylu przepięknych krajobrazów. Ośnieżone góry w tle, jeziora i rzeki z wielkimi połaciami lasów tak charakterystycznych dla Alaski, wszystko to tworzyło czasem nierealne widoki, które widywałem na pocztówkach lub w kalendarzach. Już wiedziałem, że nie będę żałował tej wyprawy. Po niecałej godzinie wspólnie stwierdziliśmy, że czas się zatrzymać na nocleg i wypatrywaliśmy jakiegoś ładnego parkingu przy drodze. Wtem na drogę wybiegł wielki łoś (Moose), powszechnie znany symbol Alaski, musieliśmy gwałtownie zahamować, bo łoś niedbale się kołysząc biegł po drodze Widziałem na zdjęciach te zwierzaki, ale nie wiedziałem, że są tak wielkie, pierwsza myśl to "mutant". Wybraliśmy malutki parking przy rzece i zatrzymaliśmy się w zatoczce. Emocje po przylocie jeszzce nie zeszły i nikomu nie chciało się spać, zaczęliśmy rozpracowywać wnętrze RV i uczyć się jak rozkładać łóżka i stoły. Dziewczyny przywiozły z Chicago polskie produkty na co bardzo się ucieszyłem, jak dawno nie jadłem polskich kabanosów i kiełbasy :). Szybko zapełniliśmy lodówkę do pełna (ja nic nie miałem). Chwilę trwało ustalanie kto gdzie będzie spał i wszyscy zadowoleni w końcu zasnęli, a za oknem jasno. Rano (dziwnie się czuje człowiek jak nie ma nocy, mówienie "hej spotkajmy się rano lub wieczorem" brzmi zabawnie, kto ma określić kiedy jest wieczór jak jest non-stop jasno hehe) Wstaliśmy lekko niedospani, był piątek i w południe musielismy być w rejonie miasta Seward. Prawo stanowe nie pozwala za bardzo rozpędzać się samochodom naszej klasy i trzeba było jechać 55 mil na godzinę w porywach do 65. Manewrowanie takim wielkim RV nie wymaga jakiś specjalnych umiejętności ale głównie "wyobraźni przestrzennej". Pierwszym celem na liście był Exit Glacier (koniec lodowca), trochę myląca nazwa jak na park i przez długi czas dziwiłem się dlaczego mamy jechać do "wyjścia" :). Drogi na Alasce są bardzo dobre i jest ich ... mało, nie warto zabierać GPS do samochodu (można do hikkingu podręczny GPS), trudno się tu zgubić. Dojechaliśmy Seward highway do skrzyżowania z Exit Glacier Road i po kilku milach dotarliśmy do wejścia (hihi "wyjścia") do parku. Zostawiliśmy nasz samochód na parkingu i ruszyliśmy do Visitors Center po mapkę i informację, którą trasę wybrać. Dowiedzieliśmy się, że ostatnio zeszła lawina i trochę uszkodziła drogę, ale do pewnego momentu można spokojnie dojść. Zwykle nie chodzę na hikking i słabo z moją kondycją po kilku miesiącach bez sportu dlatego miałem obawy co do swojej wytrzymałości. Każdy przygotował plecak z piciem, prowiantem i sprzętem fotograficznym. Do wyboru były chyba trzy trasy, a my wybraliśmy najtrudniejszą z opcją stromego podchodzenia w rejon lodowca. Widoczki były przyjemne, ale jeszcze nie takie jakich oczekiwałem. Dotarliśmy do rozwidlenia dróg gdzie zaczynał się trudny szlak. Dość szybko zaczęło robić się stromo, a grunt na ścieżce zamieniał się w błoto. Po kilkunastu minutach wchodzenia dotarliśmy do punktu widokowego, z którego mieliśmy super widok na całą okolice i na koniec "języka" lodowca ! Przez dł€ższą chwilę nasze aparaty popracowały dzielnie i ruszyliśmy dalej. Nawet specjalnie się nie zmęczyłem, gdy musieliśmy zatrzymać się na pierwszej przeszkodzie, w miejscu gdzie była ścieżka był ... mały wodospadzik z masą kamieni. Pierwszy odruch to wracać, ale kolega z dobrym obuwiem postanowił sprawdzić swoje zdolności alpinistyczne i jakoś pokonał tą przeszkodę, zdopingowani poszliśmy jego śladem mocząc całkowicie buty. Podobnych niedogodności terenowych napotkaliśmy jeszcze kilka i zaczęliśmy obawiać się czy jesteśmy jedynymi którzy tu weszli. Na szczęście z góry zeszła grupa turystów, która ostrzegła nas, że bez raków nie ma co dalej iść. Nawet usatysfakcjonowani zeszliśmy do rozwidlenia dróg i udaliśmy się w stronę "jęzora" lodowca. To łatwa trasa, co potwierdzały mijane grupy turystów. Masy lodu pojawiły się dość szybko, a ja poczułem się malutki przy wielkiej ścianie lodowca. Wcześniej z góry widziałem niebieski odcień na białym lodzie i pomyślałem, że to jakieś złudzenie optyczne, ale teraz z bliska widziałem w szczelinach piękny kolor niebieski, który mienił się w słońcu - dzieje się tak dlatego, że lód zgodnie ze swoją optyczną naturą, jest zawsze niebieski. Niektóre czynniki mogą jednak przeszkadzać nam w dostrzeżeniu prawdziwego jego koloru, np. powierzchniowa tekstura lodu, czy też liczne pęcherzyki powietrza w nim zawarte. Pęcherzyki powietrza w lodzie redukują intensywność światła odbitego, rozpraszając światło padające na nie, co powoduje, że postrzegamy je jako białe. To jest wyjaśnienie, dlaczego lód z wieloma pęcherzykami powietrza jest białawy, natomiast lód "idealny" jest niebieski. Lodowiec od tej strony odgrodzony był barierką i nie można było podejść żeby go dotknąć - pozostała nam mała sesja zdjęciowa i ruszyliśmy korytem wyżłobionym przez stopniały lodowiec. Strumyki starały się nam utrudnić marsz, ale nie daliśmy za wygraną, kosztem naszych butów (znowu) i zaszliśmy lodowiec od innej strony, gdzie próbowaliśmy się wspinać. Niestety bez raków na buty nie było szans, a moje próby wdrapania skończyły się szybko i przez kilka minut miałem mocno odmrożone dłonie. Godzina robiła się późna, a rano mieliśmy wcześnie wstać, więc wróciliśmy do naszego RV i pojechaliśmy na zarezerwowany camping. Tutaj pierwszy raz wykorzystaliśmy w praktyce nasze umiejętności obsługi tego typu samochodu, co poszło bardzo sprawnie, podłączenie prądu, anteny tv (tak mieliśmy w środku LCD TV z DVD !) i wody oraz ścieków (RV posiada WC, prysznic i umywalkę). Rano zebraliśmy się dość sprawnie pomimo małej przestrzeni, postanowiliśmy używać pryszniców i toalet na campingach, żeby nie zanieczyszczać toalety w samochodzie (a tak naprawdę to chyba dla wygody). W samochodzie było wszystko czego potrzebowalismy - od ręczników po talerze i sztućce, a kończąc na kuchence mikrofalowej. Do miasta Seward dotarliśmy na czas i stawiliśmy się koło 8 rano w porcie przy wejściu na statek. Następny cel wyprawy to Kenai Fjords National Park, który mieliśmy zobaczyć z pokładu statku turystycznego w opcji 6 godzinnej za "jedyne" 140 dolarów. Jako że nie byliśmy pierwsi to wybór miejsc był mocno ograniczony, ale znaleźliśmy 4 osobowy stolik przy oknie. Spodziewając się zimnego wiatru na morzu ubrałem się we wszystkie ciepłe ubranka jakie miałem, zabrałem też czapkę, co jak się okazało nie wystarczyło. Po zaokrętowaniu wszystkich ludzi nasz katamaran ruszył do wyjścia z portu. Mijaliśmy port rybacki i malutkie miasto Seward nazwane tak na cześć sekretarz stanu Williama Sewarda, który w 1867 roku odkupił od Rosji Alaskę. Wszyscy wyszli na pokład żeby podziwiać uroki fiordów i od razu poczułem na sobie arktyczny lodowaty wiatr, moje 2 polary i specjalne koszulki nie wytrzymały naporu zimna, zmarzłem natychmiast. Postanowiłem ignorować zimno jak długo się da i biegałem z rufy na dziób z aparatem i chwytałem każdą ciekawą chwilę i widok w kadrze. Przy wyjściu powitały nas wydry, które olewczo przepływały koło naszej dryfującej łajby, to zabawne zwierzaki, które cały czas pływają na plecach, a złowione kraby rozbijają im się na "klacie". Po minięciu zrelaksowanych wydr nasz statek ruszył wzdłuż Resurrection Bay w stronę zatoki Alaskańskiej. Podziwialiśmy tam tak piękne widoki, że nie potrafię w słowach oddać uroku miejsc. Wysokie, porośnięte drzewami zbocza gór schodzących stromo do wody, małe zielone wysepki zatoczki z jaskiniami i dziką roślinnością, a każde inne i ładniejsze od poprzedniego. Na skałach fiordów wylegiwały się foki i lwy morskie (dla mieszkańca Kalifornii to żadna atrakcja, wystarczy pospędzać kilka weekendów w Monterey i foki opatrzą się jak gołębie). Do gustu szczególnie przypadł mi ptaszek zwany Puffin, przypominał trochę mewę zmieszaną z kolorową papugą :), małe, ale pocieszne. Pomimo dotkliwego zimna nie chciałem schować się do kabiny, widoki były jedyne w swoim rodzaju, a ja nie chciałem przegapić ani chwili. Dotarliśmy w pewnym momencie do miejsca, gdzie natkaliśmy się na stado Orek , które nie bojąc się nas podpłynęły prawie że do burty i zaczęły wyskakiwać jak w parku wodnym ! Tego się nie spodziewałem i byłem już mocno podekscytowany, bo nigdy jeszcze nie udało mi się zobaczyć tych ssaków na żywo. Show zrobiły jak na zamówienie aż nasz kapitan był mocno zdziwiony i postanowił przedłużyć rejs. Trwało to może z pół godziny i orki odpłynęły, a my ruszyliśmy w stronę lodowca. Kluczyliśmy między małymi skalnymi wysepkami, gdy obok nas wyskoczył Humbak ! To już było za dużo szczęścia :). Po chwili pojawiło się jeszcze kilka wielorybów, ale już nie zrobiły takiego przedstawienia jak orki (może bały się że te ostanie je zjedzą). Na skałach wypatrzyliśmy czarnego misia, który przyglądał się nam zaciekawiony, a obok na gałęzi siedział dostojnie wielki orzeł. Po tych atrakcjach potrzebowalismy mocnego akcentu na zakończenie i podpłynęliśmy pod sam lodowiec, manewrowaliśmy bardzo blisko odrywających się i spadających do wody kawałków lodu. Pękający lód wydaje dźwięk podobny do wystrzały z małokalibrowej armaty. Tutaj znowu lodowiec pokolorowany był na morski niebieski. Na koniec przebiliśmy się przez krę i ruszyliśmy w drogę powrotną, w oddali widać było pas ośnieżonych szczytów, który zachwycił mnie osobę nie przepadającą za górami. Jednym słowem byłem mocno oczarowany i myślę, że długo jeszcze zostanę pod urokiem Kenai Fjords. Po zejściu na ląd pozostało nam jeszcze sporo czasu i wybraliśmy się na spacer po Seward. Jest to bardzo malutkie miasteczko, gdzie życie skupia się w porcie i w centrum, które składa się z jednej ulicy i starych drewnianych domków. Ma to swój niezaprzeczalny urok i ciesze się że typowa dla Ameryki komercja nie zajrzała tutaj. Na nabrzeżu znalazłem pomnik upamiętniający gorączkę złota i zerową milę gdzie startowały psie zaprzęgi. Zjedliśmy (trochę drogi) obiad, ja oczywiście na wyjazd nastawiłem się tylko na rybki a w szczególności na słynnego alaskańskiego łososia, był pyszny. Wracając do samochodu ktoś wynalazł gdzieś w pobliżu trasę hikkingową i nie marnując czasu ruszyliśmy w las. Droga prowadziła wzdłuż strumienia i była bardzo trudna. Stąpaliśmy po kamieniach i przeskakiwaliśmy nurt żeby dotrzeć do miejsca gdzie droga została zawalona przez skały, trzeba było wracać. Pozostało na teraz wracać w stronę Anchorage i odebrać po drodze Dominikę. Spotkaliśmy się w umówionym miejscu i zabraliśmy piątego pasażera na pokład. Zrobiło się ciasnawo :). Następny cel to Denali.
Alaska - Part 1

Barbary Coast Trail czyli San Francisco w 1 dzień



The Barbary Coast Trail jest niemal czteromilową trasą przechodzącą przez historyczną część San Francisco. Szlak wyznaczają strzałki oraz medaliony z brązu wmurowane w chodniki, prowadzące do 20 najważniejszych miejsc w mieście, sześciu muzeów, trzech najstarszych skwerów i zabytkowych dzielnic. Trasa, stworzona przez San Francisco Historical Society, ukazuje historię miasta na przestrzeni wieków. Za ich sprawą powracają do życia hiszpańscy odkrywcy, uczestnicy „gorączki złota" i ocaleni z trzęsienia ziemi w 1906 roku. Opcją na trasie jest możliwość zboczenia z głównego szlaku do zapierającego dech w piersiach punktu widokowego z wieży na Telegraph Hill. Można też zatoczyć koło przez 6 przecznic na Nob Hill i w 4 miniparkach wzdłuż drogi podziwiać piękne widoki. Relaks gwarantowany!
Szlak zaczyna się w downtown (centrum) od budynku Old Mint (stara mennica). Potem prowadzi do najstarszego Chinatown w Ameryce Północnej, przechodząc przez Portsmouth Square, miejsce narodzin „gorączki złota", wokół Jackson Square Historic District, aż do North Beach i jego włoskich kawiarni. Docierając do Fishermans Wharf i w końcu do historycznych statków koło Aquatic Park. Dwa końce szlaku połączone są słynną linią tramwajową na trasie Powell – Hyde.
Zwiedzanie zaczynamy od [1] starej mennicy (Old U.S. Mint), na rogu fifth street i Mission. Zbudowany w 1874 r. budynek jest najstarszą budowlą w downtown (w USA mianem downtown określamy centrum miasta). Mennica jest z zewnątrz w dobrym stanie i przypomina grecką budowlę. Wewnątrz wygląda jak zapuszczona rudera i nie można w niej nic zwiedzić. Przy schodach wejściowych znajdujemy pierwszy znacznik (medalion) w chodniku oraz tablica informacyjna. Strzałka kieruje nas do następnego miejsca [2] Hallidie Plaza, placu na bardzo ruchliwym skrzyżowaniu ulicy Powell i Market. Plac nazwano na część Andrew Hallidie, który w 1873 roku wdrożył pierwszy na świecie system słynnej kolejki linowej (cable car). W tym miejscu zawsze panuje ruch. Znajduje się tutaj wejście do stacji BART-a i metra (jest tam dobrze zaopatrzone w darmowe mapki centrum informacji turystycznej). Jeśli ktoś zobaczy długą kolejkę ludzi, to oznacza że jest się przy "pętli" cable car :). Stoi tam budka, gdzie można kupić bilety komunikacji miejskiej. Obok widzimy Flood Building, zbudowany w 1904 roku 12 piętrowy (trójkątny) budynek – na początku XX wieku uznawany za największy biurowiec na Zachodnim Wybrzeżu. Na dole mieści się duży sklep GAP-a. Biegnąca obok Market street to najbardziej znana ulica w San Francisco. Na odcinku od tego miejsca do budynku odprawy promowej na Embarcadero mają tu swoje siedziby banki, outlety z ubraniami, duże sklepy i centra finansowe. Jest to ładniejsza część ulicy Market. Jak to bywa w centralnym miejscu miasta, gromadzi się tutaj sporo bezdomnych i różnego typu oszołomów (ludzie nienawykli do takich widoków będą trochę zszokowani). Tutaj zaczyna się dzielnica Tenderloin (m.in. ulice Turk, Eddy, O'Farell i kilka innych) – zamieszkała głównie przez ciemnoskórych. Jest to najgorsza część miasta (przynajmniej dla mnie). Na chodnikach można zobaczyć leżących pijaków lub narkomanów. Sklepy i budynki nie wyglądają za ciekawie :). Powszechne są zaczepki przez Murzynów. Częsty widok to awantury, jakieś bijatyki i policjanci biegający z bronią. Ma to oczywiście swój klimat :). Jeśli turysta chce zachować miły obraz miasta, to niech lepiej ominie te rejony. Wracajmy do naszej trasy :). Przedzieramy się na północ wiecznie zatłoczoną ulicą Powell, idziemy równolegle do trasy cable car i docieramy do [3] Union Square. J.W. GearyWestin pierwszy amerykański mer miasta wyznaczył ten plac na publiczny skwer w 1850 roku i… tak pozostało do dzisiaj. Jest to bardzo miłe miejsce, by odpocząć na chwilę, napić się kawy czy umówić na spotkanie (coś w stylu punktu spotkań przed warszawską Rotundą:) – znajduje się w centrum, każdy tu trafi, trudno się zgubić). Pośrodku placu wyrasta wysoki pomnik upamiętniający Admirała Dewey, który wygrał bitwę w wojnie hiszpańsko-amerykańskiej w 1898 roku. Na placyku pod pomnikiem wystawiane są galeryjki ze sztuką, głównie z obrazami. Na małej scenie odbywają się kameralne koncerty. Masy ludzi przesiadują na murkach i trawnikach. Przy planu od strony południowej mieści się słynny sklep Macy's, a od zachodniej duży hotel– gdzie można przeszkloną windą wjechać na ostatnie piętro i podziwiać panoramę okolicy (nieoficjalnie, udając gościa hotelowego :)). Po wschodniej stronie, pośrodku między dwoma budynkami, znajduje się słynna Maiden Lane. Jest to bardzo wąska uliczka, którą łatwo można przeoczyć. W przeszłości było to miejsce rozpusty z domami publicznymi i spelunkami, najniebezpieczniejsza ulica miasta. Obecnie to miejsce z dużą ilością galerii, sklepów i kawiarenek, w których można się schować przed gwarem miejskim. Trzymając się szlaku (znaczników na chodniku), skręcamy w ulicę Grant, która widzie nas prosto pod bramę w kształcie chińskiej pagody z zielonym daszkiem. Wkraczamy do Chinatown – wąskie ulice, wiecznie zatłoczone, ze sklepikami nastawionymi na turystów. Można tu kupić prawie wszystko. Turyści chętnie zaopatrują się tu w pamiątki z San Francisco i odwiedzają herbaciarnie. Stojący na ulicy Chińczycy zapraszają do swoich restauracji. Kolorowe neony, flagi i architektura pozwalają poczuć się jak w Państwie Środka. Idąc dalej ulicą Grant docieramy do [4] Katedry Św. Marii (Old St. Mary's Cathedral). Jest to jedna z najstarszych katolickich katedr. Można ją zwiedzić w środku. Wracamy na szlak i po kilku metrach skręcamy w ulicę Sacramento i prawie natychmiast w prawo w [5] Waverly Place. W tym miejscu zaczyna się naprawdę ładne Chinatown. Ten krótki odcinek nazywany jest Ulicą Malowanych Balkonów, jest to bardzo widokowe miejsce. Kolorowe dachy, fasady domów i balkoniki nadają temu zakątkowi niepowtarzalny klimat. Czuję się jak w Kantonie w latach 20. :). Wychodząc z tej bajkowej uliczki skręcamy w lewo i od razu w prawo w Ross Alley – bardzo wąską alejkę zwaną w XIX wieku ulicą hazardu. Znani z zamiłowania do gier Chińczycy urządzili sobie tutaj małe Las Vegas :). Obecnie nie ma tu śladu po okresie świetności, zwykła szara alejka, ale z klimacikiem slamsów. Wracamy z powrotem na szlak, robiąc małe koło, i mijamy [6] Bank of Canton, trzypoziomowa pagoda wkomponowana w duże budynki. Chwilka dla fotografa i… idziemy dalej. Po kilku krokach wchodzimy na [7] Portsmouth Square – miejsce narodzin „gorączki złota". 12 Maja 1848 roku Sam Brannan szedł przez plac i wymachując butelką pełną drobinek złota, darł się wniebogłosy: "Złoto! Złoto! Złoto z amerykańskiej rzeki!". Od tej chwili miasto przeżyło najazd poszukiwaczy złota :). Plac ma sporo ciekawych historycznie miejsc. Monument upamiętniający pierwszą w Kalifornii szkołę publiczną, miejsce gdzie załopotała pierwszy raz w San Francisco amerykańska flaga w 1846 roku, figurka galeonu Hispaniola z powieści Roberta Stevensona "Wyspa skarbów" i obok wysoki szkaradny budynek. Na placu jest jak w ulu :), całe masy Chińczyków zbitych w grupki grają w swoje gry, strasznie się przy tym ekscytują i drą się niemiłosiernie :). Nie należy się tym przejmować, mimo że wygląda to jak nielegalny hazard (czym zapewne jest). Wychodzimy z placu i szukamy znaczników na chodniku, tutaj można się pogubić. Zaczyna się [8] Commercial Street, przy której można zwiedzić Pacific Heritage Museum, Chinese Historical Society of America Museum i Imperial Palace. Jesteśmy w dzielnicy finansowej i specjalnych atrakcji już tutaj nie ma, same wieżowce i banki. Dochodzimy do [9] Montgomery Street, gdzie zwiedzamy Wells Fargo History Museum, Bank, który otworzył swoje filie w 1852 roku i jest na rynku do dzisiaj :). Inne atrakcje to tablice pamiątkowe na Clay street upamiętniające słynny Pony Express – początki poczty, kiedy to jeźdźcy rozwozili pocztę pokonując olbrzymie dystansy. Można zrobić tutaj małą dygresję i obejść bardzo charakterystyczny wieżowiec, Transamerica Pyramid. Budynek góruje nad miastem i jest w kształcie piramidy. Przed zamachami z 11 września w 2001 roku można było wjechać na piętro widokowe z panoramą miasta, obecnie jest ono niestety zamknięte dla turystów.
Zaczynamy spacer po uliczkach [10] Jackson Square Historic District, gdzie znajdziemy budynki z czasów Gorączki Złota. Tutaj łatwo zgubić szlak. Dzielnica jest bardzo zadbana i raczej nie tania :), budynki są stopniowo odnawiane albo już odnowione i spacerek po uliczkach to czysta przyjemność. Następny punkt to [11] Old Barbary Coast – historyczne miejsce (to tutaj marynarze spędzali wolny czas, tutaj mieściły się magazyny i sklepy oferujące produkty niezbędne na okręt). A wszystko to na granicy obecnego Little Italy, dzielnicy włoskiej. Wchodzimy na ruchliwą ulicę Columbus Avenue, przy której mieści się bardzo dużo mały włoskich kawiarenek. Tworzą fajny klimat, trochę jak w Europie :). Po kilku krokach jesteśmy w dzielnicy North Beach i szukamy znacznika numer [12] Beat San Francisco. Można usiąść tu na chwilę w kawiarni Vesuvio (bardzo charakterystyczna, jej ściany pokrywają różne malowidła), by napić się kawy lub piwa i poczuć się jak Jack Kerouac, Allen Ginsberg i Neal Cassady (bywający tu w latach 50. :)). Warto zajść też do księgarni City Lights Bookstore, gdzie na każdym kroku widać ślady pisarzy pokolenia beat. Opuszczając te rejony, docieramy do [13] Washington Square, gdzie można położyć się na trawie i zrobić sobie małą przerwę (o ile znajdzie się wolne miejsce ;)). Park jest naprawdę ładny (jak większość parków w SF). Tuż nad nim góruje przepiękna katedra Św. Piotr i Pawła.
Teraz zaczyna robić się trudniej, gdyż większość ulic biegnie pod górkę lub z górki (ale wspaniałe widoki warte są poświecenia)! Z daleka widać słynny odcinek Lombard street, bardzo kręte (wijące się jak wąż) serpentyny, gdzie zjechać można z prędkością 5 mil na godzinę i tylko "normalnym" samochodem. Wdrapujemy się na [14] Telegraph Hill. Wzgórze nie jest co prawda największe w mieście, ale wyróżnia się znacznie na tle panoramy miasta. Charakterystyczna i widoczna w tym rejonie i zatoce jest Coit Tower, wieża wyglądająca jak rzymska kolumna. Można wjechać na górę windą za jakieś małe pieniądze i podziwiać stamtąd panoramę okolicy. Małym minusem są grube (bardzo zabrudzone) szyby w windzie, chroniące pasażerów przez wypadnięciem. Przy wyjściu z wieży na ścianach znajdują się "Fresco Murals" – malowidła ścienne tak popularne w dzielnicy Mission. Z Coit Tower można zejść na kilka sposobów (m.in. schodkami Filbert Steps), ale trzymając się szlaku trzeba wrócić do ulicy Grant i kierować się w stronę zatoki. Na pewnym odcinku (trzeba uważać, żeby nie przegapić) znajdują się malutkie schodki prowadzące stromo do Jack Early Park. To dość osobliwe miejsce, postawiony jest tam podest z ławeczką, który pomieści zaledwie kilka osób (idealnie dla pary). Roztacza się z niego przepiękny widok na całą zatokę i most Golden Gate. Wracamy na szlak i po kilku krokach skręcamy w prawo w ulice Francisco. Idziemy do końca, gdzie znajdują się (na pierwszy rzut oka trudne do wypatrzenia) schody prowadzące w dół na ulicę Kearny, którą to docieramy do słynnej Embarcadero ciągnącej się wzdłuż zatoki. Mijamy Pier 39 – nastawione na turystów miejsce, gdzie można dobrze zjeść, zrobić zakupy, odwiedzić akwarium i Hard Rock Cafe. Spacerkiem docieramy do [15] Fisherman's Wharf, które było kiedyś portem rybackim, a teraz to najczęściej odwiedzane przez turystów miejsce w San Francisco (nie rozumiem dlaczego :). Znajduje się tu sporo sklepików z elektroniką (ale lepiej nic tu nie kupować!) i z pamiątkami. Co krok napotykamy restauracje oferujące owoce morza (słynny Clam Chowder w chlebie i kraby). To także stąd odpływają statki wycieczkowe po zatoce. Można tu też zwiedzić przycumowany okręt podwodny z czasów II wojny – USS Pampanito. (Ważne! Jeśli chcesz popłynąć na Alcatraz, to nie stąd, tylko z Pier 33). Osobiście nie przepadam za tym miejscem, denerwujące jest przeciskanie się przez tłumy ludzi, wieczne korki i zapchane (do tego drogie) restauracje. Idąc wzdłuż Fishermans Wharf dochodzimy do [16] Historic Ships at Hyde St. Pier. To muzeum, gdzie znajdziemy podobno największą kolekcję historycznych statków. Wejście jest za darmo i można pozwiedzać stojące tam takie okręty jak ogromny trzymasztowy Balculutha oraz 300-stopową Eureka. Dalej zbliżamy się do bardzo miłych rejonów: [17] Aquatic Park, piękny zielony park, gdzie można odpocząć i podelektować się widokami na zatokę i okoliczne stare stylowe budynki. Nad parkiem góruje budynek w kształcie okrętu – National Maritime Museum (zawsze zamknięty). Superzdjęcia z 360-stopniowym widokiem oferuje Municipal Pier. Idziemy betonową promenadą i dochodząc do jej końca widzimy wszystkie atrakcje zatoki: Pacyfik, Most Golden Gate, wyspę Angel, Alcatraz i Hyde Street Pier. Wracając można zboczyć do pobliskiego Fort Mason, jednego z najładniejszych parków w mieście. Świetny klimacik, palmy i widoczki urzekają. Wracamy na szlak i robimy rundkę, okrążając Aquatic Park, wchodzimy do [18] Ghirardelli Square. To kompleks budynków z czerwonej cegły, gdzie kiedyś mieściła się fabryka czekolady, a teraz znajduje się muzeum i dużo malutkich butików, fontanna i słynne włoskie lody (wcale nie takie dobre), po które zawsze ustawiają się kolejki. Nasza trasa powoli dobiega końca i pora udać się do punktu [20] Hyde-Powell Cable Car Line, czyli na "pętle" słynnej kolejki linowej. Zawsze, ale to zawsze w tym miejscu są takie kolejki, żeby dostać się do wagonika, że to tylko najwytrwalsi pozwalają sobie na czekanie. Jeśli już się uda wejść na pokład, to płacimy 5 dolarów. Szczęściarze siadają na bokach, a reszta wewnątrz. Wagonik jest zwykle oblepiony wiszącymi ludźmi :) i nie zawsze można delektować się trasą. Najlepiej pojeździć w jakichś mało popularnych godzinach, hehe. Trasa kolejki wiedzie przez bardzo stromą ulice Hyde (widoczki są super) i czasem warto podejść na piechotkę pod górę i wsiąść do wagonu na innym przystanku. Przejazd przez Russian Hill i Nob Hill to naprawdę niezapomniane wrażenia! Na trasie mieści się Cable Car Muzeum. Jadąc dalej, mijamy ulicę California, gdzie można zrobić mały przystanek i przejść się do ostatniego miejsca – na Barbary Coast Trail. Numerkiem [20] jest Nob Hill i jego bajkowe budynki takie jak Stanford Court Hotel, Mark Hopkins Inter-Continental Hotel, Flood Mansion i Katedra Grace będąca kopią Katedry Notre Damm w Paryżu. W tym rejonie znajdziemy najbardziej widokowe uliczki spadające stromo w dół!!! Odpocząć można w pobliskim Huntington Park. Powrót do wagonika i zjazd na końcową stację Powell. Koniec wyprawy. Cała trasa pozwala poznać najciekawsze miejsca San Francisco w jeden dzień. Mapkę można wydrukować z internetu lub kupić za 8 dolarów w Centrum Informacji Turystycznej na Powell. Szlak pomija oczywiście wiele miejsc, które warte są zwiedzenia.




Barbary Coast Trail

poniedziałek, lipca 14, 2008

MATT odwiedził miejsca które pragnę zobaczyć :)

środa, lipca 09, 2008

Kraina wygasłych wulkanów.

Następny długi weekend oznaczał następną wyprawę, a że lato w pełni można poważnie eksplorować północ Kalifornii i Oregon, nie obawiając się śniegu i opadów deszczu. Tym razem nie planowałem trasy i z wielką chęcią podłączyłem się do dużej grupy znajomych. Ruszyliśmy bardzo wczesną porą w konwoju złożonym z trzech samochodów - w każdym po cztery osoby - skład był mieszany narodowościowo co ciekawie prognozowało na przyszłość. Celem był południowy Oregon z jeziorem w wulkanie Crater Lake i Lassen Volcanic Park w północnej Kalifornii. Wyruszyliśmy nietypowo dla mnie, bo z miejscowości Concord na wschód od San Francisco - jest to miejsce, które upodobali sobie Polacy także język polski nie dziwi na ulicy. Przebiliśmy się mniejszymi drogami do biegnącej wzdłuż oceanu na wysokości miasteczka Bodega Bay autostrady numer 1. Trasę tą pokonywałem już wiele razy ale przyznam, że zawsze jestem oczarowany jej urokiem. Minęliśmy Fort Ross, Manchester i zatrzymaliśmy się na śniadanie w kameralnym miasteczku Mendocino. Stare, drewniane domki i piękne klifowe wybrzeże sprawiły, że chętnie zasiedliśmy na balkonie jednej z lokalnych restauracji. W tym czasie odbywała się parada z okazji 4 lipca i ulice były pełne ludzi. Zabawnie było kiedy zobaczyliśmy napis przy pikniku "Polish Dogs", chwila konsternacji - czy sprzedają tutaj polskie psy :) ? Z pomocą przyszedł nam mieszkaniec miasta i okazało się, że to specjalne hot dogi. Najedzeni (i to był błąd dla niektórych) ruszyliśmy dalej i po kilkudziesięciu milach droga numer 1 łączyła się z autostradą 101. Na tym odcinku droga jest bardzo kręta - osoby z chorobą lokomocyjną doświadczyły tego na sobie bardzo mocno. Wszyscy pasażerowie jednego z samochodów w konwoju wymiotowali. Spowodowało to przerwę w podróży. Hm może jestem dziwny, ale ja uwielbiam jeździć po serpentynach i robić ostre zakręty. W miejscowości Leggett droga zrobiła się już w miarę prosta bez zbytnich zawijasów i wjechaliśmy na teren Humboldt Redwoods State Park. Pokierowałem znajomych na zjazd z autostrady 101 w miejscowości Phillipsville, gdzie zaczynała się słynna Avenu of the Giants. Droga prowadzi równolegle do autostrady między ogromnymi drzewami Redwoods - uczucie jest niesamowite, porównywalne do jazdy w kanionie z tym wyjątkiem, że zamiast skał po bokach mamy gigantyczne drzewa. Dociera tu niewiele światła, a drzewa rosną tuż przy samej drodze i nie ma pobocza. Co chwila są zjazdy na małe punkty postojowe skąd można wybrać się na treking lub w wyznaczonych miejscach rozbić namiot. Avenu ciągnie się przez kilkanaście mil i kończy przed miejscowością Scotia. Po tak przyjemnej dla oka przejażdżce wróciliśmy na główną drogę i mknęliśmy do Eureki - całkiem sporego miasta w tym rejonie. Zrobiliśmy zapasy jedzenia oraz picia w supermarkecie i kontynuowaliśmy podróż. Po południu dojechaliśmy do pierwszego celu wyprawy Redwood Park, który ciągnie się wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Zajechaliśmy do centrum turystycznego i zebraliśmy potrzebne informacje na temat tego, co można zobaczyć w okolicy. Jako, że była to spora grupa, każdy miał inny pomysł na spędzenie reszty dnia, w końcu doszliśmy jednak do kompromisu i wjechaliśmy na teren parku. Godzina była późna i musieliśmy dotrzeć do wyznaczonego miejsca przed zamknięciem bramek. Wąska i wyboista droga, pełna dziur i kałuż doprowadziła nas do miejsca zwanego Fern Canyon na terenie Praire Creek Redwoods State Park (część całości Redwoods). Wszyscy ruszyliśmy na przechadzkę między wielkimi drzewami, trasa prowadziła faktycznie przez kanion, którego ściany porośnięte były paprociami i mchem, a ścieżka wiła się i mieszała z małym strumykiem. Zwalone drzewa blokowały drogę i trzeba było sporo wysiłku żeby ominąć wszystkie przeszkody. W połowie szlaku kanion zwężał się bardzo i szedłem w tunelu z paproci, niesamowite wrażenia! Brakowało tylko dinozaurów - miejsce wyglądało jak nieruszone od tysięcy lat. Nakarmieni pięknymi widokami wróciliśmy do rzeczywistości, wydzwoniliśmy pobliskie kempingi i wybraliśmy jeden w mieścinie Klamath (nazwa Klamath występuje tak często, że trudno się momentami połapać, jakby mało było nazw do wyboru). Wieczorkiem zrobiliśmy sobie kolacje z kiełbasek pieczonych przy ognisku. Rano latynoska koleżanka zrobiła pobudkę w dość piskliwy sposób - zerwałem się zaniepokojony czy kogoś nie mordują, na szczęście okazało się, że nie :). Szybkie śniadanie i pora ruszać w drogę. Pojechaliśmy w stronę Crescent City uroczego miasta prze granicą z Oregonem. Zatrzymaliśmy się jeszcze w punkcie widokowym, z którego widać wielką plaże i skaliste wybrzeże, zdjęcia wyszły pocztówkowe :). Za miastem odbiliśmy na autostradę numer 199, która biegła przez piękne tereny Lasów Siskiyou, na pewnym odcinku wjechaliśmy w góry i stopniowo wjeżdżaliśmy na wyższą elewacje. Widoki jaki mieliśmy zapierały dech w piersiach, zielone zbocza gór i kręte koryta rwącej rzeki z pięknym słońcem czarowały nas na tyle, że zwolniliśmy aby delektować się miejscem i chwilą. Brakowało jedynie miejsc do zatrzymania na zdjęcia, a szkoda. Po pewnym czasie minęliśmy Medford, duże miasto jak na Oregon i zjechaliśmy na widokową drogę 62, która zaprowadziła nas do celu wyprawy. W rejon Crater Lake wjechaliśmy od południa i zatrzymaliśmy się na pierwszym postoju widokowym. Krater jest jedynym Parkiem Narodowym w Oregonie i honorują tu kartę na wszystkie parki narodowe w USA. Jest to najbardziej malowniczy krater wulkaniczny w Ameryce Północnej, w którego wnętrzu kryje się przepiękne, głębokie szmaragdowe jezioro. Dwie wysepki wynurzające się nad powierzchnię jeziora są w rzeczywistości wierzchołkami mikroskopijnych wulkanów, powstałych już po wybuchu na dnie krateru. Crater Lake jest głębokie na 592 metry i jest 7 najgłębszym jeziorem na świecie. Bardzo trudno było nam znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu i musieliśmy zostawić samochód na poboczu, gdzie między soczyście zielonymi drzewami prześwitywał mocny granatowy kolor jeziora. Wyrwałem się pierwszy z aparatem i dotarłem nad krawędź wulkanu. Stanąłem jak wryty, wiele widziałem, ale to co teraz zobaczyłem było rewelacyjne - na wprost mnie płaska tafla granatowego jeziora wydawała się wręcz nienaturalna, nie wiem czy znajdę w palecie kolorów ten kolor! Kontrastowała z nim zieleń otaczających drzew i biel śniegu na ścianach krateru. Po prostu bajkowo. Widziałem miny ludzi, którzy podchodzili do krawędzi i tak samo jak ja stawali oszołomieni. Uroku dodawała mała wysepka Wizard Island, na którą można popłynąć łodzią i wdrapać się na jej szczyt. Dookoła Crater Lake biegnie droga (Rim Drive), którą można objechać jezioro, ale w czasie kiedy my byliśmy północno-wschodnia część była zamknięta. Ruszyliśmy na objazd zatrzymując się w każdym punkcie widokowym - zaskoczyły mnie tłumy ludzi jakie odwiedzały to miejsce, tego dnia 80% turystów to byli Hindusi, a reszta Azjaci. Wzdłuż drogi leżały wielkie ilości śniegu, który nie topniał mimo panujących upałów. Zatrzymaliśmy się w punkcie gdzie zaczyna się trasa piesza wzdłuż ściany krateru i schodzi do jeziora. Zeszliśmy szybkim tempem - zajęło to nam około 20 minut - na dole znajduje się pomost, z którego odpływają łodzie na Wizard Island ale tego dnia nie było rejsów. Mocno rozbawiły mnie tabuny miniaturowych wiewiórek, chipmonk (wiewiórka ziemna-pręgowiec), nie spotkałem bardziej pociesznego zwierzątka, przeurocze i lubi pozować do zdjęć ! Wejście na górę zajęło już dwa razy więcej czasu. Wsiedliśmy do wozu i pojechaliśmy na pozostałe punkty widokowe, widok z różnych miejsc zachwycał, zmieniała się perspektywa i kolory w zależności od kąta padania promieni słonecznych i zachmurzenia. Powoli kończył się dzień i ruszyliśmy w drogę powrotną, szkoda opuszczać to miejsce, ale polecam je każdej osobie odwiedzającej tą część Ameryki. Pojechaliśmy na południe drogą numer 97 w stronę Klamath Falls gdzie mieliśmy zamiar poszukać kempingu, krajobraz po drodze uspokajał się powoli, nie było tylu ładnych widoków. Minęliśmy jezioro Upper Klamath, które wyglądało ładnie ale niczym szczególnym nie przyciągało, znaleźliśmy miejsce noclegowe i rozstawialiśmy namioty. Rano nie spiesząc się zbytnio podjechaliśmy kilka mil do centrum informacji turystycznej w której dostaliśmy mapki a na pytanie czy znajdują się tutaj jakieś wodospady (w końcu nazwa miejsca to Wodospady Klamath), panie się tylko uśmiała :). Pozostało nam zobaczyć tylko mokradła Klamath Wildlife Area ale to bardziej świat ornitologów niż miejsce warte zatrzymania się na dłużej. Następnym miejscem do zobaczenia były Lava Beds National Monument już na terenie Kalifornii. Pogubiliśmy się trochę na lokalnych drogach co wprowadziło nerwową atmosferę ale wybrnęliśmy z tego i dojechaliśmy do celu. Lava Beds do mało znany park z ogromną ilością wulkanicznych jaskiń i ogromnych mas czarnej lawy. Główną atrakcją tego miejsca są jaskinie, które można zwiedzać samemu lub z przewodnikiem, warto zaopatrzyć się w latarkę (można wypożyczyć) i ciepłe ubranie. Wejścia do sieci ciemnych tuneli znajdziemy tuż za centrum informacyjnym, jest to tak zwany Cave Loop Road. Zwiedziliśmy kilka wybranych miejsc i wróciliśmy na główną drogę żeby dojechać do pobliskich małych kopców które są wygasłymi kominami wulkanicznymi. Wróciliśmy do wjazdu do Parku i skręciliśmy na drogę która prowadziła do miejsca w którym w 1872 armia amerykańska toczyła wojnę z lokalnym plemieniem indiam Modoc. 52 wojowników pod dowództwem "Kapitana Jacka" przeciwstawiała się 600 żołnierzom armii amerykańskiej przez ponad 5 miesięcy! Ostatecznie indianie wycofali się tracąc jedynie 5 wojowników. Przechadzając się po terenie bitwy, przestałem się dziwić jak Indianie mogli tak długo bronić się przed przeważającymi siłami wojska. Cały teren to jedna wielka fortyfikacja, połączona ze sobą labiryntami ścieżek i otworów wulkanicznych, bardzo trudna do zdobycia. W środku pola stoi indiański "totem", przy którym ludzie zostawiają pamiątki. Wróciliśmy z pieszej wędrówki i wyjechaliśmy z terenu parku. Zatrzymaliśmy się na chwilkę w Petroglyph Point gdzie na ogromnej skale wyryte były rysunki zachowane w dobrym stanie. Ostatnim celem wyprawy był oddalony o kilkadziesiąt mil Lassen Volcanic National Park, który warty odwiedzenia jest tylko latem. 22 Maja 1915 roku miał miejsce wybuch wulkanu Lassen, który wyrzucił masę lawy na wysokość 9 kilometrów a szczyt został rozerwany. Do parku wjechaliśmy widokową drogą numer 89, przejechanie całego parku bez chodzenia po szlakach to niecała godzina. W informacji turystycznej zostaliśmy poinformowani gdzie można się udać a ja dostałem nawet wykaz miejsc z widokami dla fotografów!. Nie wracając do samochodu ruszyliśmy do pobliskiego Jeziora Manzanita, które można obejść w kilkanaście minut. Woda była w nim tak przejrzystą, że widziałem dokładnie roślinność na dnie, ryby i bobry. Widoczki były piękne ale najlepsze czekało mnie w połowie drogi gdzie widok mnie oszołomił, w tle pasmo gór z sosnowym lasem w dole odbijające się w tafli jeziora ... zrobiłem chyba jedna z najładniejszych "fototapet" w życiu :). Zabawne że jak fotografowałem koło mnie na wyciągnięcie ręki pod drzewem stała wystraszona sarna, która bała się ruszyć. Uciekła jak podeszła reszta ludzi. To było drugi po Crater Lake miejsce, którego nie da się zapomnieć. Wróciliśmy na drogę i przejechaliśmy park zatrzymując się w wyznaczonych punktach. Droga wiła się wśród gór i pozostałości po wybuchu wulkanu, porozrzucane wielkie głazy i połamane drzewa. W środku parku leży malownicze jezioro Summit, wokół którego rozciągają się tereny kempingowe (dla twardzieli, tyle tu komarów że strach wychodzić z namiotu) wjazd od Summit North i South. Kilka mil dalej na południe zaczyna się strome, wysokie na ponad 3000 metrów wzniesienie, na którego szczyt zwany Lassen peak prowadzi szlak długości 8 kilometrów. Jadąc dalej dotarliśmy do jeziora Emerald, które słynie z intensywnego zielonego koloru wody. Opcją z której nie skorzystaliśmy były pobliskie gorące źródła Bumpass Hell Valley. Przed końcem parku mijaliśmy jeszcze Sulphur Works, miejsca w którym z kominów w ziemi wydobywa się żrąca para a wszędzie czuć siarkę. Park oferuje dużo szlaków i myślę, że to będzie cel wyprawy na więcej niż jeden dzień, boje się pomyśleć jakie widoki mnie ominęły gdybym poszedł na treking. Powoli robiło się ciemno a przed nami kawał drogi do pokonania, w połowie drogi do głównej autostrady zostaliśmy zatrzymanie przez czujnego CHP (California Highway Patrol), za szybko jechaliśmy. W miejscowości Red Bluff spotkałem kolegę z dziewczyną i przesiadłem się do ich samochodu, mieszkają w San Francisco co było mi bardzo na rękę. Do domu dojechaliśmy nawet szybko mijając Sacramento i Oakland. Wyprawa narobiła mi smaka na północne tereny Kalifornii i na pewno odwiedzę je szybko, Mt. Shasta i okolice wołają...

Crater Lake / Lassen Park

poniedziałek, lipca 07, 2008

Pocztówki z bajki


Crater Lake, Oregon

Lassen Volcanic, California

niedziela, czerwca 22, 2008

Alaska. Kilka zdjęć z wyprawy.

Nasza drużyna :)

Impresje z Alaski; ciekawostką jest to że zdjęcie zostało zrobione po godzinie 11 wieczorem.

Na lodowcu

poniedziałek, czerwca 02, 2008

NYC to miasto ma klimat!


W trasie. Tym razem East Coast.

Ruszyliśmy podziwiać uroki wschodniego wybrzeża. Wylądowaliśmy w Bostonie i powoli jedziemy na południe. Rhode Island z przepięknym Providence już zaliczone, Hartford i New Heaven w Connecticut. Potem jeszcze West point w stanie New York i Manhattan by night. Piwko na greenpoint i nocka w New Jersey. Slońce świeci, przed nami kolejny dzień.

piątek, maja 30, 2008

Kruk

„Świadomość jaźni jest największą przeszkodą w wykonywaniu wszystkich fizycznych akcji." „Nigdy nie obawiaj się następnego rywala, bez względu jak wielki. Nigdy nie pogardzaj następnym rywalem, bez względu jak mały."

Bruce Lee oraz Brandon Lee… tragiczne losy ojca i syna… klątwa nad mężczyznami w tej rodzinie już od kilku pokoleń była prawdą… Mimo próby oszukania losu poprzez początkowe nadanie żeńskiego imienia Fon Sai (Mały Fenix) przyszłemu mistrzowi Kung Fu, aby demony nie mogły go odnaleźć – nie powiodło się… przeznaczenie… Bruce zmarł w wieku 32 lat, jego syn 28 lat… Obaj pochowani zostali w Seattle…

Bruce Lee – najwybitniejszy współczesny mistrz sztuk walki, świetny aktor, legenda… urodzony 27 listopada 1940 roku w San Francisco, w chińskim roku smoka, stąd jego przydomek Long Siu – Mały Smok. Amerykańskie imię Bruce otrzymał dzięki sugestii pielęgniarki ze szpitala, w którym się urodził, dla ułatwienia formalności życia w USA. Rodzice byli śpiewakami operowymi, kiedy Bruce miał kilka lat postanowili wyjechać do Hong Kongu, gdzie mogli mieć lepsze zarobki niż w Stanach. Mały Bruce zagrał w filmie mając 6 lat. Chłopiec interesował się tańcem, był tak dobry, że niedługo potem został mistrzem tańca cha-cha na turnieju w Hong Kongu. Taniec wyrobił w nim płynność ruchów, którą zawsze demonstrował podczas walki. Ojciec Bruce'a namawiał go na sztuki walki, bo sam był fanatykiem zdrowia i rozwoju duchowego, jednak chłopiec zainteresował się tym dopiero, gdy został pobity kiedy wracał ze szkoły. Jego wybór padł na Kung Fu, gdyż Tai Chi, uważał za zbyt powolne i za mało nastawione na walkę. Bruce trenował ten rodzaj walki przez kilka lat. W tym czasie zmienił się nie tylko fizycznie, ale i umysłowo, ze względu na filozoficzne aspekty Kung Fu. Gdy miał kilkanaście lat wstąpił do młodzieżowego gangu. Szybko stał się jego przywódcą. Wiele lat później powiedział: „Gdybym nie został gwiazdorem filmowym, z pewnością byłbym gangsterem". W wieku 18 lat sam zaczął tworzyć efektywny styl walki, jego celem było wyeliminowanie elementów zaskoczenia w sytuacjach obrony – nazwał go Jeet Kune Do, można to tłumaczyć jaką Drogę Przechwytującej Pięści lub Sposób przechwycenia Pięści. Ze względu na amerykańskie prawo zwyczajowe, według którego osoby urodzone w USA, które tu również osiągnęły pełnoletność, nabywają obywatelstwo amerykańskie oraz aby uniknąć kontaktu z wymiarem sprawiedliwości ze względu na częsty udział w ulicznych bójkach, rodzice pod koniec 1958 roku wysłali Bruce'a do USA. Przez kilka miesięcy przebywał u znajomych ojca w San Francisco a później przeniósł się do Seattle. Tutaj zarabiał na utrzymanie jako nauczyciel tańca, pomywacz, kelner... Wieczorami mimo zmęczenia uczył się angielskiego oraz trenował Kung Fu. W wieku 23 lat rozpoczął studia filozoficzne na Uniwersytecie w Seattle. W tym czasie zarabiał na życie udzielając lekcji chińskiego, Kung Fu i tańca cha-cha. Wśród jego uczniów sztuk walki była 19-letnia blondynka, studentka medycyny szwedzkiego pochodzenia Linda Emery, jego późniejsza żona, z która niedługo później miał syna Brandona i córkę Shannon. W 1964 roku Bruce zrezygnował ze studiów, aby prowadzić dwie szkoły sztuk walki. Instytut Jun Fan Gung Fu w Oakland oraz Seattle, które świetnie prosperowały. Jednak był problem… Starszyzna chińskiej dzielnicy San Francisco nie chciała pozwolić na naukę nie-Azjatów i odkrywanie przed nimi tajemnic sztuk walki. Doszło do pojedynku, Bruce go wygrał, ale nie bez trudu… najważniejsze, ze nie musiał zamykać szkół! Po tym zdarzeniu jego zamiłowanie do sztuk walki zmieniło się niestety w fanatyzm, przesadzał z treningami, zbyt wiele wymagał od swojego drobnego mierzącego 171 cm wzrostu ciała… Próbował gry w serialach, min. Jako Kato w „Zielonym Szerszeniu" (na podobieństwie Batmana) z czarną maska na twarzy, bowiem producenci nieco obawiali się ekspozycji orientalnego aktora jak na tamte czasy. Okazało się, ze miał więcej wielbicieli, niż główny bohater serialu. Niestety po 30 odcinkach zakończono emisję w USA. Na dowód, że Lee przesadzał z treningami, w 1970 roku podczas podnoszenia ciężarów, bez prawidłowej rozgrzewki Lee doznał kontuzji nerwu krzyżowego… skończyło się to kilkumiesięcznym pobytem w szpitalu i chronicznym bólem już do końca… I znowu zwrot w jego życiu… Okazało się, że serial „Zielony Szerszeń" – „Green Hornet" zakupiła telewizja w Hong Kongu, zmieniono tytuł na „Show Kato" gdzie odniósł ogromny sukces, a Bruce stał się gwiazdą. Sława i podpisanie filmowego kontraktu dały mu tez oczekiwane pieniądze. Materialną nagrodą za wysiłki był dla niego zakupiony Mercedes 350 SL (rejestracja AX 6521), w tej chwili samochód bardzo kultowy…Bruce postanowił zostać reżyserem, producentem i aktorem w filmie wyłącznie jego projektu „Way of the Dragon", kolejnym filmem miał być „Enter the Dragon" ( premiery się już nie doczekał…) Niestety zaczęły się coraz poważniejsze problemy ze zdrowiem, 10 maja 1973 roku w trakcie kręcenia nagrywania dźwięku do uprzednio nakręconego obrazu Bruce Lee stracił przytomność, miał problemy z oddychaniem, konwulsje, zaniki mowy… Diagnoza - obrzęk mózgu, nadmiar płynu otaczającego mózg. Lee przeczuwał, że ma mało czasu i jeszcze więcej od siebie wymagał…20 lipca 1973 roku pojechał do aktorki Betty Ting-Pei, która grała główną rolę żeńską w filmie „Gra śmierci". Tam skarżył się na ból głowy, więc otrzymał lek Equagesic… i zapadł w śpiączkę. Reanimacja nie powiodła się… zmarł. Według oficjalnych informacji zgon nastąpił na skutek obrzęku mózgu spowodowanego przez pomieszanie środków przeciwbólowych z odurzającymi i alkoholem, lub uczulenie na jeden ze składników środka przeciwbólowego. Do dziś jego śmierć pozostaje zagadką. Jest wiele teorii, min. taka, że do śmierci przyczynili się niezadowoleni z poczynań Bruce'a triady czy mnisi z klasztoru Shaolin, którzy to mieli zabić go "ciosem wibrującej pięści". Bruce Lee miał dwa pogrzeby. Pierwszy - chiński w Hongkongu i drugi - zachodni w USA. Jego prochy spoczywają w chińskiej części cmentarza Lakeview Cementary w Seattle, pod nagrobkiem w kształcie otwartej księgi, której strony nawiązują do propagowanej przez niego nowej koncepcji sztuki walki - Jeet Kune Do.

Na cmentarzu w Seattle jest drugi grób… syna Brandona Lee. Obiecującego młodego aktora, który pragnął być sławny z powodu własnego talentu, a nie ze względu na to kim był jego ojciec. Brandon również ćwiczył sztuki walki, miał w końcu w domu mistrza… kochał go i podziwiał… Po śmierci Bruce'a Linda wyjechała z dziećmi Brandonem i Shannon do Los Angeles, chciała być z dala od medialnego rozgłosu, dać dzieciom zwyczajne dzieciństwo. Jednak szczęście trwało krótko. Linda straciła męża, a teraz jeszcze jedynego syna… czy to był kolejny przypadek? Czy nie jest zbyt wiele tych zbiegów okoliczności dla tej rodziny?

W swoim życiu Brandon zagrał w kilku filmach, jednak dopiero rola w „Kruku" miała być przełomem w jego karierze aktorskiej… i była w sposób tragiczny. Został śmiertelnie postrzelony w brzuch na planie filmu „The Crow" – „Kruk", podobno przez niedopatrzenie przy załadowaniu magazynku w broni, gdzie została prawdziwa amunicja… wszystko to warte życie ludzkie. Nie wiadomo do końca co się stało z taśmą filmową z tej sceny, są wersje, że została zniszczona jak i że przekazano ją rodzinie jako materiał dowodowy w śledztwie. Całe zajście oficjalnie uznano za wypadek, nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności za śmierć aktora. Interesujący i zaskakujący jest fakt, ze postać grana kiedyś przez Bruce'a w „Grze śmierci" została zabita w podobny sposób… Teraz ojciec i syn są razem… może to PRZEZNACZENIE…

„Pustka jest tym, co znajduje się miedzy TYM a TAMTYM. Pustka zawiera wszystko, nie ma przeciwieństwa. Niczego nie wyklucza, niczemu nie przeczy. To jest żyjąca pustka ponieważ wywodzą się z niej wszystkie formy. I każdy, kto te pustkę zrozumie będzie NATCHNIONY ŻYCIEM, siłą i miłością do wszystkiego."

Odwiedziliśmy groby Bruce Lee i Brandona Lee, słońce zachodziło i kładło ciepłe kolory na groby gdy czarny kruk zatoczył koło nad nagrobkami ...

Bruce Lee
...

Let Jimi take over...

"When the power of love overcomes the love of power, the world will know peace." Kiedy siła miłości przezwycięży miłość do siły, świat pozna pokój. (…) Wszystko mogę wytłumaczyć lepiej poprzez muzykę. Hipnotyzuję ludzi, aż dochodzą oni do podstawowego stanu, a gdy osiągnę moment największej słabości, mogę przemówić do ich podświadomości i wmówić im, co chcę (…) Naszą muzykę można porównać do słoika dżemu. Wszystko jest w niej dokładnie wymieszane."

James Marshall Hendrix znany jako Jimi Hendrix (ur. 27 listopada 1942, zm. 18 września 1970) - rodowity mieszkaniec Seattle, szokujący "dziki" muzyk, geniusz gitary elektrycznej - niepowtarzalny i nieprzewidywalny. Naśladujący gitarą wszystkie dźwięki - łkanie, płacz, śmiech, skowyt czy odgłosy wojny… Niedościgniony wzór artystycznego luzu i talentu dla innych muzyków, amerykański gitarzysta, wokalista, kompozytor rockowy najczęściej wiązany ze stylami acid rock, psychodeliczny rock, blues rock i jazz rock. Hendrix był jednym z najwybitniejszych gitarzystów i w ogóle instrumentalistów rockowych. Jako pierwszy wykorzystał unikalne techniki gry na gitarze elektrycznej. Już jako nastolatek postanowił, że będzie wierny swojej miłości do muzyki… Nie przeszkadzało mu to, że jest leworęczny, jak i to, że jego pierwsza gitara za pięć dolarów w prezencie od ojca, była nienajlepszej jakości, najważniejsze, że chciał grać…

Jimi Hendrix ma fanów na całym świecie, min. Paul Allen, jeden z dwóch założycieli Microsoft, jest jego wielkim i wiernym wielbicielem! Aby uczcić pamięć swojego idola, w czerwcu 2004 roku otworzył ekspozycję w gmachu Experience Music Project, oraz Galerię Sławy Science Fiction gdzie można zobaczyć sceniczne kostiumy, gitary, wzmacniacze, efekty gitarowe, manuskrypty tekstów Jimiego Hendrixa.

Znany utwór "Hey, Joe", moim zdaniem o słabej i ponurej treści, tylko dzięki Hendrixowi odżył, miał już przecież przynajmniej kilka wersji wcześniej, ale dopiero kiedy nagrał go Jimi, zyskał popularność - to właśnie jest przykład mocy jaką miał muzyk. Hendrix, który na scenie demolował wzmacniacze i podpalał gitary różnił się od Hendrixa prywatnie, po koncercie… Ludzie, którzy zdążyli go poznać, wspominali go jako pełnego uroku, ciepłego człowieka. Jest zresztą mnóstwo nagrań, w których pokazał swoje drugie, delikatne i wrażliwe oblicze…

Niestety, wspaniale zapowiadającą się karierę przerwała niespodziewana śmierć artysty. Miał niecałe 28 lat… Niestety okoliczności śmierci Jimiego były i są nadal trudne do ustalenia. Jako przyczynę śmierci podano inhalację wymiotów spowodowaną odurzeniem barbituranami. Stwierdzono jednak tylko śladowe ilości Seconalu i amfetaminy. Podczas oględzin Jimiego nie stwierdzono żadnych śladów po strzykawakach. Policja i załoga karetki stwierdzili po przybyciu, że Jimi już nie żył. Drzwi do apartamentu były otwarte i oprócz Jimiego nikogo tam nie było. . Obalono tezę o samobójstwie, gdzie poszlaką był jedynie smutny wiersz znaleziony w jego pokoju, a dawka 9 tabletek nasennych według lekarzy też nie została zakwalifikowana jako dawka śmiertelna, zwłaszcza, że przy Jimim znaleziono opakowanie z 45 tabletkami. Gdyby chciał popełnić samobójstwo wziąłby znacznie więcej dla pewności. Do tej pory jest to zagadka. Spekulowano nawet wokół wątku morderstwa. Teoria ta wydaje się odważna, jednak faktem jest, że mieszkanie nowojorskie Jimiego w Greenwich Village zostało splądrowane i ukradziono sporo taśm, przedmiotów osobistych Jimiego oraz nieokreśloną liczbę wierszy, z których część szybko znalazła się na aukcjach. Media wylansowały opinię, że muzyk zmarł wskutek przedawkowania heroiny i niestety taka opinia najszybciej dotarła do Polski. Tymczasem nie było śladów ukłuć, ani znaleziono przy nim strzykawki. Wiele wskazuje na to, że informacje o silnym uzależnieniu Hendrixa od heroiny były przesadzone, prawdą jest natomiast to, że był uzależniony od środków nasennych, które brał często i w dużych ilościach, o czym świadczą recenzje z koncertów. Spekulacje już tutaj nic nie pomogą…

Dla Hendrixa na płycie nagrobkowej wyryto gitarę stratocaster… chociaż on inaczej patrzył na śmierć, nie bał się jej… zapytany parę miesięcy wcześniej przez Jane de Mendelssohn z International Times: "A śmierć. Czy niepokoi cię?" Odpowiedział: "Wcale. Przechodzimy przez to tylko tutaj, gdzie nie jesteś jeszcze uważany za człowieka. Twoje ciało jest zaledwie fizycznym opakowaniem, które niesie cię z jednego miejsca w drugie byś nie popadł w duże kłopoty. Więc masz to podrzucone ciało i musisz je obnosić, pielęgnować i ochraniać i tak dalej, ale jak to ciało wyczerpie się, możesz wpaść w wiele innych scen, które są nawet większe. (...) Ludzie, którzy boją się śmierci, to kompletny przypadek braku bezpieczeństwa. Oto dlaczego świat dzisiaj się rozpieprza, ponieważ ludzie skupiają się za bardzo na tym co widzą, a nie na tym co czują."


F O T K I
...

czwartek, maja 29, 2008

Seattle

Seattle to największe miasto w stanie Waszyngton oraz w całych pn-zach Stanach Zjednoczonych. Nazwa Seattle pochodzi od imienia indiańskiego wodza Noah Sealth nazywanego jednak Chief Seattle, ponieważ zbyt trudno było wymówić "białym" osadnikom oryginalne imię wodza. Settle ma przydomek "Szmaragdowego Miasta" - pochodzący prawdopodobnie od koloru zielonej wody oceanu i Jeziora Washington oraz zielonych lasów na północy i południu. Dzięki gorączce złota z końca XIX wieku miasto ogromnie się wzbogaciło, ponieważ to właśnie tutaj poszukiwacze zaopatrywali sie w życiowe zapasy i niezbędny sprzęt przed wyprawą po cenny kruszec do Klondike na Alasce. Od tego czasu miasto kwitnie! Ciekawa jest historia powstania w Seattle pięknych piwnic z witrynami sklepowymi, szyldami itp, mianowicie są to partery i pierwsze piętra domów szybko wybudowanych po pożarze w 1889 roku... Grunt na którym leży Seattle - tereny bagienne oraz fakt, że w czasie przypływu morze osiągało poziom wyższy niż ten, na którym położone było centrum miasta... a także kolejność odbudowywania miasta mająca za priorytet domy zamiast dróg i chodników... wszystko to spowodowało, że znaczna część z wysokości zabudowań znalazła się poniżej poziomu zrekonstruowanego chodnika :) Po zakończeniu odbudowy te nowe piwnice zostały opuszczone przez mieszkańców i kupców. Docenione zostały jednak na nowo w czasach prohibicji... :). Obecnie wyprawy po podziemnej części miasta są dużą atrakcją turystyczną Seattle. Obecny symbol miasta: Space Needle – wieża mierząca 185 m z latającym spodkiem na szczycie, pochodzi z 1962 roku, wybudowana z okazji Targów Światowych pod hasłem "XXI wiek", może nie poraża już nowoczesnością, ale dalej zachwyca swoim urokiem. Najlepsze i największe muzeum Seattle to Museum of Flight. Część muzeum zajmuje pięknie odrestaurowaną Red Barn - czerwona stodoła z 1909 roku, która niegdyś była pierwszym zakładem produkcyjnym Boeinga. W latach 60-tych XX wieku co piąty robotnik w Szmaragdowego Miasta zatrudniony był w przemyśle lotniczym. Firma Microsoft – gigant komputerowy ma siedzibę w pobliskim Redmond, może wybór celowo padł na Seattle ponieważ amerykański informatyk, współzałożyciel firmy Microsoft - William Henry Gates III urodził się w Seattle! To miasto jest kolebką grunge "Seattle Sound" czyli "brzmienia Seattle", nowego stylu muzycznego późnych lat 80-tych i wczesnych 90-tych. Wytwórnia płytowa Sub Pop Records zasłynęła z intensywnego promowania sceny muzyki grunge, wydając pierwsze nagrania takich zespołów, jak Nirvana, Mudhoney czy Soundgarden. Miasto może nam się kojarzyć jeszcze z czymś... "Bezsenność w Seattle" romantyczną komedią z 1993 roku, w której świetnie zagrali Meg Ryan i Tom Hanks :).
OPIS WYPRAWY
Przejechałem zielony Oregon żeby dotrzeć do miejsca o którego odwiedzeniu marzyłem od lat - Seattle. Wszystko było w zasięgu, ale do tej pory ni znaleźli się chętni na wyjazd. Przyjechaliśmy późno w nocy pod miasto i zatrzymaliśmy się w małej miejscowości Renton. Znalezienie hotelu było o tej porze małym problemem i kilka chwil spędziliśmy na zwiedzaniu miejsc do spania, ale w końcu poddaliśmy się na średnio tanim Motelu 6 z bardzo dociekliwą obsługą. Jak nigdy wcześniej musieliśmy powypełniać jakieś kartki, a recepcjonistka kopiowała nasze dokumenty hm... dziwne. Byliśmy w okolicy, gdzie mieściły się wielkie centra handlowe tylko... wszystkie były pozamykane, a nam dokuczał głód. Przetrwaliśmy do śniadania i wcześnie rano ruszyliśmy do pierwszego celu wyprawy czyli na grób Jimiego Hendrixa na cmentarzu w Renton - bardzo blisko naszego hotelu. Zaopatrzyłem się w mapkę z internetu i dość szybko znaleźliśmy monument z grobem artysty. Trudno nie zauważyć bo jest dość spory, ale skromny - filary z kopułką, a w środku mały sześcian z nazwiskiem, na ściankach autograf w marmurze i daty śmierci. Pamiątkowe zdjęcia, chwila refleksji i czas ruszać dalej. Do miasta wjechaliśmy międzystanową I-5, z której skręciliśmy do downtown - już z autostrady widać przepiękną panoramę miasta z ogromnymi wieżowcami i dyskiem wierzy widokowej w tle. Byłem mocno zaskoczony, nie spodziewałem się takiego centrum, prawie jak na Manhattanie :). Nad wszystkim górował wielki czarny budynek Columbia Center, który wyglądał imponująco (ma tylko 285 metrów). Zrobiliśmy rundkę między wieżowcami - wcale się nie zmniejszyły z tej perspektywy. Dość szybko odnaleźliśmy pomnik Jimiego Hendrixa. Szukałem jakiegoś wielkiego posągu na wielkim placu, a naszym oczom ukazał się skromny pomniczek klęczącego z gitarą muzyka, stojący przy ulicy na chodniku... Zrobiliśmy małą sesyjkę na pamiątkę i ruszyliśmy w stronę Seattle Center pozostałość po Międzynarodowych Targach z 1962 roku, gdzie znajduje się spodek widokowy Space Needle. Niestety nasze odwiedziny wypadły w weekend także już kilka mil przed spodkiem widziałem ciągnące w tamtym kierunku tłumy. Kłopoty zaczęły w momencie gdy zaczęliśmy szukać miejsce do zaparkowania - oferty pobliskich prywatnych parkingów były dla desperatów. Udało się znaleźć parking w budynku, który lpłatny jest za godziny. Podeszliśmy pod wielki dysk stojący na trzech podporach, nie był tak wielki jak się spodziewałem, ale panoramę miasta na pewno warto było zobaczyć. Kolejka była bardzo długa i byłem bliski zrezygnowania. Odstaliśmy swoje w dwóch kolejkach i załadowano nas do windy z przeszklonymi drzwiami. W połowie drogi winda zatrzymała się - myślałem, że to rutynowy postój, dopiero kiedy obsługujący windę poinformował nas, że nastąpiła awaria trochę się zezłościłem. Perspektywa spędzenia nie wiadomo jak długiego czasu w windzie bez klimatyzacji zawieszonej na sporej wysokości nie była ciekawa dla ludzi w środku, mnie najbardziej złościł upływający czas i słońce na zewnątrz :). Po godzinie uruchomiono windęi dotarliśmy na pokład widokowy. Widoczki były rewelacyjne, dokładna panorama miasta i okolic. Teraz miałem dokładne wyobrażenie gdzie jestem. Miasto położone jest w zatoce, poprzecinane wysepkami i kanałami, co nadaje temu miejscu niesamowity urok. W moim rankingu miast USA zaczęło piąć się w górę i wylądowało na trzeciej pozycji. Zjazd windą odbył się bez problemów i udaliśmy się pod pobliskie Experience Music Project zaintrygowani dziwnymi kształtami budowli. Wielkie owalne kształty wyłożone kolorowymi lustrzanymi płytkami zrobiły wrażenie. Spacer po okolicy ujawnił jeszcze kilka ciekawych miejsc wartych zobaczenia, a trudnych do opisania :). Zdjęcia to lepiej oddadzą. Zabraliśmy samochód z parkingu i pojechaliśmy do dzielnicy Fremont wyglądającej trochę na oazę hipisowską i bohemę artystyczną. Trąciło trochę komuną i lewakami, a upewnił mnie w tym całkiem spory pomnik ... Lenina ! W latach 60-tych Fremont powszechnie znany był jako "artists' republic". Dość blisko pomnika pod mostem znajduje się gigantyczna figura Trolla trzymającego w dłoni "garbusa". Dość osobliwe i ściągające rzesze turystów chętnych na zrobienie sobie tutaj zdjęcia :) Jadąc kilkanaście metrów dalej natrafiamy na pomnik "ludzi czekających na kolejkę miejską" - cztery figurki ludzi ustawione na przystanku są niezłą atrakcją, postacie dość często przystrajane są przez ludzi w różne ubrania lub symbole. Nastała pora by wrócić i zobaczyć jedno z najsłynniejszych miejsc w mieście - Pike Place Market. Obawiając się problemów z zaparkowaniem zajechaliśmy na płatny parking kilka bloków od naszego celu. Resztę trasy pokonaliśmy na piechotę ulicą Pike Street, która doprowadziła nas na wielki targ istniejący w tym miejscu od 1907 roku, kiedy to farmerzy zaczęli sprzedawać swoje towary prosto z wozów. Teraz jest to prostokątny budynek - hala gdzie kłębią się tłumy ludzi (ciężko się tam chodzi), wszędzie czuć zapach ryb. Znajdziemy tu lokalną super atrakcje, stragan "latających ryb", gdzie sprzedawcy robią wielkie show ze sprzedaży, które polega na rzucaniu ryby ze straganu między ludźmi do sprzedawcy. Więcej jest oglądających niż kupujących :). Po drugiej stronie ulicy powstało dużo modnych restauracji i sklepów ale nie zepsuło to w żaden sposób klimatu miejsca. Mam na tej ulicy miejsce pielgrzymek wielu amerykanów, znajduje się znajduje się pierwsza kawiarnia wielkiej sieci Starbucks. Tłumy są tutaj ogromne, każdy chce się napić kawy i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Kończąc oglądanie Pike Place zeszliśmy na tyły ulicy, gdzie stromo położona uliczka zawiodła nas nad zatokę na słynny Waterfront, gdzie na Pierach mieszczą się sklepy i elegancki restauracje z widokiem na wodę i panoramę miasta. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy ulicami w stronę starego centrum mijając po drodze Seattle Art Museum z charakterystyczną figurą robotnika z ruchomym młotkiem. Ulice momentami przypominały mi San Francisco i posunąłbym się nawet w swojej ocenie do tego żeby określić Seattle jako mieszankę Manhattanu z San Francisco (czysto subiektywne). Odległość okazała się za duża i wróciliśmy po samochód, którym pojechaliśmy do najstarszej dzielnicy miasta Pioneer Square. Mało brakowało, a nie zauważylibysmy tego miejsca gdyby nie GPS, który uparcie twierdził, że jesteśmy na miejscu. Charakterystycznym miejscem skweru jest malutki park, przy którym stoją totemy indiańskie i figurka wodza Indian, od którego wzięła się nazwa miasta. Znajdziemy tu sporo galerii i księgarni dodających kolorytu temu miejscu. Warto zrobić sobie spacerek między pobliskimi uliczkami i odpocząć od nowoczesnych biurowców. Wędrując spacerkiem zrobiliśmy spore koło i weszliśmy do centrum finansowego, gdzie musiałem koniecznie podejść pod największy budynek w mieście Columbia Center, żeby zmierzyć się z jego potęgą. Pokonał mnie :), jest naprawdę wysoki i do tego architektonicznie ciekawy. Powrót do samochodu stromymi uliczkami wymęczył nas nieźle. W planie był powrót na do dzielnicy Freemont. Zaparkowaliśmy Gas Works Park - to dość dziwne miejsce -wygląda na pozostałość po jakiejś elektrociepłowni. Duży, zielony teren rekreacyjny z pagórkami i niesamowitą panoramą miasta i zatoki. Przychodzą tu całe rodziny na piknik. Spędzilismy chwilę leżąc na trawie i podziwiając widoki na Seattle... będę polecał to miejsce każdej osobie odwiedzającej miasto :). Wymyśliłem, że poczekam do wieczora żeby zrobić nocne zdjęcia i dopiero wtedy wrócić do Gas Works Park. W międzyczasie pojechaliśmy na drugi koniec miasta na cmentarz, gdzie pochowany jest Bruce Lee i jego syn Brandon. Nie było łatwo znaleźć gróbów, ale zaintrygowała nas gromadka ludzi przy jednym pomniku i udaliśmy się w ich kierunku. Trafiliśmy w sedno. Małe krzaczki zasłaniają dwa groby, przy których można spocząć na małej ławeczce. Powoli zaczęło się ściemniać i wróciliśmy do naszego gazowego parku :) na nocne zdjęcia miasta. Czas minął szybko i zdjęcia wyszły świetne. Pozostały nam poszukiwania hotelu na noc.

Seattle
...

środa, maja 28, 2008

Przez zielony Oregon do różowego Portland

Portland jest największym miastem stanu Oregon, ale stolicą jest trzykrotnie mniejsze Salem, które nawet nie jest tym znanym z czarownic Salem. Portland nazywane jest Miastem Róż, jest tutaj International Rose Test Garden czyli "Ogród Testowy" gdzie można zobaczyć nowe gatunki róż z całego świata zanim trafią na rynek. Wizytę najlepiej zaplanować na początek lata, kiedy te piękne kwiaty kwitną. Portlandczycy są obywatelsko zaangażowani, dbają o miasto, które założone w 1844 roku nie może zachwycić nas oszałamiającymi zabytkami, ale jest czyste i odnowione. Portlandczycy mimo, że mogą spędzać wolny czas w parkach, których maja ponad 200, dbają nawet o takie szczegóły jak zieleń na dachach. Ciekawostką są przyjazne słowa wypływające z bankomatów - sure czy thank you:). W mieście przeważają ksiegarnie, jest ich znacznie wiecej niż kawiarni :)Powell's City Books jest najsłynniejszą oazą dla bibliofili. Portland Art Museum oferuje niewielką, ale cenną kolekcję dzieł sztuki europejskiej, amerykańskiej i azjatyckiej, która cieszy się dużym zainteresowaniem wśród zwiedzajacych miasto. W Oregon City Center można zobaczyć historię pionierów, którzy 150 lat temu dotarli tu w krytych wozach (Oregon Trail). Portland upodabały sobie siedziby koncernów związanych z zaawansowaną technologią oraz znane firmy sportowe jak Nike czy Columbia.
OPIS WYPRAWY
Długi weekend rodzi pomysły na długą wyprawę i tak było w tym wypadku. Wiosna powoli dotarła do północnych stanów więc nadszedł czas na podróż w tamte rejony. Wolne zaczynało się od czwartku wieczorem i trzeba to było wykorzystać. Wynajęcie samochodu trwało chwilkę, wszyscy nas znają i formalności ograniczyliśmy do minimum. Entreprise jest wypożyczalnią trochę dziwną ale tańsza od konkurencji gdzie trzeba dodatkowo płacić za jazdę po innych stanach niż ten w którym dostajemy samochód, na szczęście udało się bez dodatkowych kosztów. Chyba nas lubią. Plan na czwartek wieczór zakładał dotarcie do miasteczka Medford w Oregonie a to około 6 godzin jazdy po nocy. Ruszyliśmy z San Francisco o czasie i tym razem wybraliśmy "szybszą" autostradę numer 5 która łączy południe Kalifornii z północą USA. Dozwolone prędkości są tutaj wyższe i mknęliśmy pond 80 mil na godzinę. Do Redding dotarliśmy dość sprawnie bez korków ale potem zaczął ostro padać deszcz i widoczność zrobiła się zła. Do tego droga zmieniła się na bardzo krętą i musiałem mocno koncertować się na drodze, którą słabo było widać. W rejonie Mt. Shasta zrobiło się nieciekawie ale zdołaliśmy bezpiecznie przekroczyć granicę Oregonu. Zrobiło się bardzo późno jak zatrzymaliśmy się w u celu w mieście Medford. Hotel znaleźliśmy w mojej książeczce z kuponami i za rozsądne pieniądze przenocowaliśmy. Jakie to przyjemne, że w tym stanie nie ma podatku od sprzedaży i do cen które są podawane nie trzeba w głowie doliczać procentów. Rano szybko zebraliśmy się w drogę, dzień zapowiadał się na pogodny. Po kilkudziesięciu milach trzeba było zjechać żeby zatankować, podjechałem do małej stacji i jak to zwykle bywa podszedłem do dystrybutora napełnić bak i tutaj zaskoczył mnie miły pan mówiąc, że sam nie mogę tego zrobić bo grozi to mandatem ! Mocno mnie to zdziwiło ale bez słowa dałem swoją kartę a pan zatankował do pełna, wyszło na to, że w Oregonie mają takie (idiotyczne) prawo że samemu nie można tankować (podobnie jest w New Jersey czego doświadczyłem kilka tygodni potem). Potraktowałem to jako ciekawostkę i musiałem uważać na stacjach. Jazda w ciągu dnia ma swoje uroki i można podziwiać krajobrazy a Oregon ma jedne z najładniejszych tras widokowych w zachodnich stanach. Autostrady przecinają wielkie połacie lasów i cały czas dominuję kolor soczystej zieleni, naprawdę odczuwa się niezapomnianą przyjemność i nie szkoda straconego w samochodzie czasu. Szkoda mi było pobliskiego Crater Lake, pięknego jeziora w kraterze po wulkanie, zostawię to sobie na później. Widoki dookoła mocno mnie oczarowały i przez głowę przeszedł nawet pomysł o przeprowadzeniu się do Oregonu ale ciepło Kalifornii zawsze wygrywa :). Przejechaliśmy przez drugie co do wielkości miasto Oregonu, Eugene. Jak dla mnie nie było tu żadnych ciekawych miejsc godnych zobaczenia. Dużo młodzieży z Uniwersytetu Oregonu i pseudo hipisów nie oddaje jednak atmosfery lat świetności tego miasta. Słońce już w zenicie ostro przypalało gdy zatrzymaliśmy się w stolicy stanu w miasteczku Salem (nie mylić z Salem od czarownic na wschodnim wybrzeżu). Zaskoczony byłem małym rozmiarem tego miejsca, a bardziej tym, że jest to stolica tak wielkiego stanu. Mapka pokazywała kilka ulic i nie trudno było znaleźć Capitol Building główną atrakcję miasta. Budynek wykonany z białego marmuru z pozłacaną figurą kolonisty na szczycie kopuły, przy wejściu mamy płaskorzeźbę odkrywców Lewisa i Clarka. Na zdjęciach widziałem fontannę prze frontem budynku ale teraz nie działała. W pobliskim parku mamy mniejszą fontannę i kilka pomników, wszystko to w sennej atmosferze zapomnianego przez ludzi miasta. Ciekawsze miejsca zwiedziliśmy na piechotkę często nie spotykając żywej duszy. Nudno tu musi być :). Cel naszej wyprawy na dzień dzisiejszy Portland był już blisko i nawet nie wiem kiedy znalazłem się na obwodnicy z panoramą downtow w tle. Miasto ma niewielkie centrum z dość niską zabudową co mnie nawet nie zaskoczyło, wjechaliśmy tam z nadzieją znalezienia jakiegoś parkingu. Już po kilku chwilach wiedziałem, że miejsce przypadnie mi do gustu. Zostawiliśmy samochód w jednym z parkingo-budynków i ruszyliśmy na słynny Pioneer Courthouse Square, przywitał nas zgiełk i masa ludzi siedząca na każdym wolnym kawału schodów i murkach. Otoczone zielenią miejsce ma niesamowity klimacik, woda przelewa się w pobliskiej fontannie a po środku młodzi ludzie grają w ... "zośkę". Zrobiliśmy małą rundkę po placu który jest podobno najczęściej odwiedzanym miejscem w Portland, znajdziemy tutaj drogie domy handlowe i restauracje. Miasto przecina sieć tramwai które całkiem dobrze wtapiają się w atmosferę miasta. Miałem ze sobą plan miasta i rozrysowane na nim atrakcje mieściły się tak bardzo blisko siebie, że wiele razy zdarzyło się ominąć coś ciekawego. Poszliśmy ulicą Broadway (chyba jest w każdym większym mieście), i dotarliśmy pod słynne kino z charakterystycznym neonem z napisem Portland. Miesza się tu trochę nowoczesnej architektury ze starym budownictwem ale nie razi to wcale. Co krok trafiamy na galerie, muzea, rzeźby i parki. Dotarliśmy do parku South Park Blocks gdzie czuję się atmosferkę lat 70-tych, na trawie młodzież opala się marihuaną a na ławkach siedzą niedoszli muzycy prezentujący swoje utwory. Generalnie czuje się duży luz. Obok parku znajdziemy Oregon Historical Society, budynek przyciąga uwagę wielkim malunkiem (murals) przedstawiającym ekspedycję Lewisa i Clarka na swojej ścianie. Mijamy stary gotycki kościół i zatrzymujemy się przy słynnym Portland Building, wielka kwadratowa bryła ze szkła i ceramiki, ozdobiona rozetami z różowych i błękitnych płytek z wielką miedzianą figurą klęczącej Portlandii (wiosną i latem słabo widoczna przez duże drzewa). Był to pierwszy postmodernistyczny budynek w USA. Niedaleko znaleźliśmy miejsce na chwilowy odpoczynek od upału, była to Ira Keller Memorial Fountain, ciekawie zaprojektowana fontanna, która daje lekki chłód. W końcu doszliśmy do Waterfront Park Walkway, promenady ciągnącej się wzdłuż rzeki Willamette. Wygląda na to, że jest to miejsce piknikowania i spotkań mieszkańców miasta, co udzieliło się nam w równym stopniu i zalegliśmy na trawie. Widok jest na drugą stronę miasta i na słynne mosty, które są charakterystyczne dla miasta. Niestety są wyjątkowo szpetne i mają pewnie więcej niż sto lat :), chyba wszystkie są mostami zwodzonymi i otwierają się jak przepływa statek, wtedy robi się długa kolejka ludzi i samochodów. Idąc ponad mile promenadą przy rzece doszliśmy w rejon starego miasta, jako że była sobota to trafiliśmy na Saturday Markret, który zapełniony był straganami, namiotami i barami z tanim jedzeniem, a wokoło kłębił się wielki tłum. Wyglądało to bardzo swojsko :). Budynki w tym rejonie są stare i obdrapane ale idealnie nadają temu miejscu klimat, można tu zrobić świetne zdjęcia. Oddalając się od rzeki w głąb starego miasta natrafiliśmy na orientalną bramę dzielnicy Chinatown, uliczki zrobiły się kolorowe z neonami w chińskie znaczki. Podobno to już pozostałości po dzielnicy chińskiej która kiedyś była drugą co do wielkości w USA. Zrobiliśmy jeszcze rundkę po uliczkach Portland i powoli wróciliśmy do samochodu. Miasto okazało się bardzo małe i w zupełności wystarczy weekend żeby spenetrować je całe. o wieczora zostało trochę czasu a ja widziałem w przewodniku piękną panoramę miasta robioną ze wzgórza, chwile zajęło odnalezienie miejsca na mapie i wpisanie do GPS, jakie było nasze zaskoczenie kiedy wyświetliła się odległość tak niewielka że można było pójść na piechotę :). Ale trudno już jechaliśmy do celu czyli Washington Park położonego na wzgórzach otaczających z jednej strony miasto. Mieści się tutaj Międzynarodowy ogród testowania róż. Faktycznie całe połacie parku usiane były różami. Dla miłośników kwiatów to istny raj. Szukałem miejsca gdzie widać miasto ale nie udało się zlokalizować i ruszyliśmy na objazd parku (mieści się tutaj ZOO), trafiliśmy przypadkiem do dzielnicy West Hill, budynki przypominały bogatsze dzielnice San Francisco a widok na miasto był na tyle dobry, że widać było w oddali szczyt Mt. Hood. Panoramka miasta jedna została zrobiona :). Miasto jest bardzo kameralne i ma klimat, słyszałem, że dużo ludzi przenosi się z Kalifornii do Portland w poszukiwaniu spokoju.
Oregon
...

wtorek, maja 27, 2008

Małe perełki - Clear Lake

Wypatrzyłem na mapce jeziorko na północ od San Francisco, w sam raz na małą wyprawę. Trasa wiodła przez hrabstwa Sonoma i Napa wśród winnic. Na miejscu nikomu nie znane jezioro zaskoczyło mnie pozytywnie swoim wyglądem i klimatem. Przeniosłem się na chwilkę w rejon południowych Włoch...

Clear Lake - California

.

czwartek, maja 22, 2008

Podróż ... przez noc


Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem
...

wtorek, maja 20, 2008

Jack London Square / Oakland

Oakland, przemysłowe miasto należące do zespołu miejskiego San Francisco - miasto rodzinne Jacka Londona... pisarza, który jest tajemnicą... poznać jego życie i duszę można w jego dziełach. Jack London (a właściwie John Griffith Chaney) jest dla Oakland symbolem - człowieka, który osiągnał sławę, tak jak Martin Eden - bohater jego urzekającej powieści, zawierającej wątki autobiograficzne i bedącej przepowiednią niewyjaśnionej śmierci autora. Nic dziwnego, że Oakland oddaje cześć człowiekowi, który nie bał się pracy i ryzyka... Jego niezwykły literacki talent nie pochodzi z żadnej szkoły, był samoukiem - chociaż naprawde trudno w to dzisiaj uwierzyc czytając jego dzieła ("Zew krwi", "Biały kieł" "Wilk morski", "Martin Eden" itd). Oakland jako miasto portowe, widzi w nim nie tylko wspaniałego amerykańskiego pisarza, ale i rybaka, pirata- kłusownika morskiego, marynarza i poszukiwacza złota. Jack London, duchowy klasyczny, socjalista czerpiący inspirację z idei klasyków tej myśli jest przykładem american dream - biedny chłopiec, który osiągnął tak wiele... nic dziwnego, że Oakland przypomina na każdym kroku o "swoim dziecku"...
tekst: Ola Fotki: Marcin
Jack London