środa, maja 28, 2008

Przez zielony Oregon do różowego Portland

Portland jest największym miastem stanu Oregon, ale stolicą jest trzykrotnie mniejsze Salem, które nawet nie jest tym znanym z czarownic Salem. Portland nazywane jest Miastem Róż, jest tutaj International Rose Test Garden czyli "Ogród Testowy" gdzie można zobaczyć nowe gatunki róż z całego świata zanim trafią na rynek. Wizytę najlepiej zaplanować na początek lata, kiedy te piękne kwiaty kwitną. Portlandczycy są obywatelsko zaangażowani, dbają o miasto, które założone w 1844 roku nie może zachwycić nas oszałamiającymi zabytkami, ale jest czyste i odnowione. Portlandczycy mimo, że mogą spędzać wolny czas w parkach, których maja ponad 200, dbają nawet o takie szczegóły jak zieleń na dachach. Ciekawostką są przyjazne słowa wypływające z bankomatów - sure czy thank you:). W mieście przeważają ksiegarnie, jest ich znacznie wiecej niż kawiarni :)Powell's City Books jest najsłynniejszą oazą dla bibliofili. Portland Art Museum oferuje niewielką, ale cenną kolekcję dzieł sztuki europejskiej, amerykańskiej i azjatyckiej, która cieszy się dużym zainteresowaniem wśród zwiedzajacych miasto. W Oregon City Center można zobaczyć historię pionierów, którzy 150 lat temu dotarli tu w krytych wozach (Oregon Trail). Portland upodabały sobie siedziby koncernów związanych z zaawansowaną technologią oraz znane firmy sportowe jak Nike czy Columbia.
OPIS WYPRAWY
Długi weekend rodzi pomysły na długą wyprawę i tak było w tym wypadku. Wiosna powoli dotarła do północnych stanów więc nadszedł czas na podróż w tamte rejony. Wolne zaczynało się od czwartku wieczorem i trzeba to było wykorzystać. Wynajęcie samochodu trwało chwilkę, wszyscy nas znają i formalności ograniczyliśmy do minimum. Entreprise jest wypożyczalnią trochę dziwną ale tańsza od konkurencji gdzie trzeba dodatkowo płacić za jazdę po innych stanach niż ten w którym dostajemy samochód, na szczęście udało się bez dodatkowych kosztów. Chyba nas lubią. Plan na czwartek wieczór zakładał dotarcie do miasteczka Medford w Oregonie a to około 6 godzin jazdy po nocy. Ruszyliśmy z San Francisco o czasie i tym razem wybraliśmy "szybszą" autostradę numer 5 która łączy południe Kalifornii z północą USA. Dozwolone prędkości są tutaj wyższe i mknęliśmy pond 80 mil na godzinę. Do Redding dotarliśmy dość sprawnie bez korków ale potem zaczął ostro padać deszcz i widoczność zrobiła się zła. Do tego droga zmieniła się na bardzo krętą i musiałem mocno koncertować się na drodze, którą słabo było widać. W rejonie Mt. Shasta zrobiło się nieciekawie ale zdołaliśmy bezpiecznie przekroczyć granicę Oregonu. Zrobiło się bardzo późno jak zatrzymaliśmy się w u celu w mieście Medford. Hotel znaleźliśmy w mojej książeczce z kuponami i za rozsądne pieniądze przenocowaliśmy. Jakie to przyjemne, że w tym stanie nie ma podatku od sprzedaży i do cen które są podawane nie trzeba w głowie doliczać procentów. Rano szybko zebraliśmy się w drogę, dzień zapowiadał się na pogodny. Po kilkudziesięciu milach trzeba było zjechać żeby zatankować, podjechałem do małej stacji i jak to zwykle bywa podszedłem do dystrybutora napełnić bak i tutaj zaskoczył mnie miły pan mówiąc, że sam nie mogę tego zrobić bo grozi to mandatem ! Mocno mnie to zdziwiło ale bez słowa dałem swoją kartę a pan zatankował do pełna, wyszło na to, że w Oregonie mają takie (idiotyczne) prawo że samemu nie można tankować (podobnie jest w New Jersey czego doświadczyłem kilka tygodni potem). Potraktowałem to jako ciekawostkę i musiałem uważać na stacjach. Jazda w ciągu dnia ma swoje uroki i można podziwiać krajobrazy a Oregon ma jedne z najładniejszych tras widokowych w zachodnich stanach. Autostrady przecinają wielkie połacie lasów i cały czas dominuję kolor soczystej zieleni, naprawdę odczuwa się niezapomnianą przyjemność i nie szkoda straconego w samochodzie czasu. Szkoda mi było pobliskiego Crater Lake, pięknego jeziora w kraterze po wulkanie, zostawię to sobie na później. Widoki dookoła mocno mnie oczarowały i przez głowę przeszedł nawet pomysł o przeprowadzeniu się do Oregonu ale ciepło Kalifornii zawsze wygrywa :). Przejechaliśmy przez drugie co do wielkości miasto Oregonu, Eugene. Jak dla mnie nie było tu żadnych ciekawych miejsc godnych zobaczenia. Dużo młodzieży z Uniwersytetu Oregonu i pseudo hipisów nie oddaje jednak atmosfery lat świetności tego miasta. Słońce już w zenicie ostro przypalało gdy zatrzymaliśmy się w stolicy stanu w miasteczku Salem (nie mylić z Salem od czarownic na wschodnim wybrzeżu). Zaskoczony byłem małym rozmiarem tego miejsca, a bardziej tym, że jest to stolica tak wielkiego stanu. Mapka pokazywała kilka ulic i nie trudno było znaleźć Capitol Building główną atrakcję miasta. Budynek wykonany z białego marmuru z pozłacaną figurą kolonisty na szczycie kopuły, przy wejściu mamy płaskorzeźbę odkrywców Lewisa i Clarka. Na zdjęciach widziałem fontannę prze frontem budynku ale teraz nie działała. W pobliskim parku mamy mniejszą fontannę i kilka pomników, wszystko to w sennej atmosferze zapomnianego przez ludzi miasta. Ciekawsze miejsca zwiedziliśmy na piechotkę często nie spotykając żywej duszy. Nudno tu musi być :). Cel naszej wyprawy na dzień dzisiejszy Portland był już blisko i nawet nie wiem kiedy znalazłem się na obwodnicy z panoramą downtow w tle. Miasto ma niewielkie centrum z dość niską zabudową co mnie nawet nie zaskoczyło, wjechaliśmy tam z nadzieją znalezienia jakiegoś parkingu. Już po kilku chwilach wiedziałem, że miejsce przypadnie mi do gustu. Zostawiliśmy samochód w jednym z parkingo-budynków i ruszyliśmy na słynny Pioneer Courthouse Square, przywitał nas zgiełk i masa ludzi siedząca na każdym wolnym kawału schodów i murkach. Otoczone zielenią miejsce ma niesamowity klimacik, woda przelewa się w pobliskiej fontannie a po środku młodzi ludzie grają w ... "zośkę". Zrobiliśmy małą rundkę po placu który jest podobno najczęściej odwiedzanym miejscem w Portland, znajdziemy tutaj drogie domy handlowe i restauracje. Miasto przecina sieć tramwai które całkiem dobrze wtapiają się w atmosferę miasta. Miałem ze sobą plan miasta i rozrysowane na nim atrakcje mieściły się tak bardzo blisko siebie, że wiele razy zdarzyło się ominąć coś ciekawego. Poszliśmy ulicą Broadway (chyba jest w każdym większym mieście), i dotarliśmy pod słynne kino z charakterystycznym neonem z napisem Portland. Miesza się tu trochę nowoczesnej architektury ze starym budownictwem ale nie razi to wcale. Co krok trafiamy na galerie, muzea, rzeźby i parki. Dotarliśmy do parku South Park Blocks gdzie czuję się atmosferkę lat 70-tych, na trawie młodzież opala się marihuaną a na ławkach siedzą niedoszli muzycy prezentujący swoje utwory. Generalnie czuje się duży luz. Obok parku znajdziemy Oregon Historical Society, budynek przyciąga uwagę wielkim malunkiem (murals) przedstawiającym ekspedycję Lewisa i Clarka na swojej ścianie. Mijamy stary gotycki kościół i zatrzymujemy się przy słynnym Portland Building, wielka kwadratowa bryła ze szkła i ceramiki, ozdobiona rozetami z różowych i błękitnych płytek z wielką miedzianą figurą klęczącej Portlandii (wiosną i latem słabo widoczna przez duże drzewa). Był to pierwszy postmodernistyczny budynek w USA. Niedaleko znaleźliśmy miejsce na chwilowy odpoczynek od upału, była to Ira Keller Memorial Fountain, ciekawie zaprojektowana fontanna, która daje lekki chłód. W końcu doszliśmy do Waterfront Park Walkway, promenady ciągnącej się wzdłuż rzeki Willamette. Wygląda na to, że jest to miejsce piknikowania i spotkań mieszkańców miasta, co udzieliło się nam w równym stopniu i zalegliśmy na trawie. Widok jest na drugą stronę miasta i na słynne mosty, które są charakterystyczne dla miasta. Niestety są wyjątkowo szpetne i mają pewnie więcej niż sto lat :), chyba wszystkie są mostami zwodzonymi i otwierają się jak przepływa statek, wtedy robi się długa kolejka ludzi i samochodów. Idąc ponad mile promenadą przy rzece doszliśmy w rejon starego miasta, jako że była sobota to trafiliśmy na Saturday Markret, który zapełniony był straganami, namiotami i barami z tanim jedzeniem, a wokoło kłębił się wielki tłum. Wyglądało to bardzo swojsko :). Budynki w tym rejonie są stare i obdrapane ale idealnie nadają temu miejscu klimat, można tu zrobić świetne zdjęcia. Oddalając się od rzeki w głąb starego miasta natrafiliśmy na orientalną bramę dzielnicy Chinatown, uliczki zrobiły się kolorowe z neonami w chińskie znaczki. Podobno to już pozostałości po dzielnicy chińskiej która kiedyś była drugą co do wielkości w USA. Zrobiliśmy jeszcze rundkę po uliczkach Portland i powoli wróciliśmy do samochodu. Miasto okazało się bardzo małe i w zupełności wystarczy weekend żeby spenetrować je całe. o wieczora zostało trochę czasu a ja widziałem w przewodniku piękną panoramę miasta robioną ze wzgórza, chwile zajęło odnalezienie miejsca na mapie i wpisanie do GPS, jakie było nasze zaskoczenie kiedy wyświetliła się odległość tak niewielka że można było pójść na piechotę :). Ale trudno już jechaliśmy do celu czyli Washington Park położonego na wzgórzach otaczających z jednej strony miasto. Mieści się tutaj Międzynarodowy ogród testowania róż. Faktycznie całe połacie parku usiane były różami. Dla miłośników kwiatów to istny raj. Szukałem miejsca gdzie widać miasto ale nie udało się zlokalizować i ruszyliśmy na objazd parku (mieści się tutaj ZOO), trafiliśmy przypadkiem do dzielnicy West Hill, budynki przypominały bogatsze dzielnice San Francisco a widok na miasto był na tyle dobry, że widać było w oddali szczyt Mt. Hood. Panoramka miasta jedna została zrobiona :). Miasto jest bardzo kameralne i ma klimat, słyszałem, że dużo ludzi przenosi się z Kalifornii do Portland w poszukiwaniu spokoju.
Oregon
...

wtorek, maja 27, 2008

Małe perełki - Clear Lake

Wypatrzyłem na mapce jeziorko na północ od San Francisco, w sam raz na małą wyprawę. Trasa wiodła przez hrabstwa Sonoma i Napa wśród winnic. Na miejscu nikomu nie znane jezioro zaskoczyło mnie pozytywnie swoim wyglądem i klimatem. Przeniosłem się na chwilkę w rejon południowych Włoch...

Clear Lake - California

.

czwartek, maja 22, 2008

Podróż ... przez noc


Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem
...

wtorek, maja 20, 2008

Jack London Square / Oakland

Oakland, przemysłowe miasto należące do zespołu miejskiego San Francisco - miasto rodzinne Jacka Londona... pisarza, który jest tajemnicą... poznać jego życie i duszę można w jego dziełach. Jack London (a właściwie John Griffith Chaney) jest dla Oakland symbolem - człowieka, który osiągnał sławę, tak jak Martin Eden - bohater jego urzekającej powieści, zawierającej wątki autobiograficzne i bedącej przepowiednią niewyjaśnionej śmierci autora. Nic dziwnego, że Oakland oddaje cześć człowiekowi, który nie bał się pracy i ryzyka... Jego niezwykły literacki talent nie pochodzi z żadnej szkoły, był samoukiem - chociaż naprawde trudno w to dzisiaj uwierzyc czytając jego dzieła ("Zew krwi", "Biały kieł" "Wilk morski", "Martin Eden" itd). Oakland jako miasto portowe, widzi w nim nie tylko wspaniałego amerykańskiego pisarza, ale i rybaka, pirata- kłusownika morskiego, marynarza i poszukiwacza złota. Jack London, duchowy klasyczny, socjalista czerpiący inspirację z idei klasyków tej myśli jest przykładem american dream - biedny chłopiec, który osiągnął tak wiele... nic dziwnego, że Oakland przypomina na każdym kroku o "swoim dziecku"...
tekst: Ola Fotki: Marcin
Jack London

poniedziałek, maja 19, 2008

Niedziela na oceanie

I smak waszych ust, hiszpańskie dziewczyny,
W noc ciemną i złą nam będzie się śnił.
Leniwie popłyną znów rejsu godziny,
Wspomnienie ust waszych przysporzy nam sił.


wtorek, maja 13, 2008

Trzęsienia ziemi... coraz bliżej i bliżej

Kilka dni temu małe wstrząsy w Reno, potem spore na Alasce i wielkie w Chinach ... dzisiaj 4.6 richtera w niedalekiej Eureka... hm... zbliża się do nas ? Musze mieć aparat w gotowości nigdy nie wiadomo :)

piątek, maja 09, 2008

Kalifornia po rosyjsku

Zbliżał się weekend więc tym razem zaplanowałem jednodniowy wypad gdzieś blisko. Wybrałem Bodega Bay, miejsce w którym jeszcze nie byłem a okolice podobno ładne. Rano w sobotę zajechaliśmy do Berkeley po Beatę i Ping i ruszyliśmy przez zakorkowane San Francisco (co było błędem) na sto jedynkę. Tym razem ominęliśmy widokową drogę numer 1, każdy to widział wiele razy a zależało nam na szybkim dotarciu na miejsce. Odbiliśmy przed Santa Rosa i krajobraz zmienił się na ... swojski :), po bokach farmy które tak bardzo przypominały polską wieś, nawet zapachy hehe. To potwierdza tylko że Kalifornia ma wiele oblicz ! Po niecałych 2 godzinach spokojnej jazdy dojechaliśmy do Oceanu. Jadąc wzdłuż wybrzeża szukaliśmy Bodega Bay, nasz GPS pokazywał że jesteśmy na miejscu ? dziwne, tablice informowały że wjechaliśmy do miasteczka. Jeśli te kilka domków i marina to jest to miasto to mały szok. Niechcący przejechaliśmy Bodegę i zjechaliśmy na dużą plaże. Widoczki całkiem niezłe. Szukaliśmy miejsca gdzie kręcono słynne "Ptaki" Hitchcocka ale owe ptaki znalazły nas i krążyły nad głowami robiąc trochę straszny klimat :). Wdrapaliśmy się na wysokie wydmy skąd roztaczała się całkiem ładna panorama na ocean i linię brzegową hrabstwa Sonoma. Wiało na tyle mocno że wróciliśmy do samochodu gdzie wpisałem koordynaty na Guerneville małe miasteczko przy Russian River niedaleko którego jest Armstrong Redwoods SNR czyli park z wielkimi sekwojami. Nazwa rzeki pozostała zapewne po czasach kiedy w XiX wieku rosyjscy osadnicy i traperzy zamieszkiwali te rejony. Po kilku milach okazało się że ślady po Rosjanach są wszędzie, stare drewniane cerkwie i nazwy ulic takie jak Moscow Drive towarzyszyły nam przez całą drogę. Ciekawostką było Russian Rodeo ! gdzie w sezonie odbywa się ujeżdżanie byków. Guerneville to całkiem miłe kameralne miasteczko z drewnianymi zabudowaniami i bazarem na którym akurat trwał handel. Zjechaliśmy w stronę parku gdzie przy wjeździe do lasu przytrafiła się zabawna sytuacja... pani Ranger stojąca przy budce spytała co chcemy zobaczyć na co my chwile milczeliśmy i w końcu odpowiedzieliśmy że "nie wiemy", zapanowało niezdecydowanie. Na co pani z uśmiechem zadała nam pytanie "czy przypadkiem nie jesteśmy z Polski" szok ( a nikt z nas nie odzywał się po polsku) !!! zatkało nas i zaczęliśmy się śmiać :). Okazało się że pani ma córkę która pracuje w Warszawie i była tam niedawno, stwierdziła że to typowe dla Polaków że nie wiedzą czego chcą... może ma racje? Park był namiastką tego co może spotkać chętnych do obejrzenia lasów Redwoods na północy. Pochodziliśmy między wysokimi sekwojami i wróciliśmy do wozu. Wszyscy chcieli wrócić nad ocean. Dojechaliśmy z powrotem do Bodega Bay tym razem uważnie przyglądając się miejscu, zrobiliśmy rundkę między domami i mariną. Powoli kończył się dzień, zgłodniali zajechaliśmy do restauracji włoskiej prowadzonej przez Włocha i spędziliśmy miło czas delektując się winem i owocami morza. Droga powrotna mijała szybko, przejechaliśmy przez ... Sebastopol :), Sonome i dotarliśmy na noc do Berkeley. W pamięci pozostała mi Russian River wijąca się wśród gór i drzew, na pewno wrócę tu jeszcze spróbować sił spłynąć kajakiem, mamy ważne zaproszenie :).
Bodega Bay

poniedziałek, maja 05, 2008

Magnetic Island, Queensland. Otrzeć się o raj...

Całe życie marzyłem o swojej wyspie. Palmy, plaża i słońce. I przez chwile marzenie się spełniło. Magnetic Island koło Townsville w Australii. Byłem jak Robinson Crusoe na bezludnej wyspie. Przedzierając się przez dżungle wychodziłem co chwila na zatoczki z pustymi plażami... Co za widoki... To jest TA Australia jaką chciałem poznać.


Queensland


środa, kwietnia 30, 2008

Pocztówki z drugiej strony świata

Chwilo jestem mocno "zarobiony" więc wrzucam tylko nieprzebrane zdjęcia (nie wszystkie)


Sydney


New South Wales 1


New South Wales 2


Canberra

czwartek, kwietnia 17, 2008

Australia

Troche zaniedbałem bloga, ale doszło do tego że, nie miałem czasu pisać ! Intensywne tygodnie w Kalifornii i kilka tygodni w Australii... postaram się to uzupełnić.

poniedziałek, marca 24, 2008

Święta Wilekanocne pod palmami (i w basenie)

Święta święta i po świętach... Pogoda dopisała i były duże upały.
Pojechaliśmy do naszych braci słowian w San Jose gdzie mieści się polski kościół. Nawet sporo było "naszych" na święceniu koszyczka z różnoraka zawartością :). Po tym ceremoniale tradycyjnie udaliśmy się do ... basenu. I tak do wieczora czas minął przy piwku. Rano śniadanie i ... basen + jacuzzi. Nudny lejzi dzień. I o to chodziło. Była jeszcze nieudana próba odnalezienia kilku ciekawych budowli w downtown ale się pogubiliśmy (kac nas pokonał) i szybko wróciliśmy nad basen. Jeden weekend odpoczynku od wypraw.
W poniedziałek nie było polewania woda a szkoda. :)

Easter


środa, marca 19, 2008

Point Reyes (wersja słoneczna)

Point Reyes National Seashore to najbardziej wysunięty na zachód kraniec Marin County, otoczony z trzech stron wodami oceanu 50 milowy pas lądu porośnięty lasami i bardzo zielonymi łąkami, których granicą są skały klifowe i piaszczyste plaże. Ta nieustannie smagana wiatrami (bardzo dużymi a w fogu trochę mniejszymi) wierzchnia powłoka Ziemi przesuwała się niezmiennie w kierunku północnym wzdłuż uskoku San Andreas. Ruchy zaczęły się już 6 milionów lat temu z miejsca, gdzie dziś znajdują się peryferie Los Angeles. Podczas wielkiego trzęsienia ziemi w 1906 roku, które zniszczyło San Francisco, teren ten, stanowiący epicentrum trzęsienia, przesunął się prawie o 5 metrów.
Jadąc z San Francisco można wybrać bardzo widokową i malowniczą drogę (bardzo krętą) do wioski Inverness z której po 9 milach można skręcić na Drake's Beach, plażę, do której w 1579 roku miał podobno przybić sir Francis Drake.
Bardzo barwna postać. Jako korsarz z patentem od królowej Anglii Elżbiety łupił okręty hiszpańskie i portugalskie ( film Elżbieta - Złoty Wiek i rola Clive Owena wzorowana jest na sir Francisie ). Przepłynął cieśninę Magellana i przedostał się na Pacyfik. Stracił 4 statki. Drake popłynął dalej na północ, wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej na ostatnim statku, "Golden Hind" (Złota Łania). Odebrał Hiszpanom wyłączność na obecność na Pacyfiku (do tej pory wozili złoto na nieuzbrojonych statkach), łupiąc wszystko po drodze, co tylko się dało, zdobywając hiszpańskie statki i atakując porty. Poszukując przejścia północnego na Atlantyk, dopłynął aż do obecnej granicy USA z Kanadą. Nie znajdując oczekiwanego połączenia, skierował się na południe, obejmując oficjalnie (aczkolwiek czysto teoretycznie) w posiadanie królowej angielskiej odkrytą przez siebie Kalifornię (jako Nowy Albion). Potem jako Angielski Admirał wielokrotnie dawał się we znaki wielkiej Armadzie.

Wybrzeże do złudzenia przypomina południowe brzegi Anglii (dodać do tego częsty fog i piękne zielone łąki...) - nad piaszczystą plażą wznoszą się śnieżnobiałe klifowe skały na szczytach pokryte wiecznie zieloną trawą. Droga ciągnie się jeszcze w kierunku południowo-zachodnim, docierając do samego krańca Point Reyes, gdzie kończy się małym parkingiem. Stąd już tylko piechotą można dotrzeć do latarni morskiej (zamknięta we wtorki i środy!) Do pokonania jeszcze 308 stromych stopni schodków i można stąd obserwować migracje szarych wielorybów (okres marca-kwietnia) lub podziwiać uchatki. Wszystko pod warunkiem że nie ma fogu :) inaczej ... trudno znaleźć latarnie morską. Wracając po niecałej mili krętą drogą (w fatalnym stanie) i mijając farmy można skręcić w prawo i dotrzeć do Chimney Rock. Samochód trzeba zostawić na parkingu i dalej szlakiem udać się nad krawędzie klifów. Widoki niesamowite ! Koniecznie trzeba zobaczyć i nie zniechęcać się długim odcinkiem szlaku. Przy słonecznej pogodzie oczywiście :). Trzeba bardzo uważać na drogę i nie podchodzić do krawędzi, łatwo spaść. W dole na niedostępnych plażach zalegają lwy morskie i foki. Bardzo wietrznie wiec warto zabrać coś ciepłego z kapturem lub czapkę.

Point Reyes

Odwiedziny w Ctudio City.

Piątek po południu. Mission street w San Francisco. Enterprise. Udaje się wytargować za dobra cenę Forda Mustanga :). Kultowa maszyna. Ruszamy przez Oakland w stronę LA. Tym razem nie mylimy drogi i wbijamy się na I-5. Speed limit 70 mil, pozwala trochę szybciej jechać. Po północy docieramy do Lepec, malej "dziury" przed San Fernando. Nie za bardzo chce nam się szukać hoteli i bierzemy pierwszy lepszy. Poranek i małe zaskoczenie... za oknem pada śnieg!. W końcu to wysokie pasmo gór. Zimno. Docieramy do wozu szybko, trochę zmoczeni. Po kilku milach wita nas słońce :). Temperatura zmienia się gwałtownie z każdą przebytą milą. Docieramy do Simi Valley. Tu już prawdziwy upal. Odwiedzamy bibliotekę-muzeum Ronalda Reagana. (osobny post). Po południu jesteśmy umówieni u Oli i Mateusza w Ctudio City, dzielnicy LA. To już blisko. Zjawiamy się na czas. Okolica bardzo ładna. Drugie Beverly Hills :). Jemy pyszny obiad przygotowany przez Ole. Chwila relaksu i jedziemy posnuć się po okolicy. Coldwater Canyon i Laurel Canyon i Mulholland Drive ... kręte drogi i przepiękne widoki ... no i rezydencje o jakich można tylko śnić :). Jazda ulicami Beverly Hills i Bel Air... :). Jeszcze rundka po wiecznie zatłoczonym Hollywood Blvd. Szukamy El Pueblo, najstarszych budynków w mieście jeszcze z czasów hiszpańskich. Miejsce bardzo przypomina dzisiejszy meksyk. Jest bazar i stare domy. A wszystko to w bliskości "dworca centralnego". Jeszcze wizyta w Broad Contemporary Art Museum zaprojektowanego przez Renzo Piano. I wracamy do naszych znajomych. Wieczorem idziemy na imprezę do pubu irlandzkiego w Redondo Beach. Koncert kapeli na żywo i duuużżżooo piwa. Nowi znajomi i ... tak mija wieczór z którego mało pamiętam :).
Śpimy długo, i kolo południa udaje się ruszyć. Odwiedzamy grób MM. (osobny post). I omijając autostrady, lokalnymi drogami docieramy do Long Beach. Po drodze mijamy "słabsze" dzielnice, gdzie nie uświadczysz białego człowieka. Trafiamy na obławę policji... biegają z bronią! To ta gorsza część LA. W Long Beach odwiedzamy statek-hotel Queen Mary (osobny post). Zwiedzamy ta milsza część miasta. Dzielnica w stylu włoskim, Naples z dużą ilością marin i jachtów. I chyba to już koniec na dziś. Odbijamy na północ żeby dotrzeć na noc do San Francisco...
Los Angeles - Part II

wtorek, marca 18, 2008

Queen Mary i ... Skorpion

W Long Beach, w części portowej przycumowany jest monumentalny statek "Queen Mary". Dłuższy od Titanica o 30 metrów i prawie dwa razy od niego cięższy. Zbudowany w 1936 w Szkocji. Miał obsługiwać trasę z Southampton do Nowego Yorku. Przekraczał Atlantyk 1001 razy. W czasie wojny statek “ciężko pracował”- przewiózł w sumie ponad 750 tys żołnierzy, woził rannych do USA, 3 razy płynął nim Churchill na konferencje…W jednym rejsie mógł przetransportować 15 tys żołnierzy. Po wojnie znów woził turystów. Zakończył morska karierę w 1967 roku żeby zacumować w południowej Kalifornii, w Long Beach na zasłużony odpoczynek.
Teraz jest hotelem z kilkoma restauracjami i wielka atrakcja turystyczna (dla fanów Star Trek tez :).
Statek ma niezwykłą historię, więc nic dziwnego, że jego sława obiegła cały świat. Queen Mary to miejsce, gdzie straszy wiele duchów i zachodzą przedziwne zjawiska paranormalne. Za drzwiami nr 13 w maszynowni mieszka duch mężczyzny, który został zgnieciony na śmierć podczas testu wodoszczelnych drzwi. Wielu pasażerów i członków załogi twierdziło, że widziało młodego mężczyznę w niebieskim kombinezonie przechadzającego się niedaleko tych drzwi.
Najwięcej duchów ukazuje się nad basenem na statku. Często pojawiają się tam duchy kobiet ubranych w staromodne kostiumy kąpielowe. Podobno widziano ślady mokrych stóp, nawet wtedy, kiedy w basenie nie było wody. W każdym nawiedzonym miejscu pojawia się zwykle biała dama. Statek na też swoją damę w bieli. Podobno można ją zobaczyć, jak sama tańczy w salonie na statku.
Na statku duchy straszą także przy dźwiękach muzyki. Queen Mary ma ducha pianistę, który zadziwia gości swoimi upiornymi dźwiękami...........

a obok tego giganta zacumowany jest ... "Skorpion", sowiecki okręt podwodny klasy Foxtrot. W służbie od 1974 do 1994 i zastąpiony przez nowa klasę okrętów klasy Kilo. W 1995 roku po długich i ciężkich negocjacjach "Skorpion" został kupiony przez grupę businessmanów i przetransportowany do Sydney i 3 lata później staje się atrakcja turystyczna w Long Beach. Z małego muzeum i głównego wejścia na okręt dochodzą dźwięki rosyjskich pieśni wojskowych i hymn ZSRR... :).

Queen Mary

Widok z Queen Mary, panorama Long Beach.

Ronald Reagan Presidential Library

The Ronald Reagan Presidential Library and Museum jest biblioteką i muzeum byłego 40-go prezydenta USA Ronalda Wilsona Reagana. Biblioteka mieści się w malowniczej Simi Valley w Kalifornii, okolo 45 minut na północny zachód od centrum Los Angeles. Budowę zaczęto w 1988 roku a otwarto w 1991 roku. Na otwarciu pierwszy raz w historii w jednym miejscu było pięciu prezydentów Stanów Zjednoczonych. Kompleks zajmuje przestrzeń 14 tysięcy metrów kwadratowych na wzgórzu z którego rozciąga się piękny widok na otaczające doliny. Przed budynkiem jest średniej wielkości parking z którego kilka kroków dzieli zwiedzających od głównego wejścia gdzie wita nas pomnik prezydenta. Po wejściu i uiszczeniu opłaty ( dorośli 12 usd ) przechodzimy do korytarzy które kierują nas do pomieszczeń podzielonych tematycznie. Mijamy portrety wszystkich prezydentów i mała salkę kinowa. W korytarzach stoją manekiny prezentujące ubrania Pierwszej Damy (przyznam ze jest tego dużo). Potem wkraczamy do sal upamiętniających życie i drogę do kariery filmowej Ronalda Reagana. Są stare zdjęcia i pamiątki z wczesnych lat. Znajdziemy tu plakaty z jego filmów i rekwizyty z planu . Przejdziemy przez początkowy okres aktywności politycznej jako gubernatora Kalifornii aby dotrzeć do okresu wyborów prezydenckich i jego wygranych dwóch kadencji. Dużo zdjęć ze znanymi politykami. Na ścianie wisi nawet plakat wyborczy Solidarności :) W gablotach znajdziemy dużo malowanych jajek wielkanocnych (dość spora kolekcja). Dalsze kroki można skierować do wielkiej sali w której stoi ... Air Force One, samolot prezydencki. (Boeing 707). Jest to spora atrakcja. Można zwiedzać samolot w środku (zdjęć nie wolno robić). Następna atrakcja jest opancerzony samochód prezydencki wraz z wozem Secret Service i Policji i helikopter. Poniżej samolotu na wprost wielkiej oszklonej ściany jest sklep z pamiątkami i małą restauracja. Wychodząc w hali trafiamy na replikę Gabinetu Owalnego w Waszyngtonie. Można zobaczyć jak wyglądało to miejsce za kadencji Reagana. Droga do wyjścia z muzeum to ciąg "militarnych" pamiątek i obrazów wraz z kawałkiem muru Berlińskiego. Pozostał jeszcze otaczający to miejsce park. Piękna panorama na dolinę. Drzewka wkopane przez parę prezydencka i monument upamiętniający prezydenta i (znowu) kawałek muru Berlińskiego i F-14 Tomcat z eskorty AFO. Tu dobiega końca zwiedzanie muzeum. Przy słonecznej pogodzie można zrelaksować się na ławeczkach w parku...
Ronald Reagan Library

Norma Jeane Baker

Norma Jeane Mortensen lub bardziej znana jako MARILYN MONROE ...
W 1962 roku, w nocy z 4 na 5 sierpnia znaleziono ciało Marilyn Monroe, w jej domu na 5th Helena Drive w Los Angeles. Odeszła amerykańska aktorka filmowa, legenda kina, symbol seksu lat 50 i 60 XX wieku.
Miejsce spoczynku Marilyn znajduje się na malutkim cmentarzu Westwood Memorial Park w Los Angeles. Corridor of Memories, Krypta 24... Nie ma wyszukanego pomnika, jest skromna tabliczka. Miejsce jest trudne do znalezienia bez dokładnej mapy ( Z Wilshire Blvd skręca się w prawo w Glendon Ave i potem pierwsza w lewo miedzy budynkami ) Cmentarza nie widać z ulicy.



w komentarzach znajdziecie rozne teorie związane ze smiercia MM.



Marylin Monroe

czwartek, marca 13, 2008

Misiones Espanolas

W trakcie wyprawy na poludnie californii wpadlem na pomysl zwiedzenia wszystkich misji hiszpanskich na szlaku El Camno Real. Zainteresowaly mnie stojace wzdloz drogi dzwony i tabliczki informujace ze znajduje sie na szlaku Juana Bautisty De Anzy. Nie byl to pomysl do zrealizowania w jeden weekend. Wczesniej odwiedzilem juz dwie misje w San Diego i Carmel. Kilka znajdujacych sie w rejonie Central Coast zwiedzilem niedawno. Mysle ze systematycznie odwiedze pozostale i wtedy powiem ze przejechalem szlakiem misjonarzy hiszpanskich.
W obawie przed silna ekspansja Rosjan na polnocnym wybrzezu Pacyfiku, Hiszpanie postanowili zareagowac i rozszerzyc swoje wplywy w tym rejonie wysylajac franciszkanow z misja budowy placowek katolickich. Pierwsza misja na terenie obecnej kalifornii powstala w roku 1769 roku w San Diego ( San Diego de Alcala ) a ostatnia w roku 1823 w San Francisco ( San Francisco Solano ). -teskt w przygotowaniu-.
inne


Misiones Espanolas