piątek, listopada 21, 2008

Northwest - przez Góry Kaskadowe.

Opuszczamy Seattle akurat w momencie, kiedy pogoda robi się przyjemna, słońce i ciepło towarzyszą nam od samego rana. Właśnie zastanawiamy się jaką wybrać trasę w drodze powrotnej do San Francisco. Jedno jest pewne - chcemy jechać jak najmniej uczęszczanymi drogami i zahaczyć o miejsca, w których jeszcze nie byliśmy. Postanawiamy - żeby zjechać na południe - równolegle do autostrady międzystanowej numer 5. Ruszamy z Seattle i mijamy Tacome - spore przemysłowe miasto, jakby w jeden organizm połączone z Seattle. Nazwa lotniska to SeaTac, co dobrze oddaje "relacje" między tymi miastami. Przejeżdżamy obok jednej z wielkich fabryk Boeinga, których jest kilka w okolicy. Nie tak dawno odwiedziliśmy to miejsce, ale ze względu na strajk pracowników, zwiedzanie ograniczone było do muzeum, więc najciekawszy tour po zakładach pozostanie na inny czas. Pogoda nam sprzyja, ale jak to często bywa w tym rejonie nasz cel wyprawy Mt. Rainier - jest zasłonięty do połowy przez chmury. Ilekroć bywam w Seattle, nigdy nie udaje mi się zobaczyć tej góry - symbolu Waszyngtonu. Ale to już taki urok i klimat tego miejsca. Zbaczamy na wschód drogą numer 410 na Enumclaw - z nadzieją, że wielka góra jakimś cudownym zrządzeniem losu odkryje swe uroki spod płaszcza chmur. W połowie drogi mijamy wielki wyświetlacz informujący nas, że przełęcz, którą chcieliśmy przebyć, żeby objechać dookoła Mt Rainier jest - w okresie zimowym zamknięta. Trudno nam było się z tym pogodzić, zwłaszcza, że pogoda była wyśmienita. Postanowiliśmy jednak kontynuować podróż, i za cel obraliśmy Visitor Center w miejscu zwanym Sunrise. Po kilkudziesięciu milach, jadąc przez wilgotny soczyście zielony las - zatrzymał nas sznur samochodów. Nie spodziewaliśmy się tutaj żadnego ruchu i trochę byliśmy tym zaskoczeni. Korzystając z okazji wyszedłem z samochodu i próbowałem przedostać się w głąb lasu, ale drzewa i krzaki tworzyły barierę nie do pokonania, to co widziałem na filmach Indiana Jonesa, który przebijał się z maczetą przez dżunglę – w tym miejscu nie miałoby szans na powodzenie. Drzewa były tak splątane ze sobą konarami, że tylko piła elektryczna gwarantowałaby przejście. Uroku na pewno dodaje zielony mech porastający drzewa i kamienie, daje to uczucie, że znajdujemy się gdzieś w lasach z epoki dinozaurów. Wszystko dokoła wydaje się być nasączone wodą, czego się nie dotknę jestem pomoczony, prawie jak wycieczka przez krainę gąbek nasączonych wodą. Przerwa w ruchu nie trwała długo, mieliśmy szczęście. Okazało się, że nie kilka godzin wcześniej zeszła lawina błota z gór i zgarniając po drodze drzewa zatarasowała drogę. Na miejscu pracowały ekipy usuwające przeszkody z drogi i ruch był wahadłowy. Dojechaliśmy w końcu do szlabanu zamykającego nam drogę w wybranym kierunku i tak nadzieje prysły. Nie chcieliśmy wracać, szkoda było dnia i pojechaliśmy krętą drogą na wschód w stronę miasta Yakima. Wspinaliśmy się dość wysoko i lekko nas przestraszyły mijające nas spycharki do śniegu, ale nie było tak źle i nawet ja miałem satysfakcję, kiedy mogłem na trasie porobić kilka zdjęć na świetnych punktach widokowych skierowanych w stronę Mt Rainier. Nie jestem fanem wspinaczek górskich i ten sport-rekreację zostawiam innym, mnie bardziej interesuje fotografia i niezapomniane chwile. Właściwie wizytę w tym miejscu potraktowałem jako mały rekonesans z myślą o przyszłości, kiedy mając odpowiednią ekipę ludzi można tu będzie spędzić więcej czasu. Jestem typem człowieka, który jest w stanie poświęcić dany czas, żeby choć na kilka chwil być w danym miejscu, „liznąć" miejsce, wyrobić sobie opinię i nie sugerować się opowieściami lub przewodnikami. Wielokrotnie spotykam ludzi, z którymi nie mam wspólnego języka, brakuje im nutki szaleństwa i ciekawości, zwykle ich argumentem jest to, że "po co tam jechać, jeśli mam tak mało czasu i tak niewiele się zobaczy... itp.", ale przecież - co jest alternatywą? Siedzenie w domu ? To sorki, ja wolę w tym czasie, choć na chwilkę gdzieś wybrać się, żeby potem mniej więcej wiedzieć czego oczekiwać i wtedy też jest dużo łatwiej zorganizować większy wypad, bazując właśnie na wcześniejszym, krótkim pobycie. Widoki na pasma gór Kaskadowych są niesamowite, cały obszar porośnięty bujną zielenią, a szczyty pokryte śniegiem i wybijający się nad nimi najwyższy szczyt - Mt Rainier. Zabawne, że kilka dni wcześniej oglądałem na necie film z erupcji w 1980 roku pobliskiego wulkanu St Helens, a teraz znajdowałem się kilkanaście mil od tego miejsca, wybuch zniszczył prawie pół góry, a lawa i ziemia rozlała się na ogromnej przestrzeni, pył dotarł nawet do Seattle. Mt Rainier jest czynnym wulkanem i znajduje się bliżej miasta, niż St Helens i skutki erupcji tego giganta byłyby katastrofalne. Na razie podziwialiśmy przez lornetki białe stoki, od których odbijało się słońce. Jechaliśmy dalej trochę smutni, że strażnicy pośpieszyli się tak z zamykaniem dróg na zimę. Po jakimś czasie teren z górzystego zamienił się na płaskowyż, nie było już tyle drzew i zieleni, a dominowały pustkowia. Zdziwiło mnie to troszkę, bo zawsze uważałem Waszyngton za jeden wielki las :). Ale przecież od tego są wycieczki, żeby weryfikować... Drogą numer 97 dotarliśmy do rzeki Columbia, naturalnej granicy stanów Waszyngton i Oregon. Jest to największa rzeka na kontynencie, wpadająca do Oceanu, ale w rzeczywistości nie robi takiego wrażenia. Zatrzymaliśmy się przy ciekawym pomniku upamiętniającym weteranów I wojny Światowej, a zbudowanym na wzór... Stonehenge w Anglii. Pomnik położony był przy krawędzi urwiska z widokiem na spory odcinek rzek Columbia, a w tle widoczna była sylwetka następnego giganta górskiego w Oregonie - Mt Hood. Zima ma to do siebie, że dni są krótsze i po godzinie 5 powoli zaczęło zachodzić słońce, trzeba było przedostać się na drugą stronę rzeki, a jedyny most na naszej trasie był zamknięty, trzeba było przejechać kilkanaście mil do następnego w miejscowości Hood River. Miasteczko okazało się przyjemnym kameralnym miejscem, z małymi sklepikami i kawiarniami. Przejechaliśmy dalej do miasteczka Mt Hood, gdzie zastała nas noc. Trzeba było zastanowić się, gdzie spędzimy noc - a pewne jedynie było to, że gdzieś w lasach lub na campingu. Na GPS znalazłem oddalone o kilka mil od nas kempingów o znajomo brzmiących nazwach: Sherwood, Robin Hood, Nottingham :). Jadąc ciemną autostradą szukaliśmy pierwszego, lepszego zjazdu na nasze miejsce noclegowe i trafiliśmy tam bez problemów. Chętnych na kampowanie o tej porze nie ma tu zbyt dużo, a miałem nawet wrażenie, że nie ma ich wcale :). Mieliśmy do wyboru kilka miejsc i jak już zdecydowaliśmy się jakie zajmiemy, zabraliśmy się do rozpalania ogniska, co było trudne, ponieważ wszystkie drzewa były przemoczone i zużyliśmy cały pojemnik z paliwem, żeby osuszyć drewno... Potem na szczęście - już paliło się dobrze i co jakiś czas któreś z nas biegło w ciemnościach do lasu - po patyki. Mieliśmy duży samochód, wybrany specjalnie pod kątem nocowania i zdemontowanie siedzeń zajęło tylko chwilkę. Mimo, że każdy miał śpiwór to - było bardzo zimno, rano rozpaliliśmy jeszcze raz ognisko i odgrzaliśmy posiłek. Niedaleko płynęła rwąca rzeka, a za nią wspinały się stromo drzewa – a nad tym wszystkim jak w baśni - czuwała ogromna góra - Mt Hood! Przypadkowo zanocowaliśmy u podnóża tego giganta i teraz przy czystym niebie -mieliśmy wspaniały widok na biały szczyt. Ruszyliśmy w drogę dookoła góry, wszystkie nazwy w okolicy nawiązywały do powieści Robin Hood, co traktowaliśmy wybuchami śmiechu. Jadąc prawie pustą drogą, mieliśmy rewelacyjne widoki na okolicę, troszkę ryzykownie zatrzymywaliśmy się na wąskim poboczach, ale miejsca na zdjęcia były niepowtarzalne. W mieścinie o zabawnej nazwie ZigZag - obiliśmy na lokalną drogę, która zaprowadziła nas do świetnych punktów widokowych w dużej bliskości z Mt

Hood. Obrazki jak z pocztówek. Wróciliśmy na drogę i ruszyliśmy w stronę rzeki Columbia, tak obiliśmy na autostradę Historic Columbia River, która dowiozła nas do Multnomah Fall - czwartego - co do wysokości wodospadu w USA. Droga była bardzo kręta, a przed nami zrobił się zator, jeden z samochodów na początku kolumny wlókł się niemiłosiernie i zaczęliśmy robić zakłady - kto jest kierowcą :). Wygrali wszyscy, bo obstawili na to samo - kobieta narodowości chińskiej - to chyba najgorsi kierowcy na świecie, a wiem to z doświadczenia obserwując ich codziennie na ulicach San Francisco :). Podeszliśmy pod wodospad, który składał się z dwóch kaskad pomiędzy, którymi wybudowano mały stylowy mostek. Przyznam, że to ładne miejsce, przypominało bardziej Irlandię i Szkocję, niż tak dalekie Stany. Ogromna masa wody rozbijała się o skały i rozsiewała małą mgiełkę, uczucie jak podczas deszczu "kapuśniaczku", co niestety źle wpływa na elektronikę! Mały spacerek na most i widoki niezapomniane, trasa prowadzi dalej, ale to dzisiaj nie było naszym celem, po drodze były jeszcze chyba cztery podobne wodospady, ale to już miałem przyjemność oglądać, więc ruszyliśmy w drogę powrotną na Portland. Przed samym miastem odbiliśmy na drogę numer 26 do Madras. Na mapie mieliśmy zaznaczony był obszar rezerwatu Indian i zastanawiało mnie dlaczego jest na żółto, kiedy reszta jest w kolorze zielonym. Okazało się, że na prawie całym terenie rośnie bujna, złota trawa - ogromne płaskie przestrzenie nadające się tylko do wypasu bydła. Oczywiście jak to u Indian - nie zabrakło kasyn :). Czyli znowu potwierdziła się stara prawda, że potomkowie mieszkańców Ameryki dostali najgorszy kawałek ziemi. Na noc dojechaliśmy do Bend, największego miasta w okolicy, jest to idealna baza wypadowa do pobliskich lasów, jezior i gór. Miasto ma wszystkie potrzebne do szczęścia sklepy, w których można zaopatrzyć się po uszy. Po zakupach ruszyliśmy do pobliskich lasów Deschutes i skręciliśmy w pierwszy możliwy skręt na leśną drogę i po chwili zatrzymaliśmy się na wyciętym przez drwali kawałku ziemi. Mieliśmy szczęście, ktoś tutaj biwakował przed nami i zostawił przygotowane miejsce na ognisko. Wokoło znalazłem dużo suchego drewna i zabawa była na całego :). W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że zaczął się sezon polowania na jelenie i co jakiś czas słychać było samotną salwę z broni. Rano postanowiliśmy postrzelać do oddalonych celów i przetestować nową lornetkę - made in china - okazało się, że jest bardzo słaba i trudna do skalibrowania. Im bliżej Kalifornii, tym cieplej, co dawało się odczuć, teraz już nie trzeba było zakładać kurtek i bluz. Ruszyliśmy do miasteczka Sisters, które przypominało troszkę miasto z dzikiego zachodu, ale jak dla mnie mocno przereklamowane :), w oddali widać było ośnieżone szczyty pasma gór Three Sisters. Zrobiliśmy jeszcze rundkę po okolicznych jeziorach, ale do większości miejsc nie można było się dostać ze względu na pozamykane drogi w okresie zimowym. A szkoda, bo słońce mocno przypiekało. Ruszyliśmy na południe zatrzymując się na chwilkę w Crater Lake. Jak jestem w pobliżu, nie mogę oprzeć się, żeby zobaczyć to miejsce. U mnie – na mojej, prywatnej liście najładniejszych miejsc, Crater Lake - znajduje się w pierwszej piątce. Teraz, zresztą - jak się spodziewałem - połowa tras była zamknięta, ale mimo wszystko, kilka punktów widokowych oferowało niezapomniane panoramy. Opuściliśmy Oregon i na noc wylądowaliśmy w domu. Cała trasa przebiegała pod bacznym "okiem" ośnieżonych gór, po kolei przejmowały czuwanie nad nami Mt Rainier, St Helens, Mt Hood, Three Sisters i Mt Shasta...


Northwest

czwartek, listopada 20, 2008

Port Townsend

Siedząc w deszczowym i pochmurnym Kirkland wyczekiwałem z utęsknieniem słońca, która pojawiło się po trzech dniach mojego pobytu tutaj. . Wymyśliłem więc żeby pojechać na półwysep Olimpic do miasta Port Townsend. Dotarcie przez korki do Edmonds zajęło chwilkę, stąd musieliśmy wziąć prom- co okazało się logistycznie dość trudnym zadaniem, nie patrzyliśmy uważnie na drogę i znaki, co zemściło się na nas krążeniem po okolicy. Dla wjeżdżających na prom jest, wydzielony specjalny pas i nie ma innej opcji, żeby się na niego wbić, niż odpowiednio wczesne wjechanie z jednego kierunku! No, ale wszystko się udało i zaparkowaliśmy na promie. Zawsze mnie ciągnęło do statków i wszelkiego typu promów, pływanie po morzach i oceanach to jest to! Rejs nasz trwał tylko 30 minut, ale widoczki były naprawdę ciekawe. Wylądowaliśmy w wiosce Kingston, skąd dalej ruszyliśmy wąską drogą - w stronę celu. Okolica przypominała trochę Kanadę, ale nie ma się co dziwić, niedaleko jest granica :). Mocno w pamięć zapadła mi osadka Port Gamble z przepięknymi zabudowaniami w stylu wiktoriańskim, wyglądała trochę jak skansen, a nie jak miejsce w którym żyją ludzie. Przez całą drogę towarzyszyło nam słońce, co bardzo mnie cieszyło w perspektywie oglądania miasteczka i robienia zdjęć. Przywitała nas górująca nad miastem wieża zegarowa sądu hrabstwa Jefferson. Wyglądała imponująco, a muszę wspomnieć, że Port Townsend położony jest troszkę nietypowo, przy nabrzeżu biegnie główna ulica miasta Water Street z budynkami z cegły, a pozostała część miasta już drewniana wznosi się na "klifie", czyli mam dwie uliczki i naturalny wysoki mur ze skały równo przycięty i następnie dalszą część miasta, do której można dostać się po stromych schodach lub wjechać po krętych uliczkach. Przypomina to trochę San Francisco i rzeczywiście - czytając o tym w przewodnikach, można się dowiedzieć, że planowano tu stworzyć drugie San Francisco i co zabawne - zwane "Nowym Yorkiem Zachodu"! Niestety plany rozbudowy zostały wstrzymane, a miasteczko pozostało w takiej formie do dzisiaj. Przechadzka główną ulicą to jedna wielka przyjemność, kolorystyka i architektura urzekają, po dwóch sekundach wiedziałem, że mój aparat będzie miał dużo pracy :). Trochę podniszczone ogromne reklamy sprzed wieku wymalowane na ścianach budynków dodają miejscu uroku, dobrze - że nikomu nie przyszło do głowy, aby je usunąć - a jest ich sporo. Ann Starrett Mansion, Rothschild House, Hastings Building i Hill Building to prawdziwe perły (nie perełki). Pojeździliśmy między rezydencjami pamiętającymi stare dobre czasy rozkwitu Ameryki. Nawet trafiliśmy na zabłąkaną sarenkę na środku ulicy. Podobno wszystkie rezydencje zostały w ostatnim czasie ciekawie odrestaurowane, co zmieniło mocno charakter miasteczka czyniąc je tym bardziej wartym obejrzenia. Wróciliśmy tym samym promem do Edmonds, a pora była późna - to postanowiłem zabrać znajomych do Seattle, ostatnim razem przegapiłem świetny taras widokowy i teraz musiałem to nadrobić. Dotarcie do Kerry Pakr na Highland Dr nie zajęło dużo czasu, widok na miasto z tego miejsca uważam za najlepszy jaki można zobaczyć, mamy całą panoramę downtown jak na dłoni. Miejsce te oblegają fotografowie ze statywami i nie ma się co dziwić. Dzielnica - w której znajduje się ten punkt widokowy jest chyba mocno elitarna, domy muszą kosztować krocie, ale tutaj płacimy za widoki :). Po dość długiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy na Pike Place Market, ponieważ być w Seattle i nie odwiedzić tego targu - to jakby wcale nie być w tym mieście. Zaprowadziłem znajomych do miejsca, gdzie swoje show wykonują pracownicy stoiska z rybami, jest to słynne Flying Fish. Miejsce oblegane jest przez turystów, którzy dla samej rozrywki kupują ryby, żeby zobaczyć i sfilmować jak obsługa rzuca wielkimi rybami między sobą. To wymaga trochę wprawy, bo ryby są śliskie, ale efekt jest niesamowity. Dla żartów - co jakiś czas sprzedawcy rzucają sztuczną rybę w kłębiący się tłum - co mocno rozbawia publikę. Zjedliśmy obowiązkowego łososia i przespacerowaliśmy się starą uliczka zachodząc do pierwszego Starbucksa w USA. Wszystko co było do załatwienia zostało zrobione i następnego dnia trzeba było ruszyć w nieznane zakątki Waszyngtonu i Oregonu.

Port Townsend

wtorek, listopada 18, 2008

Pierwszy Starbucks.


Starbucks Corporation - oferuje głównie kawę, która jest sposobem spędzania wolnego czasu, ikoną kultury XXI wieku, Starbucks to symbol globalizacji, jest obecnie największą na świecie siecią kawiarni, działająca w 44 krajach, posiada około 15 500 kawiarni, a planowane jest 40 000. Założona została w 1971 roku w Seattle, gdzie do tej pory jest siedziba firmy. W 1987 roku przejęta przez Howarda Schultza, kóry przekształcił niewielkie przedsiębiorstwo zajmujące się dystrybucją kawy w giganta. W 1993 roku Starbucks rozpoczął współpracę z siecią księgarni Barnes & Noble. Rozpoczęła się ekspansja na dużą skalę poza Seattle. W 1995 roku po raz pierwszy w ofercie Starbucks pojawiły się płyty z muzyką oraz napoje Frappuccino, a już rok później wspólnie z PepsiCo wprowadzono na rynek Frappuccino w butelkach. Obecne menu: wiele gatunków kawy, herbaty, gorąca czekolada, mrożone napoje, desery i napoje w butelkach. Na wymagającego klienta czeka kawa na mleku odtłuszczonym lub sojowym, bez kofeiny, z dodatkowym syropem lub kremem. Sezonowo wprowadzane są produkty specjalne, takie jak na przykład specjalna świąteczna mieszanka kawy. Do tych napojów polecane sa muffiny, tary oraz inne wyroby piekarnicze, a także tradycyjne kanapki czy sałatki. Koncern jest krytykowany za zbyt agresywne podejście do rynku, firma obniża ceny swoich produktów, często poniżej ich rzeczywistej wartości, więc nie ma sie co dziwić, że wypiera małe kawiarenki oferujące znacznie droższą małą czarną...

Microsoft (na zwiadach u rywala)


Przy okazji pobytu w Seattle postanowiłem odwiedzić siedzibę słynnej na cały świat firmy komputerowej. Miasteczko - bardziej pasuje nazwać to miejsce dzielnicą Seattle - wygląda jak prywatny folwark Microsoftu, której budynki widać na każdym kroku a w obecnej chwili firma poważnie się rozbudowuje i co chwila mijamy kolejne place budowy. Microsoft ma swój system transportowy i czasem dochodzi do komicznych sytuacji kiedy cała ulica zapełniona jest zielono-białymi busami i służbowymi samochodami Microsoftu! To prawie państwo w państwie. Na oficjalnej stronie firmy podany był adresVisitiors Center gdzie można odwiedzić małe muzeum i zrobić pamiątkowe zakupy w sklepie firmowym. Oczywiście :) jak to bywa z Windowsami tak w życiu adres okazał się nieaktualnyhihi (co za problem zrobić poprawkę na oficjalnej stronie?). Na drzwiach podana była nowa lokalizacja na szczęście niedaleko, podjechaliśmy szybko oczywiście nie obyło się bez problemów, kilka ulic było pozamykanych ze względu na przebudowę. Odnaleźliśmy parking dla gości i przeszliśmy przez następny plac budowy i dotarliśmy do wejścia w budynku numer 92 (numeracja budynków robi wrażenie, mają tego naprawę sporo). Po wejściu natrafiliśmy na malutki sklepik i mikroskopijne muzeum. Wszytko rozczarowuje jak na takiego potentata i firmę która zarabia krocie to nie bardzo się popisali :). Muzeum to tylko kilka eksponatów z historii techniki i produkty obecnie dostępne w sklepach. Nowością był "stolik" z ekranem pod nazwąSurface czyli prototyp komputera z dotykowym ekranem (system działania interfejsu to prawie kopia obecnie dostępnego już produktu firmy Apple - iPhone OS)... znowu kopiują :(. Dla dzieciaków rozrywką są konsole do gier. Hm i to tyle. Wydostanie się z miasta Microsoftu obyło się bez problemów :).
Zabawne w tym wszystkim jest to, że przyjechałem do Redmond prosto z Cupertino, miasta w którym mieści się siedziba Apple głównego rywala Microsoftu w branży komputerowej :)
Troszkę historii: Wszystko zaczęło się w 1973 roku, kiedy Bill Gates i Paul Allen dostali się na studia na uniwersytecie Harvard. Tego właśnie roku MITS , mała firma w Albuquerque w Nowym Meksyku budowała komputer osobisty o nazwie Altair i potrzebowała wyspecjalizowanej wersji języka BASIC, aby umożliwić jego działanie. Bill i Paul przekonali prezesa firmy, aby kupił właśnie ich interpretator języka BASIC. Dzięki genialnej strategii Gatesowi udało się podwoić honorarium autorskie, które powinien dostać za każdą sprzedany komputer typu Altair. Po tym umiarkowanym sukcesie Bill i Paul założyli Microsoft, którego początkową siedzibą był motel w Albukuerque . Była to mało znacząca firma, która straciła wielu potencjalnych klientów ze względu na ówczesny sposób bycia Billa. Nagła odmiana losu przyszła w 1980 roku, kiedy IBM ogłosił, że poszukuje systemu operacyjnego dla swojego komputera PC, który planował wydać. W tym czasie Bill Gates napisał MS-DOS (Microsoft-DiskOperating System) i był gotów sprzedać go każdemu kto tylko zapłaci. IBM postanowił użyć tego systemu w swoim PC, ale nie zastrzegł sobie na niego licencji, jak robił to ze swoim oprogramowaniem np. Apple. Wkrótce więc inni producenci komputerów sięgnęli po MS-DOS. Tak zaczęła się na dobre kariera Microsoftu na rynku oprogramowania, a jego siedziba została przeniesiona do Redmond w stanie Waszyngton, gdzie znajduje się do dziś.
Nowy adres Microsoft Visitor Center: 15010 NE 36th Street. Building 92. Redmond.

APPLE RULES !


Microsoft

piątek, listopada 14, 2008

środa, listopada 12, 2008

Deszczowe dni

Weekend zaczął się w sobotę, wyruszyłem do Monterey via San Jose. W marinie wylądowaliśmy koło południa tutaj przywitał nas deszcz. Chyba powoli zaczyna się jesień i czeka nas dużo mokrego z nieba. Pozostało tylko zakryć łódkę plandeką i napić się :). Wszystkich ogarnęło wielkie lenistwo, nawet nie chciało się wypłynąć na połowy rybek i poszliśmy do rybaków u których kupiliśmy rybki na grilla. Popadaliśmy dość wcześnie :). Rano trwało chwilkę dojście do siebie i w tym czasie pogoda zrobiła się słoneczna tylko ogromny wiatr nie pozwalał na wypłynięcie. Pozostało tylko napić się :) znowu. W poniedziałek rano Peter miał misję do wykonania w stanie Washington i długo się nie zastanawiając dzięki uprzejmości osób z towarzystwa postanowiłem się podłączyć do wyprawy. Pomysł wyruszenia z Monterey do Seattle był trochę szalony. Było popołudnie kiedy zajechaliśmy do San Francisco po moje ubrania i myśl, że rano mamy być prawie przy granicy z Kanadą wydawała się niemożliwa do zrealizowania. Jechaliśmy na zmianę każdy dostał do przejechania jeden stan :) , w połowie Oregonu zaczęło padać i ... do środy nie przestało. Seattle pokazało swoje prawdziwe oblicze, szaro i depresyjnie w okresie jesienno-zimowym. Na miejscu byliśmy po 5 rano...

środa, listopada 05, 2008

Propozycja numer 8

Kalifornijscy wyborcy przy okazji wybierania prezydenta podejmowali decyzję dotyczącą małżeństw homoseksualnych w ich stanie i zdecydowali: małżeństwa osób tej samej płci znowu nielegalne. Wszystko przeszło bez echa a walka na plakaty i spoty była zacięta. Czasem więcej było reklam dotyczących propozycji numer 8, niż plakatówObamy . Pięć miesięcy temu stanowy Sąd Najwyższy wydał orzeczenie uchylające wprowadzony 8 lat temu zakaz zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci. W ciągu pięciu miesięcy, które minęły od decyzji sądu związki małżeńskie zawarło 18 tysięcy par tej samej płci. Walka o przywrócenie zakazu przykuła uwagę amerykanów, ponieważ jego przywrócenie stanowi precedens. To pierwszy raz kiedy wyborcy zakazują małżeństw homoseksualnych po tym jak zostały one zalegalizowane.

Osiołek pokonał Słonia

I po wyborach, wygrał kandydat, którego nie popierałem Barack Hussein Obama. Z perspektywy Kalifornii kandydat partii republikańskiej McCain nie miał szans. Złoty Stan to specyficzne miejsce, żyją tutaj ludzie "wyzwoleni" mentalnie i moralnie. Może Kalifornia zatraciła swoją tożsamość i pokolenie hipisów z lat 60-70 teraz jest już mocno podstarzałe a ich miejsca nie ma kto zająć... w tą lukę wypełniają teraz geje, lesbijki i ciąglenajarani młodzi ludzie szukający nowej filozofii życia. Ta część społeczeństwa neguje państwo prawa w obecnym stanie, szuka totalnej wolności na granicy z anarchią, trudno tu było spotkać osobę, która pozytywnie wypowiadałaby się o obecnym prezydencie Bushu, dlatego każdy kandydat republikański był na straconej pozycji.
Spece od Politycznego PR demokratów zrobili kawał dobrej roboty, pod hasłem zmian wylansowali nowy produkt - Obamę, nową ikonę na podobieństwo Che i nikt się tutaj nie pytał o życie, historię lub program polityczny, każdy chciał zmiany. Tylko jakich zmian? a kogo to obchodzi... ludzie tutaj nie bardzo mają pojęcie o polityce, każdy zajęty jest swoim życiem, zarobieniem pieniędzy a teraz z uwagi na kryzys silniej zwracają uwagę na swoje konta w bankach i wydatki. PrzemowaObamy na wiecu po ogłoszeniu wyników wyborów była naprawdę bardzo dobra ale człowiek ten słynie właśnie ze swoich zdolności oratorskich... i tylko z nich. Trzeba pamiętać że Prezydentura to ciało demokratyczne a nie monarchia absolutna i pozostaje mieć nadzieję, że w rządzie zasiądą odpowiedzialni i doświadczeni ludzie a nie koledzy senatoraObamy . Nie wiemy jakie były układy biznesowe które towarzyszą każdym kampanią wyborczym, przecież sponsorzy nie finansowali kampanii z pobudek czysto altruistycznych :), teraz przyjdzie pora na żniwa. Może się okazać ze przemysł zbrojeniowy nie był domeną republikanów i trzeba będzie wygenerować nową wojnę, może z Iranem ? Obama nie będzie rządził sam, wokół niego będzie dużo doradców, którzy tak naprawdę będą kierować krajem. Spodziewam się powrotu do polityki "małego izolacjonizmu" podobnego z początków prezydentury Clintona, sprawy światowe zejdą na dalszy plan i wymachiwanie szabelką będzie już mniejsze. Teraz czas na gospodarkę na wyciągnięcie kraju z kryzysu, nie wiem czy Obama jest w stanie to zrobić ale z drugiej strony gospodarka sama się podniesie tylko żeby nikt nie przeszkadzał. Giełda na Wall Street zareagowała mocnymi spadkami...
Partia Republikańska przeżywa poważny kryzys, to widać od jakiegoś czasu ale nikt na czas nie wyciągnął odpowiednich wniosków. Zły dobór kandydata na prezydenta to wszystkopogłębił . Paradoksalnie hasło demokratów Czas Na Zmiany bardziej pasuje na motto republikanów... Szkoda mi tylko Sary Pali, mogłaby być ładną panią wiceprezydent :).
Wracając do sedna my dalej nic nie wiemy o Baracku Obamie który bardzo unika używania swojego "middle name" Hussein. Jedno jest pewne ładnie wygląda na koszulkach. W kręgach młodzieży lewicowej, gejowskiej jest "tredny" popieranie Obamy, ale w większości sytuacji pytani dlaczego nie potrafią jednoznacznie obronić racjonalnie swojego wyboru... jest TRENDY i tyle, chce zmian (jakich?) i w wypowiedziach odczuwalna jest duża wrogość do G. W. Busha. Ale tak szczerze to co innego mógł zaproponować McCain, chyba niewiele. Zmienią się tylko TWARZE w Białym Domu. Polityka USA nigdy nie ulegała jakimś rewolucyjnym zmianom i nigdy nie ulegnie. Ale to musi minąć rok, żeby wyborcy to zrozumieli.
Mam natomiast pewne obawy co do reakcji społeczeństwa, kraj jest teraz mocno podzielony i do tego doszedł dodatkowy czynnik wybuchowy - RASIZM. Proszę wszystkich poprawnych politycznie o wyrzucenie na drzwi na chwilę hipokryzji. Rasizm jest i będzie tylko kwestią jest jak bardzo poruszanie tego tematu będzie traktowane. Obecnie mamy "przegięcie" w drugą stronę, nie wolno złego słowa powiedzieć o Afroamerykanach - reakcja jest natychmiastowa i grozi za to ostracyzm towarzyski lub w najgorszym wypadku więzienie. Najgorsze w tym jest, że prze kajanie się białych i przepraszanie za HISTORIĘ doprowadziło do tego, że czarna społeczność nadużywa tego momentami bardzo i teraz obrażanie białych nie ma konsekwencji... Pozostaje potrzeba solidnej pracy nad rozwiązaniem tego problemu i tutaj widzę szansę dlaObamy . Jest bardzo prawdopodobne, że Afroamerykanie zdadzą sobie sprawę, że przez ciężką pracę a nie czekanie aż "rząd im wszystko da bo im się należy" mają realne szanse na dojście do wysokich stanowisk w biznesie, w administracji i nie wspomnę o armii w której dużo wysokich stopniem oficerów to ciemnoskórzy mieszkańcy ameryki. Nie wiem czy obawiać się wzrostu agresji w czarnych w stosunku do białych, niektóre skrajne grupy mogą poczuć się pewniej, tu przykładCzarnych Panter, które mocno aktywowały się w dniu wyborów. To działa w dwie strony i obawy mogą budzić przypuszczalnie wrogie zachowania członków Białego Bractwa lubKKK . Ale od tego jest rząd federalny żeby to wszystko nie przeniosło się na ulice. Pogratulować muszę Afroamerykanów jedności i mobilizacji w taki momencie, szacunek - 95 % głosowało naObamę ... i jak tu nie mówić, że kolor skóry nie miał tutaj znaczenia :). Jeszcze raz, nie bądźmy hipokrytami, nie bójmy się wyrażać swoich opinii nawet jeśli nie są TRENDY !
Nie spodziewam się jakiejś zmiany w polityce w stosunku do Polski, nominacja Rahma Emanuela jako szefa administracji nic specjalnie nie wniesie a zniesienie wiz dalej pozostaje w rękach kongresu (chyba że podczepią to pod ustawę znosząca wizy dla obywateli Kenii to wtedy jest szansa :)
Fanów teorii spiskowych takich jak niewyjaśnione racjonalnie wydarzenia z 11 Września, zapraszam do naciskania Obamy w celu ujawnienia "prawdy", zobaczymy jaka będzie reakcja ale osobiście nie liczyłbym na jakiekolwiek sensacje :).
Pozostaje czekać, zobaczymy na jakie zmiany możemy liczyć za kadencji Baracka Obamy. Hm... a co było źle? że trzeba zmian... chyba Bush przestał dbać o PR i ludzie mieli tego człowieka serdecznie dość, jego polityki kojarzonej z wojnami i gospodarki która nieszczęśliwie akurat w tym okresie mocno spowolniła ale o to akurat obwiniałbym szeroko rozumiane rynki finansowe. Jeśli tylko o takie zmiany chodzi to przyznam że się trochę boję...
To co tutaj napisałem to moja prywatna opinia z która każdy może się nie zgodzić, jest to tylko refleksja a nie temat do dyskusji :).
MAM NADZIEJĘ, ŻE WSZYTKO POTOCZY SIĘ W DOBRYM KIERUNKU I NA RAZIE NIE MA PRZESŁANEK ŻEBY BYŁO INACZEJ.

wtorek, listopada 04, 2008

Wybory Prezydenckie w USA 2008.

Jak zwykle kandydatów jest wielu, ale zwykle walka rozgrywa się między kilkoma. To, który zostanie naszym przedstawicielem zależy od nas. Jednak żeby móc zagłosować trzeba się najpierw zarejestrować, a później pójść do swojego lokalu wyborczego i oddać głos.
Warunki uczestnictwa w wyborach są następujące:
- obywatelstwo amerykańskie
- ukończenie 18 lat najpóźniej w dniu wyborów
- adres zamieszkania w danym hrabstwie przez co najmniej 30 dni przed wyborami
- brak przeszłości kryminalnej w postaci zwolnienia warunkowego
Formularz rejestracyjny jest bardzo krótki, dostępny na stronie internetowej lub otrzymać za pośrednictwem poczty.
Po wypełnieniu należy go odesłać do komitetu wyborczego w hrabstwie zamieszkania (formularze, które dostaniecie Państwo od nas mają już wpisany adres i nie trzeba na nie naklejać znaczka).
W wyznaczonym do głosowania miejscu mamy do wyboru dwie opcje, głosoanie przez dotykanie zdjęć kandydatów na ekranie monitora (to chyba dla analfabetów) lub przez dorysowanie kreski na karcie do głosowania (to akurat zabawne).Lista kandydatów, którzy zarejestrowali się przynajmniej w jednym stanie, w tegorocznych wyborach prezydenckich w USA jest najdłuższa od szesnastu lat.
Nazwiska tylko dwóch kandydatów głównych partii - Baracka Obamy i Johna McCaina pojawią się na kartach do głosowania we wszystkich stanach. Kolejnej czwórce pretendentów do prezydenckiego fotela udało się zdobyć poparcie gwarantujące obecność na kartach, które do rąk dostanie ponad połowa mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Jeśli uznać, że pierwsza pozycja na karcie do głosowania ma znaczenie psychologiczne, to Barack Obama jest w nieco lepszej sytuacji od swojego głównego przeciwnika, Johna McCaina. Nazwisko czarnoskórego kandydata Demokratów znajdzie się na pierwszym miejscu w 15 stanach i Dystrykcie Kolumbia. John McCain figurować będzie jako pierwszy na kartach do głosowania w 14 stanach.


Co potem i jak to działa:
4 listopada 2008 zostanie wybranych 538 elektorów, którzy dokonają wyboru 44. prezydenta Stanów Zjednoczonych i 47. wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych.

Kolegium Elektorów Stanów Zjednoczonych to konstytucyjny organ państwowy, który co cztery lata dokonuje wyboru amerykańskiego prezydenta i wiceprezydenta. Liczba elektorów 538 – jest równa liczbie kongresmanów po dodaniu trzech przedstawicieli Dystryktu Kolumbii.
Prawny wybór prezydenta i wiceprezydenta zostanie dokonany 15 grudnia 2008 głosami wybranych 4 listopada 2008 elektorów. Wówczas każdy z 538 elektorów w każdym ze stanów zagłosuje pisemnie na dwie osoby (prezydenta i wiceprezydenta). Głosy te przekazane zostaną do Senatu. Po czym 6 stycznia 2009 przewodniczący Senatu (tj. urzędujący wiceprezydent) w obecności Senatu i Izby Reprezentantów zarządzi ich przeliczenie i ogłosi wynik wyborów na urzędy prezydenta i wiceprezydenta kolejnej kadencji.
Na prezydenta zostanie wybrana tylko ta osoba, która w głosowaniu elektorskim z 15 grudnia 2008 otrzymała bezwzględną większość głosów tj. przynajmniej 270. W innym wypadku to posłowie z Izby Reprezentantów głosując pisemnie dokonają wyboru prezydenta (zaś Senat wiceprezydenta).
Zwycięzcy wyborów zostaną zaprzysiężeni w południe 20 stycznia 2009 w Waszyngtonie.
Czekamy...

Big Sur i pomarańcze Marcina Sieradzkiego

"Największej mądrości dowodziłoby postanowienie żeby być nikim we względnym raju o nazwie Big Sur zamiast sławą w szerokim świecie, który zatracił wszelkie poczucie wartości" - [ Henry Miller ]

Naturalne uroki i nienaruszone przez cywilizacje rejony Big Sur zaczęły w połowie XX wieku przyciągać różnego rodzaju artystów i pisarzy takich jak Norman Emile, Jacka Kerouaca i Henry Millera, który mieszkał nad Big Sur od 1944 roku do 1962. Były to czasy, kiedy nie było tam elektryczności, telefonu, środków komunikacji, poczta dochodziła trzy razy w tygodniu, a zakupy trzeba było targać na własnym grzbiecie. Zachwycił się ludźmi, krajobrazem, klimatem, florą, fauną i uznał, że - po Nowym Jorku, Paryżu i Grecji - to będzie jego miejsce na ziemi. Portretował je z uczuciem, z jakim wcześniej pisywał o kobietach czy raczej seksie. Jego powieść z 1957 r Big Sur i pomarańcze Hieronima Boscha to portret miejsca oraz niezwykłych ludzi, których Miller tam poznał: pisarzy, mistyków poszukujących prawdy w medytacji, dojrzałych dzieci i niewinnych dorosłych, geniuszy, dziwaków oraz tych, których zaklasyfikować niepodobna.
Bardzo popularną lokalną atrakcją turystyczną jest The Henry Miller Memorial Library, kulturalne centrum Millera poświęcone jego życiu i pracy.
Fanów Jack Kerouaca zainteresuje to, że spędził kilka dni w Big Sur w początkach lat 1960-tych u kolegi poety Lawrencea Ferlinghetti w jego domku w lesie, gdzie napisał powieść pt Big Sur opisująca jego życie w tym rejonie.

Big Sur jest słabo zaludnionym regionem centralnej Kalifornii. Powierzchnia Big Sur nie ma konkretnych granic, wiele definicji obejmuje obszar 90 mil (145 km) wybrzeża między Carmel River i San Carpoforo Creek. Teren oferuje oszałamiające widoki, dzięki czemu jest ulubionym celem wypraw turystycznych. Przejazd autostradą numer 1 na tym odcinku to niezapomniane doświadczenie, nie osiągniemy tutaj dużej prędkości ze względu na jednopasmową drogę. Na szczęście co chwilę mamy zjazdy na przygotowane do tego pobocza i punkty widokowe. Oczywiście warto przed wyjazdem sprawdzić pogodę, dość częsty jestfog, który potrafi "zasłonić" cały teren i wtedy przepiękne widoki skryte zostają w białym mleku.
Big Sur zajął drugie miejsce w rankingu Najbardziej Pożądanych Do Zobaczenia Miejsc w USA w portalu TripAdvisor.

Big Sur

poniedziałek, listopada 03, 2008

Jutro wybory w USA

Większość mediów w tym CNN na czele oraz sądaże publiczne przepowiadają wygraną senatora Baracka Husseina Obamy... ale sondaże opinii publicznej nie oddają rzeczywistego poparcia dla kandydatów. Sondaże mogą się mylić o kilka procent m.in. dlatego, że Obama jest kandydatem, który wywołuje ogromny entuzjazm u swoich zwolenników. Sporo osób może nie podzielać tego entuzjazmu, ale w sondażach deklarować poparcie dla Obamy, bo tak jest "modnie", bo tak samo deklarują wszyscy koledzy z pracy, gwiazdy show biznesu itd. Obama jest zdecydowanym faworytem najważniejszych amerykańskich mediów. Oficjalne poparcie dla niego (taka amerykańska tradycja) ogłosiły największe dzienniki - "New York Times", "Washington Post" i setki innych. W telewizji zdecydowana większość komentatorów okazuje dużo większą sympatię Obamie. Dlatego pokładam dużą nadzieję w tak zwanym Efekcie Bradleya: Polega on na tym, że biali wyborcy w sondażach deklarują poparcie dla czarnoskórego polityka. Ale gdy przychodzi co do czego i oddają swój głos za kotarą w lokalu wyborczym, wybierają kandydata białego. Według tej teorii, biali wyborcy wstydzą się swoich uprzedzeń rasowych (dlatego ankieterowi przeprowadzającemu sondaż deklarują poparcie dla Murzyna), ale te uprzedzenia biorą górę, gdy mogą anonimowo oddać głos.
Pozostaje czekać ... przyznam że postać pana McCaina za bardzo mi nie odpowiada ale w tym wypadku wybór będzie oczywisty.

czwartek, października 30, 2008

Take another little piece of my heart now, baby!

"Magiczne San Francisco, miasto pełne parków urzekających zielenią nad najbardziej błękitną z zatok, nad którą mgła opada tajemniczymi oparami, a niedopalone węgle dnia ogrzewają wody oceanu, aż zamigoczą szmaragdowo-złotymi lusterkami. Kraina bajkowych tramwajów, rozsianych wzgórz i śmiesznych domków z piernika, ślicznych, nieskazitelnych, polukrowanych, skrzących się w popołudniowym słońcu. Najbardziej zapierające dech w piersiach miasto w całym kraju. Przesycone jest tradycjami artystycznymi i ogromną tolerancją dla nonkonformizmu. Boska przystań marzeń.
Wierzący w nie ludzie sądzili, że mogą kochać cały świat i że mechaniczne szablony współczesnego społeczeństwa nie muszą obejmować wszystkich. Oczyścili się z zazdrości. Wyzbyli chciwości. Zatarli granice własnej tożsamości, by przeniknąć ze swą miłością do pozbawionych egoizmu mas.Oni pierwsi ściągnęli do komuny na Haight-Ashbury. Przyjechali, bo mieli już dość wszystkiego. Przyjechali, bo nie widzieli innego wyjścia, zresztą nie bardzo umieli wybierać. Przyjechali, żeby się zbuntować. Przyjechali, bo przyjeżdżali inni. Przyjechali, bo byli na miejscu. Stworzyli małą enklawę „na wzór chrześcijan w Rzymie” i nawet jeśli cały nurt miał charakter żywiołowy, był zarazem bardziej duchowy. W najlepszym okresie dał początek niezwykle ożywczej, entuzjastycznej muzyce popularnej, jaką znał świat. Przyniósł również pewną niewybredność w doborze języka, przy której styl pokolenia beatników można uznać za akademicki, a także rozpowszechnienie wyjątkowo groźnych narkotyków.
W początkach Haight była tam jedynie garstka zespołów z San Francisco. Ich trzon stanowiły zespoły Big Brother, Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service, Jefferson Airplane, Country Joe and the Fish. Już w grudniu 1966 roku nad Zatoką kwitło około półtora tysiąca grup, a wszystkie przesiąknięte bluesem. Blues wyrażał cierpienie, niepokój i niechęć do wywlekania swoich frustracji. Głosił bunt i zmysłowość, obecne zarówno w ich muzyce, jak w otoczeniu. I właśnie blues, wzmocniony i przetworzony w jaskrawych kolorach i wewnętrznych przesłaniach kwasu, ukształtował brzmienie San Francisco. Ogłuszająca elektryczność rozjarzała umysł, a wokół grzmiał jeden ryk, łomot i obłędny hałas. Jego rytmy były intuicyjne, surowe, rapsodyczne, bez granic. Podobnie jak całe otoczenie, miały wciągać, krwawić w oślepiającej feerii stroboskopów, plakatów, slajdów i świateł, które wdzierały się w sam środek dźwięku, tworząc z nim wirującą, niepodzielną całość.
Z Teksasu przyjechała Janis, gruba, swojska, brzydka dziewczyna z okropną cerą, w wytartych dżinsach i męskich koszulach. Włosy ściągała z tyłu w koński ogon, albo upinała wysoko w koczek a la Port Arthur. Kiedy jej opadały, przypominały sierść kota dachowca, którego ugryzła osa. hociaż Janis naprawdę bała się narkotyków na Haight, pociągało ją zarazem życie w oparach fantazji, jakie prowadziło wiele osób z jej otoczenia, bo tak bardzo ją stymulowało. Płynął tamtędy bezkresny strumień ludzi pozbawionych wyraźnej tożsamości, którzy odnajdywali się w odgrywanych rolach. Zamieniali się w Indian, Murzynów, Cyganów. Nosili dziwne stroje. Przybierali dziwaczne imiona, byle odciąć się od przeszłości. Takie otoczenie doskonale odpowiadało jej potrzebom, przynajmniej zanim kariera nie stała się dość satysfakcjonująca. Janis złożyła broń i przestała się tak bardzo pilnować.
Porzuciła teksaską prostotę na rzecz koronek i koralików, bransoletek i pierścionków. Janis brała kwas kiedyś w North Beach. Potem, na początku śpiewania z Big Brotherem, niechcący powtórzyła to doświadczenie. Chwyciła butlę wina krążącą po pokoju i wychyliła trzy olbrzymie hausty solidnie doprawionego kwasem trunku.
– O raju! – zawołał ktoś. – Ty to musisz kochać kwas!
– KWAS! – krzyknęła Janis, zerwała się, wybiegła do toalety i sprowokowała torsje."
"Dziewucha z włosami jak strąki, ubrana dosłownie w kapę na łóżko! I ta jej biżuteria! Kurze kości! Kretyńskie wudu! Do tego mdlące perfumy z paczuli! Cerę miała koszmarną. Poza tym dostała chrypy, no więc skrzeczała jak postrzelona sowa! - Nick Gravenites. Roześmiał się na wspomnienie reakcji publiczności." [ Myra Friedmann ]
Janis Joplin zmarła 4 października 1970 r. Zgodnie z jej życzeniem, spalone prochy wiatr rozniósł w zatoce Stinson Beach na wybrzeżu Marin County w stanie Kalifornia. Janis zapisała w testamencie 1500 dolarów na pożegnalne przyjęcie, które odbyło się w miasteczku San Anselmo. Grali The Grateful Dead. Było około 200 przyjaciół Janis. Na drzwiach był napis:
'Drinks are on Pearl'


Samochód Janis

Tutaj mieszkała Janis podczas Summer of Love
112 Lyon St.

Cable Cars w San Francisco

W San Francisco - system tramwajów linowych stworzył inżynier - Andrew Smith Hallidie. Firma Clay Street Hill Railroad 1 sierpnia 1873 roku uruchomiła pierwszą linię tramwaju, która spotkała się z wielkim entuzjazmem wśród mieszkańców miasta. Później, w latach 1877 - 1889 powstały również inne linie tramwajowe, które były obsługiwane przez osiem niezależnych przedsiębiorstw. Zbudowano łącznie 53 mile torów, które obejmowały prawie wszystkie dzielnice San Francisco. Niestety 18 kwietnia 1906 roku nastąpiło wielkie trzęsienie ziemi oraz związany z nim pożar, które zniszczyły miasto, a co za tym idzie prawie całą sieć tramwajów linowych. Ich miejsce zajęły tramwaje elektryczne –streetcar, oraz trolejbusy - trolley-coach. Rok 1947 nie był dobrym rokiem dla tramwajów linowych - burmistrz San Francisco Lapham zażądał zlikwidowania wszystkich linii tego typu opierając się na raporcie, z którego wynikało, że ten rodzaj transportu publicznego przynosi straty i lepiej zastąpić go tańszym transportem autobusowym - obsługiwanymi przez miasto. W obronie tradycji stanęła jednak mieszkanka San Francisco – Friedel Klussman – nazywana też Cable Car Lady, ze wzglądu na jej troskę o tramwaje :). Utworzyła lokalny komitet obrony tramwajów linowych. Dla upamiętnienia jej zasług - jedna ze stacji końcowych znajdująca się u zbiegu ulic Powell Street i Hyde Street została nazwana jej imieniem. Jednak postęp wygrał i w latach pięćdziesiątych XX wieku zlikwidowano kilka mniejszych linii, a pozostałe uległy reorganizacji. Od tego czasu wszystkie działające linie są podłączone do jednej siłowni na skrzyżowaniu ulic Washington Street i Mason Street. 1 października 1964 roku tramwaj linowy został uznany za „ruchomy" historyczny obiekt o znaczeniu narodowym dla Stanów Zjednoczonych. W latach 1982 - 1984 system poddano generalnemu remontowi. W unowocześnionej formie, w dniu 21 czerwca 1984 roku na ulice ruszyły tramwaje do użytku mieszkańców, jak i turystów – dla których jest ogromną atrakcją.Gripman – inaczej operator tramwaju linowego, jego głównym zadaniem jest obsługa dźwigni kleszczy, która znajduje się w centralnej części pojazdu oraz hamulców. Dźwignia jest w pełni mechanicznym urządzeniem, a jej obsługa wymaga użycia sporej siły fizycznej! San Francisco jest ostatnim miastem na świecie, w którym kursują tramwaje linowe. W innych metropoliach, gdzie powstały systemy tramwajów linowych, zaprzestano ich stosowania z biegiem czasu.

Obecnie istnieją 3 linie: California Street - ciągnie się wzdłuż ulicy California Street, od dzielnicy finansowej przez Chinatown i Nob Hill do stacji na ulicy Van Ness Avenue; linia Powell-Hyde rozpoczyna się również u zbiegu ulic Powell Street i Market Street, ale dalej skręca do Russian Hill i kończy swój bieg na placu Ghiradelli Square oraz trzecia - linia Powell-Mason rozpoczyna swój bieg na skrzyżowaniu ulic Powell Street i Market Street i ciągnie się w kierunku zatoki. Na szczycie Nob Hill spotyka się z liniąCalifornia Street, a swój bieg kończy przy Fisherman's Wharf . Przejażdżka, czy choćby obserwacja tego unikalnego w skali światowej środku transportu zbiorowego – przenosi nas na chwilę w „spokojny- niezmotoryzowany" XIX wiek..

Cable Cars

Zapraszam w podróż... (normalnie 5 $ u mnie za free)

sobota, października 25, 2008

Indian Summer w Kanadzie

W San Francisco wrzesień i październik to okres letni - pogoda odwdzięcza się teraz upałami i słońcem - po nieco chłodniejszym lipcu i sierpniu. Wszystko wokoło zielone i ani śladu jesieni. Zacząłem trochę tęsknić za porami roku, brakowało mi kolorów jesieni. Któregoś dnia zadzwonił do mnie mój przyjaciel, jeszcze z czasów "podstawówki", który mieszka w Kanadzie i zaprosił mnie do siebie na Święto Dziękczynienia - w „kraju klonu" obchodzone wcześniej, niż w Ameryce. W tym roku wypadło 13 Października (w USA jest 27 listopada), nie bardzo rozumiem dlaczego taka różnica, ale to bez znaczenia... Zaproszenie przyjąłem z wielką chęcią, w końcu miałem okazję zobaczyć słynny Indian Summer. Większość znajomych twierdzi, że ten okres w roku jest najlepszy do zwiedzania Kanady, więc musiałem to sprawdzić. Pozostało wyszukać w internecie tanich przelotów, hmm... połączenia z Kalifornii do Kanady są bardzo drogie, tego też nie rozumiem, albo nie chcę zrozumieć. Bilet do Toronto to koszt w granicach 800-1000 dolarów a przelot do pobliskiego Rochester w stanie Nowy York, można znaleźć za około 300 dolarów ! Wszystko przez to, że jest to rejs międzynarodowy, szkoda, w końcu to jeden kontynent:(. Trudno musiałem opracować tani wariant i najlepsza opcją było dolecieć do Detroit w stanie Michigan, a potem resztę trasy samochodem. Z San Francisco wyleciałem późno w nocy, trochę poirytowany paranoją jaką są środki bezpieczeństwa na lotniskach - zdejmowanie już nie tylko butów, ale i swetrów i kurtek, uważne opróżnianie kieszeni, żeby nawet jednocentówka nie została, bo wtedy biorą człowieka na bok i sprawdzają. Nie będę się rozpisywał, bo to dobry temat na osobny artykuł :). Oczywiście nie można kupić alkoholu po przejściu bramek security i jedynie małe buteleczki wina za jedyne 5 dolarów za sztukę dla odprężenia na pokładzie :). W samolocie miałem długą pogawędkę o nadchodzących wyborach prezydenckich z ludźmi z Texasu, którzy mocno popierają kandydata partii republikańskiej, przed nami w rzędzie siedzieli Kalifornijczycy którzy silnie popierają Obamę, teraz dokładnie widać, jak naród jest mocno podzielony. Wylądowałem o 5 rano, znalazłem bagaż i położyłem się na ławeczce w bardzo niewygodnej pozycji, musiałem czekać na przyjaciela, który miał mnie rano odebrać z lotniska. Miał do pokonania spory odcinek z Toronto i nie wiedziałem, ile godzin spędzę na lotnisku. Chyba ktoś złośliwy wymyślił kształt siedzeń w poczekalni, pozycja w jakiej zasnąłem była mocno akrobatyczna, ale zmęczenie wygrało i zasnąłem. Koło 8 rano obudził mnie telefon, Witek był już na granicy czyli niedaleko - ucieszyłem się bardzo. Wymagało to od niego - wstania kolo 4 rano i ruszenia w trasę. Podjechał do mnie koło godziny 9 - trochę wkurzony na ogromną kolejkę na granicy i niemiłych urzędników imigracyjnych (niestety to chyba reguła). Pojechaliśmy do Detroit na małe zakupy, w Kanadzie wszystko jest znacznie droższe a zwłaszcza alkohol, zakupiliśmy kilka zgrzewek piwa (24 butelki Becks za 17 dolarów to dla Kanadyjczyka jak za darmo), oczywiście ceny paliw też były bardzo dobre i zatankowaliśmy do pełna (2.8 dolara za Galon przy 1 dolarze za litr w Kanadzie). Detroit jest dla mnie brzydkim miastem, typowo przemysłowym, bez ładnego centrum, szkoda było tracić czas na zwiedzanie. Autostradą dojechaliśmy do mostu granicznego Ambassador Bridge, który obecnie jest w remoncie i wszędzie mieliśmy objazdy. W opcji był jeszcze tunel pod rzeką i widząc korek na moście bardzo żałowaliśmy, że nie pojechaliśmy tamtędy. Jak to bywa na granicach amerykańskich, nie ma kontroli osób wyjeżdżających i czekała nas tylko odprawa przez Kanadyjskiego urzędnika, obawialiśmy się o los naszych zapasów alkoholowych, ale jak się okazało niepotrzebnie, odprawa była formalnością i wszystko na zasadzie zaufania -ludzie raczej nie kłamią, za dużo byłoby do stracenia - jeśli urzędnik postanowiłby sprawdzić wyrywkowo i coś by się nie zgadzało. W kolejce spędziliśmy ponad godzinę, jakby na złość wszyscy postanowili tego dnia pojechać do Kanady. Byliśmy w mieście Windsor, gdzie zjechaliśmy do Parku Great Wester, z którego roztacza się ładna panorama na brzydkie miasto Detroit :). Miasto jest całkiem przyjemne, panowanie Brytyjczyków odcisnęło się na tym miejscu mocno, czułem się jakoś swojsko, trochę europejsko. Nazwy ulic, budynki i ludzie tak bardzo angielskie, że aż trudno uwierzyć że to kontynent amerykański. Jednostki miar też europejskie i musiałem się szybko przestawić z mil na kilometry. Zajechaliśmy jeszcze do słynnego w tym mieście - Parku Jackson, gdzie stoją repliki samolotów z drugiej wojny światowej - oczywiście angielskich Spitfire i Hurricane. Park ten jest chlubą miasta i jest taki... brytyjski :). Ten rejon nie jest specjalnie atrakcyjny turystycznie i dość szybko wjechaliśmy na autostradę numer 401, która prowadzi do Toronto. Przed nami około 4 godziny jazdy do domu, więc Witek ostro pędził w miarę pustą drogą. Trochę obawiałem się o szybkość pamiętając o amerykańskich policjantach, którzy dość szybko łapią pędzących delikwentów, tutaj wszyscy jechali sporo ponad limit, w tym wypadku 100 kilometrów. Policja drogowa w Kanadzie jest w większości wypadków nieoznakowana (tajniaki) lub oznakowana w bardzo dyskretny sposób, zwykle są to czarne samochody z napisem mocno zlewającym się z kolorem karoserii, zdradza ich też masa anten na dachu. Jadąc widziałem kuriozalną sytuację, na poboczu stał samochód osobowy, spod którego buchały płomienie ognia, a obok stała bezczynnie kobieta – kierowca, mimo że gaśnica była na widoku... Pewnie w strachu wyskoczyła, a potem bała się podejść i przyglądała się jak jej samochód pożerają płomienie. Dość szybko dotarliśmy do miasta... Londyn, nazwa brzmi dumnie ale atrakcji żadnych, jedynie warte zobaczenia jest Fanshawe Pioneer Village, wioskę z replikami domów z czasów pierwszych osadników, można tam spędzić trochę czasu, a uroku dodają poprzebierani ludzie w stroje z tamtej epoki. Opuszczamy Londyn i jedziemy dalej... Zatrzymujemy się na chwilę w Kitchener-Waterloo, miasto zostało założone w XIX wieku przez osadników z Niemiec i nazwane... Berlin - nazwę zmieniono po I wojnie światowej, a decyzja była głównie polityczna. Miasto zostawiamy za sobą, po kilkudziesięciu minutach docieramy do domu. Mississauga wita mnie paletą kolorów... wokół drzewa, które doświadczają piękna jesieni na swoich liściach! Naprawdę KOLORY są niesamowite, już wiem dlaczego na fladze Kanady jest czerwony liść klonu! Widzę ich całe rzędy drzew, od jasnożółtego przez pomarańcz do soczystej czerwieni. Raj dla oka i duszy, a dla fotografa wymarzona pora. Nie sądziłem ile frajdy może sprawić fotografowanie liści :). Mississauga - miasto, które równie dobrze mogłoby być nazywane dzielnicą Toronto, położone jest nad jeziorem Ontario, jadąc ulicami mijam rzędy tak samo wyglądających drewnianych jednorodzinnych domków, pokrytych z wierzchu imitacją cegły. Przyznam, że widoki są monotonne. Łatwo się zgubić, wygląda to jak plansza do gry w monopoly, puste przestrzenie szybko zapełniają "gotowe zestawy osiedlowe" i ma się wrażenie, że przywożone są helikopterami i układane równo na wielohektarowych połaciach ziemi. Przerywnikami są ogromne centra handlowe, w których skupia się chyba całe życie towarzyskie mieszkańców nudnych osiedli. Po kilku dniach chyba nie byłbym w stanie trafić do moich znajomych, mimo że trasę przemierzałem wielokrotnie! Na szczęście dom gospodarza mojej wizyty wyglądał oryginalnie, zresztą całe małe osiedle jakoś wyróżniało się od reszty, szybko dowiedziałem się, że większość sąsiadów to Polacy :). Mississauga to całkiem spore skupisko Polonii, język polski słychać prawie wszędzie, a twarze na ulicach jakieś takie swojskie. Tak jak emigranci w USA wybrali sobie Chicago za miejsce do życia, tak w Kanadzie rodacy najchętniej zamieszkiwali w Mississauge. Lekko zmęczeni podróżą, po nieprzespanej nocy szybko poszliśmy spać, małe piwko i grill na "bekjardzie" - pokonały nas szybko. Rano korzystając z wyjątkowo pięknej pogody, było ponad 20 stopni, zabraliśmy się całą rodziną do Vana i pojechaliśmy na zachód w stronę miasta Milton, obok którego przebiega słynna Skarpa Niagary (Niagara Escarpment). To erozyjne wzniesienie przypominające wielki mur rozpoczyna się w Nowym Jorku i przecina Ontario, Michigan, Wisconsin oraz Illinois. Przez tę skarpę przewalają się wody pobliskiego wodospadu Niagara. Skarpa stanowi rezerwat biosfery UNESCO. Wąskimi i stromymi uliczkami dojechaliśmy do Rattlesnake Point eko-rezerwatu podlegającemu chyba pod Park Stanowy. Miałem wrażenie, że tego dnia chyba większość mieszkańców okolicy wpadła na ten sam pomysł i przyjechała tutaj, bo zrobiła się ogromna kolejka samochodów. Musieliśmy odczekać swoje i po uiszczeniu 5 dolarowej (od osoby) opłaty - zaparkowaliśmy auto na jednym z nielicznych już wolnych miejsc - na trawniku! W porównaniu z amerykańskimi Parkami Narodowymi, infrastruktura tego miejsca pozostawiała wiele do życzenia, małe parkingi i tylko jedna normalna ubikacja! Ale nie to jest najważniejsze, otrzymaliśmy niezbyt dokładną mapkę i należało zlokalizować odpowiedni szlak, a do wyboru były dwa. Jeden przy samej skarpie, a drugi przez las w małej odległości od skarpy. i wspólnymi siłami z napotkanymi ludźmi udało nam się znaleźć właściwą drogę. Ludzi było bardzo dużo, całe rodziny z ustawionymi grillami przygotowywało pikniki :) My doszliśmy do krawędzi skarpy, widok był niesamowity, cała panorama okolicy, teren w dole przede mną pokryty był lasami, które właśnie postanowiły pokolorować na swoje jesienne barwy całą okolicę. Zieleń mieszająca się z żółcią i czerwienią i - wszystko takie soczyste! Zeszliśmy po małych schodkach zrobionych tak, żeby turysta miał okazję zobaczyć ogrom skarpy od frontu. Rattlesnake Point jest jednym z ulubionych miejsc dla wspinaczy, którzy oblegają ten rejon. Skały poukładane są z równo poprzycinanych klocków, więc jest dużo szczelin, z czego radują się skałkowcy. Dalej szlakiem podreptaliśmy równolegle do krawędzi skarpy, nie ma tutaj zabezpieczeń, więc trzeba było bardzo uważać. Widziałem pary siedzące na samym skraju z nogami w dół, hmm... każdy robi to na swoją odpowiedzialność. Co jakiś czas drogę przecinał mi mały zielono-czarny wąż i odważne wiewiórki w wersji czarnej. Słońce układało swoje promienie na liściach, co dodatkowo potęgowało niesamowite efekty wizualne. I tak napajaliśmy się urokami miejsca, aż przyszła pora na powrót - przy wyjeździe minęliśmy długi sznur czekających na wjazd samochodów. Mieszkając w Kalifornii nie spotykam często Polaków (poza tymi co na stałe mieszkają w Bay Area), nie mamy tutaj wielu polskich sklepów (właściwie tylko 2 w okolicy, ale nie warto tam jeździć) dlatego pomysł moich przyjaciół, żeby podjechać do polskiego sklepu przyjąłem z wielkim entuzjazmem. Ja dawno nie jadłem schabowego, kabanosów i pasztetu. W Mississauga wybudowano niedawno ogromny supermarket całkowicie z polskimi produktami, nazywa się Starsky :) Byłem w małym szoku jaz w środku zobaczyłem ogromne regały zastawione polskimi produktami, różnorodność wyboru mnie "powaliła", nawet będąc w kraju nie miałem takiego wyboru. Uśmiech na ustach wywołały u mnie panie pracujące na dziale mięsnym i przy kasie, przypomniały mi się stare czasy i wiejski sklepik koło PGR-u :). Znajomi uświadomili mnie, że tutaj można spokojnie żyć latami bez znajomości angielskiego, wszystko można załatwić w ojczystym języku, począwszy od zakupów po wizytę w Polskim Banku. Dla mnie to atrakcja, taki folklor, ale słyszałem że Chicago wygląda podobnie. Poszalałem trochę i nakupowałem kiełbas, kabanosów, kotletów schabowych i kiszonej kapusty :). Była nawet polska księgarnia z gazetami, ale ceny "szalone", za Politykę lub Wprost dawać 3.50 dolara to już lekka przesada, książki były jeszcze droższe a stosują tu przelicznik 1:1 - czyli jak książka kosztuje w Polsce 20 złotych to tutaj zapłacimy 20... dolarów - trudno. Po wizycie w markecie zajechałem jeszcze do Beer Store, czyli sklepu z piwami - czegoś takiego nie widziałem w USA i jest to chyba wymysł stanu Ontario. W sklepach z żywnością nie można kupić alkoholu - tylko w wyznaczonych "likier storach". Wybór był oszałamiający, a jedną z większych przestrzeni zajmowały piwa z ... Polski. Znaczy nasi tu są :). Następnego dnia zostałem zabrany na Farmę inaczej zwaną Pick Your Own... . Jest to dla mnie całkowita nowość i nigdy takiego czegoś nie widziałem, może przegapiłem? Mamy do wyboru różnego typu farmy które oferują np. w okresie letnim truskawki i czereśnie, a w okresie jesiennym min. jabłka i dynie. Jest to bardzo ciekawy pomysł na spędzenie miło czasu z rodziną, biegając między jabłoniami, których mamy do wyboru różne gatunki - podzielone na sektory w sadzie. Jeść można do woli, a nazbierane pakujemy do toreb które przy wyjściu ważone są na ogromnych wagach i płacimy ustaloną cenę. Jak człowiek jest głodny to może wpaść, najeść się do syta i wyjść. Małe sklepiki przy sadach oferują różnego typu wyroby, soki i słodycze – wszystko domowej roboty. A chętnych jest dużo i czasem trudno było znaleźć miejsce do zaparkowania. Odwiedziliśmy kilka takich farm i objuczeni w torby z owocami i dyniami wróciliśmy do domu. Wieczorkiem zrobiłem mały wypad do centrum Mississaugi, które zaczyna powoli doganiać downtown Toronto, ogromne szklane wieżowce powstają jak grzyby po deszczu (aha – jak już wspominam o grzybach – to, wychodząc z domu minąłem sąsiada w wielkimi torbami pełnymi grzybów). W centrum odwiedziłem - po latach - słynne centrum handlowe Square One, kiedyś największe w Ameryce. W tym rejonie jest już mniej domków, a więcej Condominiów czyli wielkich apartamentowców i zwykłych bloków. Muszę przyznać, że ruch na ulicach trochę przypomina LA, wiecznie zakorkowane autostrady i tylko tubylcy którzy znają objazdy dobrze sobie radzą. Święto Dziękczynienia wypadało w poniedziałek 13, ale ludzie tutaj nie trzymają się ściśle daty i kolację przy indyku zaczęły się już w piątek, a my zjedliśmy ptaka w Niedzielę :). Następnego dnia wyruszyliśmy na spacer po starej Mississague, która wygląda naprawdę ładnie i kameralnie, takie stare wiktoriańskie domy i dużo parków. Dojechaliśmy do Port Credit małego "miasteczka" nad samym jeziorem, gdzie zrelaksowaliśmy się spacerem po pobliskich "kolorowych" parkach - w jednym przypadku z super widokiem na panoramę Toronto. Mogę zaliczyć moją wyprawę do Kanady po kolory jesieni - za udaną – pejzaże przepiękne... Jedyną słabą stroną tego wyjazdu było przeziębienie, które dopadło mnie tuż po przylocie, chyba kanadyjski klimat jednak mi nie służy...

Farms - Ontario

Mississauga - Port Credit

Rattlesnake Point - Ontario

wtorek, października 14, 2008

Thanksgiving Day w Kanadzie

Święto Dziękczynienia obchodzone w USA w czwarty czwartek listopada (27 listopada), w Kanadzie zaś w drugi poniedziałek października (13 października) jako pamiątka pierwszego Dziękczynienia członków kolonii Plymouth w 1621. Pielgrzymi, którzy przypłynęli do Ameryki na pokładzie statku Mayflower byli pierwotnie członkami Angielskiego Kościoła Separatystycznego , uciekli przed prześladowaniem religijnym. Szukając lepszego życia Separatyści wynegocjowali z londyńską kompanią handlową sfinansowanie pielgrzymki do Ameryki. Większość odbywających podróż na pokładzie "Mayflower" nie była Separatystami, ale zostali wynajęci dla zabezpieczenia interesów firmy. Tylko około jedna trzecia pierwszych kolonistów była Separatystami. Pielgrzymi wylądowali na Skale Plymouth 11 grudnia 1620. Ich pierwsza zima była druzgocąca. Do początku nadchodzącej jesieni stracili 46 ze 102 osób zaokrętowanych na "Mayflower". Ale żniwa 1621 były obfite. Pozostali koloniści zadecydowali uczcić to świętem, wraz z 91 Indianami z plemieniaWampanoagów , którzy pomogli Pielgrzymom przetrwać ich pierwszy rok. Sądzi się, że Pielgrzymi nie przetrwaliby tego pierwszego roku bez pomocy tubylców i ich wodza o imieniu Massasoit. Święto miało więcej z tradycyjnego angielskiego obyczaju niż z "obchodów dziękczynnych". Trwało trzy tygodnie, w okresie między 21 września i 11 listopada 1621 roku. Indianie dostarczyli na ucztę co najmniej pięć jeleni, w menu nie było natomiast sosu żurawinowego, ziemniaków ani ciasta z dyni; nie było też indyków, a raczej jakieś ptactwo wodne (kaczki, gęsi).

sobota, października 11, 2008

Lake Tahoe

Większość ludzi w Kalifornii i Nevadzie Jezioro Tahoe kojarzy się ze sportami zimowymi - narty i snowboard przyciągają rzesze turystów. Miejsce jest bardzo dobrze położone geograficznie, więc mieszkańcy San Francisco i okolic mają do pokonania niecałe 200 mil, a to jest trochę ponad trzy godziny drogi. Wyobraźmy sobie sytuację, styczeń, ładne słoneczko i relaks na plaży w San Francisco - znudzony surfowaniem po oceanie mieszkaniec zabiera ręcznik, deskę i udaje się do samochodu, po trzech godzinach zatrzymuje się w mieście South Lake Tahoe. Wyjmuje z bagażnika deskę tym razem snowboardową, zakłada tym razem kombinezon zamiast kąpielówek i wjeżdża wyciągiem na stok. Kilka zjazdów po białym puchu wraz z jednoczesnym podziwianiem zimowego krajobrazu i zmęczony udaje się do najbliższego, taniego hotelu, których jest cała masa. Bierze prysznic i wychodzi do kasyna, gdzie spędza całą noc na grze. Rano jeszcze zalicza kilka zjazdów ze stoku i po południu wraca do miasta. Ma jeszcze chwilkę, żeby udać się na pobliską plażę pooglądać zachód słońca. Weekend się kończy i „musi" wracać do ciepłej części Kalifornii. Rano do pracy, a słonko przypieka... Tak mniej więcej wygląda zwykły weekend przedstawiciela klasy średniej w Bay Area. A ja muszę się przyznać, nie lubię sportów zimowych i przeżywam katusze, gdy w okresie zimowym większość znajomych wybywa do Tahoe. Kilkakrotnie odwiedzałem słynne jezioro i zawsze były to imprezy w większych grupkach ograniczające się do imprez i kasyn, nigdy nie udało się zobaczyć tego miejsca z czysto krajoznawczego punktu. Dlatego z utęsknieniem wyczekiwałem lata oraz chętnych na wypad nad jezioro o tej porze roku. Szczęśliwie znalazłem towarzyszy podróży :) - czas na wyprawę. Wczesnym rankiem ruszyliśmy z San Francisco przez Oakland autostradą międzystanową numer 80, która dowiozła nas do Reno słynnego miasta w Nevadzie leżącego na północ od Jeziora Tahoe. Kilka osób chciało zobaczyć to słynne miasto, do którego odbywają pielgrzymki spragnionych hazardu mieszkańców północnej Kalifornii. Centrum miasta przywitało nas pięknym sloganem Reno - Największe Małe Miasto na Świecie :). I tak jest - miasto nie jest tak zatłoczone jak Las Vegas i nie ma tak ogromnych hoteli-kasyn, ma inny, spokojniejszy , klimat. W okresie wakacyjnym można tu usłyszeć często polską mowę, ponieważ jest to popularne miejsce wypraw studentów wyjeżdżających na Work & Travel. Reno ma też duży atut, bardzo bogatą ofertę hotelową, bardzo tanie miejsca noclegowe kuszą turystów, a bliskość kurortu narciarskiego Tahoe dopełnia resztę. Często bywało, że to miasto było ratunkiem dla nas, kiedy nie mogliśmy znaleźć tanich pokoi na nocleg podczas wypraw nad jezioro. Zwiedzanie miasta ograniczyliśmy do minimum i po zaopatrzeniu się w prowiant i benzynę ruszyliśmy na południe drogą 431. Na mapce wyglądało, że czekają nas duże serpentyny i zacząłem obawiać się o kondycję ludzi na pokładzie samochodu, ale na szczęście nie było tak źle, jak w Yosemite. Droga doprowadziła nas do miasteczka Incline Village, które na mapie wyglądało poważniej niż w rzeczywistości. Kilka ulic składało się na to miejsce, a w okolicy nie udało mi się znaleźć żadnego miejsca na zatrzymanie i zejście na plaże. Dostęp do jeziora blokowały rezydencje i hotele. Zawróciłem samochód i pojechaliśmy na zachód kilka mil w poszukiwaniu plaży. Odległości między "miasteczkami" są bardzo malutkie i już po chwili byliśmy w Kings Beach/Tahoe Vista. Przez miasteczko przechodzi granica stanów Kalifornii i Nevady. Udało się znaleźć parking i kawałek wolnej plaży. Widok z tej strony na jezioro i okolice był całkiem ładny, ale zmartwiła nas temperatura wody, bardzo lodowata pomimo upałów jakie panowały w tym czasie. Pływanie odpadało, a fale były spore. Pozostało podziwiać piękne łodzie zacumowane w marinach. Zawróciliśmy na wschód i drogą 28 zjechaliśmy na południe do Lake Tahoe Nevada State Park, w którym znaleźliśmy bardzo ładny szlak do jeziora, przedzieraliśmy się między ogromnymi skałami, żeby w końcu zatrzymać się na kamienistej plaży, widoki były rewelacyjne i spędziliśmy tam trochę czasu. Ruszyliśmy dalej wzdłuż brzegu mając po prawej stronie widok na jezioro, bardzo przyjemna trasa i jedynym jej mankamentem było to, że prawie nie miała punktów, w których można zatrzymać się na zdjęcia lub zejść na brzeg. Wjazdy na mijane przez nas plaże były płatne (dość sporo, biorąc pod uwagę fakt, że chcieliśmy tam wejść tam tylko na chwilę) więc to nas specjalnie nie interesowało. I tak porą wieczorową dojechaliśmy do największego miasteczka nad Jeziorem Tahoe - South Lake Tahoe. Według naszych książeczek z kuponami tutaj mieliśmy poszukać noclegu. Pierwszy i najtańszy okazał się najlepszy, za 40 dolarów pokój z balkonem, prywatną plażą za rogiem oraz basenem, z którego nie skorzystaliśmy z braku czasu. Po szybkim rozpakowaniu bagaży - oczywiście od razu polecieliśmy na zachód słońca. Tam na piasku – siedzieliśmy aż zrobiło się ciemno. Trochę odpoczęliśmy, więc pora była ruszyć w miasto. Po krótkim spacerku stanęliśmy na skrzyżowaniu dróg w centrum miasta. Okazało się, że tutaj przebiega granica stanów :). Po jednej stronie ogromne budynki hoteli-kasyn świecące neonami i głośne od gwaru dochodzącego z wnętrz, a po drugiej stronie wygaszone wystawy sklepów i smutna cisza. Po jednej stronie kraina hazardu, a po drugiej śpiące miasteczko. Po stronie Nevady nie było nic ciekawego – akurat dla nas, bo kasyna znaliśmy już dobrze :). Dlatego zaciekawieni poszliśmy do Kalifornii na zakupy, gdzie koncentruje się to właściwe miasto, z restauracjami i ze sklepami. Z rana, po hotelowym śniadanku wróciliśmy w to samo miejsce, po jakieś oryginalne pamiątki, których zresztą było pod dostatkiem - związane z Tahoe. W centrum miasta stylizowanym na jakiś kurort narciarski w Szwajcarii znajduje się stacja kolejki linowej, która o tej porze roku zabiera chętnych do podziwiania z góry panoramy Jeziora Tahoe. W opcji jest zjazd na siodełku podwieszonym do liny!!! Heavenly Flyer, ale to opcja dla szaleńców :). Zebraliśmy się i podjechaliśmy do przystani, z której odpływa słynny statek parowy Tahoe Queen. Nie mieliśmy specjalnie ochoty na rejs – zwyczajnie szkoda nam było czasu i zostawiliśmy to na inny termin. Ruszyliśmy wzdłuż południowego brzegu i dojechaliśmy do Taylor Creek Visitor Center, gdzie zaopatrzeni w mapki poszliśmy na szlak. Rainbow Trail poprowadził nas pętlą pomiędzy łąkami i drzewami do bardzo urokliwej rzeczki. Trochę znudzilło to nas i wróciliśmy na drugi szlak Lake of the Sky, który doprowadził nas do dużej dzikiej plaży. Byliśmy sami, a widoki były takie o jakich marzyłem... A już zaczynałem się martwić, że nie znajdę takiego miejsca. Spędziliśmy tam sporo czasu delektując się miejscem i szumem wody w jeziorze. Miejsce nadawało się na niezłą sesyjkę zdjęciową, czego oczywiście nie przegapiłem. Następny punkt na mapce, który mnie bardzo intrygował to Zamek Wikingów, zastanawiałem się czego mogę się spodziewać? Dotarliśmy do punktu widokowego na zatokę Emerald i wszystko stało się jasne. Na jedynej wysepce na jeziorze Tahoe znajdującej się w tej zatoczce ktoś w latach 20 XX wieku wybudował zamek - na wzór zamków Wikingów. Niestety nieco rozczarowuje. Ale to bez znaczenia, ważne - że to miejsce i pobliskie Cascade Lake to najładniejsze miejsca w okolicy. Widoki pocztówkowe :). Można stąd udać się na mały hiking po okolicy, co bardzo polecam. Na przyszłość nie będę marnował czasu na jeżdżenie po wschodniej stronie Tahoe, ponieważ wszystkie ciekawe krajobrazowo miejsca są po stronie zachodniej - głównie w rejonie Emerald Bay. Niechętnie wyjechaliśmy z parkingu i kontynuowaliśmy jazdę. Mijane plaże były dostępne swobodnie - co było dużym plusem. Zatrzymaliśmy się w Tahome na plaży, ale widoki były podobne do już wcześniejszych i następny stop zrobiliśmy w Tahoe Pines. Mnie jako wielbiciela filmu „Ojciec Chrzestny" uradowało znalezienie domu, w którym kręcono kilka scen z II części filmu. Dom znajduje się przy drodze 89 na granicy miasteczka, obecnie nazywa się "Fleur du Lac", łatwo go zobaczyć z powodu charakterystycznych dwóch wieżyczek i ogromnej bramy. Zatrzymaliśmy się na kilka pamiątkowych zdjęć, niestety to własność prywatna i nie można wejść do środka. Warto cofnąć się kilka metrów, by z podestu przy plaży mieć ładny widok, podobny do tego, który zapamiętałem z filmu. Ostatnim punktem na trasie było Tahoe City z małą tamą i rzeczką, w której pływają masy ryb. Mieścinę da się przejść szybkim krokiem w 10 minut i nie znajdziemy tutaj nic ciekawego. Pożegnaliśmy się z jeziorem Tahoe i wróciliśmy na międzystanową numer 80 w miejscowości Truckee, którą dojechaliśmy do na noc do domu.

Lake Tahoe