![]() |
| Alaska - Part 1 |
środa, lipca 30, 2008
Wyprawa na Alaskę - część 1
Barbary Coast Trail czyli San Francisco w 1 dzień

Szlak zaczyna się w downtown (centrum) od budynku Old Mint (stara mennica). Potem prowadzi do najstarszego Chinatown w Ameryce Północnej, przechodząc przez Portsmouth Square, miejsce narodzin „gorączki złota", wokół Jackson Square Historic District, aż do North Beach i jego włoskich kawiarni. Docierając do Fishermans Wharf i w końcu do historycznych statków koło Aquatic Park. Dwa końce szlaku połączone są słynną linią tramwajową na trasie Powell – Hyde.
Zwiedzanie zaczynamy od [1] starej mennicy (Old U.S. Mint), na rogu fifth street i Mission. Zbudowany w 1874 r. budynek jest najstarszą budowlą w downtown (w USA mianem downtown określamy centrum miasta). Mennica jest z zewnątrz w dobrym stanie i przypomina grecką budowlę. Wewnątrz wygląda jak zapuszczona rudera i nie można w niej nic zwiedzić. Przy schodach wejściowych znajdujemy pierwszy znacznik (medalion) w chodniku oraz tablica informacyjna. Strzałka kieruje nas do następnego miejsca [2] Hallidie Plaza, placu na bardzo ruchliwym skrzyżowaniu ulicy Powell i Market. Plac nazwano na część Andrew Hallidie, który w 1873 roku wdrożył pierwszy na świecie system słynnej kolejki linowej (cable car). W tym miejscu zawsze panuje ruch. Znajduje się tutaj wejście do stacji BART-a i metra (jest tam dobrze zaopatrzone w darmowe mapki centrum informacji turystycznej). Jeśli ktoś zobaczy długą kolejkę ludzi, to oznacza że jest się przy "pętli" cable car :). Stoi tam budka, gdzie można kupić bilety komunikacji miejskiej. Obok widzimy Flood Building, zbudowany w 1904 roku 12 piętrowy (trójkątny) budynek – na początku XX wieku uznawany za największy biurowiec na Zachodnim Wybrzeżu. Na dole mieści się duży sklep GAP-a. Biegnąca obok Market street to najbardziej znana ulica w San Francisco. Na odcinku od tego miejsca do budynku odprawy promowej na Embarcadero mają tu swoje siedziby banki, outlety z ubraniami, duże sklepy i centra finansowe. Jest to ładniejsza część ulicy Market. Jak to bywa w centralnym miejscu miasta, gromadzi się tutaj sporo bezdomnych i różnego typu oszołomów (ludzie nienawykli do takich widoków będą trochę zszokowani). Tutaj zaczyna się dzielnica Tenderloin (m.in. ulice Turk, Eddy, O'Farell i kilka innych) – zamieszkała głównie przez ciemnoskórych. Jest to najgorsza część miasta (przynajmniej dla mnie). Na chodnikach można zobaczyć leżących pijaków lub narkomanów. Sklepy i budynki nie wyglądają za ciekawie :). Powszechne są zaczepki przez Murzynów. Częsty widok to awantury, jakieś bijatyki i policjanci biegający z bronią. Ma to oczywiście swój klimat :). Jeśli turysta chce zachować miły obraz miasta, to niech lepiej ominie te rejony. Wracajmy do naszej trasy :). Przedzieramy się na północ wiecznie zatłoczoną ulicą Powell, idziemy równolegle do trasy cable car i docieramy do [3] Union Square. J.W. GearyWestin pierwszy amerykański mer miasta wyznaczył ten plac na publiczny skwer w 1850 roku i… tak pozostało do dzisiaj. Jest to bardzo miłe miejsce, by odpocząć na chwilę, napić się kawy czy umówić na spotkanie (coś w stylu punktu spotkań przed warszawską Rotundą:) – znajduje się w centrum, każdy tu trafi, trudno się zgubić). Pośrodku placu wyrasta wysoki pomnik upamiętniający Admirała Dewey, który wygrał bitwę w wojnie hiszpańsko-amerykańskiej w 1898 roku. Na placyku pod pomnikiem wystawiane są galeryjki ze sztuką, głównie z obrazami. Na małej scenie odbywają się kameralne koncerty. Masy ludzi przesiadują na murkach i trawnikach. Przy planu od strony południowej mieści się słynny sklep Macy's, a od zachodniej duży hotel– gdzie można przeszkloną windą wjechać na ostatnie piętro i podziwiać panoramę okolicy (nieoficjalnie, udając gościa hotelowego :)). Po wschodniej stronie, pośrodku między dwoma budynkami, znajduje się słynna Maiden Lane. Jest to bardzo wąska uliczka, którą łatwo można przeoczyć. W przeszłości było to miejsce rozpusty z domami publicznymi i spelunkami, najniebezpieczniejsza ulica miasta. Obecnie to miejsce z dużą ilością galerii, sklepów i kawiarenek, w których można się schować przed gwarem miejskim. Trzymając się szlaku (znaczników na chodniku), skręcamy w ulicę Grant, która widzie nas prosto pod bramę w kształcie chińskiej pagody z zielonym daszkiem. Wkraczamy do Chinatown – wąskie ulice, wiecznie zatłoczone, ze sklepikami nastawionymi na turystów. Można tu kupić prawie wszystko. Turyści chętnie zaopatrują się tu w pamiątki z San Francisco i odwiedzają herbaciarnie. Stojący na ulicy Chińczycy zapraszają do swoich restauracji. Kolorowe neony, flagi i architektura pozwalają poczuć się jak w Państwie Środka. Idąc dalej ulicą Grant docieramy do [4] Katedry Św. Marii (Old St. Mary's Cathedral). Jest to jedna z najstarszych katolickich katedr. Można ją zwiedzić w środku. Wracamy na szlak i po kilku metrach skręcamy w ulicę Sacramento i prawie natychmiast w prawo w [5] Waverly Place. W tym miejscu zaczyna się naprawdę ładne Chinatown. Ten krótki odcinek nazywany jest Ulicą Malowanych Balkonów, jest to bardzo widokowe miejsce. Kolorowe dachy, fasady domów i balkoniki nadają temu zakątkowi niepowtarzalny klimat. Czuję się jak w Kantonie w latach 20. :). Wychodząc z tej bajkowej uliczki skręcamy w lewo i od razu w prawo w Ross Alley – bardzo wąską alejkę zwaną w XIX wieku ulicą hazardu. Znani z zamiłowania do gier Chińczycy urządzili sobie tutaj małe Las Vegas :). Obecnie nie ma tu śladu po okresie świetności, zwykła szara alejka, ale z klimacikiem slamsów. Wracamy z powrotem na szlak, robiąc małe koło, i mijamy [6] Bank of Canton, trzypoziomowa pagoda wkomponowana w duże budynki. Chwilka dla fotografa i… idziemy dalej. Po kilku krokach wchodzimy na [7] Portsmouth Square – miejsce narodzin „gorączki złota". 12 Maja 1848 roku Sam Brannan szedł przez plac i wymachując butelką pełną drobinek złota, darł się wniebogłosy: "Złoto! Złoto! Złoto z amerykańskiej rzeki!". Od tej chwili miasto przeżyło najazd poszukiwaczy złota :). Plac ma sporo ciekawych historycznie miejsc. Monument upamiętniający pierwszą w Kalifornii szkołę publiczną, miejsce gdzie załopotała pierwszy raz w San Francisco amerykańska flaga w 1846 roku, figurka galeonu Hispaniola z powieści Roberta Stevensona "Wyspa skarbów" i obok wysoki szkaradny budynek. Na placu jest jak w ulu :), całe masy Chińczyków zbitych w grupki grają w swoje gry, strasznie się przy tym ekscytują i drą się niemiłosiernie :). Nie należy się tym przejmować, mimo że wygląda to jak nielegalny hazard (czym zapewne jest). Wychodzimy z placu i szukamy znaczników na chodniku, tutaj można się pogubić. Zaczyna się [8] Commercial Street, przy której można zwiedzić Pacific Heritage Museum, Chinese Historical Society of America Museum i Imperial Palace. Jesteśmy w dzielnicy finansowej i specjalnych atrakcji już tutaj nie ma, same wieżowce i banki. Dochodzimy do [9] Montgomery Street, gdzie zwiedzamy Wells Fargo History Museum, Bank, który otworzył swoje filie w 1852 roku i jest na rynku do dzisiaj :). Inne atrakcje to tablice pamiątkowe na Clay street upamiętniające słynny Pony Express – początki poczty, kiedy to jeźdźcy rozwozili pocztę pokonując olbrzymie dystansy. Można zrobić tutaj małą dygresję i obejść bardzo charakterystyczny wieżowiec, Transamerica Pyramid. Budynek góruje nad miastem i jest w kształcie piramidy. Przed zamachami z 11 września w 2001 roku można było wjechać na piętro widokowe z panoramą miasta, obecnie jest ono niestety zamknięte dla turystów.
Zaczynamy spacer po uliczkach [10] Jackson Square Historic District, gdzie znajdziemy budynki z czasów Gorączki Złota. Tutaj łatwo zgubić szlak. Dzielnica jest bardzo zadbana i raczej nie tania :), budynki są stopniowo odnawiane albo już odnowione i spacerek po uliczkach to czysta przyjemność. Następny punkt to [11] Old Barbary Coast – historyczne miejsce (to tutaj marynarze spędzali wolny czas, tutaj mieściły się magazyny i sklepy oferujące produkty niezbędne na okręt). A wszystko to na granicy obecnego Little Italy, dzielnicy włoskiej. Wchodzimy na ruchliwą ulicę Columbus Avenue, przy której mieści się bardzo dużo mały włoskich kawiarenek. Tworzą fajny klimat, trochę jak w Europie :). Po kilku krokach jesteśmy w dzielnicy North Beach i szukamy znacznika numer [12] Beat San Francisco. Można usiąść tu na chwilę w kawiarni Vesuvio (bardzo charakterystyczna, jej ściany pokrywają różne malowidła), by napić się kawy lub piwa i poczuć się jak Jack Kerouac, Allen Ginsberg i Neal Cassady (bywający tu w latach 50. :)). Warto zajść też do księgarni City Lights Bookstore, gdzie na każdym kroku widać ślady pisarzy pokolenia beat. Opuszczając te rejony, docieramy do [13] Washington Square, gdzie można położyć się na trawie i zrobić sobie małą przerwę (o ile znajdzie się wolne miejsce ;)). Park jest naprawdę ładny (jak większość parków w SF). Tuż nad nim góruje przepiękna katedra Św. Piotr i Pawła.
Teraz zaczyna robić się trudniej, gdyż większość ulic biegnie pod górkę lub z górki (ale wspaniałe widoki warte są poświecenia)! Z daleka widać słynny odcinek Lombard street, bardzo kręte (wijące się jak wąż) serpentyny, gdzie zjechać można z prędkością 5 mil na godzinę i tylko "normalnym" samochodem. Wdrapujemy się na [14] Telegraph Hill. Wzgórze nie jest co prawda największe w mieście, ale wyróżnia się znacznie na tle panoramy miasta. Charakterystyczna i widoczna w tym rejonie i zatoce jest Coit Tower, wieża wyglądająca jak rzymska kolumna. Można wjechać na górę windą za jakieś małe pieniądze i podziwiać stamtąd panoramę okolicy. Małym minusem są grube (bardzo zabrudzone) szyby w windzie, chroniące pasażerów przez wypadnięciem. Przy wyjściu z wieży na ścianach znajdują się "Fresco Murals" – malowidła ścienne tak popularne w dzielnicy Mission. Z Coit Tower można zejść na kilka sposobów (m.in. schodkami Filbert Steps), ale trzymając się szlaku trzeba wrócić do ulicy Grant i kierować się w stronę zatoki. Na pewnym odcinku (trzeba uważać, żeby nie przegapić) znajdują się malutkie schodki prowadzące stromo do Jack Early Park. To dość osobliwe miejsce, postawiony jest tam podest z ławeczką, który pomieści zaledwie kilka osób (idealnie dla pary). Roztacza się z niego przepiękny widok na całą zatokę i most Golden Gate. Wracamy na szlak i po kilku krokach skręcamy w prawo w ulice Francisco. Idziemy do końca, gdzie znajdują się (na pierwszy rzut oka trudne do wypatrzenia) schody prowadzące w dół na ulicę Kearny, którą to docieramy do słynnej Embarcadero ciągnącej się wzdłuż zatoki. Mijamy Pier 39 – nastawione na turystów miejsce, gdzie można dobrze zjeść, zrobić zakupy, odwiedzić akwarium i Hard Rock Cafe. Spacerkiem docieramy do [15] Fisherman's Wharf, które było kiedyś portem rybackim, a teraz to najczęściej odwiedzane przez turystów miejsce w San Francisco (nie rozumiem dlaczego :). Znajduje się tu sporo sklepików z elektroniką (ale lepiej nic tu nie kupować!) i z pamiątkami. Co krok napotykamy restauracje oferujące owoce morza (słynny Clam Chowder w chlebie i kraby). To także stąd odpływają statki wycieczkowe po zatoce. Można tu też zwiedzić przycumowany okręt podwodny z czasów II wojny – USS Pampanito. (Ważne! Jeśli chcesz popłynąć na Alcatraz, to nie stąd, tylko z Pier 33). Osobiście nie przepadam za tym miejscem, denerwujące jest przeciskanie się przez tłumy ludzi, wieczne korki i zapchane (do tego drogie) restauracje. Idąc wzdłuż Fishermans Wharf dochodzimy do [16] Historic Ships at Hyde St. Pier. To muzeum, gdzie znajdziemy podobno największą kolekcję historycznych statków. Wejście jest za darmo i można pozwiedzać stojące tam takie okręty jak ogromny trzymasztowy Balculutha oraz 300-stopową Eureka. Dalej zbliżamy się do bardzo miłych rejonów: [17] Aquatic Park, piękny zielony park, gdzie można odpocząć i podelektować się widokami na zatokę i okoliczne stare stylowe budynki. Nad parkiem góruje budynek w kształcie okrętu – National Maritime Museum (zawsze zamknięty). Superzdjęcia z 360-stopniowym widokiem oferuje Municipal Pier. Idziemy betonową promenadą i dochodząc do jej końca widzimy wszystkie atrakcje zatoki: Pacyfik, Most Golden Gate, wyspę Angel, Alcatraz i Hyde Street Pier. Wracając można zboczyć do pobliskiego Fort Mason, jednego z najładniejszych parków w mieście. Świetny klimacik, palmy i widoczki urzekają. Wracamy na szlak i robimy rundkę, okrążając Aquatic Park, wchodzimy do [18] Ghirardelli Square. To kompleks budynków z czerwonej cegły, gdzie kiedyś mieściła się fabryka czekolady, a teraz znajduje się muzeum i dużo malutkich butików, fontanna i słynne włoskie lody (wcale nie takie dobre), po które zawsze ustawiają się kolejki. Nasza trasa powoli dobiega końca i pora udać się do punktu [20] Hyde-Powell Cable Car Line, czyli na "pętle" słynnej kolejki linowej. Zawsze, ale to zawsze w tym miejscu są takie kolejki, żeby dostać się do wagonika, że to tylko najwytrwalsi pozwalają sobie na czekanie. Jeśli już się uda wejść na pokład, to płacimy 5 dolarów. Szczęściarze siadają na bokach, a reszta wewnątrz. Wagonik jest zwykle oblepiony wiszącymi ludźmi :) i nie zawsze można delektować się trasą. Najlepiej pojeździć w jakichś mało popularnych godzinach, hehe. Trasa kolejki wiedzie przez bardzo stromą ulice Hyde (widoczki są super) i czasem warto podejść na piechotkę pod górę i wsiąść do wagonu na innym przystanku. Przejazd przez Russian Hill i Nob Hill to naprawdę niezapomniane wrażenia! Na trasie mieści się Cable Car Muzeum. Jadąc dalej, mijamy ulicę California, gdzie można zrobić mały przystanek i przejść się do ostatniego miejsca – na Barbary Coast Trail. Numerkiem [20] jest Nob Hill i jego bajkowe budynki takie jak Stanford Court Hotel, Mark Hopkins Inter-Continental Hotel, Flood Mansion i Katedra Grace będąca kopią Katedry Notre Damm w Paryżu. W tym rejonie znajdziemy najbardziej widokowe uliczki spadające stromo w dół!!! Odpocząć można w pobliskim Huntington Park. Powrót do wagonika i zjazd na końcową stację Powell. Koniec wyprawy. Cała trasa pozwala poznać najciekawsze miejsca San Francisco w jeden dzień. Mapkę można wydrukować z internetu lub kupić za 8 dolarów w Centrum Informacji Turystycznej na Powell. Szlak pomija oczywiście wiele miejsc, które warte są zwiedzenia.

![]() |
| Barbary Coast Trail |
poniedziałek, lipca 14, 2008
środa, lipca 09, 2008
Kraina wygasłych wulkanów.
![]() |
| Crater Lake / Lassen Park |
poniedziałek, lipca 07, 2008
niedziela, czerwca 22, 2008
Alaska. Kilka zdjęć z wyprawy.
Na lodowcuponiedziałek, czerwca 02, 2008
W trasie. Tym razem East Coast.
piątek, maja 30, 2008
Kruk
„Świadomość jaźni jest największą przeszkodą w wykonywaniu wszystkich fizycznych akcji." „Nigdy nie obawiaj się następnego rywala, bez względu jak wielki. Nigdy nie pogardzaj następnym rywalem, bez względu jak mały."
Bruce Lee oraz Brandon Lee… tragiczne losy ojca i syna… klątwa nad mężczyznami w tej rodzinie już od kilku pokoleń była prawdą… Mimo próby oszukania losu poprzez początkowe nadanie żeńskiego imienia Fon Sai (Mały Fenix) przyszłemu mistrzowi Kung Fu, aby demony nie mogły go odnaleźć – nie powiodło się… przeznaczenie… Bruce zmarł w wieku 32 lat, jego syn 28 lat… Obaj pochowani zostali w Seattle…
Bruce Lee – najwybitniejszy współczesny mistrz sztuk walki, świetny aktor, legenda… urodzony 27 listopada 1940 roku w San Francisco, w chińskim roku smoka, stąd jego przydomek Long Siu – Mały Smok. Amerykańskie imię Bruce otrzymał dzięki sugestii pielęgniarki ze szpitala, w którym się urodził, dla ułatwienia formalności życia w USA. Rodzice byli śpiewakami operowymi, kiedy Bruce miał kilka lat postanowili wyjechać do Hong Kongu, gdzie mogli mieć lepsze zarobki niż w Stanach. Mały Bruce zagrał w filmie mając 6 lat. Chłopiec interesował się tańcem, był tak dobry, że niedługo potem został mistrzem tańca cha-cha na turnieju w Hong Kongu. Taniec wyrobił w nim płynność ruchów, którą zawsze demonstrował podczas walki. Ojciec Bruce'a namawiał go na sztuki walki, bo sam był fanatykiem zdrowia i rozwoju duchowego, jednak chłopiec zainteresował się tym dopiero, gdy został pobity kiedy wracał ze szkoły. Jego wybór padł na Kung Fu, gdyż Tai Chi, uważał za zbyt powolne i za mało nastawione na walkę. Bruce trenował ten rodzaj walki przez kilka lat. W tym czasie zmienił się nie tylko fizycznie, ale i umysłowo, ze względu na filozoficzne aspekty Kung Fu. Gdy miał kilkanaście lat wstąpił do młodzieżowego gangu. Szybko stał się jego przywódcą. Wiele lat później powiedział: „Gdybym nie został gwiazdorem filmowym, z pewnością byłbym gangsterem". W wieku 18 lat sam zaczął tworzyć efektywny styl walki, jego celem było wyeliminowanie elementów zaskoczenia w sytuacjach obrony – nazwał go Jeet Kune Do, można to tłumaczyć jaką Drogę Przechwytującej Pięści lub Sposób przechwycenia Pięści. Ze względu na amerykańskie prawo zwyczajowe, według którego osoby urodzone w USA, które tu również osiągnęły pełnoletność, nabywają obywatelstwo amerykańskie oraz aby uniknąć kontaktu z wymiarem sprawiedliwości ze względu na częsty udział w ulicznych bójkach, rodzice pod koniec 1958 roku wysłali Bruce'a do USA. Przez kilka miesięcy przebywał u znajomych ojca w San Francisco a później przeniósł się do Seattle. Tutaj zarabiał na utrzymanie jako nauczyciel tańca, pomywacz, kelner... Wieczorami mimo zmęczenia uczył się angielskiego oraz trenował Kung Fu. W wieku 23 lat rozpoczął studia filozoficzne na Uniwersytecie w Seattle. W tym czasie zarabiał na życie udzielając lekcji chińskiego, Kung Fu i tańca cha-cha. Wśród jego uczniów sztuk walki była 19-letnia blondynka, studentka medycyny szwedzkiego pochodzenia Linda Emery, jego późniejsza żona, z która niedługo później miał syna Brandona i córkę Shannon. W 1964 roku Bruce zrezygnował ze studiów, aby prowadzić dwie szkoły sztuk walki. Instytut Jun Fan Gung Fu w Oakland oraz Seattle, które świetnie prosperowały. Jednak był problem… Starszyzna chińskiej dzielnicy San Francisco nie chciała pozwolić na naukę nie-Azjatów i odkrywanie przed nimi tajemnic sztuk walki. Doszło do pojedynku, Bruce go wygrał, ale nie bez trudu… najważniejsze, ze nie musiał zamykać szkół! Po tym zdarzeniu jego zamiłowanie do sztuk walki zmieniło się niestety w fanatyzm, przesadzał z treningami, zbyt wiele wymagał od swojego drobnego mierzącego 171 cm wzrostu ciała… Próbował gry w serialach, min. Jako Kato w „Zielonym Szerszeniu" (na podobieństwie Batmana) z czarną maska na twarzy, bowiem producenci nieco obawiali się ekspozycji orientalnego aktora jak na tamte czasy. Okazało się, ze miał więcej wielbicieli, niż główny bohater serialu. Niestety po 30 odcinkach zakończono emisję w USA. Na dowód, że Lee przesadzał z treningami, w 1970 roku podczas podnoszenia ciężarów, bez prawidłowej rozgrzewki Lee doznał kontuzji nerwu krzyżowego… skończyło się to kilkumiesięcznym pobytem w szpitalu i chronicznym bólem już do końca… I znowu zwrot w jego życiu… Okazało się, że serial „Zielony Szerszeń" – „Green Hornet" zakupiła telewizja w Hong Kongu, zmieniono tytuł na „Show Kato" gdzie odniósł ogromny sukces, a Bruce stał się gwiazdą. Sława i podpisanie filmowego kontraktu dały mu tez oczekiwane pieniądze. Materialną nagrodą za wysiłki był dla niego zakupiony Mercedes 350 SL (rejestracja AX 6521), w tej chwili samochód bardzo kultowy…Bruce postanowił zostać reżyserem, producentem i aktorem w filmie wyłącznie jego projektu „Way of the Dragon", kolejnym filmem miał być „Enter the Dragon" ( premiery się już nie doczekał…) Niestety zaczęły się coraz poważniejsze problemy ze zdrowiem, 10 maja 1973 roku w trakcie kręcenia nagrywania dźwięku do uprzednio nakręconego obrazu Bruce Lee stracił przytomność, miał problemy z oddychaniem, konwulsje, zaniki mowy… Diagnoza - obrzęk mózgu, nadmiar płynu otaczającego mózg. Lee przeczuwał, że ma mało czasu i jeszcze więcej od siebie wymagał…20 lipca 1973 roku pojechał do aktorki Betty Ting-Pei, która grała główną rolę żeńską w filmie „Gra śmierci". Tam skarżył się na ból głowy, więc otrzymał lek Equagesic… i zapadł w śpiączkę. Reanimacja nie powiodła się… zmarł. Według oficjalnych informacji zgon nastąpił na skutek obrzęku mózgu spowodowanego przez pomieszanie środków przeciwbólowych z odurzającymi i alkoholem, lub uczulenie na jeden ze składników środka przeciwbólowego. Do dziś jego śmierć pozostaje zagadką. Jest wiele teorii, min. taka, że do śmierci przyczynili się niezadowoleni z poczynań Bruce'a triady czy mnisi z klasztoru Shaolin, którzy to mieli zabić go "ciosem wibrującej pięści". Bruce Lee miał dwa pogrzeby. Pierwszy - chiński w Hongkongu i drugi - zachodni w USA. Jego prochy spoczywają w chińskiej części cmentarza Lakeview Cementary w Seattle, pod nagrobkiem w kształcie otwartej księgi, której strony nawiązują do propagowanej przez niego nowej koncepcji sztuki walki - Jeet Kune Do.
Na cmentarzu w Seattle jest drugi grób… syna Brandona Lee. Obiecującego młodego aktora, który pragnął być sławny z powodu własnego talentu, a nie ze względu na to kim był jego ojciec. Brandon również ćwiczył sztuki walki, miał w końcu w domu mistrza… kochał go i podziwiał… Po śmierci Bruce'a Linda wyjechała z dziećmi Brandonem i Shannon do Los Angeles, chciała być z dala od medialnego rozgłosu, dać dzieciom zwyczajne dzieciństwo. Jednak szczęście trwało krótko. Linda straciła męża, a teraz jeszcze jedynego syna… czy to był kolejny przypadek? Czy nie jest zbyt wiele tych zbiegów okoliczności dla tej rodziny?
W swoim życiu Brandon zagrał w kilku filmach, jednak dopiero rola w „Kruku" miała być przełomem w jego karierze aktorskiej… i była w sposób tragiczny. Został śmiertelnie postrzelony w brzuch na planie filmu „The Crow" – „Kruk", podobno przez niedopatrzenie przy załadowaniu magazynku w broni, gdzie została prawdziwa amunicja… wszystko to warte życie ludzkie. Nie wiadomo do końca co się stało z taśmą filmową z tej sceny, są wersje, że została zniszczona jak i że przekazano ją rodzinie jako materiał dowodowy w śledztwie. Całe zajście oficjalnie uznano za wypadek, nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności za śmierć aktora. Interesujący i zaskakujący jest fakt, ze postać grana kiedyś przez Bruce'a w „Grze śmierci" została zabita w podobny sposób… Teraz ojciec i syn są razem… może to PRZEZNACZENIE…
„Pustka jest tym, co znajduje się miedzy TYM a TAMTYM. Pustka zawiera wszystko, nie ma przeciwieństwa. Niczego nie wyklucza, niczemu nie przeczy. To jest żyjąca pustka ponieważ wywodzą się z niej wszystkie formy. I każdy, kto te pustkę zrozumie będzie NATCHNIONY ŻYCIEM, siłą i miłością do wszystkiego."
Odwiedziliśmy groby Bruce Lee i Brandona Lee, słońce zachodziło i kładło ciepłe kolory na groby gdy czarny kruk zatoczył koło nad nagrobkami ...
![]() |
| Bruce Lee |
Let Jimi take over...
"When the power of love overcomes the love of power, the world will know peace." Kiedy siła miłości przezwycięży miłość do siły, świat pozna pokój. (…) Wszystko mogę wytłumaczyć lepiej poprzez muzykę. Hipnotyzuję ludzi, aż dochodzą oni do podstawowego stanu, a gdy osiągnę moment największej słabości, mogę przemówić do ich podświadomości i wmówić im, co chcę (…) Naszą muzykę można porównać do słoika dżemu. Wszystko jest w niej dokładnie wymieszane."
James Marshall Hendrix znany jako Jimi Hendrix (ur. 27 listopada 1942, zm. 18 września 1970) - rodowity mieszkaniec Seattle, szokujący "dziki" muzyk, geniusz gitary elektrycznej - niepowtarzalny i nieprzewidywalny. Naśladujący gitarą wszystkie dźwięki - łkanie, płacz, śmiech, skowyt czy odgłosy wojny… Niedościgniony wzór artystycznego luzu i talentu dla innych muzyków, amerykański gitarzysta, wokalista, kompozytor rockowy najczęściej wiązany ze stylami acid rock, psychodeliczny rock, blues rock i jazz rock. Hendrix był jednym z najwybitniejszych gitarzystów i w ogóle instrumentalistów rockowych. Jako pierwszy wykorzystał unikalne techniki gry na gitarze elektrycznej. Już jako nastolatek postanowił, że będzie wierny swojej miłości do muzyki… Nie przeszkadzało mu to, że jest leworęczny, jak i to, że jego pierwsza gitara za pięć dolarów w prezencie od ojca, była nienajlepszej jakości, najważniejsze, że chciał grać…
Jimi Hendrix ma fanów na całym świecie, min. Paul Allen, jeden z dwóch założycieli Microsoft, jest jego wielkim i wiernym wielbicielem! Aby uczcić pamięć swojego idola, w czerwcu 2004 roku otworzył ekspozycję w gmachu Experience Music Project, oraz Galerię Sławy Science Fiction gdzie można zobaczyć sceniczne kostiumy, gitary, wzmacniacze, efekty gitarowe, manuskrypty tekstów Jimiego Hendrixa.
Znany utwór "Hey, Joe", moim zdaniem o słabej i ponurej treści, tylko dzięki Hendrixowi odżył, miał już przecież przynajmniej kilka wersji wcześniej, ale dopiero kiedy nagrał go Jimi, zyskał popularność - to właśnie jest przykład mocy jaką miał muzyk. Hendrix, który na scenie demolował wzmacniacze i podpalał gitary różnił się od Hendrixa prywatnie, po koncercie… Ludzie, którzy zdążyli go poznać, wspominali go jako pełnego uroku, ciepłego człowieka. Jest zresztą mnóstwo nagrań, w których pokazał swoje drugie, delikatne i wrażliwe oblicze…
Niestety, wspaniale zapowiadającą się karierę przerwała niespodziewana śmierć artysty. Miał niecałe 28 lat… Niestety okoliczności śmierci Jimiego były i są nadal trudne do ustalenia. Jako przyczynę śmierci podano inhalację wymiotów spowodowaną odurzeniem barbituranami. Stwierdzono jednak tylko śladowe ilości Seconalu i amfetaminy. Podczas oględzin Jimiego nie stwierdzono żadnych śladów po strzykawakach. Policja i załoga karetki stwierdzili po przybyciu, że Jimi już nie żył. Drzwi do apartamentu były otwarte i oprócz Jimiego nikogo tam nie było. . Obalono tezę o samobójstwie, gdzie poszlaką był jedynie smutny wiersz znaleziony w jego pokoju, a dawka 9 tabletek nasennych według lekarzy też nie została zakwalifikowana jako dawka śmiertelna, zwłaszcza, że przy Jimim znaleziono opakowanie z 45 tabletkami. Gdyby chciał popełnić samobójstwo wziąłby znacznie więcej dla pewności. Do tej pory jest to zagadka. Spekulowano nawet wokół wątku morderstwa. Teoria ta wydaje się odważna, jednak faktem jest, że mieszkanie nowojorskie Jimiego w Greenwich Village zostało splądrowane i ukradziono sporo taśm, przedmiotów osobistych Jimiego oraz nieokreśloną liczbę wierszy, z których część szybko znalazła się na aukcjach. Media wylansowały opinię, że muzyk zmarł wskutek przedawkowania heroiny i niestety taka opinia najszybciej dotarła do Polski. Tymczasem nie było śladów ukłuć, ani znaleziono przy nim strzykawki. Wiele wskazuje na to, że informacje o silnym uzależnieniu Hendrixa od heroiny były przesadzone, prawdą jest natomiast to, że był uzależniony od środków nasennych, które brał często i w dużych ilościach, o czym świadczą recenzje z koncertów. Spekulacje już tutaj nic nie pomogą…
Dla Hendrixa na płycie nagrobkowej wyryto gitarę stratocaster… chociaż on inaczej patrzył na śmierć, nie bał się jej… zapytany parę miesięcy wcześniej przez Jane de Mendelssohn z International Times: "A śmierć. Czy niepokoi cię?" Odpowiedział: "Wcale. Przechodzimy przez to tylko tutaj, gdzie nie jesteś jeszcze uważany za człowieka. Twoje ciało jest zaledwie fizycznym opakowaniem, które niesie cię z jednego miejsca w drugie byś nie popadł w duże kłopoty. Więc masz to podrzucone ciało i musisz je obnosić, pielęgnować i ochraniać i tak dalej, ale jak to ciało wyczerpie się, możesz wpaść w wiele innych scen, które są nawet większe. (...) Ludzie, którzy boją się śmierci, to kompletny przypadek braku bezpieczeństwa. Oto dlaczego świat dzisiaj się rozpieprza, ponieważ ludzie skupiają się za bardzo na tym co widzą, a nie na tym co czują."
czwartek, maja 29, 2008
Seattle
![]() |
| Seattle |
środa, maja 28, 2008
Przez zielony Oregon do różowego Portland
![]() |
| Oregon |
wtorek, maja 27, 2008
Małe perełki - Clear Lake
Wypatrzyłem na mapce jeziorko na północ od San Francisco, w sam raz na małą wyprawę. Trasa wiodła przez hrabstwa Sonoma i Napa wśród winnic. Na miejscu nikomu nie znane jezioro zaskoczyło mnie pozytywnie swoim wyglądem i klimatem. Przeniosłem się na chwilkę w rejon południowych Włoch...![]() |
| Clear Lake - California |
.
czwartek, maja 22, 2008
Podróż ... przez noc
wtorek, maja 20, 2008
Jack London Square / Oakland
![]() |
| Jack London |



















