czwartek, września 18, 2008

Yellowstone

Zostawiamy za sobą Cody i tamę Buffalo Billa. Przed nami cel wyprawy - Park Yellowstone. Najstarszy i najbardziej znany park na świecie. Przyznam, że nigdy mnie to miejsce nie pociągało i "zostawiłem" je na później :). Specjalnie też nie przygotowywałem się merytorycznie i nie przeczytałem nic o tym parku. Zostawiłem to na ostatni dzień i czekałem na jakieś zaskoczenie. Oglądając kilkakrotnie zdjęcia i słuchając opowieści nastawiłem się raczej negatywnie i teraz wszystko było w "rękach" Yellowstone, niech mnie przekona do siebie, niech mnie zaskoczy czymś czego jeszcze nie widziałem. A poprzeczkę postawiłem wysoko. Osobiście nie lubię miejsc, do których przyjeżdżają tysiące turystów zaczarowanych słynną nazwą Yellowstone i obawiałem się tłumów depczących po sobie ludzi. Droga numer 20 doprowadziła nas piękną trasą widokową do bramki wjazdowej zwanej Wschodni Wjazd (East Entrance), a do wyboru był jeszcze Północno-Wschodni Wjazd (Northeast Entrance), które przegrało jednak z odległością jaką trzeba by było pokonać, żeby tam dotrzeć. Zresztą z opinii ludzi spotkanych po drodze wynikało, że wschodni wjazd ma najciekawsze. Zatrzymaliśmy się na pamiątkowe zdjęcie przy tablicy z napisem Yellowstone i wjechaliśmy na teren Parku - legendy. Na bramkach wjazdowych trzeba było pokazać Pass lub zapłacić 25 dolarów, dostaliśmy tutaj mapki i gazetkę z aktualnymi informacjami o parku. Teraz pozostało szybko wybrać miejsce bazę z kampingiem, od której zaczelibyśmy zwiedzanie. Park Yellowstone przygotowany jest głównie dla zmotoryzowanych, nie znajdziemy tutaj tak dużej ilości tras hikingowych jak w innych parkach. Yellowstone to tak naprawdę dwie duże pętle tworzące cyfrę 8 i można przejechać ten park na wiele sposobów. Przejechanie północnej pętli to w zależności od zatoru na drodze może zająć około 2-3 godzin, a przejazd południową pętlą to ponad 3 godziny. Oczywiście jeśli trafimy na wolne RV lub zwierzęta na drodze to podróż może wydłużyć się o kilka godzin. Dopuszczalna prędkość na terenie parku nie pozwala na szybkie przedostanie się z miejsca na miejsce :) średnia 40-50 mil na godzinę, ale trafiają się też momenty że musimy toczyć się 25 mil na godzinę. Rangerzy i Policja jest wszechobecna na drogach. Tak więc obserwując "ósemkę" postanowiłem zrobić główną bazę wypadową na spojeniu dwóch pętli w miejscu (nie nazwę tego miasteczkiem ani wioską) zwanym Canyon Village. Byłem na bramce wjazdowej i do pokonania było niecałe 70 kilometrów, a po drodze chciałem zobaczyć najwięcej jak się uda. Droga była kręta co bardzo mi się spodobało, czego nie mogli powiedzieć pasażerowie :). Pierwsze co nas powitało to wyświetlacze policji informujące, że pali się jakaś część parku... Widzieliśmy śmigłowce latające nad nami z wodą do gaszenia płomieni. W oddali i to akurat z miejsca do którego jechaliśmy widać było wielki dym. Po kilku milach okazało się, że na szczęście pali się w miejscu oddalonym od szlaków turystycznych. Dojechaliśmy do wielkiego Jeziora Yellowstone i zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym, jakoś nie czułem się porażony widokami i jak dla mnie brakowało mi czegoś, było za "płasko", bez ciekawej oprawy w postaci wysokich gór, po prostu jezioro i otaczający je las. Pojechaliśmy wzdłuż jeziora do Fishing Bridge, które było reklamowane jako miejsce, gdzie mogę zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy i paliwo. Przejechałem to miejsce ... i wróciłem zdziwiony, że to ma być to miejsce! Kilka drewnianych domków i ogromny sklep-bar z pamiątkami, kilka pomniejszych sklepików oraz centrum informacji turystycznej. Benzyna droga, a w sklepach nic ciekawego. Wracając do samochodu na parkingu pod sklepem koło nas przeszedł jakby nigdy nic... bizon! Tubylcy nawet nie podnieśli wzroku, a turyści stali w szoku, a tylko nieliczni łapali za aparaty. Wyluzowany bizon przyszedł by zwyczajnie pochodzić po wiosce :). Ruszyliśmy trasą na północ do Canyon Village. Po drodze krajobraz specjalnie się nie zmieniał i tylko wypalone kikuty drzew urozmaicały widoki. Za to po kilku milach dotarł do nas zapach siarki, co oznaczało, że gdzieś w pobliżu są jakieś gejzery. Zjechaliśmy na pierwszy napotkany parking i okazało się, że trafiliśmy do Mud Volcano, miejsca - w którym z ziemi wydobywa się masa szarego błota, bulgocze, paruje i wydziela przykry zapach. Chodząc po specjalnie przygotowanych podestach można dokładnie z bliska przyjrzeć się tym zjawiskom. Ruszyliśmy dalej. Gdzieś w połowie drogi zatrzymał nas wielki korek, samochody stały, a ludzie na zewnątrz gdzieś biegli do przodu lub stali na poboczu, już nawet przestraszyłem się, że był wypadek i utkniemy na kilka godzin - droga jest jedno pasmowa. Po jakiejś chwili wyszliśmy zobaczyć co się dzieje, i ku naszemu zdziwieniu duże stadko bizonów postanowiło przejść z jednego pastwiska na drugie wybierając najwygodniejsza dla nich trasę, która akurat przebiegała przez naszą drogę. Kilka bardziej dowcipnych bizonów stanęło dęba na środku drogi i uparcie stało nie ruszając nawet ogonem! Po kilkunastu minutach spora część zeszła z jezdni i pozostał jeden największy, nie pozostało nam nic innego jak ruchem wahadłowym omijać sterczącego złośliwie po środku drogi bizona. Całe wydarzenie trwało około godziny. Tuż przed Canyon Valley na mapce wyszczególniona była atrakcja w postaci wodospadu, a że byliśmy blisko to postanowiliśmy tego samego dnia tam zajechać. Skręciliśmy w prawo na Upper and Lower Falls w kierunku South Rim, po kilku milach zatrzymaliśmy się na wielkim parkingu oczywiście zapchanym na maxa. Atrakcją okazał się taras widokowy na ogromny wodospad w dolinie przed nami. Widok warty był zjazdu z drogi. Byliśmy na sporej wysokości, z której widać było całkiem ładną panoramę okolicy z perełką w postaci wodospadu. Kilka chwil na zdjęcia i spacer po okolicy i ruszyliśmy z powrotem do wioski. Widziałem z góry ludzi stojących przy barierce tuż przy wodospadzie i tam skierowaliśmy samochód. Dojazd do tego miejsca nie był możliwy, z jakiś powodów droga była zamknięta dla samochodów i pozostało udać się tam na piechotkę. Widoki już nie tak urzekające, ale blisko wody. Wróciliśmy na parking jak się okazało zaparkowaliśmy w Canyon Valley, a na to miejsce składał się hotel-resort z restauracją, sklep i kilka budynków... wyszło na to, że przez przypadek wylądowaliśmy u celu który nas mocno rozczarował. Kilka metrów dalej droga prowadziła do bardzo dużego jak się okazało campingu. Obsługa i procedury biurokratyczne jak w hotelu wysokiej klasy! Recepcja z kilkoma stanowiskami i miły pan, który bardzo dokładnie sprawdził moje dokumenty i pobrał opłatę chyba 20 dolarów. Wiedziałem wszystko :) Gdzie dojechać, gdzie się wykąpać i czego nie robić, a tego było najwięcej. Generalnie schować wszystko co mamy do bagażnika i nic poza śpiworami i latarkami nie brać do namiotu. Misie są wszędzie i na ich punkcie panuje tutaj prawdziwa psychoza. Oczywiście dużo ludzi, którzy rozbili się koło nas za bardzo się tym nie przejmowała i dookoła roztaczały się zapachy grillowanego mięsa... Miejsca na nocleg na kempingach to Amerykanie mają świetnie przygotowane, nikt na nikim nie leży - stanowiska są wystarczająco oddalone od siebie, więc każdy ma sporo prywatności. Spoty na namiot i samochód przygotowane są bardzo dobrze, każdy na swój stół i ławy, oraz miejsce na grilla i ognisko. Odległości pomiędzy stanowiskami są duże co pozwala nawet trochę pohałasować. I tak jest w większości pól namiotowych w USA. Noc minęła spokojnie, bez misiów. Rano zaczęliśmy następny etap i ruszyliśmy na północną pętle (Loop). Poranek był słoneczny, a niebo - niebieskie idealnie pod zdjęcia :). Po kilku minutach zatrzymał nas mały korek, wcześniej nauczeni wiedzieliśmy, że oznacza to, że ktoś coś zobaczył i obserwuje lub robi zdjęcia, albo jakiś zwierzak przechodzi przez jezdnię. Tym razem był to czarny niedźwiedź, przechadzał się zboczem wzdłuż drogi. Ludzie robili zdjęcia nie wychodząc z samochodów, żeby nie zablokować drogi. Jak tylko misio schował się między drzewami korek natychmiast się rozładował. Po następnych kilku minutach natrafiliśmy na duże stado bizonów pasących się przy rzeczce, widok tych dzikich zwierząt już nie robił takiego wrażenia i tak miało pozostać do końca, po prostu bizony widzieliśmy już co chwila i stały się takim "normalnym" widokiem, że aż nudnym. Po kilku milach zjechałem na punkt widokowy, z którego widać było wielki połacie lasów, jeden wielki dywan z drzew, wszędzie jak okiem sięgnąć. Zastanawiałem się jakby to było zapuścić się w tą dzicz... ile by zajęło przebycie tego terenu pod warunkiem, że by nas nikt nie zjadł :). Następnym punktem na mapie był Tower Fall i jak to bywa w Yellowstone, wszystko jest przy głównej drodze. Zatrzymaliśmy się na parkingu koło jedynego w okolicy budynku z pamiątkami i barem. Dalej trzeba było przejść !!! :) kilkanaście metrów i wyszliśmy na punkt widokowy na wysoki wodospad. Zdecydowanie jedyna atrakcja w okolicy. Wodospad nie imponuje - jest jedynie ładnie wkomponowany między skały, co ładnie wygląda z daleka. Nieopodal mamy szlak, którym można wybrać się na niewielki hiking. Ruszamy dalej i mijamy Tower-Roosevelt i skrzyżowanie z drogą na północno-wschodnie wrota parku. Jedziemy chwilę równolegle do grupy ludzi na koniach, którzy postanowili skorzystać z lokalnej atrakcji jaką jest przejażdżka koniem po okolicy. Mijamy też rowerzystów, którzy mają niesamowitą kondycję jeżdżąc po okolicy. Po kilku milach skręciliśmy do następnej atrakcji na mapce, tym razem to kawałek skamieniałego drzewa, które dla odmiany stoi, a nie leży - jak większość skamieniałych drzew w innych parkach. Warto zobaczyć jeśli ktoś nie widział. Widoki nie zmieniają się dalej, za oknem drzewa, drzewa, wypalone drzewa itd. Docieramy do Mammoth Hot Springs skrzyżowania z drogą do północnych wrót parku. Miejsce przypomina lokalny odpowiednik "Ciechocinka" :) Miejsce wydaje się tętnić życiem w porównaniu z innymi miejscami w Parku. Atrakcją są Mammoth Hot Springs Terraces czyli wapienne tarasy, które wydają się być kopią tarasów z Pamukale w Turcji z tą różnicą że tutaj nie można wchodzić. Przemieszczamy się po drewnianych podestach. Dominują śnieżnobiałe kolory, ale często są przemieszane z pomarańczą i brązem od porastających je glonów. To spory kawałek do przejścia i droga wije się na szczyt wzgórza z wapnia, z którego mamy świetny widok na okolicę - przyznaję, że rzeczywiście wartą zobaczenia. Większość pętli przejechaliśmy, teraz droga prowadzić zaczyna na południe. Czas mija, a widoki bez zmian, jedyną atrakcją po drodze są jelenie, które stadami pasą się przy drodze. Wygląda na to, że turyści stosują się do ograniczenia prędkości i nie widzę żadnych potrąconych zwierząt na poboczach. Po niecałej godzinie docieramy do Norris, skrzyżowania dwóch pętli (środek cyfry 8), można tu zwiedzić pobliskie Muzeum Randżersów. W tym rejonie zwanym Norris Geyser Basin znajdziemy jedną z większych atrakcji parku, Steamboat Geyser, podobno największy gejzer na świecie, który wyrzuca w trudnych do przewidzenia odstępach czasu wodę na wysokość ponad 100 metrów. Wracamy łącznikiem między dwoma pętlami w stronę naszego campingu w Canyon Village. Zbaczamy tylko na równoległą widokową drogę Virginia Cascade Drive, gdzie widoki są naprawdę niezłe, a jazda momentami nad krawędzią urwiska robi duże wrażenie zwłaszcza na towarzyszach podróży :). Camping witamy z radością, zmęczenie jednak jest i każdy marzy o odpoczynku. Oczywiście Park można przejechać w jeden dzień, ale jeśli mamy czas - to warto to zrobić bez pośpiechu. Rano opuszczamy nasz kamping, północna pętla cała zaliczona, pozostaje nam dolny "brzuszek ósemki" czyli południowy Loop. Postanawiam wrócić łącznikiem do Norris, żeby zacząć od zachodniej strony i kierować się na południe. Po kilku minutach zatrzymał nas korek, pierwsza myśl to jakiś zwierzak na drodze, niestety kiedy tylko zobaczyłem samochody zakręcające i wracające z powrotem usłyszałem, że w połowie drogi był wypadek - i postój w korku może zająć kilka godzin. Co za pech, najbardziej newralgiczny punkt - droga między Canyon Village i Norris była nieprzejezdna! Cały plan w tym momencie się sypał. Pytanie jak dotrzeć do Old Faithful, żeby nie stracić za wiele czasu i nie jechać tą samą drogą... Decyzja zapadła i ruszyliśmy na południe. W połowie drogi do Lake Village trafiliśmy znowu na stado bizonów przebiegające przez drogę, już przed oczami miałem wizję stania w korku i czekania aż bizony zejdą z jezdni... Szczęście w nieszczęściu, że samochody przed nami były kierowane przez tubylców, nikt się nie zatrzymywał do zdjęć i dość sprawnie udało mi się "wymusić" na stadzie bizonów zatrzymanie się, zatarasowałem wozem ich trasę przemarszu i wykręcając poboczem jako ostatni wóz uciekłem przed stadem, reszta wozów za mną utknęła w korku i tylko widziałem tumany kurzu przewalające się na drugą stronę drogi. Zatrzymaliśmy się na chwilkę w Bridge Bay i chwilkę pozazdrościłem ludziom łódek w marinie, hmm dobry pomysł przywieść swój jachcik i popływać po Jeziorze Yellowstone... W West Thumb odbiłem na zachód i po niecałej godzinie byłem w atrakcji numer jeden Parku Yellowstone - Old Faithful. Miejsce to już ogromny turystyczny kompleks, jak dla mnie to "fabryka". Duże hotele, restauracje i przeogromny parking. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Centrum Informacji Turystycznej (Visitor Center), gdzie na drzwiach wywieszona była kartka, o której nastąpi następna erupcja gejzera. Szczęście powoli zaczynało się do nas uśmiechać, mieliśmy 10 minut na podejście kilka metrów do ławek ustawionych w półkolu, tworzących swego rodzaju amfiteatr. Większość miejsc była zajęta przez tłumy turystów. Znaleźliśmy wolny kawałek ławki w pierwszym rzędzie i po 15 minutach (opóźnienie 5 minutowa :) wystrzeliła woda na kilkanaście metrów. Trwało to nie więcej niż pięć minut i wszyscy rozeszli się oglądać pozostałe miejsca. Przyznam, że nie rozumiem dlaczego wszyscy upodobali sobie ten "stary wierny gejzer" ? Może dlatego - że da się przewidzieć bardzo dokładnie każdą erupcję. Mnie tego typu atrakcje jakoś nie przyciągają, ale że jestem ciekawy wszystkiego - to spróbowałem. Od miejsca gdzie znajduje się Old Faithful zaczyna się szlak, który prowadzi nas pomiędzy pomniejszymi gejzerami i oczkami wodnymi w przeróżnych kolorach. O ile słynny gejzer mnie jakoś nie przekonał do swojego uroku, to cały szlak po okolicy warty był poświęconego mu czasu. Szlak jest bardzo długi, można nawet wejść na pobliską górę, gdzie mamy świetny widok na całą okolicę. Koloryt i kształty małych jeziorek i gejzerów może oczarować. Palety barw niesamowite, czasem miałem wrażenie, że koło mnie płynie lawa z wulkanu lub stoję przy turkusowym jeziorze. Ale najlepsze było przede mną. Po sporym spacerze na szlaku wróciliśmy do samochodu i po kilku kilometrach zatrzymałem się w Midway Geyser Basin. Podreptaliśmy do pierwszego cudu natury czyli pastelowo "soczyście" niebieskiego jeziorka, z którego unosiła się para powodując, że czułem się jak w bajce. To jak chodzenie we mgle, gdzie co jakiś czas kurtyna odsłania piękne jezioro. Ale ja spieszyłem się do Grand Prismatic Spring, następnego jeziorka - tylko że ... i tutaj zastanawiam się jak tu opisać coś co nie da się słowami opisać. Tu jest gra kolorów, odcieni. Wyobraźmy sobie jezioro zrobione z płynnego złota (albo powierzchnię słońca) które w środku ma turkusowe oczko, a na krawędziach wszystkie odcienie brązu i pomarańczy z palety czarodzieja :) A nad tym unosi się para, która nadaje temu miejscu niepowtarzalny klimat. Oj posiedziałem tam długo, naprawdę nie chciałem wracać. Widziałem ludzi na przeciwległym wzgórzu, z którego świetnie widać panoramę jeziora, ale już nie miałem siły wdrapywać się tam. Pora się zbierać i cieszę się, że na koniec zobaczyłem to miejsce, jest to według mnie numer jeden całego Parku Yellowstone. Pojechaliśmy jeszcze do Lower Geyser Basin i Firehole, ale po Prismatic Springs nic już nie zrobiło wrażenia. Pora była opuścić Park, który jak dla mnie jest mocno przereklamowany, jedynie duża ilość dzikich zwierząt jest niezaprzeczalnym atutem tego miejsca. W kolejce czekał Grand Teton National Park.

środa, września 17, 2008

Wyprawa do Yellowstone - część 2 / Przez Montanę i Wyoming

Opuszczamy piękne Idaho i mijamy tabliczkę Welcome to Montana. Wjeżdzamy powoli na tereny Parku Yellowstone, drogą 287 na północ i tylko "zachaczamy" o zachodnią granicę tego parku. Widoki rozbudzają moją nadzieję co do uroków Yellowstone, które na bazie lektur i zdjęć jakoś specjalnie mi do gustu nie przypadły. Po obu stronach masywy górskie i zieleń lasów przy porannym słońcu powodują, że podróż staje się przyjemna mimo krętych dróg, choć co niektórzy pasażerowie źle je znoszą. Jedziemy do Bozeman jednego z większych miast w Montanie, co brzmi zabawnie - bo większość miast jest jak na resztę kraju malutka. Autostrada jest bardzo widokowa i powoli zaczynają wyrastać coraz to większe rancza z dużymi tabunami koni i bydła. Wjazdy na ich teren przyozdabiane są różnymi malunkami lub rzeźbami co jeszcze nadaje kolorytu. Od razu czuje się, że znajdujemy się w "krainie kowboi". Duże samochody, ludzie w jeansach i kapeluszach. W końcu doczekałem się i zobaczyłem ogromne przestrzenie amerykańskiej prerii! O takim widoku, zawsze marzyłem - już jako dziecko zaczytane w powieściach o dzikiem zachodzie zastanawiałem się jak wygląda to w rzeczywistości. Miasto Bozeman nie ma specjalnie wiele do zaoferowania z atrakcji dla turysty, więc skręcamy na międzystanową 90 i ruszamy szybko w stronę Billings. Po jakimś czasie krajobraz z górzystego przechodzi w płaski. Teraz złota prerria będzie nam długo towarzyszyć. Kiedyś wyczytałem, że Montana nazywana jest krainą Wielkiego Nieba (Big Sky country) i dopiero teraz zrozumiałem dokładnie dlaczego tak jest - ogromne niebieskie niebo zalewa cały horyzont i pozostaje tylko mały złoty pasek prerri na ziemi... Widoki co jakiś czas psują wielkie rafinerie i przykry zapach nafty. Mijamy też liczne rodea i czekające w specjalnych klatkach zwierzęta. Widok ogromnych ilości koni biegających po wielkich przestrzeniach przestaje już dziwić, staje się normalny. Tutaj chyba mit kowboja nieustannie trwa - i w dalszym ciągu jeździ się konno, nie zwracając uwagi na cywilizację. Autostrada prowadzi wzdłóż rzeki Yellowstone, troche daleko od słynnego parku, ale ta nazwa pojawia się w tych rejonach dość często i potrafi trochę "namieszać" błądzącym turystom. Powoli zbliżamy się do miejsc związanych z historią Indian, mijamy Canyon Creek Battlefield, gdzie w 1877 roku wódz indian Nez Perce Joseph stoczył bitwę z amerykańską kawalerią. Ślady po naturalnych mieszkańcach Ameryki są widoczne wszędzie i wygląda na to, że rdzenni obywatele zaczynają być dumni ze swojej historii, a obraz pijanego Indiania w zniszczonym ubraniu już jest mocno nieaktualny! Teraz to świetni biznesmeni, a ich metodą na polepszenie swojego statusu jest otwieranie sklepów i muzeów, zagospodarowywanie miejsc pamięci pod kątem turystyki i ... kasyna :). Jeśli nie jesteś w Nevadzie i widzisz kasyna to oznacza, że jesteś w rezerwacie Indian. Całe swoje dziecięce i nastoletnie życie fascynowałem się kulturą indian Ameryki Północnej, pamiętam książki Szklarskiego, które prostym językiem opisywały historię tych rejonów, potrafiłem wymienić z pamięci wszystkie szczepy indiańskie... a teraz po tylu latach w końcu udało mi się znaleźć w tym miejscu... marzenia się spełniają szkoda tylko, że fascynacja gdzieś uleciała. Kilkanaście lat temu może to wszystko było "dzikie" i naturalne, bliższe tamtym czasom, a teraz to przemysł turystyczny, wszystko trochę plastikowe, pamiątki indiańskie "made in china", trochę czuję żal, że tak się dzieje, ale wkońcu ONI muszą jakoś żyć i utrzymać swoje rodziny. Dojechaliśmy do Billigs, które też nie zrobiło na mnie wrażenia, zwykłe miasteczko - w którym za dużo jest przemysłu. Jesteśmy już blisko miejsca, do którego "jadę" już ponad dwadzieścia lat :). Przede mną rezerwat Indian Crow, a na jego terenie miejsce bitwy, w której zjednoczone plemiona indiańskie pokonały cały pułk kawalerii armii amerykańskiej pod dowództwem gen. Custera. Little Big Horn Battlefield National Monument - tak długa nazwa wita nas przy skręcie z miasteczka Crow Agency. Jest to teren parku narodowego i działają tutaj PASS czyli karty wstępu do wszystkich parków narodowych. Parkujemy samochód i udajemy się do centrum informacji i małego sklepiku połączonego z muzeum. Mapka jaką dostaliśmy pokazuje jakie szlaki warto wybrać, aby dotrzeć do wszystkich historycznych miejsc. Na zewnątrz Ranger zaczyna opowiadać kłebiącemu się tłumowi turystów całą historię bitwy pod Little Big Horn, ja już ją znam na pamięć, wiec korzystam z okazji i idę na miejsce, w którym poległ generał Custer. Jest pusto i cieszę się, że mogę podelektować się tą chwilą sam. Dookoła wielka prerria i wiele wzgórków, wyobrażam sobie jak to wszystko musiało wyglądać w 1876 roku. Czytając książki i oglądając filmy nie zdawałem sobie sprawy jak wielki jest to teren, teraz musiałem wszystko zweryfikować. Archeolodzy i historycy badali nie tak dano ten teren i okazało się, że bohaterska walka Custera na wzgórzu to mit i trzeba od nowa wszystko napisać. Podszedłem do miejsca, gdzie za małym ogrodzeniem znajdują się pomniki poległym kawalerzystów i samego generała, w tym wypadku jest to tylko symbol, bo Custer pochowany jest w West Point. Obok stoi duży pomnik upamiętniający cały 7 pułk kawalerii. Nieopodal po drugiej stonie wąskiej drogi znalazłem monument upamiętniający Indian, jest świtnie zrobiony, w małej niecce z kamieni mamy na tablicach wypisane wszystkie szczepy Indian, które tego dnia brały udział w bitwie. Co kilka metrów mijam samotne białe nagrobki żołnierzy i czerwone indian. Co ciekawe na każdym indiańskim nagrobku znajduje się napis " ...poległ broniąc indiańskiego sposobu życia". Patrząc na mapkę można zauważyć, że trudno będzie niektóre odległości pokonać pieszo, więc wzieliśmy samochód. Dalsze zwiedzanie polegało na zatrzymywaniu sie w oznaczonych punktach i tablicach opisujących potyczki poszczególnych oddziałów. Kiedy tak przemierzaliśmy trasę, przed nami przebiegło stado (chyba dzikich) koni, wyglądały jak konie indiańskie znane z filmów :). Po kilku milach okazało się, że jest ich znacznie więcej, zatrzymywaliśmy się na krótkie sesje zdjęciowe, konie idealnie wpasowały się do miejsca i chwili tworząc świetny klimacik czasem tak ważny na wyjazdach. Takie rzeczy pamięta się długo - filmowa sceneria jak na zamówienie :). Objechawszy cały teren wróciliśmy na parking i obeszliśmy cmentarz wojskowy szukając jakiś polsko - brzmiących nazwisk, ale za dużo tego było i darowaliśmy sobie. Na nagrobkach często wyryte było miejsce pochodzenia i tak najwięcej było Irlandczyków, ale zaskoczyła mnie też spora liczba Skandynawów - ale to już jako ciekawostka. Opuściliśmy miejsce bitwy pełni podziwu dla wojowników Siedzącego Byka, którzy dali sobie radę z pułkiem kawalerii. Zajechaliśmy jeszcze do indiańskiego sklepu z pamiątkami, gdzie każdy zakupił jakiś oryginalny (mam nadzieję) - drobiazg - zwracaliśmy szczególną uwagę, żeby nie natrafić na produkt z Chin. Plany wyprawy były nakreślone przeze mnie w zarysie i wszystko zależało od tempa i czasu. Udało się do tej pory zrealizować plany i trzeba było ustalić trasę do następnego miejsca na nocleg. Postanowiłem trzymać się tematu indiańskiego i na nocleg wybrałem miejscowość Cody w stanie Wyoming. GPS poprowadził nas z powrotem do Billings, skąd po kilkudziesięciu milach odbiłem na południe. Na miejscu byłem późno w nocy i nawet nie zdążyłem sprawdzić bazy danych z kampingami, kiedy trafiłem na całkiem przyjemne miejsce tuż przy głównej ulicy miasteczka. Kamping okazał się bardzo przyzwoity, rozstawianie namiotu było szybkie - i niedługo po ciekawym dniu i kąpieli w w naprawdę luksusowych jak na kamping - łazienkach - szybko ekipa zasnęła. Rano po śniadanku sprawdziłem, gdzie mogę znaleźć muzeum słynnego Buffalo Billa i ku mojej ogromnej radości okazało się, że znajduje się kilka kroków od naszego kampingu. Bufflo Bill to tak naprawdę William Cody - słynny myśliwy i zwiadowca armii w wojnach z Indianami, a od jego nazwiska pochodzi nazwa miasta. Od 1883 roku organizował widowisko cyrkowe Wild West Show, przedstawiające wydarzenia z historii amerykańskiego Dzikiego Zachodu, i do 1916 roku prezentował je w Ameryce Północnej oraz Europie Zachodniej. Podjechaliśmy z samego rana, żeby zdążyć przed masą turystów. Cały kompleks jest profesjonalnie przygotowany, są skrzydła tematyczne i tak pierwsze kroki skierowaliśmy do Indian. Przedstwiona jest tutaj cała historia Indian, dużo figur woskowych ubranych w oryginalne stroje i gabloty z przedniotami używanymi przez różne plemiona. Dla fascynata kulturą Indian to raj, sporo interaktywnych przedstawień. Spędziliśmy tu trochę dużo czasu, bo dla oglądających filmy takie jak "Tańczący z Wilkami" nie chciałyby zobaczyć jak wygląda Tipi w środku, jak używać tomahawka i łuku i jakie stroje nosili Indianie. Dla mnie rewelacja. Jedno ze skrzydeł poświęcone było Williamowi Cody "Buffalo Bill", można tam poznać historię nie tylko jego życia, ale przy okazji też - jak powstawał mit Dzikiego Zachodu. Duża dawka historii przy świetnie przygotowanych eksponatach. Dla mnie rewelacyjne było skrzydło poświęcone broni palnej, przyznam z ręką na sercu, że nigdy nie widziałem takiej ilości broni w jednym miejscu. Znajdziemy tam chyba wszystkie karabiny świata od XV wieku do czasów współczesnych. Oczywiście najwiecej miejsca zajmują karabiny, które podbijały Ameryke :). Kiedy tak spokojnie zwiedzaliśmy muzeum, przetoczyła się nawałnica turystów - dobrze, że przyszliśmy wcześniej :). Wygląda na to, że miejsce jest bardzo popularne w Stanach. Wyszliśmy na zewnątrz pozwiedzać centrum miasta żywcem przeniesione z innej epoki. Warto poświęcić chwilkę na spacer uliczkami i wstąpić do Saloonu, gdzie pijał Buffalo Bill i zobaczyć hotel, w którym mieszkał. Czas nieubłaganie mijał i pora była ruszyć, tutaj miałem dylemat, do którego wjazdu do Yellowstone mam się skierować tak, żeby był najbardziej widokowy. Nie było to łatwe i postanowiłem, że będzie to Wschodni Wjazd drogą numer 14. Wyjechałem z gwarnego miasteczka i od razu krajobraz się zmienił. Jechaliśmy Shoshone Canyon i kręta droga prowadziła nas wgłąb ogromnego kanionu. Po przejechaniu kilku tuneli zatrzymaliśmy się przy naprawdę ogromnej tamie, widok z niej zapierał dech i niewątpliwie należał do serri tych, które uwielbiam ogladać :). Oczywiście poszalałem z aparatem i zrobiłem sporo zdjęć tego "fotogenicznego" miejsca. Buffalo Bill Reservoir, który trzymała tama - to całkiem spore turkusowe jeziorko, które objeżdżali pasjonaci nart wodnych:). Bardzo przyjemna trasa i cieszę się z jej wyboru. Pozostały odcinek do samych wrót Yellowstone był niezapomniany.

Wyprawa do Yellowstone - część 1 / Przez Idaho

Wyprawa do Parku Yellowstone chodziła mi po głowie od kilku miesięcy, ale wiedziałem, że można ją zrealizować tylko w okresie letnim (jestem zmarźluchem i wolę ciepło). Drugą sprawą było znalezienie chętnych na ten wypad, w gre wchodziła jazda samochodem, a na taki długi dystans nie każdy się pisze. Znalazłem po wielu tygodniach szukania wlaściwą ekipę i pozostało mi przygotować trasę. Mieszkam w San Francisco, a odległość jest spora, dużo osób leci do Salt Lake City samolotem, potem wypożycza samochód, ja natomiast chciałem poznać pustkowia Nevady i nieznane mi tereny Idaho i Montany. Postanowiłem, że bedzie to niskobudżetowa wyprawa i zabiorę na wyprawę namiot i wszystkie niezbędne do obozowania rzeczy. Pozostało zakupić sprzęt, a do tego idealnym miejscem jest Wal-Mart :), kupiłem tam wszystko co było potrzebne,a nawet więcej (nie wiedziałem jak Amerykanie potrafią być pomysłowi i ile sprzetu jest, o którym nie miałem pojęcia!). Super namiot na dwie osoby kupiłem za 25 dolarów, z czego bardzo się ucieszyłem, szukanie dmuchanego materaca zajęło trochę czasu, za dużo do wyboru... I tak obładowany przygotowałem się na następny dzień, kiedy to przyszła pora ruszyć. Wstałem rano i pobiegłem do wypożyczalni samochodów niedaleko mnie gdzie czekała na mnie moja ulubiona Mazda 6, wystarczająco dobra w trasę i posiadająca "tempomat", bez którego nie wyobrażam sobie jazdy przez setki mil autostrad. Mieszkam niedaleko mostu Golden Gate, co pozwoliło mi szybko i bez korków wyskoczyć z miasta drogą 101, a potem do 37 i przebić się na międzystanową numer 80, która tego dnia była moją autostradą, którą miałem dotrzeć do celu. Pogoda w sierpniu w tym rejonie jest bardzo dobra, upały i słonko dla niektórych nie są czymś miłym w samochodzie, ale ja nie mam z tym problemu ;). Przejechałem obok Sacramento - stolicy Kalifornii, potem minąłem Jezioro Tahoe i po chwili byłem już w Reno w Nevadzie, miasto jest bajecznie kolorowe i pełne kasyn :), nastawione na odwiedzających jezioro Tahoe turystów przez cały rok. Tutaj miałem pierwsze tankowanie, co mnie bardzo ucieszyło - okazało się, że samochód jest ekonomiczny, drugą sprawą była cena paliwa, która w Nevadzie jest znacznie tańsza. Uzupełniłem cooler lodem (niezbędny na takie wyprawy) i jedzeniem. Przemknąłem przez miasto i wjechałem na moją osiemdziesiątkę. Ruch był mały i trzeba było uważać, żeby nie zasnąć w dzień. Droga jest prosta na wiele mil w przód i trzymanie nogi na pedale gazu to normalnie cierpienie, ale tempomat wtedy zdaje egzamin, siedziałem więc po turecku i wystarczyło trzymać kierownicę. Mijałem nieliczne samochody, a za oknem puskowia Nevady, nie ma tu życia - tylko piasek i skały. Co kilkadziesiąt mil mijałem malutkie miasteczka, w których wiało nudą. Prędkość dopuszczalna na tej międzystanowej była 75 mil, co bardzo mnie cieszyło i starym sposobem jadąc 85 mil - nie rzucałem się w oczy policji, bo komu będzie się chciało zatrzymać kogoś za tak małe przekroczenie prędkości. Na chwilkę zatrzymałem się w mieścinie Winnemucca, gdzie banda słynnego Butch Cassidy obrabowała bank w 1900 roku. Dużo posterów i reklam starają się w ten sposób przyciągnąć kierowców przejeżdżających przez to miasto, ale przyznam, że nie warto. Jeszcze kilka razy zatrzymywałem się na Rest Area - zbawienie dla kierowcy, miejsce na odpoczynek, ubikacje i czasem maszyny z napojami - wypiłem chyba dwa red bulle. Z tak nudnej trasy człowiek niewiele pamięta :), tylko dużo "nic" dookoła. Zostaje tylko walka z tym, żeby nie zasnąć, zwłaszcza jeśli współtowarzysze podróży smacznie śpią. Po około ośmiu godzinach dotarłem do mieściny Wells, gdzie trzeba było zjechać z wygodnej międzystanowej 80-tki i odbić na północ na autostradę 93, która miała doprowadzić mnie do celu w dniu dzisiejszym czyli do Twin Falls w stanie Idaho. Powoli zaczęło się sciemniać - co mnie troszkę zmartwiło, szukanie kampingów w ciemnościach już kilka razy przerobiłem i nie było to przyjemne. Niestety docelowe miasto osiągneliśmy już w nocy i pierwszy wprowadzony w GPS kamping okazał się niewypałem, nic nie było w podanym miejscu. W bazie było jeszcze kilka i zacząłem jeździć po kolejnych i ... znowu nie było nic w podanych miejscach! Chyba piąta koordynata okazała się trafna i rozbiliśmy namioty przy świetle samochodów. Nowe namioty są naprawdę genialne i rozkładanie ich to chwila. Napompowanie materaca elektryczną pomką to też moment i tak naprawdę po 10 minutach namiot był gotowy. Rano czekał nas pierwszy punkt - atrakcja na naszej trasie - Wodospady Shoshone (Shoshone Falls). Miejsce to zwane jest Niagarą Zachodu (Niagara of the West). Miasteczko Twin Falls ma swój urok, jest kameralne i bardzo amerykańskie. Dojechaliśmy do wodospadów bardzo szybko i po uiszczeniu niewielkiej sumy za wjazd zjechaliśmy serpentyną na dół kanionu i zaparkowaliśmy samochód na parkingu. Nie było prawie turystów - z czego bardzo się cieszyłem. Podeszliśmy do schodków i zeszliśmy na platformę widokową. Hm... widok jaki zobaczyłem - "powalił" mnie na kolana, ogromny wodospad z kilkoma mniejszymi, kaskady spadającej wody i tęcza. Wodospad ten jest wyższy od wodospadu Niagara o 12 metrów. Widok lekko psuje budynek malutkiej elektrowni, ale mi to nie przeszkadzało. Po lewej stronie widać było rzekę Snake, która wiła sie w u podnóża wysokich ścian kanionu. Wyglądało to jak wodostad Niagary przeniesiony do kanionów w Utah. Przez chwilkę nie wiedziałem od czego zacząć fotografowanie :). Oczywiście zrobiłem kilka panoram i fajnych ujęć, ale nie sądzę, żeby te jakiekolwiek zdjęcia oddały klimat tego miejsca. Jest to napewno "perełka", a tak mało znana. Dużo czasu minęło zanim się zebraliśmy. Ja jeszcze poszedłem na szlak, który prowadzi w górę wzdłuż krawędzi kanionu skąd roztacza się widok na cały teren. Na terenie Parku znajduje się jeszcze Jezioro Dierkes, do którego podjechaliśmy kilkanaście metrów w górę drogi. To typowe miejsce na pikniki dla całych rodzin, tafla jeziora jak zamarznięta bez żadnej fali i pomost z małą skocznią dla wielbicieli skoków do wody. Dookoła przejrzystego jeziora wiedzie szlak, który szybko przetestowałem. Gdybym mieszkał w Twinn Falls myślę, że byłbym stałym bywalcem tego miejsca. W mapce, którą dostałem przy wjeździe do parku były wyszczególnione inne atrakcje w okolicy miasta. Moją uwagę zwrócił wysoki most I.B. Perrine Bridge przebiegający nad kanionem i rzeką Snake. Wyczytałem, że z tego mostu można wykonywać legalnie skoki spadochronowe - w końcu to prawie 150 metrów! Przejechaliśmy most i zatrzymaliśmy się w wyznaczonych strefach do parkowania. Zeszliśmy na specjalny taras widokowy koło pylonu mostu. Co tu dużo pisać, widoki znowu zachwycające, w dole wijąca się zielona rzeka i most na którym można dostać zawrotu głowy. Widok mostu z pionowymi ścianami kanionu i Snake River może zdobić każdy pulpit komputera. Dla takich widoków warto żyć :). Niedaleko od tego miejsca znajduje się Pillar Falls, gdzie z wysokości można zobaczyć panoramę całej okolicy. Po takiej dawce atrakcji zacząłem się zastanawiać, czy mnie jeszcze coś w trakcie wyprawy tak zaskoczy - jak widoki wodospadów w Idaho. Pora była ruszać na wschód autostradą numer 84. Ciekawie wygląda mapa stanu Idaho i zaludnienie tego miejsca. Tak naprawdę życie skupia się na południu Idaho, a centralne i północne tereny są prawie niezamieszkane. Zresztą populacja stanu to tylko 1,5 miliona ludzi i krajobrazy po drodze przypominają bardzo Alaskę i chyba z czystym sumieniem mogę polecić to miejsce osobom, które chcą małym kosztem posmakować "Alaski". Po drodze mijamy mniejszcze wodospady i rzeczki, zieleń drzew i brak cywilizacji. Jest tutaj bardzo dziko i surowo, co dla chętnych, którzy chcą wyrwać się w głuszę to miejsce idealne. Mijane miasta są malutkie i przypominają o tym, że czas tuatj zatrzymał się dawno, trochę wszystko jest "kowbojskie" i "pionierskie". Zauważalny jest duży patriotyzm, wszędzie flagi narodowe i wojskowe, dużo pamiątek i pomników związanych z wojnami - zwłaszcza z okresu konfliktu w Wietnamie. W miejscowości Burley mamy dylemat - czy zjechać do City of Rocks, rezerwatu narodowego jednej z większych atrakcji w rejonie. Rezygnujemy - a ja postanawiam, że kiedyś tutaj wrócę i dokładnie spenetruję Idaho. Jedziemy dalej i zatrzymujemy się na chwilę w Pocatello, które słyneło kiedyś z tego, że prawnie zakazne było ... być smutnym!. Na pamiątkę o tym, teraz odbywa się tutaj Festiwal Uśmiechu. Oj - przydałoby się to prawo w Polsce :). W okolicy miasta mamy American Falls z tamą i wielki zbiornik wodny wielkości konkretnego jeziora. Kontynuując jazdę wkraczamy na terytorium Indian. Zatrzymujemy się w Fort Hall, gdzie ślady Indian są widoczne wszędzie, można odwiedzić muzeum, które przedstawia historię indian Shoshonów i Bannock, a mieści się tuż przy autostradzie. Dużo pobliskich sklepów oferuje pamiątki, a restauracje tradycyjne jedzenie "dzikiego zachodu". Popołudniem docieramy do Idaho Falls, gdzie pakujemy w centrum przy Informacji Turystycznej. Pani na miejscu zaoferowała nam pomoc, która była profesjonalna, wiedziałem po chwili - gdzie warto jechać, co zobaczyć i gdzie spać. Zaopatrzony w masę map i katalogów wróciłem do samochodu. Wyszliśmy na spacer po mieście i tutaj znowu wodospady :) i rzeka Snake przecinająca miasto. Naprawę przyjemnie i nie czuje się klimatu miejskiego, jak w parku lub skansenie. Nad miastem góruje wielki gmach Kościoła Jezusa Świętych Dnia Ostatniego czyli Mormonów. Architektonicznie jest to paskudztwo i przypomina raczej jakiś socrealistyczny gmach idealnie pasujący do jakiegoś miasta w Korei Północnej :). Mormonów można spokać wszędzie i są to ludzie bardzo przyjaźni i naturalni. Miasto nie ma specjalnie żadnych atrakcji, ale warto zrobić sobie spacer wzdłuż rzeki i po downtown. W informacji dostałem namiar na śliczne... wodospady :) na północ od miasta. Ruszyliśmy szybko, żeby wyrobić się przed zachodem słońca. Przejechaliśmy przez Rexburg i po kilku milach - w mieście Ashton zjechaliśmy na drogę numer 47 inaczej zwaną Mesa Falls Scenic Byway. Przyjemna droga, która wyjątkowo przypominała mi Alaskę. Zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, z którego roztaczał się widok na całą dolinę i wodospady w dole, hm... nie chcę się powtarzać - ale znowu widoki były rewelacyjne!!! Posiedziałem sobie chwilę na kamieniach delektując się chwilą i miejscem. Droga do Upper Mesa Falls była z tego miejsca krótka, zaparkowaliśmy na parkingu i dalej na piechotę wyznaczonym szlakiem zeszliśmy nad wodospad wcześniej widziany z góry. Podesty widokowe umieszczone są bardzo blisko i z odrobiną wysiłku można dotknąć wezbranej wody. Miejsce jest "magiczne", wodospad jest ukryty w załomie skalnym i woda w tym miejscu zakręca i spada na poniższy wodospad, przeciwległa ściania pokryta jest zielonym mchem i co jakiś czas można obserwować tęcze. Mając trochę czasu można tu spędzić fajne chwile zwłaszcza, że w pobliżu jest kilka kampingów. Zrobiło się ciemno i trzeba było poszukać wolnego miejsca do spania. Udało się i skorzystaliśmy z kampingu koło Jeziora Island jednej z lokalnych atrakcji. Rano po zaskakująco mroźnej nocy w namiocie - śniadanko nad wodą i ostatnie chwile w Idaho, gdzie jeszcze trzeba było uważać, żeby nie przeoczyć zjazdu nad Big Spring słynne z dużej ilości pstrągów. Potem pozostało jeszcze jezioro Henrys Lake i opuściliśmy ten dziewiczy stan, a już za chwilę witał nas Yellowstone, który postanowiłem tylko "liznąć" w drodze do Montany. Na ten wielki Park przyjdzie pora za kilka dni...

sobota, września 13, 2008

Złote Wrota

Most łączy dwa półwyspy na dwóch brzegach zatoki San Francisco. Został zbudowany przez Josepha Baermanna Straussa. Ma on długość 2800 metrów, a odległość między pylonami wynosi 1280 metrów. Wysokość pylonów wynosi 227 metrów, a pod mostem mogą przepływać nawet statki oceaniczne, gdyż kładka znajduje się na wysokości 66-72 metrów ponad lustrem wody.Budowę mostu rozpoczęto w 1933 roku i trwała ona do roku 1937. Praca nad konstrukcją była niezwykle niebezpieczna. Silne prądy, mgła czy sztormy skutecznie utrudniały pracę robotnikom. Szczególnie niebezpieczny był etap rozwieszenia lin, z których każda miała 91 cm średnicy i składała się z 27 tysięcy stalowych drutów.Most Golden Gate szybko zaczął zarabiać i do 1971 roku zwróciły się koszty budowy, które wynosily 75 milionów dolarów. W pierwszym roku przejechało przez niego ponad 4 miliony pojazdów. Obecnie przez most codziennie przejeżdża 120 tysięcy samochodów.W ciągu siedemdziesięciu lat istnienia most Golden Gate przetrwał liczne trzęsienia ziemi, huragany, a także upływ czasu. W 1989 roku przetrwał jedno z najtragicznych trzęsień o natężeniu 7,1 stopni w skali Richtera.Most poza tym, że stanowi doskonałą trasę komunikacyjną, przyciągu również turystów oraz niestety samobójców. Od momentu powstania mostu ponad tysiąc osób odebrało sobie życie skacząc przez barierki.


Little Big Horn

Czerwiec 25, 1876 - Bitwa pod LITTLE BIG HORN (Montana). Tego pamiętnego dnia generał George Amstrong Custer, dowodząc Siódmym Pułkiem Kawalerii USA dociera w pobliże rzeki Little Big Horu w południowej Montanie, nad którą rozbity jest wielki obóz Siouxów, Cheyennów i Arapahos. Nie czekając na nadciągające posiłki pod wodzą generałów Terrego i Gibonsa, postanawia zaatakować wioskę. Dochodzi do najsłynniejszej bitwy w historii wojen z Indianami. Indianie pod przywództwem Crazy Horsa, Sitting Bulla, Galla, Rain in the Face i Two Moons odpierają atak Custera zmuszając go do odwrotu, a następnie otaczają i wybijają do nogi całą jego kompanię (260 żołnierzy). Bitwa trwa niecałą godzinę. Żaden biały nie ocalał, a całe wydarzenie przeszło do legendy. Oprócz relacji Indian nie istnieje żadne inne źródło informacji na temat przebiegu całego zdarzenia.
W samej bitwie pod Little Big Horn, Indianie pokonali siły wroga mniejsze liczebnie, ale należy pamiętać, że w kilka dni wcześniej, bo 16 czerwca, na obóz nad rzeką uderzył generał George Crook, z 1050 żołnierzy + 180 zwiadowcami Kruków + 86 zwiadowcami Szoszonów + personel pomocniczy, nierzadko uzbrojony w lepszą broń niż żołnierze. Crook został odparty nad rzeką Rosebud, z ciężkimi stratami, głównie w rannych, ale było też sporo zabitych, w sumie jego straty na pewno przekroczyły 200. W dniu następnym na pole bitwy przybył Custer ze swoim 1000 ludzi + zwiadowcy + personel pomocniczy (razem ok. 1200), i zastał pobojowisko po starciu Crooka. Gdyby Crook wytrzymał te kilka dni, lub gdyby Custer przybył nad rzekę dzień wcześniej, to mieliby sporą przewagę liczebną nad Indianami, którzy dodatkowo musieliby bronić kobiet i dzieci z obozu. Ale tak się nie stało, i po odparciu Crooka, uderzył Custer. Najpierw zaatakował major Reno, ze swoimi 600 ludźmi, z drugiej strony uderzył Custer, ze swoimi 265 ludźmi, w tym 3 zwiadowcami indiańskimi. Ale i tutaj po raz kolejny zawiodła koordynacja działań, albo też Indianie przewidzieli całą sytuację, bo Reno uderzył kilkadziesiąt minut przed Custerem, i chociaż kiedy zaatakował Custer, Reno jeszcze walczył, to jednak był już w odwrocie. Straty Reno to blisko połowa ludzi w zabitych i rannych. Piersza szarża Custera została odparta, jeszcze kiedy Reno walczył. Custer wobec przewagi liczebnej (a przynajmniej tak mu się zdawało) Indian, wycofał się na linię wzgórz, pomiędzy rzekami Little Big Horn, a Rosebud. Podzielił swoje wojska, i rozstawił na kilku wgórzach w szyku obronnym, szwadronami. W tym samym czasie Indianie zepchnęli Reno za rzekę, gdzie pospieszył mu z pomocą wracający z rekonesansu Beenten ze swoimi 135 ludźmi, ale nawet to nic im nie dało, gdyż Indianie spychali ich dalej, uniemożliwiając dostęp do rzeki po wodę dla rannych, przez co wielu rannych zmarło. Beenten ocalił siły Reno przed całkowitym zniszczeniem, jednak sam poniósł spore straty, kilkudziesięciu zabitych i rannych. Beenten i Reno musieli się w końcu wycofać z pola bitwy pod naporem Indian, ale byli jeszcze nękani przez małe grupki Indian aż do wieczora, a nawet po zmroku, nic nie wiedzieli oczywiście o losie Custera. A tymczasem Custer rozdzielił swoje skromne siły między 3 wzgórza, dzięki czemu Indianie mogli niszczyć jego wojska na raty, i tak też zrobili. Prawie 200 wojowników posiadało broń powtarzalną. Tak uzbrojeni wojownicy zakradali się od czoła do pozycji żołnierzy przez gęste zarośla, i otwierali ogień z bliskiej odległości. Było to bardzo skuteczne, bowiem jednostrzałowe Spriengfieldy żołnierzy miały duży zasięg i celność, ale były wolniejsze niż część karabinów Indian. W tym samym czasie konnica indiańska okrążała pozycje żołnierzy od tyłu. W ten sposób wyeliminowano pierwsze 2 pozycje obronne Custera, została 3, którą osaczono z 4 stron i zdobyto szybkim szturmem. Zdobywanie tych trzech pozycji trwało mniej niż 20 minut, i pociągnęło za sobą ofiary w zabitych po stronie Indian, rzędu 20-30, a po stronie Custera ok. 185. Co ciekawe, ok. 80 "dezerterów" przeżyło tą masakrę i rzuciło się do ucieczki w kierunku rzeki Roisebud. Prawie im się udało, ale zostali zauważeni, i dogonieni przez kawalerię indiańską. Ostatnia walka rozegrała się w płytkim jarze, w którym Indianie otoczyli resztki żołnierzy i wybili ich. Dopiero następnego ranka po bitwie wykrwawione oddziały Reno i Beentena spotkały grupę pułkownika Gibbona, liczącą 450 żołnierzy, która miała się połączyć z Custerem i Crookiem przed atakiem na obóz. Gibbon spóźnił się, tak jak wcześniej Custer. Indianie poszli świętować, więc żołnierze mogli teraz dojść do wody, a później przeszukać pobojowisko.


poniedziałek, września 08, 2008

The Rock

"Break the rules and you go to prison.
Break the prison rules and you go to Alcatraz."


La Isla de los Alcatraces, Island of the Birds lub po prostu Alcatraz to wyspa niedaleko San Francisco. Znajduje się na niej nieczynne więzienie o zaostrzonym rygorze, działające od 1934 do 1963. Zamknięte zostało głównie z powodu wysokich kosztów utrzymywania więzienia na wyspie oraz błędów konstrukcyjnych, które ułatwiały ucieczki. Więzienie kryje wiele zagadek i tajemnic które nie zostały rozwikłane do dziś.

Oficjalnie, przez 29 lat działalności więzienia, tylko jednemu więźniowi udało się z niego uciec, choć odnotowano aż 14 prób z udziałem 34 więźniów, w tym dwóch którzy próbowali uciec dwa razy; sześciu uciekinierów zastrzelono, dwóch utonęło, pięciu nie odnaleziono, pozostałych złapano. Dwóch wydostało się z wyspy ale zostało pojmanych, jeden w 1945, drugi w 1962.Podczas najsłynniejszej próby ucieczki w dniu 11 czerwca 1962, trzech uciekinierów (Frank Morris i bracia John i Clarence Anglin) zdołało wydostać się za mury więzienia, ale potem najprawdopodobniej utonęło przy próbie dopłynięcia do stałego lądu. Na podstawie opowieści o owych ucieczkach powstało kilka filmów, m.in. Ucieczka z Alcatraz z Clintem Eastwoodem. W programie dokumentalnym Pogromcy mitów starano się udowodnić, że ucieczka z więzienia była możliwa - autorzy programu przepłynęli bezpiecznie zatokę San Francisco w przez siebie wykonanym z płaszczy przeciwdeszczowych "pontonie". Z drugiej strony fakt, że po upływie wielu lat nie ma o uciekinierach żadnej wieści, pomimo że wyjawienie informacji o ich losach gwarantowałoby sławę i pieniądze, zdaje się świadczyć że żadna z ucieczek nie była udana.
Jednym z pierwszych więźniów, którzy przybyli do Alcatraz, był Al Capone, „król” nielegalnego alkoholu i morderca. Dostał numer 85. Za karę w więzieniu czyścił toalety. Po pięciu latach został zwolniony, jednak nie był już „wielkim baronem”.
Wycieczkę zaczynamy z Pier 33 - UWAGA! - nie jest to Fishermans Wharf, taki błąd najczęściej popełniają turyści. Bilety proponuję zakupić przez internet z wyprzedzeniem, rzadko bywa tak, że na dany dzień można kupić bilet w kasach. Cena biletu to dla osoby dorosłej 26 dolarów. Promy na wyspę pływają od godziny 9 rano do późnego popołudnia. W informacji na bilecie proszeni jesteśmy o przybycie na miejsce na 30 minut przez termine - osobiście byłem na miejscu na 10 minut przezd czasem odpłynięcia, ten długi termin spowodowany jest zapewne tym, że obsługa robi pamiątkową fotograię każdemu przechodzącemu przez bramkę turyście. Prom jest trzypoziomowy i jak to bywa nawyższy pokład oblegany jest przez ludzi, którzy biegają od burty do burty robiąc zdjęcia. Na promie można kupić przekąski i napoje (również piwo). Rejs trwa bardzo krótko. Wysiadamy przy nabrzeżu, gdzie wita nas ranger i opowiada historię wyspy, nie trzeba słuchać można od razu udać się na górę do głównego bloku wiezienia. Po drodze można zobaczyć film w salce kinowej i małe muzeum o Alcatraz. W głównym bloku wiezienia jest opcja Audio Tour, gdzie dostajemy słuchawki z odtwarzaczem, który służy nam za przewodnika. Block z celami nie imponuje wielkością i dość szybko można zwiedzić cały teren. Niektóre cele są otwarte i można zrobic sobie w nich pamiątkowe zdjęcia. Na terenie przy latarni morskiej można podziwiać panoramę San Francisco i mostu Golden Gate. Teren poza głównym blokiem jest bardzo zniszczony, nie robi dobrego wrażenia i wiele miejsc jest zamkniętych dla zwiedzających. Na miejscu jest kilka sklepów z pamiątkami. Promy z wyspy odpływają o określonych porach, a informacje o godzinach znajdziemy w kilku miejscach na terenie więzienia. Czas jaki można spędzić w Alcatraz to średnio 2-3 godzin. Prom wraca do Pier 33 - skąd wyruszaliśmy.


wtorek, września 02, 2008

Monument Valley i Arches National Park

Pokonując enty raz trasę Los Angeles do Grand Canyon South Rim proponuję zawsze znajomym poświęcenie kilku dni na zobaczenie jednych z najładniejszych tras widokowych w Ameryce, słynnej Monument Valley. Tak było tym razem i wszyscy przystali na moją propozycję ochoczo. Ponad 3 godzinna jazda przez czerwoną ziemię sprawiła duża frajdę. Przejechaliśmy ten dystans z Grand Canyonu autostradą numer 160 i w miejscowości Kayenta odbiliśmy na 163-kę, która prowadzi do Utah przez Monument Valley. Zabawne, że trzeba na chwilkę wjechać do innego stanu, żeby potem zakręcić i wrócić z powrotem do Arizony. Tuż przy znaku granicznym Utah rozciąga się piękna panorama całej doliny, w oddali widać słynne z westernów formacje skalne w kształcie leżących kapeluszy i sterczących patyków. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia w kilku punktach widokowych - na szczęście ktoś pomyślał, że można zjechać bezpiecznie na pobocze. Ziemia pod nogami miała kolor "soczystej" czerwieni, wrażenie jakby chodziło się po żużlowym korcie tenisowym :). Skręciliśmy z autostrady 163 na lokalną drogę i po kilku milach dojechaliśmy do budki, gdzie za jedyne 5 dolarów mogliśmy wjechać na teren Parku Indian Navajo. Współcześni Indianie, niemal wszyscy chwytają się każdej możliwości zarobienia na atrakcjach na terenie rezerwatów - dlatego przemysł turystyczny kwitnie tutaj na dobre. Zaparkowaliśmy na ogromnym parkingu przed Visitors Center i weszliśmy do środka obejrzeć małe muzeum i sklepy z pamiątkami, można było kupić tutaj napoje, potem na szlaku nie będzie już okazji. Na zewnątrz Indianie Navajo oferują za odpowiednią opłatą wycieczki z przewodnikiem na koniach lub samochodem terenowym. Na zewnątrz budynku przy parkingu rozciąga się jedna z najbardziej "fotogenicznych" panoram Monument Valley, warto poświęcić kilka chwil na zrobienie zdjęć (polecam opcję - panorama w aparacie lub sklejenie zdjęć np. w Photoshopie). Widok zapiera dech w piersiach! Zebraliśmy się w końcu i ruszyliśmy naszym osobowym samochodem - Mazda 6 - na drogę prowadzącą do punktów widokowych usytuowanych przy formacjach skalnych, które widzieliśmy z daleka. Nawierzchnia jest nie utwardzana i miałem obawy, czy damy radę przejechać wozem bez napędu na cztery koła i niskim zawieszeniem, uważałem bardzo na kamienie na drodze, mijałem samochód w uszkodzonym podwoziem co dało mi do myślenia i zdwoiłem ostrożność. Trasa nie jest długa ale pokonanie jej zajmuję dużo czasu, nie można rozwinąć normalnej prędkości i często trzeba ustępować samochodom z naprzeciwka na wąskich odcinkach. W kilku punktach postojowych spotykaliśmy Indian, którzy sprzedawali swoje wyroby, ale ceny mieli wysokie. Trasa jest w formię pętli i ostatnim punktem przez nawrotką jest słynny John Ford's Point, z którego rozpościera się widok panoramiczny na inną część doliny, dodatkową atrakcją jest "samotny jeździec", który co jakiś czas zatrzymuje się na pułce skalnej, na tle panoramy Monument Valley :) taki mini show dla turystów. Poświęciliśmy kilkanaście minut na sesję zdjęciową i powoli ruszyliśmy w drogę powrotną i tutaj zaczęły się problemy... Do tej pory jechaliśmy z górki i było ok, ale teraz mieliśmy pod górkę i samochód momentami nie dawał rady podjechać i zakopywał się w piachu, musiałem mocno kombinować i robić objazdy na krawędzi urwiska. Kiedy udało się w końcu dotrzeć na parking, musieliśmy wyłączyć wóz na godzinkę, bo wszystko się w silniku zagotowało. Niedaleko od Visitors Center jest wejście na szlak wokół jednej ze skał i to na tyle dla pasjonatów pieszych wycieczek. Trochę mnie zdziwiło, że wszędzie są informację, żeby bez zgody nie fotografować Indian i nie zakłócać ich spokoju. Chętnym do pozostania na noc Park oferuje camping. Pora była się zbierać i ruszyliśmy na północ w kierunku Parku Narodowego Arches - następnego etapu podróży. Do pokonania był odcinek 160 mil, a to jakieś 3 godziny jazdy. Do głównego wjazdu dotarłem o zmroku, ale spotkała nas niemiła niespodzianka, przy bramce wisiała informacja, że wszystkie miejsca na campingu są zajęte. Pozostało wrócić do pobliskiego miasteczka Moab i poszukać noclegu, udało się za drugim razem i trafiliśmy na całkiem miły - 25 dolarów za super przygotowane miejsce pod namiot i parkingiem oraz z basenem :). Rozbiliśmy się szybko i pobiegliśmy do basenu, w którym przesiedzieliśmy chyba z 2 godziny. Rano pożegnaliśmy camping (chyba z 2 kilometry od wejścia do parku) i wjechaliśmy do Arches Nationa Park. Opłata jest wnoszona przy wjeździe, ale ja miałem specjalną kartę Annual Pass ważną przez rok i to zaoszczędziło nam wydatku. Na wjeździe powitały nas ładne pomarańczowe bloki skalne wyrzeźbione przez naturę w szczególny sposób, który zauroczy każdego... Zatrzymaliśmy się na pierwszym zjeździe i przeanalizowaliśmy mapkę jaką dostaliśmy przy bramce. Wyglądało na to, że park jest świetnym miejscem na ludzi lubiących hiking, bardzo dużo szlaków i to dość długich. Zgodnie stwierdziliśmy, że jeden dzień to za mało. Ruszyłem główną drogą po wyznaczonych punktach widokowych, wrażenia świetne, ale wiedziałem że perełką będzie Delicate Arch słynny łuk skalny, który można zobaczyć na prawie wszystkich zdjęciach o reklamówkach parku. Jadąc główną drogą gdzieś w połowie trzeba było skręcić w prawo i po około 2 kilometrach dojechaliśmy do parkingu. Tutaj zaczynała się opcja hikingu, ruszyliśmy w stronę Delicate Arch, który według mapy znajdował się jakieś 1500 metrów przed nami. Niestety nie napisali nam w mapce, że trasa nie jest taka łatwa i prosta, trzeba było uważnie patrzeć na poukładane kamienie, żeby nie zgubić szlaku. Zmachani doszliśmy do celu i przyznam, że nie żałowaliśmy, widok rewelacyjny, samotny łuk w ustawiony na krawędzi naturalnego amfiteatru z panoramą na dolinę. Ludzie siedzieli jak w operze podziwiając widok i tylko nieliczni decydowali się na przejście pod łuk. Uroku miejscu dodawała para ogromnych kruków, która krążyła nad "salą" i głośno krakała. Po małej sesji zdjęciowej czekała nas droga powrotna, na myśl o niej odechciewało mi się wszystkiego, hmm... może miałem gorszy dzień :), wcześniej taką drogę pokonywałem bez mrugnięcia. A może to 38 stopni w słońcu :) przeszkadzało. Dotarliśmy do nagrzanego samochodu i pojechaliśmy półtora kilometra do punktu widokowego Lower Delicate Arch, skąd widać było miejsce naszej wspinaczki tylko od dołu i z daleka - to dla tych którzy nie mieli ochoty na długą wycieczkę. Z tego miejsca można jeszcze podejść do Upper Delicate Arch skąd mamy trochę lepszy widok, ale my sobie odpuściliśmy. Wróciliśmy na główną drogę i ruszyliśmy na północ w stronę Devils Garden trailhead, skąd zaczyna się bardzo długi szlak do kilku Łuków (szczególnie ładny to Landscape Arch i Double O Arch) w rejonie Devils Garden. Naprawdę warto wybrać się na ten odcinek. Nie dziwię się, że obok znajduje się camping. Niedaleko od tego miejsca można zejść na krótki szlak, gdzie podziwiać można Broken Arch i Sand Dunes Arch, ale te nie są tak efektowne jak pozstałe łuki. Powoli wróciliśmy do miniętego wcześniej skrętu na The Windows Section (Okna), po 4 kilometrach zatrzymaliśmy się w najbardziej zatłoczonym miejscu w parku, wyszedłem z samochodu i od razu mnie zatkało, widok niesamowity, formacje pomarańczowych skał z dwoma ogromnymi łukami na obydwu krawędziach robiło wrażenie i składało się na łuki o nazwie North Window i South Window. Obok stał majestatycznie ogromny Turret Arch, patrząc na całą dolinę ze wzniesienia. Wdrapałem się tam i przez chwilę penetrowałem to miejsce wchodząc z każde zagłębienie. Podziwiałem nastolatków, którzy brawurowo wspinali się na rękach na szczyt łuku, to było niebezpieczne i widziałem jak mieli ogromne trudności z zejściem. Cały teren wyglądał trochę bajkowo, jakoś nierzeczywiście i tylko grupki turystów psuły atmosferę :). Wyjechaliśmy z Okien i na zakręcie zatrzymaliśmy się przy Balanced Rock, skale przypominającej grzybek którego kapelusz może w każdej chwili spaść ... Obok tego miejsca można zobaczyć wyjazd z drogi tylko dla samochodów z napędem na 4 koła i ci szczęściarze mogą pozwolić sobie na off-road po długiej trasie która prowadzi z Północy z Klondike Bluffs, a wjazd jest niedaleko pola campingowego. Nie muszę chyba zbyt opisywać jak wygląda zachód słońca, ale jest to przeżycie niesamowite i zbiera zawsze rzesze ludzi, którzy w ciszy i skupieniu podziwiają to zjawisko... Rano ruszyliśmy już w drogę powrotną z zamiarem zobaczenia jeszcze Kanionu Bryce, który leżał na naszej trasie i byłoby szkoda ominąć jedno z najładniejszych miejsc w Utah. Po 5 godzinkach dojechaliśmy do bardzo widokowej drogi numer 12, która zaprowadziła nas do Bramki, gdzie znowu przydała się karta na Parki Narodowe USA. Ruszyliśmy według mapki po kolejnych punktach widokowych Sunrise, Sunset Point, Inspiration Point - najlepszy z nich jest Bryce Point, z którego rozciąga się świetna panorama na cały kanion. W jednej ze swoich wypraw opisałem wizytę w tym parku w okresie zimowym, ale wtedy dojazd do Bryce Point był zamknięty. Patrząc w dół na sopelki wapienne wyrastające z dna kanionu miałem wrażenie, że oglądam terakotową armię żołnierzy... specjalnie czekałem do zachodu słońca, bo wtedy kolory dodają czegoś mistycznego do widoku - prawdziwa magia ! To jeden z parków, które trudno opisać ze względu na ich piękno i jedynie zdjęcia są w stanie oddać choć trochę uroku miejsca. Przy wyjeździe z parku warto zatrzymać się przy formacjach skalnych Red Canyon, kolor czerwieni jest tak intensywny, że aż nierealny, komiksowy :) Tam doczekaliśmy, aż słońce zajdzie i schowa przed nami skarby tego miejsca...

wtorek, sierpnia 19, 2008

Desierto de Mojave




Wyprawa na Wschodnie Wybrzeże - część 4

Jednym z miejsc na planie naszej wyprawy na wschodnie wybrzeże była wizyta nad wodospadami Niagary. Jako że ten cud natury mieści się po dwóch stronach granicy USA i Kanady musieliśmy zabrać ze sobą paszporty (czasy kiedy wystarczyło prawo jazdy już minęły) W wypożyczalni samochodów na lotnisku poinformowaliśmy, że mamy zamiar pojechać do Kanady i otrzymaliśmy specjalny kwitek z ubezpieczeniem na ten kraj (warto się spytać lub upomnieć żeby nie mieć problemów) Planowaliśmy dotrzeć z Pensylwanii do miasta Niagara Fall w stanie Nowy York. Wyruszyliśmy rano i bez pospiechu pokonywaliśmy kolejne mile. Trasa widokowa na autostradach na wschodnim wybrzeżu jest wybitnie nieciekawa (w porównaniu z bajecznymi widokami w Kalifornii lub Oregonie). Późnym wieczorem dojechaliśmy do Buffalo, dużego miasta przy granicy z Kanadą. Przez chwilkę rozważaliśmy pomysł zatrzymania się na noc w hotelu, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że jadąc dalej będziemy bliżej wodospadów. Przez Buffalo warto tylko przejechać i zrobić sobie zdjęcie na tle budynku Citi Hall, który przypomina pałac Batmana :) - dla mnie jednak jest koszmarny, mroczny i przytłaczający. Dotarliśmy nad wodospad po północy, dlatego nie mieliśmy problemów z zaparkowaniem samochodu na Prospect Street - przy parku przez który można dojść na biegnącą wzdłuż rzeki Niagara promenadę. Załapaliśmy się jeszcze na podświetlenie wodospadów, które robi niesamowite wrażenie. Pierwszy raz byłem tutaj 10 lat temu i miejsce wyglądało na kameralne i spokojne, jednak bardzo dużo w ciągu tych lat się zmieniło Po stronie Kanadyjskiej wyrastały nad wodospad wielkie szklane hotele i kasyna, wszędzie pełno iluminacji i świateł, pierwsze skojarzenie padło na Las Vegas... trochę to smutne. Zrobiono z tego miejsca komercyjne miasteczko ze szkła i plastiku. Znajomi, którzy byli ze mną spodziewali się schowanego przed cywilizacją skarbu natury a tu niemiłe zaskoczenie. Mimo wszystko ma to swój urok i dusza fotografa odezwała się szybko, wyjęliśmy statywy i zrobiliśmy małą sesję z podświetlonym wodospadem i kolorowymi wieżowcami. Od strony amerykańskiej nie widać dobrze głównej atrakcji czyli Kanadyjskiego Horseshoe Falla największej atrakcji Niagary. Amerykanie muszą zadowolić się o wiele mniejszym American Falls i położonym na pobliskiej wysepce Goat Island punktowi widokowemu (Terrapin Point) na stronę kanadyjską. Dla osób, które z jakiegoś powodu nie mogą opuścić USA :) pozostaje jeszcze Observation Tower niedaleko mostu granicznego, jest to taras wychodzący nad rzekę Niagara z którego można (z dużej odległości) zobaczyć słynny wodospad. Atrakcją na pocieszenie jest też Cave of the Wind, wycieczka u podnóża wodospadu American Falls, twarzą w twarz z ogromną masą wody (wymagana specjalna pelerynka która dostajemy przy wejściu do szybu), warto zabezpieczyć aparat, cenne rzeczy i ubrać się lekko (o ile pozwala na to pogoda) w większości wypadków wychodzimy stamtąd przemoknięci. Wiem, że ze strony amerykańskiej statki pływają w pobliże wodospadu, ale sądzę, że nie mogą podpływać do głównego kanadyjskiego wodospadu. Posnuliśmy się jeszcze po okolicy i przyszła pora na szukanie hotelu - było już po 2 w nocy. :) - jak to bywa w USA hotele są wszędzie i w dużych ilościach. Spędziliśmy noc w jednej z sieciówek Days Inn na wprost przejścia granicznego. Rano obudził nas warkot silników startujących pod naszym hotelem śmigłowców hm... niespodzianka, ale dobrze dla mnie bo lubię wcześnie wstawać :), ale reszta z reguły mnie za to nienawidzi :(. Przeloty nad wodospadami to dość droga atrakcja, ale chętnych nie brakuje. Zebraliśmy się powoli i ruszyliśmy na szybkie zakupy - -jeszcze po stronie amerykańskiej, ceny są tutaj o wiele niższe niż w Kanadzie. Od przyjaciół dostałem zamówienie na duża partie alkoholi, których ceny są w USA bardzo korzystne nawet dla turystów z Polski. Obawiałem się kontroli samochodu ze względu na limity - nikt mi nie mógł powiedzieć ile można wwieść. Przekraczanie granicy to przejazd przez most Rainbow gdzie od strony amerykańskiej nie ma kontroli - uiszczamy tylko małą opłatę, a później docieramy na drugi brzeg - Kanada wita :). Oficer na przejściu wypytuje tylko po co jedziemy i na ile i sprawdza paszporty, Polacy nie mają już obowiązku wizowego więc jest szybciej. Nikt nawet nie zagląda do bagażnika. Teraz trzeba się przestawić na jednostki europejskie i dystans mamy podawany w kilometrach. Jak się spodziewaliśmy trudno było znaleźć miejsce parkingowe i krążyliśmy długo zanim zatrzymaliśmy się na parkingu dla turystów za 20 dolarów (w rejonie przygranicznym można płacić dolarami amerykańskimi). Spacerkiem dotarliśmy do skarpy przy głównej promenadzie z widokiem na ogromy wodospad. Od tej strony robi on wrażenie, ogrom przelewającej się wody, szum, kolor i lekka mgiełka z wody, która przy dużej temperaturze na zewnątrz daje lekką ulgę. Woda przepływa bardzo blisko murku z barierką i ma się wrażenie że woda jest na wyciągnięcie ręki. Dość często nad wodospadem unosi się tęcza i przy popołudniowym świetle to świetny obraz dla fotografów. Tłumy ludzi kłębiły się wszędzie, co powodowało duże trudności w swobodnym poruszaniu się i fotografowaniu, ale dzielnie przeszliśmy ponad kilometrowy odcinek dzielący nas od parkingu do kas biletowych na statek wycieczkowy pływający po rzece Niagara (Maid of the Mist). Nie było dużej kolejki, więc szybko zjechaliśmy windą do podnóża koryta rzeki. Na dole przeszliśmy przez namiot w którym rozdawano pelerynki (niebieskie). Zaokrętowanie poszło sprawnie i ruszyliśmy w stronę amerykańskiego wodospadu, gdzie zostaliśmy doszczętnie zmoczeni. Zaryzykowałem i robiłem zdjęcia małym aparatem, który umiejętnie chowałem pod folię. Największą atrakcją było podpłynięcie do Horseshoe Falls, statek manewrował w miejscu, a przed nami kotłowały się spadające z góry masy wody - niezapomniane przeżycie. Po kilku minutach powrót i na pamiątkę można ze sobą zabrać pelerynkę, która przyda się na deszczowe dni. Potrzebowaliśmy kilku minut na wyschnięcie w słońcu i zasiedliśmy w knajpce przy piwku, czas mijał przyjemnie i spokojnie ruszyliśmy na główną ulicę miasteczka wyglądającą jak park rozrywki dla dzieci. Jest tu wszystko o czym może zamarzyć każde dziecko - od wielkiej karuzeli przez gabinet figur woskowych i park dinozaurów, a skończywszy na parku wodnym z delfinami - generalnie bardzo kolorowo. Rundkę po mieście postanowiliśmy zakończyć na odwiedzeniu Skylon Tower - wielkiej wieży z dekiem widokowym. Myślę że warto poświęcić czas i pieniądze na wjazd na Skylon, widoki z tarasu na 160 metrach robią wrażenie, panorama całej okolicy i ogrom wodospadu najlepiej widać z tej wysokości. Na dole mieliśmy małe techniczne problemy jak wydostać się na promenadę, ale udało się fartem (ktoś chyba zrobił sobie zabawę kosztem turystów :). Zobaczyliśmy wszystko co było warte i ruszyliśmy w stronę Toronto, a ponieważ jest blisko Niagary bardzo szybko dotarliśmy na przedmieścia miasta. Znajomi zostawili mnie u przyjaciół w Mississauga (trudna nazwa, a mieszka tu najwięcej Polaków). Dla mnie zrobiło się sentymentalnie, spędziłem tu sporo czasu kilka lat temu i gołym okiem dało się zauważyć zmiany w otoczeniu, powstało dużo nowych condominiów i wieżowców w centrum miasta. Zrobiliśmy sobie powitalnego grilla w ogrodzie i powspominaliśmy stare czasy :). Na rano przewidziane było zwiedzanie Toronto, a ja ciekaw byłem jak się miasto zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Dojazd zakorkowanymi autostradami to mały koszmar ale jakoś to przetrwałem, gorzej było ze znalezieniem miejsca parkingowego w centrum (downtown). Na pierwszy ogień poszła największa atrakcja miasta, symbol Toronto - CN Tower, największa wieża widokowa na świecie - 446 metrów nad ziemią! Wjazd przeszkloną windą zapiera dech w piersiach, a przeszklony kawałek podłogi dopełnia resztę! Widziałem ludzi chodzących na czworaka przy łączeniach szklanej podłogi, nieliczni decydowali się na spacer po niej. W opcji jest jeszcze wjazd na drugi poziom prawie na szpicy, ale tam zwykle jest duża kolejka. Pod CN Tower znajduje się wielkie boisko z rozsuwaną kopułą, a sam proces otwierania dachu można uznać za swego rodzaju atrakcję. W mieście trwa wielka budowa, powstają nowe wysokie budynki, dużo ciężkiego sprzętu i wszechobecne ogrodzenia psują urok miasta. Nowopowstałe wieżowce zasłaniają stare, dobrze wkomponowane w otoczenie budynki i to mnie mocno raziło. Słyszałem ostatnio dużo niepochlebnych opinii o Toronto, zaczynam to rozumieć i powoli się z tym zgadzać a szkoda... Umówiłem się z resztą znajomych w centralnym miejscu miasta więc postanowiłem tam dotrzeć słynną Younge Street uznaną przez księgę rekordów Guinnessa za najdłuższą ulicę świata :). Obecnie obowiązkowym miejscem spotkań umawiających się mieszkańców i turystów jest Younge-Dundas Square, zrobiony na podobieństwo Nowo Yorskiego Time Square. Plac ze scenami i knajpami, a wokół centra handlowe i kolorowe reklamy. Zasiedliśmy na zimne piwo w Hard Rock Cafe i przegadaliśmy kilka ładnych chwil. W tle na scenie trwał koncert irlandzkiej kapeli, co zagłuszało skutecznie konwersacje. Ruszyliśmy po okolicy mijając City Hall z zaokrąglonymi budynkami i fontanną u podnóża, zaszliśmy do mekki wszystkich fanów hokeja czyli Hockey Hall of Fame. Przyznam, że miasto nie oferuje zbyt dużo atrakcji, które by mnie szzcególnie zainteresowały. Na zakończenie dnia poszliśmy nad jezioro do Queens Quay Harbour, gdzie promem przepłynęliśmy na wyspę Centre Island. Mieszkańcy mają tu prawdziwy skarb - oddalone o kilka kilometrów zielone miejsce z parkami i miejscami na piknik z dala od spalin i hałasu - można się tutaj zrelaksować i podziwiać piękną panoramę miasta. Pora wracać... tym razem trasą przez King Street i Queen Street, które warto przejść na piechotkę. Brytyjski klimat oddają okolice Fortu York i CNE Grounds. Nie wypadało nie przejechać przez "polską" dzielnicę - coś jak Greenpoint w Brooklynie :), czas zatrzymał się tutaj kilka lat temu... ale mimo wszystko teraz traktuję to jako swego rodzaju skansen. Ostatnia noc Kanadzie i posiadówka do rana. Znajomi odebrali mnie o czasie i ruszyliśmy w stronę granicy z USA, wybraliśmy przejście w Fort Eire, gdzie wszystkie formalności nie trwały dłużej niż 5 minut. Po kilku milach byliśmy już na lotnisku w Buffalo i po nieprzyjemnych kontrolach siedząc przed bramką przegapiliśmy swój lot! Było to winą przewoźnika, który zmienił bramkę i nie poinformował nas o tym - trudno odczekaliśmy swoje i polecieliśmy następnym lotem, ale przynajmniej udało się zobaczyć mecz Polski na Mistrzostwach Europy :)
Canada

Wyprawa na Wschodnie Wybrzeże - część 3

Opuszczamy Nowy Jork ze smutkiem, miasto bardzo przypadło nam do gustu pomimo niektórych "słabszych" dzielnic. Celem jest Filadelfia w stanie Pensylwania. Jadąc przez New Jersey nie ma szans na ciekawe widoki, więc mkniemy szybko. Odcinek nie jest długi i w południe zjawiliśmy się na Starym Mieście. Znalezienie słynnego Independence Hall w którym podpisano Deklaracje Niepodległości Stanów Zjednoczonych nie stanowiło problemu, wielkie połacie zielonej trawy prowadzą do tego budynku i widać go z daleka. Znalezienie parkingu było proste, po ostatnich problemach tego obawialiśmy się najbardziej, ale akurat to było najłatwiejsze. Zostawiliśmy samochód i po kilku krokach byliśmy pod budynkiem Liberty Bell Center, w którym można zobaczyć dzwon symbol amerykańskiej rewolucji. Przeszliśmy całą wystawę i wyszliśmy na trawnik z którego mieliśmy panoramiczny widok na cały kompleks budynków Independence Hall. Niestety trzeba zamawiać bilety z wyprzedzeniem w okresie wakacji i nie udało się wejść z wycieczką zorganizowaną do środka. Budynek jest niewielki i zbudowany w stylu georgiańskim z wysoką wieżą, czerwona cegłą i białymi okiennicami dodającymi uroku. Miejsce jest silnie strzeżone i wszędzie stoją policjanci przy rozciągniętych taśmach, ale można podejść na tyle, żeby mieć obraz tego miejsca. Przeszliśmy się na tyły do pięknego parku Independence Square, gdzie można spotkać ludzi ubranych w stroje z tamtej epoki, nadają oni temu miejscu pewien klimat. Budynki w okolicy zostały nienaruszone i zwiedzanie okolicy jest bardzo przyjemne, daje obraz jak wyglądało życie w XVIII wieku w koloniach angielskich. Przeszliśmy jeszcze przez pobliski Washington Square z pomnikiem Nieznanego Żołnierza i powoli przedzieraliśmy się małymi uliczkami w stronę Market Street głównej ulicy miasta. Jest to bardzo ruchliwe miejsce i to potwierdza fakt, który gdzieś wyczytałem, że miasto posiada dużą społeczność murzyńską, co widać bardzo dobrze właśnie na Market Street. W połowie ulicy znajduje się Ratusz, wybudowany w 1901 roku był do połowy lat 80-tych najwyższym budynkiem w mieście. Budynek jest w kształcie czteroboku wysoką wieżą zegarową i wielką "studnią" w środku gdzie mieści się stacja metra. Spacerując dalej doszliśmy do wielkiej fontanny na JFK Plaza, która jest dość dobrym miejscem na odpoczynek po męczącym dniu, a pobliskie wieżowce dzielnicy finansowej zasłaniają od palącego słońca. Kilka metrów za fontanną zaczyna się bardzo widokowa ulica Benjamin Franklin Pkwy, która prowadzi do Filadelfijskiego Muzeum Sztuki, wzdłuż drogi rozwieszone są flagi krajów całego świata poukładane alfabetycznie, wyjątkiem jest Polska! Nie było jej w miejscu, gdzie powinna być, czyli w szeregu państw zaczynających się na P, to wywołało u nas lekką konsternację i dopiero w drodze powrotnej znaleźliśmy biało czerwoną flagę umieszczoną obok skweru na którym znajduję się pomnik upamiętniający Mikołaja Kopernika i bliźniacze miasto polskie Toruń :). Ale wracając do Benjamin Franklin Pkwy, dotarliśmy do podnóża Muzeum Sztuki słynnego bardziej z filmu Rocky, niż z eksponatów które zawiera. Pamiętna scena wbiegającego Stallone po wysokich schodach i stającego z uniesionymi w górę rękami doczekała się naśladowców (masa turystów biegających opętanie po schodach może naprawdę rozbawić) i pomnika (można go znaleźć w małym parku u podnóża schodów). Bez szaleństw wdrapaliśmy się na szczyt schodków skąd rozpościera się piękna panorama na całe centrum miasta, widok warty wysiłku :). Dzień dobiegał końca i powoli wracaliśmy przez miasto w stronę parkingu, mijana chińska dzielnica rozczarowała. Wyjechaliśmy z miasta i skierowaliśmy się do Baltimore z nadzieją na jakiś nocleg, dotarliśmy szybko ale widok brzydkiego, przemysłowego miasta odstraszył nas na tyle, że postanowiliśmy dotrzeć w okolice Waszyngtonu. Na przedmieściach miasta znaleźliśmy motel w całkiem przyjemnej cenie i zapadliśmy w sen. Rankiem zabrałem moich znajomych do centrum miasta, znalezienie miejsca postoju dla samochodu w stolicy kraju było jednak dużym wyzwaniem i skończyło się na odległym parkingiem. Pogoda jak to latem w tym rejonie była koszmarna dla turysty, wielki upał i duża wilgotność z chmurami kłębiącymi się w oddali złowrogo wróżące burzę (niesamowite ile razy jestem w Waszyngtonie to trafiam na burzę!). Najbliżej mieliśmy do Białego Domu siedziby Prezydenta USA, najbardziej znany widok na to miejsce jest silnie obwarowany i pilnowany przez agentów Secret Service, nie ma tam możliwości podjechać samochodem. Zdjęcia można zrobić przez płot a budynek jest na tyle blisko, że wszystko dobrze widać - a nas też obserwują panowie z bronią snajperską na dachu :). Przechodząc dalej doszliśmy pod Washington Monument, wysoką wieżę zakończoną piramidą widać prawie z każdego miejsca, jest w centralnym miejscu tak, że stojąc pod nią mamy widok na Kapitol, Biały Dom i Lincoln Memorial. Chętni podziwiania panoramy mogą wjechać na górę windą. My poszliśmy w stronę Kapitolu, odległość jest spora - mimo złudzenia, że jest to blisko... Im bliżej byliśmy od budynku tym wydawał się większy, naprawdę robi wrażenie jego ogrom i wygląd. Zwiedzanie wnętrz tylko w wycieczce zorganizowanej z wcześniejszą rezerwacją. Nas zadowoliła zewnętrzna fasada i przed frontem budynku spędziliśmy trochę czasu (też pod czujnym okiem panów z karabinami, hm... jak dla mnie lekka paranoja). Wróciliśmy Pensylvania Avenue do naszego samochodu i wtedy rozszalała się burza, trzeba było chwile poczekać z wyjazdem, widoczność była prawie zerowa. Pół godziny poźniej ruszyliśmy na objazd miasta, przejechaliśmy ulicami Old Downtown i okolic. Główne atrakcje miasta można zobaczyć w jeden dzień właściwie na piechotę lub korzystając z wagoników rozwożących za opłatą turystów po wyznaczonych miejscach. Jedynie trudne jest zobaczenie bez samochodu cmentarza Arlington i Pentagonu. Wpisując w nasz GPS namiary na cmentarz nie przewidywaliśmy ile będziemy mieli problemów z dotarciem na miejsce. Przejechanie Potomacu było łatwe ale skręcenie we właściwy wyjazd z autostrady było trudniejsze... ale dzięki temu objechaliśmy Pentagon pięć razy :) i 3 razy prawie udało się dotrzeć na cmentarz Arlington. W końcu się udało po zignorowaniu pomocy satelitarnej i mocno rozbawieni przygodami zaparkowaliśmy samochód. Przy wejściu na teren ogromnego cmentarza otrzymaliśmy mapkę z układem pomników, pierwsze kroki skierowaliśmy pod miejsce spoczynku rodziny Kennedych, przy JFK płonie wieczny ogień a brat Robert leży nieopodal w tak skromnym miejscu że łatwo je ominąć. Nie ma tu wystawnych pomników są tylko tabliczki na trawie... Potem przeszliśmy alejkami między grobami żołnierzy poległych na wojnach prowadzonych przez USA na całym świecie, był tam pomnik załogi promu kosmicznego Challenger i tablica pamiątkowa po Ignacym Paderewskim pochowanym na tym cmentarzu ale przeniesionym do Polski w 1992 roku. Opuściliśmy Arlington dość późno i trzeba było nadrobić trochę czasu żeby dotrzeć do następnego celu (dla mnie najważniejszego) - miasta Gettysburg w Pensylwanii. Po drodze zatrzymaliśmy się na kolację w przydrożnej gospodzie, która była irlandzka, tam zamówiliśmy tradycyjne dania z kraju zielonej koniczynki, popite dobrym ciemnym piwem. Na miejsce dojechaliśmy bardzo późno i z lekką obawą o miejsce do spania, ale na szczęście obawy były przedwczesne. Znaleźliśmy hotel sieciowy stylizowany na czasy z okresu wojny secesyjnej. Pozostało zasiąść na balkoniku z widokiem na główną ulicę i podelektować się chwilą. Rano śniadanie w hotelu pod obrazami scen batalistycznych i małe zakupki w pobliskim sklepie z pamiątkami. Ja byłem w siódmym niebie, moją pasją i bzikiem jest Wojna Domowa zwana Secesyjna która miała miejsce w latach 60-tych XIX wieku na tych właśnie terenach. Gettysburg było sceną najważniejszej bitwy całej wojny i odwróciła bieg historii... Miasteczko przygotowane jest dla turystów bardzo dobrze , zabudowa z tamtych czasów oddaje klimat perfekcyjnie, domki, drużki i sklepiki oferujące dużą ilość pamiątek zadowolą nawet wybrednego maniaka historii. Łatwo trafiliśmy do centrum turystycznego gdzie zaopatrzeni w mapki terenu ruszyliśmy zwiedzać. Pole na którym rozegrała się słynna bitwa jest ogromne i odtworzone z bardzo dużą dokładnością, po stronie gdzie była linia wojsk północy mamy co kilka kroków armaty i pomniki z opisami regimentów i dowódców, mnie bardziej interesowała linia wojsk Konfederacji i tam się udaliśmy samochodem, bo nie było blisko. Z tej strony pomniki są bardziej okazałe i podobnie rozstawione i znaczone miejsca gdzie stały poszczególne armie stanów południa. Gdybym miał więcej czasu - poświeciłbym temu miejscu kilka dni, ale że reszta członków wyprawy nie podzielała mojego entuzjazmu co do miejsca - trzeba było się zbierać... ale mimo to mam satysfakcje że widziałem miejsce, o którym tak dużo czytałem. Następny cel wyprawy wybrałem z czystej ciekawości - było to miasto York - gdzie znajduje się fabryka motorów Harley-Davidson. Podjechaliśmy tuż przed zamknięciem, ale udało nam się zwiedzić małe muzeum i sklep firmowy, gdzie obkupiliśmy się w koszulki i inne gadgety. Ale najciekawsze w Yorku było to, że ulice pełne były poprzerabianych, mocno podrasowanych samochodów, naprawdę super maszyny i zastanawiałem się, czy tutaj nie znajduje się światowa stolica tuningu samochodów. Nie kłamiąc co - trzecia maszyna była z serii "dziwny pojazd" :). Opuściliśmy miasto i pojechaliśmy na szybko do Hershey słynnego z produkcji czekolady - to właściwie tak jakby w Polsce pojechać do fabryki Wedla w mieście Wedel :). W USA marka Hershey jest najbardziej czekoladowo-rozpoznawalna. Noc zaplanowaliśmy w Buffalo w stanie Nowy Jork - kawałek drogi był przed nami. Na trasie powrotnej była jeszcze ciekawostka miasto... Warsaw :). Oczywiście pojechaliśmy, zabawne uczucie kiedy się widzi na budynkach napisy - Warsaw Fire Dept, Warsaw City Hall itd. ale to taka mała dygresja :). Do celu dojechaliśmy bardzo późno w nocy. Buffalo oferuje sporo hoteli i nie było problemów ze znalezieniem miejsca do spania. Miasto nie oferuje niczego ciekawego do zobaczenia o czym przekonali się również moi znajomi... Mogliśmy więc spokojnie pojechać w stronę wodospadów Niagara.
East Coast Part 3

środa, sierpnia 13, 2008

Wyprawa na Wschodnie Wybrzeże - część 2

Ciąg dalszy wyprawy po wschodnim wybrzeżu. Pożegnaliśmy piękne New Haven w Connecticut i przekroczyliśmy granicę stanu New York. W planie mieliśmy odebrać nową towarzyszkę wyprawy, która miała przylecieć wieczorem z Polski do Newark w New Jersey - zostało trochę czasu, a nie chcieliśmy się władować na Manhattan samochodem, bo groziło to utknięciem na kilka godzin w korkach. Postanowiłem zboczyć lekko z trasy i podjechać do miejsca, które zawsze chciałem odwiedzić - West Point - słynną Akademię Wojskowa Stanów Zjednoczonych położoną w bardzo malowniczym miejscu nad rzeką Hudson, jakieś półtorej godziny od Nowego Jorku. Widoki z autostrady zmieniły się diametralnie, nareszcie było coś widać, a nie jak do tych czas tylko drzewa, które tworzyły swojego rodzaju żywopłot. Ponieważ był to spontaniczny wybór i nie mieliśmy żadnych namiarów, pozostało nam wpisanie w GPS nazwy - wyświetliło się kilka opcji wjazdu i niestety wybraliśmy złą, była to jedna z bram dla personelu i studentów. Żołnierz na warcie poinformował nas, że zwiedzanie Akademii Wojskowej i muzeum jest w zupełnie innym miejscu i że mamy bardzo mało czasu, żeby załapać się na wycieczkę po uczelni. Ruszyliśmy szybko, ale niestety nie udało się- następny żołnierz już pod właściwą bramą poinformował nas, że zwiedzanie jest niemożliwe i zaprasza na jutro... ale jutro mieliśmy inne plany. Nie pozwolono nam zrobić pamiątkowego zdjęcia pod herbem akademii i podjechaliśmy kilka metrów do muzeum, które mieści się niedaleko głównej bramy. Nie mieliśmy szczęścia, wszystko było pozamykane. Pozostało wrócić na trasę i już z lekkim stresikiem pędzić do Newark. Mknęliśmy przez "słabszą" część New Jersey, gdzie dominują fabryki i różnego rodzaju magazyny. Jaki duży kontrast do podobnych miejsc w Kalifornii... Jadąc główną autostradą na lotnisko po lewej stronie mieliśmy okazałą panoramę Manhattanu, złocącą się w promieniach zachodzącego słońca. Reszta przebiegła według planu i trzeci uczestnik wyprawy dołączył do nas o wyznaczonym czasie. Postanowiliśmy pojechać na Manhattan żeby zobaczyć Time Square nocą. Przejazdy płatnymi autostradami i tunelami na wyspę okazały się kosztowne, nie przywykliśmy do tak częstego płacenia (w Kalifornii chyba tylko 2 razy płaciłem za krótki odcinek, gdzieś koło San Diego). Osiem dolarów za przejazd tunelem to sporo i postanowiliśmy następnym razem używać bezpłatnych autostrad, co okazało się niespecjalnie dobrym pomysłem, a zdrowie psychiczne i nerwice są jednak cenniejsze, korki są ogromne i mogą rywalizować z tymi w Los Angeles :). Dotarcie na 42 i Broadway zajęło nam bardzo dużo czasu, a doskonale wiedzieliśmy, że nie wolno turyście wjeżdżać samochodem na Manhattan :), ale mimo to chcieliśmy przekonać się na własnej skórze. I chyba było warto, styl jazdy przypomina "warszawski", czyli jest "wolna - amerykanka" na ulicy, kierowcy jeżdżą zderzak w zderzak i kompletnie nie przejmują się przepisami, tak samo jak piesi nie zwracają uwagi na kolor sygnalizacji świetlnej! Czułem się jak w zwariowanej grze komputerowej. Zabawne jest też, że bywały momenty kiedy byliśmy jedynym cywilnym samochodem w morzu żółtych taksówek! Dojechanie na miejsce to jedno, a drugie to znalezienie miejsca do zaparkowanie - zadanie wręcz niewykonalne więc pozostało nam skorzystanie z płatnego (sporo) parkingu na bocznej ulicy. Dla znajomych to był pierwszy raz w Nowym Jorku, a ja mogłem się uważać za weterana :), pozwoliło to zaoszczędzić sporo czasu w błąkaniu się po nieznanym mieście. Weszliśmy na Time Square i znajomym opadły szczęki, wrażenie niezapomniane zwłaszcza w nocy, masy świateł z reklam pnących się w górę w kanionie wieżowców, a w tle muzyka ulicy z klaksonów samochodów i gwaru ludzkiego. Tam, gdzie przecina się Broadway i Seventh Avenue mamy nieformalne centralne miejsce w mieście i to właśnie tutaj co roku obchodzony jest na ulicy nowy rok. Tutaj znajdziemy masę sklepików z tanimi pamiątkami, dużo firmowych sklepów i restauracji, a nawet punkt werbunkowy Armii. Turyści często korzystają z autobusów wycieczkowych z otwartym dachem, które mają na Time Square swoją "zajezdnię" - co osobiście polecam, a pozwala to zaoszczędzić sporo czasu (ciekawa jest nocna wycieczka z przejazdem przez most do Brooklynu i panoramą Manhattanu w nocy). Trochę mnie śmieszą błąkające się wśród całej masy samochodów dorożki z turystami :). Przeciskaliśmy się z trudem przez tłumy ludzi, żeby stanąć na samym środku Time Square, skąd jest świetne miejsce do zrobienia pamiątkowych fotek. Zrobienie dobrego zdjęcia wymaga statywu lub bardzo jasnego obiektywu i pstrykanie zwykłym aparacikiem z fleszem nie oddaje klimatu tego miejsca. W dzień jest już lepiej, ale wysokie budynki dobrze zasłaniają niebo i słońce dociera tutaj tylko na chwilkę. Ciekawostką jest, że nasze dwa GPS miały cały czas problemy z sygnałem! Złaziliśmy okolice nie spiesząc się po czym wróciliśmy do samochodu i jak to bywa na naszych spontanicznych wyprawach - noclegiem zaczęliśmy się martwić dopiero pod koniec dnia. Wyszukanie miłego hoteliku za rozsądną cenę okazało się trudne i postanowiłem pojechać na drugą stronę rzeki Hudson do sąsiedniego stanu New Jersey, tutaj dość szybko znaleźliśmy sieciowy hotel i mimo dość sporej sumy za noc (Kalifornia przyzwyczaiła nas do w miarę rozsądnych cen) - zostaliśmy do rana. Okolica przypominała raczej jedno wielkie złomowisko samochodów z dużą ilością warsztatów. Zjedliśmy szybko śniadanko i pojechaliśmy bezpłatnym tunelem na Manhattan, co kosztowało jednak dużo czasu w korku. Podjechaliśmy w okolice Battery Park, na samym końcu wyspy skąd odpływają statki wycieczkowe na Ellis Island i Liberty Island ze Statuą Wolności. Z premedytacją wjechaliśmy na wyspę pamiętając o gigantycznych korkach :), ale co tam, lenistwo wygrało! Zaparkowaliśmy na płatnym parkingu za jedyne ... 40 dolarów za dzień :). Słońce pięknie świeciło i pogoda był idealna na zdjęcia, kupiliśmy bilety na rejs i przeszliśmy bardzo drobiazgową kontrolę osobistą niczym nie różniącą się od tych na lotniskach. Zaokrętowanie poszło sprawnie, usiedliśmy na górnym otwartym pokładzie, żeby mieć lepsze widoczki. Wystarczyło, że statek pokonał połowę drogi, a już zaczynał się raj dla lubiących fotografię - panorama dolnego Manhattanu już bez wież World Trade Center dalej robi oszałamiające wrażenie, widać ładnie Brooklyn Bridge i cel rejsu Statuę Wolności. Statek był pełny, mogliśmy się tego spodziewać - w końcu to okres wakacji, ale i tak przeraziła nas gigantyczna kolejka czekających na powrót turystów. Spacer po Liberty Island można zacząć od wejścia do Statuy co zrobiliśmy (przestrzegałem, że nie warto tracić na to czasu pamiętając poprzednie wizyty ale... nikt nie chciał słuchać). Cały proces polegał na staniu w następnej ogromnej kolejce w dużym białym namiocie i przejście jeszcze bardziej szczegółowej kontroli osobistej - trzeba było zostawić plecak w skrytce i zaopatrzony tylko w aparat ruszyć do windy lub schodami podejść kilkanaście kroków do ... jak się okazało - podstawy statuy - skąd widok niewiele się różni od tego jaki mamy z deptaka poniżej! Kiedyś można było wjechać do "głowy" i podziwiać widok z dużej wysokości (zabawne, że szybki były tak pobrudzone, że będąc tam 10 lat temu i tak niewiele widziałem). Pozostało zadowolić się muzeum i szybko wyjść. Obeszliśmy w okół całą wysepkę i odczekaliśmy swoje w kolejce do statku, który wysadził nas w następnym punkcie podróży - czyli na sąsiedniej wyspie Ellis, gdzie na początku XX wieku lądowali emigranci z całego świata. Znaleźć tutaj można obszerne muzeum z dużą ilością eksponatów, a na zewnątrz stojące tablice z nazwiskami pierwszych przybyłych emigrantów. Poukładane są one alfabetycznie i dość szybko znalazłem "przodków" legitymujących się takim samym nazwiskiem jak ja :). Tutaj też odczekaliśmy "swoje" w powrotnej kolejce i zadowoleni w końcu wylądowaliśmy na brzegu. Zrobiliśmy jeszcze rundkę po parku i zabrałem moich znajomych na przechadzkę po Manhattanie. Pierwszą atrakcją był najbliżej nas pomnik wielkiego szarżującego Byka, symbolu finansjery z pobliskiej Wall Street, na którą dotarliśmy po kilku chwilach - miejsce łatwo rozpoznać po ogromnej amerykańskiej fladze zawieszonej na budynku i betonowych zaporach mających zapobiec ewentualnym samochodom pułapkom. W tym miejscu jest wyjątkowo "ciasno", wieżowce zbudowane są blisko siebie i nie ma tu żadnych atrakcji, które można polecić. Wyszliśmy z ciemnego kanionu i przeszliśmy do miejsca wielkiej tragedii z 11 września 2001 roku, tak zwanej "Strefy Zero", teraz mamy tu wielki plac budowy (byłem tu ponad rok temu i jakoś specjalnie nie widać postępów, zapewne wszystkie prace prowadzone są na dole, czego nie widać). Cały teren można obejść dookoła, ale najlepiej według mnie widać plac budowy od zachodniej strony z holu budynku 2 World Financial Center. Wróciliśmy na Broadway i doszliśmy do City Hall Park przy okazji odwiedzając jeden z większych sklepów z elektroniką J&R - gdzie zaopatrzyliśmy się brakujące elementy aparatu, który kolega w międzyczasie uszkodził. Miejsce to jest dość przyjemne, mały kameralny park z starym budynkiem ratusza pośrodku wielkich budynków. Obok znajduje się wejście dla pieszych i rowerzystów na słynny most Brookliński. Spacerek zajął nam trochę czasu i trzeba było uważnie iść i pilnować swojej ścieżki, ludzie na rowerach rozwijają tu duże prędkości i łatwo zostać trafionym. Widoki z mostu są świetne tak jak i sam most. Zeszliśmy po stronie Brooklynu i skręciliśmy w lewo w ulicę Main z przepięknym widokiem na stare budynki z czerwonej cegły, a głębiej w tle Manhattan Bridge (ujęcie bardzo znane ze zdjęć i filmów). Podeszliśmy do małego parku z widokiem na część dolnego Manhattanu i praktycznie stanęliśmy pod filarem mostu Brooklińskiego - co za widok! Można tutaj zrobić niezłą sesję zdjęciową... muszę dodać, że sesja tylko na potrzeby własne, ponieważ zaczepił mnie strażnik i oznajmił, że nie można tu robić zdjęć w celach komercyjnych. Posiedzieliśmy trochę na ławeczkach lekko zahipnotyzowani widokiem. Przejście na drugą stronę filaru mostu zajęło trochę czasu i stanęliśmy na dość popularnym tarasie widokowym w dokach Brooklynu. Mamy tu podobny widok jak kilkanaście metrów dalej, z tą różnicą, że tutaj są tłumy ludzi i fotografów. Ciekawostką, której nie było wcześniej jest "wtopiony" w deski tarasu ogromny starodawny aparat fotograficzny, którego obiektyw skierowany jest na Manhattan - jest on wielkości dorosłej osoby. Zastanawiało mnie dlaczego przy szkle kłębi się cały czas tłum ludzi i przykłada kartki z tekstami lub gestykuluje - szokiem było dla mnie fakt, że jest to kamera, która transmituje na żywo obraz z tego miejsca, a po drugiej stronie stoją ludzie w ... Londynie! Ubaw niesamowity zwłaszcza jak się uda umówić z kimś znajomym :). Teraz zrozumiałem dlaczego obiektyw aparatu jest tak duży :) rzeczywiście sympatyczna atrakcja! Wróciliśmy na wyspę i energicznie ruszyliśmy Broadwayem w stronę Empire State Building, kolejka była ogromna, ale poświęciliśmy się i odstaliśmy swoje. Wjazd z przesiadką i po chwili stanęliśmy na tarasie widokowym. Było wietrznie jak to na górze, ale widoki świetne, cały Manhattan na dłoni i co tu pisać ...trzeba zobaczyć :). Widok z tego poziomu oddaje ogrom budynków i daje wyobrażenie o wyspie, człowiek chodzący po ulicach niczym w kanionach nie może złapać perspektywy, a to daje wjazd na Empire State (w nocy podświetlony). Powoli robiło się późno, a wiadomo, że nie da się Nowego Jorku zobaczyć w jeden dzień, a nawet tydzień :(, więc to co mieliśmy do zobaczenia to był czysto subiektywny wybór dokonany przeze mnie, biorąc pod uwagę również zainteresowania osób z którymi byłem. Pojechaliśmy po samochód metrem, którego system trudno zrozumieć jeśli się jest kilka chwil, ale na szczęście nie zapomniałem tego od ostatniego pobytu. W mniejszych korkach pojechaliśmy Fifth Avenue do Central Parku, zaparkowaliśmy cudem i poszliśmy na wieczorny spacerek - nigdy nie mogę się opanować i jak mam okazje zabrać tutaj ludzi z Polski to nic nie mówiąc prowadzę pod pomnik Jagiełły, zawsze mam ubaw ze zdziwionych i zszokowanych ludzi :). Dzień dobiegał końca i trzeba było poszukać noclegu który znaleźliśmy... na Jamaica Avenue w Queens. Miejsce mało przyjemne, ale znajomemu z warszawskiej Pragi przypominało dom :). Rano ruszyliśmy zobaczyć słynny Green Point, miejsce zwane Littel Poland. Dla mnie to folklor i atrakcja, więc zaparkowaliśmy samochód i ruszyliśmy uliczkami w poszukiwaniu polskich śladów. Szyldy w ojczystym języku co kilka kroków, sklepy pełne produktów z Polski i nawet ludzie tacy sami tylko jakby sprzed 30 lat :). Znajdziemy tu też fajne knajpki, gdzie można sobie usiąść i zjeść polskie jedzenie. Mimo wszystkich złych skojarzeń i opinii miejsce ma klimat. Podobno mocno się zmienia, a szkoda warto by zachować w stanie nienaruszonym. Tak spędziliśmy ostatnie pół dnia w Nowym Jorku, przed nami dlasza część wyprawy. Opuszczamy miasto jadąc mostem Kościuszki...

East Coast Part 2