środa, stycznia 09, 2008

Magiczne miejsca - część 2 - Las Vegas

... jakby tu zaczac nie majac weny... moze tak. "cofam wszesnie wypowiedziane slowa..." NIe sadzilem ze bede mogl napisac o Las Vegas cos pozytywnego. Ale zycie weryfikuje. Ile razy docieralem w to miejsce to od razu chcialem uciekac. Miasto kiczu i plastiku, tak myslalem. Zawsze to bylo miejsce w drodze do Grand Canyon gdzie mozna sie super tanio przespac w tygodniu. Coz pora na zmiane zdania. Na zakonczenie Southwest Expedition zatrzymalismy sie teraz na dluzej. Pozegnanie starego roku i powitanie nowego. Czyli sylwek na Stripie.
Chyba juz pierwszego dnia zaczynalem otwierac oczy na to miasto, patrzec "inaczej", zlapac dystans. Zobaczylem miejsca ktore mnie oszolomily i pozytywnie zaskoczyly. Poddalem sie okusie hazardu (ale delikatnie). Teraz rozumiem ze to moze wciagnac i zrujnowac lub uszczesliwic. Mysle ze podzielibym (to subiektywy dziennik z wyprawy wiec napewno wiele osob ma inne zdanie) Las vegas na dwie czesci stary Strip i nowy Strip. Reszta miasta hm... jest tlem, mdlym tlem i noclegownia. Oczywiscie na przedmiesciach rozrastajacego sie miasta toczy sie zycie. Jest duzo a wrecz bardzo duzo centrow handlowych i rozrywkowych. Nawet baza wojskowa Nellis gdzie co jakis czas odbywaja sie miedzynarodowe cwiczenia "Red Flag". Wida golym okiem ze duze pieniadze plyna do miasta. Kilka lat temu gdy bylem tu pierwszy raz miasto mozna bylo zlazic "z buta", teraz jazda samochodem z jednego konca na drugi zajmuje.... sporo czasu. Nawet moj GPS nie ma w najnowszej bazie ukic niektorych drog (przez co bylo kilka zabawnych sytuacji). Miasto rozlewa sie na boki a hotele powstaja tak szybko ze przewodniki i kartografowie nie nadazaja z aktualizacja :) Dzwigi i place budowy to obecnie duza czesc Stripa. Metoda jest taka, wyburzanie "starszych" hoteli a na ich miejsce budowanie kilkakrotnie wiekszych. Szkoda czasem ... to historia miasta. Wedrujac po jednym z Casino-hoteli zobaczylem wizaualizacje miasta, jak bedzie wygladac niedlugo... hm... las drapaczy chmur. Spokojnie mozna bedzie tu krecic filmy Sci-Fi :) . Tylko stary Strip, ten pierwszy od ktorego wszystko sie zaczelo, pozostaje powiedzmy niektniety. Wszyscy pamietaja z filmow cowboja w ruchoma reka :) to tam. Szkoda tylko ze ten pasaz jest teraz przesloniety kopula. Tuataj jest bardziej kameralnie o ile mozna tego slowa uzyc w Las Vegas. Ale widac ze juz powoli odchodziw zapomnienie. Pewnie z czasem powstanie w tym miejscu jeden wielki mega hotel-casino. Spacerek po starym Stripie to chwilka w jedna i druga stone, miejsce warte zobaczenia. To zwykle kasyna i knajpy na Freemont Street, bez tej calej otoczki i przepychu. Nie ma tu zadnych show ktore posiada prawie kzady hotel na nowym Stripie.
W plowie drogi miedzy starym a nowym stoi cos co pewnie mialo byc symbolem Las Vegas ale chyba nie jest i nie bedzie. Stratosphere. Wieza podobna do wielu innych (Toronto, Seattle, Macao itd). Jest to Hotel-Casino (miesci sie obok wiezy). Wjazd na gore to niezapomniane widoki z panorama miasta. Zwlaszcza w nocy. Restauracje i aktrakcje dla lubiacych mocne doznania. Karuzela wysowana na zewnatrz kopoly, kilka minut mozna pokrecic sie nad miastem :). Jest otwarta kapsula ktora wysowa delikwentow nad miasto i wjazd na czubek iglicy na siedzonkach zeby potem gwaltownie opasc. Chyba ciekawe dla ludzi spragnionych duzej dawki adrenaliny. Wychodzac ze stratosfery trafiamy na pobliskie kaplice. Mozna tu wziac slub po wypelnieniu kilku kwitkow i wplaceniu kolo 55 usd. Wszystko szybko i sprawnie. Jest nawet kaplica drive-throu gdzie nie wychodzac z sanochodu mozna zawrzec zwiazek malzenski :). A wazna zecz dla nieznajacych jezyka... na tabliczkach jest informacja ze "mowimy po Polsku"... Obok wiezy jest stare casino Sahara z wbudowanym w nie rollercoasterem. Jak przegrasz troche kasy mozna sie "zrelaksowac". Idac juz nowym Stripem mijamy kasyna mniej lub bardziej znane. Ale celem wiekszosci spacerowiczow sa organizowane przez wybrane hotele atrakcje - show za darmo na zewnatrz. Moim zdaniem najciekawsza i godna odczekania jest Treasure Island. Oferuje spektakl na replice statku piratow ktory stoi w wodzie pod kasynem. Show zrobiony jest z rozmachem a obsada hm... dla meskiej czesci publicznosci bardzo interesujaca :) Sa wybuchy, walki i popisy kaskaderow. I jest niespodzianka ... ale to juz przemilcze. Taki imprezy odbywaja sie chyba napewno 2 razydziennie. (nie pamietam czy wiecej) Najlepiej oczywiscie poznym wieczorem. Po drugiej stronie stoim monstrualnych rozmiarow "nowy" hotel-casino. Wynn Las Vegas. Robi wrazenie. Budowa blizniaka trwa obok. Kila ktokow dalej dla lubiacych akcenty europejskie jest replika Wenecji. Doslownie. Na zewnatrz kanaly i odtworzona czesc miasta. Mosty i wierza. Plywajace gondloe i spiewajacy gondolierzy. Koniecznie trzeba wejsc do srodka. Tu ... ciag dalszy wenecji, spacer malymi uliczkami gdzie duzy gwar i male knajpki. Waskie kanaly i ci sami gondolierzy :) i Piazza San Marco !!! no to juz z rozmachem zrobili. Zeby nie bylo malo to... wysoki sufit jest caly czas podsiwtlony i zrobiony ala niebo. Caly czas jest dzien !!! Wychodzac mijamy wszechobecne automaty do gier, warto wlozyc dolara nigdy nie wiadomo... .Wychodzimy i kilka krokow do Mirage, kasyno oferuje wulkan ktory wybucha o danych godzinach. Jak dla mnie slabe. Secret Garden i Delfiny zachecaja do odwiedzenia. Mijamy slynne Flamingo. Bugsy i cala gangsterska historia... Cesar Palace czyli cofamy sie w czasie... Bellagio gdzie w rytm muzyki "tanczy" fontanna na srodku jeziora. Kilka krokow i mijamy wieze Eiffla i kawiarnie Paryza... Jest tez znane z walk bokserskich MGM Grand i replika New Yorku, statua wolnosci wita a miedzy budynkami manhattanu i mostem brooklinskim jezdzi rollercoaster ! Wchodzimy do srodka i ladujemy od razu na nowo jorskim bruku, ulice i kanaly z buchajaca para... budynki jak w littel italy i soho, kawianie na zewnatrz... rany to powala. Jesli komus uda sie wyjsc z tych urokliwych uliczek to obok jest Excalibur, wita nas kolorowy zamek z wiezyczkami. W srodku sa roznego typu atrakcje z sredniowiecznym stylu. Walki rycerzy i uczty z miesiwem i napitkiem hehe. A potem juz Luxor ze Sfinksem i swiecaca w niebo piramida. Mozna tu wymienia jeszcze dlugo opisalem pobieznie tylko te bardziej znane. Teraz moze kilka porad ktore moga sie przydac komus zwiedzajacemu LV. :)
Po pierwsze hihi nie lekaj sie wchodzenia do kasyn, w polsce pokutuje przeswiadczenie ze do kasyna wchodzi sie we fraku :) , sukni wieczorowej i ze jest to cos exclusiv, ze trzeba miec niewiadomo jakie pieniadze, ze kasyno to ruletka i poker... nic bardziej blednego. Kasyna nastawiaja sie na taka wlasnie drobnice. Cale przestrzenie wypelniaja glownie maszyny. Dominuja te za 1 centa, (minimum jakie musisz wlozc do maszyny to 1 dolar) dostajesz wtedy 100 credytow i klikasz ! proste. Stroj nie ma znaczenia, przychodza tu hip hopowcy w powyciaganych koszulkach i stare bacie z respiratorami :) (widzialem babulinke chyba 100 letnia na wozku inwalidzkim w chusteczce na glowie jedzaca kanapke domowej roboty i grajaca na automacie !!!) Maszyn jest tak duzo ze zawsze znajdziesz sobie miejsce zeby poklikac. Jesli cos wygrasz to mozesz wyciagnac te pieniadze. Drukujesz kupon z kodem paskowym i suma i idziesz do automatu ktory wydaje ci gotowke. Mowimy tu o skromnych sumach :) . Automaty i jeszcze raz automaty :) sa wszedzie nawet w MacDonaldsie :). Ruletki i balck jack i poker itp tez sa wszedzie ale to juz dla tych co potrafia sie zabawic i tych co maja kase.
Jesli zglodniejesz jest ciekawa opcja. Restauracje w kasynach oferuja bufety, zwykle od 4pm. Za 14 usd masz stol szwedzki z super jedzeniem, jest tego sporo i wybor duzy. Dla mnie krewetko maniaka to istny raj, owoce moza bez limitu. W tych lepszych kasynach to koszt 30 usd ale wiecej jedzenia i bardziej urozmaicone. Lepiej wydac 14 usd niz 10 w MacDonaldzie ;)
Jesli chcesz zostac na noc to ceny pokoi w Las Vegas sa bardzo atrakcyjne. najtaniej jest w ciegu tygodnia. W weekend ten sam pokoj moze kosztowac kilkakrotnie wiecej. Pamietam czasy gdy placilem w LV 15 usd za pokoj ! teraz to pewnie troche ale nieznacznie wiecej. Sa tez pakiety itp Wiec jak nocowac to w Las Vegas w ciagu tygodnia :)
Jak sie znudzisz hazardem to w ofecie hoteli sa wystepy roznych "znanych" zyjacych i nie zyjacych gwiazd :) Sobowtory czasami sa lepsze od oryginalow. Zreszta tu nie da sie nudzic... zawsze kazdy znajdzie cos dla siebie. Mozna nawet kupic jednodniowa wycieczke do Grand Canyon, polatac smiglowcem nad miastem...
to tyle chyba, mam nadzieje ze nic nie pomieszalem. w wolnej chwili zrobie korekte. Sorki za bledy te ortograficzne i te stylistyczne. Ja szybko pisze bez polskich znakow to dziwadla wychodza.

[ Las Vegas, NV ]

••• F O T K I •••
___

wtorek, stycznia 08, 2008

Southwest Expedition (Return) - Arizona

Arizona kojarzyla mi sie zawsze z Grand Canyonem i kaktusami. Teraz zmieniam zdanie... canyon i katusy to tylko mala dawka tego co kryje ten stan. Powalil mnie ogrom miejsc jakie mozna tu zobaczyc. Wlasciwie mozna tu spedzic spokojnie kilka miesiecy. Wjechalismy do Arizony od polnocy i zatrzymalismy sie na noc w Holbrook. Jest to typowe miasto "na trasie" w ktorym nic ciekawego do zwiedzania nie ma. Ale za mozna dobrze zjesc i wypac sie w hotelu przerobionym na wioske indianska. Pokoje sa w dwu osobowych tipi, przed ktorym dla ozdony zaparkowany jest jakis samochod z lat piecdziesiatych. Knajpe wybralismy bo byla blisko i nie zmarnowalismy czasu. Tu tez wita nas napis "You kill it, we grill it" i kaza zostawic bron u pianisty :) Milo spedzony czas i jedzenie dobre. Rano w trase. Widoki na trasie nie pozwalaja sie nudzic pasazerom, kaktusy i niezapomniane formacje z czerwonej skaly w tle. Tak chyba arizona znalazla sie na liscie moich ulubonych stanow :). Nasz cel numer jeden to Meteor Crater. To jedno z najciekawszych miejsc na ziemi. Mysle ze widok jaki zobaczylem troche przytloczyl. Do tej pory cos takiego widzialem na zdjeciach z Ksiezyca. 50 metrowy kawalek niklu i zelaza zrobil tak wielka dziure w Arizonie dodajac jej nastepne miejsce dla pielgrzymek naukowcow i zwyklych turystow. Pozachwycalem sie troche widokami. Zwiedzilem muzeum w ktorym szczegolowo wyjasniono jak doszlo to rozbicia sie metorytu kilkadziesiat tysiecy lat temu. Chwila w sklepie z pamiatkami i ruszamy. Get Your Kicks on Route 66 :) Na trasie jest wiele atrakcji wiec specjalnie nie trzeba sie wysilac i szukac. Zbaczamy do Walnut Canyon. W kanionie, na jego scianach widac pozostalosci po siedzibach indian. Zastanawiajace jak "roznie" osiedlali sie mieszkancy ameryki polnocnej... Jedni polujac na bizony rozkladali swoje tipi i wigwamy, inni budowali puebla a inni jak ci w Walnut opuszczali sie na linach i budowali swoje domy w szczelina na scianach kanionu. Jako miesjce do obrony bylo perfekcyjne. Jedyny sposob na dostanie sie to opuszczenie drabiny lub liny w wyzszego tarasu lub krawedzi ! Oczywiscie latwo bylo spasc (jesli ktos zaszybko wyszedl z "domu"). Mozna pochodzic po tym terenie, jest kilka sciezek i wzaleznosci od sezonu sa otwarte. Zbieramy sie powoli, jeszcze proba ulepienia mini balwanka ale snieg jest za slaby. Kierunek Oak Creek Canyon. Teraz zaczynaja sie juz widoki jak z pocztowek ! Otaczaja nas "krwisto" czerwone gory o roznych ksztaltach. Nie nadazam robic zdjecia. Po chwili zaprzestaje, i tak nie oddam piekna tego miejsca ... Najladniej zaczyna sie robic po poludniu... zachodzace slonce maluje gory pastelowymi kolorami. To juz uczta dla oczu !!! Tak mysle ze Arizone najlepiej zwiedzac po poludniami :) Na deser po pieknej drodze dostajemy piekny strumien plynacy w czerwonym kanionie. Wyrzezbione przez wode skaly ukladaja sie w przedziwne ksztalty... Patrzac okiem fotografa to mozna tu zrobic kilka swietnych zdjec. Mozna tu zostac na kilka dni :) . A z mojej wiedzy na temat rejonu to wynika ze to tylko mala, skromna dawka tego co mozna zobaczyc w tej okolicy. Ale na to trzeba duuuuzo czasu. Sedona. Chwila odpoczynku. Miasteczko w otoczone gorami w stylu ala arizona ;) Porownalbym je do zakopianskich krupowek :) Ma urok i "klimat". Dlatego szturmuja go masy turystow. Godne polecenia za przystanek w trasie. Zlonce juz powoli zachodzi a ja szykuje swoj aparat na najlepsze momenty. Jezdzimi miedzy gorami niedaleko Sedony, co chwila "pocztowki". Jak na jeden dzien to duza dawka bajkowych widokow. Mimo wszystko nie czuje przesytu. W glowie juz opracowuje plan wyprawy w te rejony. Napewno poswiece wtedy wiecej czasu na ten rejon. Mijamy misteczka i ostatni punkt dnia czyli ruiny indianskiego miasta w Tuzigoot. Hm... z daleka przypomina zniszczony przez czas zamek gdzies w szkocji :) a z bliska ruiny w peruwianskich andach. Zapada zmrok a my uciekamy w stone zachodzacegu coraz bardziej slonca. Gonimy czas. Jeszcze wjazd kreta trasa do wysoko polozonego Jerome. Kiedys to bylo wymarle miasto gornicze a teraz zaczyna odzywac. Wyglada troszke... strasznie, Mozna tu krecic horrory. Mroczne z opuszczonymi domami. Ale w stylem szukalbym podobnego gdzies we wloszech :) Nie czuc ameryki. Mysle ze jeszcze kilka lat i miasto zmieni sie nie do poznania. Na razie stajemy zeby podziwiac widoki. Miasteczko ma swietna panorame na cala okolice. Poraz na nas. Juz ciemno, na drodze slaby ruch. Czas na refleksje. Mijamy Kingman i juz prosta droga do Tamy Hoovera. Tam jeszcze jedna niezrozumiala kontrola pojazdow ? I jestesmy juz w innej strefie czasowej i innym stanie. Nevada wita.

[Petryfied Forest, AZ - Holbrook, AZ - Meteor Crater, AZ - Walnut Canyon, AZ - Flagstaff, AZ - Oak Creek Canyon, AZ - Sedona, AZ - Tuzigoot, AZ - Cottonwood, AZ - Jerome, AZ - Ash Fork, AZ - Kingman, AZ - Hoover Dam, AZ ]

F O T K I
•••

sobota, stycznia 05, 2008

Southwest Expedition (Return) - New Mexico

Wjechalismy do New Mexico droga numer 285 omijajac najwiekszy szczyt Texasu - Guadalupe Mountains. Zeby zobaczyc ta gore musielibysmy mocno nadlozyc drogi, wiec wygral wariant szybkiego dotarcia do jaskin w Carlsbad Caverns Nat'l Park. Snieg zalegal na calej dlugosci drogi co swiadczylo ze znajdujemy sie wysoko nad poziomem morza. Wjazd serpentynami do Visitor Center i parkowanie w tlumie samochodow. Chyba tego dnia wszyscy wpadli na ten sam pomysl. Ze wzgledu na remont glownego wejscia wszystkie biura miescily sie w barakach. Przy kasie przydatna okazala sie karta roczna na wszystkie parki narodowe (nie stanowe) co pozwolilo zaoszczedzic sporo kasy. Do wyboru mielismy dwie drogi zejsciowe. Pierwsza to szlakiem na piechote w dol, co zajac mialo kolo poltorej godziny i druga droga to ... winda. Zjazd 230 metrow pod powierzchnie i znalezlismy sie w slynnych jaskiniach. Nigdy nie docenialem tego typu atrakcji ale po kilku minutach zwrocilem honor. Mysle ze to co mozna tam zobaczyc to trudno opisac a zdjecia tego nie oddadza nawet w polowie. Gigantyczne "sale" z roznego typu i wielkosci stalaktytami itp, rzezby w skalach stworzone przez nature... oniemialem. Przestrzen jest wielka i mozna tam spedzic caly dzien. Temperatura jest na stalym poziomie kolo 15 stopni celcjusza. Zdjecia mozna robic tylko ze statywem, inaczej nie ma sensu. I tak walesalismy sie miedzy tymi bajecznymi formacjami az przyszla pora zamykania jaskin. Kolejka do windy byla bardzo dluga ale jak mowil ranger tego dnia przyjechalo najwiecej ludzi w tym roku :) Spokojnie wyjechalismy na powierzchnie gdzie juz powoli zmierzchalo. Pozostal do zrealizowania bardzo ambitny plan przejechania ogromnego odcinka drogi do najwiekszego miasta w New Mexico - Albuquerque (potocznie pisownia na znakach to ABQ chyba prosciej hehe) w jezyku Navajo - Bee'eldííldahsinil... :) . Dotarlismy tam pozno w nocy i przywital nas przeszywajacy lodowaty wiatr. Miasto lezy na okolo 1500 metrach nad poziomem morza i byl grudzien. Dzieki kuponom znalezlismy mily hotel i dostalismy extra znizke za Petera prawo jazdy z New York-u, chyba ktos z obslugi mial sentyment do tego miasta. Obudzilo nas mocne slonce i nadzieja ze bedzie cieplej. Nic z tego, mrozno. Przynajmniej rzesko i w bezwietrznie. Na mily poczatek dnia pojechalismy do Old Town, miejsce zachowane w starym stylu. Odnowione budynki pamietajace jeszcze hiszpanskich osadnikow, stary kosciol z cegly Adobe ladnie wpasowany w kameralny krajobraz. Stara altana po srodku placu z pamiatkowymi tabliczkami upamietniajacymi wojska konfederackie. Spacer po zakamarkach, kawiarnie i restauracje zachecajace do wejscia swoim "klimatem" zywcem z westernow. Przypomina to wszystko styl z pobliskiego Santa Fe. Warto tu spedzic troche czasu ktorego akurat nie mamy. Widzialem zdjecia nocne ... potwierdzaja ze warto :) . Nastepny punkt to Sandia Peak i wjazd kolejka na szczyt otaczajacych miasto gor. Chwile zajelo znalezienie wjazdu i zaparkowanie. Tu mala niespodzianka i okazalo sie ze tylko ja jestem zainteresowany wjazdem na gore. Trudno. Chwila w kolejce (jest akurat sezon i ludzie smigaja na nartach) i dostalem sie do wagonika. Droga do gory trwa okolo 15 minut w czasie tym mozna podziwiac niesamowite widoki ! Ogrom gor i super panorama miasta. Zapiera dech (nie tylko ze wzgledu na wysokosc na jakiej jestem zawieszony :) Sa tu tylko dwa pylony na poczatku trasy, wiec spory kawalek wagonik wisi na linach wysoko nad ziemia. Docieram na miejsce i po wyjsciu na szczycie porywa mnie silny wiatr. Zerkam na termometr na scianie, jest -15 stopni celcjusza !! Chyba sie nie przygotowalem na to. Marzne szybko. Kilka fotek sniegu dawno nie widzianego w takiej ilosci :) . Zanim zamarzne chce zrobic kilka zdjec panoramicznych z tarasow widokowych. Widze oczy wpatrzonych we mnie turystow siedzacych w ogrzewanej kawiarni, pewnie mysla co zaszaleniec lata po tym mrozie w letniej kurtce bez rekawiczek hehe. Wbijam sie do wagonu na dol i znowu piekne widoki. Mimo zimna warto bylo. Na dole chwile odtajalem na sloncu ktore tu na dole mocno jurz przygrzewa. Ruszamy autostrada I-40 odwiedzic indian w ich Sky City inaczej Acoma Pueblo. Po kilkudziesieciu milach trzeba zjechac na poludnie. Widoki zaczynaja sie zmieniac i naszym oczom ukazjua sie szeregi porozrzucanych gor w przedziwnych ksztaltach zywo przypominajacymi Monument Valley w Utah ! Krajobraz zrobij sie naprawde ciekawy. Jestesmy juz na terenach rezerwatu indian. Docieramy do hm.. jak to nazwac, domek z adobe a w srodku muzeum indian i ... kasa gdzie trzeba wykupic objazdowke ich busem po pueblo. Hm... bardzo komercyjni indianie. Co najgorsze trzeba placic za robienie zdjec !!! Wyszlismy z zamiarem objechania na wlasna reke ale tu niespodzianka, wszedzie zakazy i stoil indianska policja. Zostala jedna droga wiec ruszylismy. Mimo wszystko dalo sie robic zdjecia i w punkcie widokowym mozna obejrzec puebla. Tak wiec oszczedzajac sporo pieniedzy zobaczylismy wszystko tylko z daleka. Moze jak bedzie cieplo to skusze sie i zwiedze dokladnie to ciekawe miejsce. Wracamy na autostrade i szybka jazda w strone Gullup slynna Route 66. W miescie czuje sie bardzo obecnosc kultury indianskiej. Co krok symbole i muzea, na kazdym kroku sklepy z pamiatkami, nie dziwie sie ze nazywaja to miasto swiatowa stolica indian. Przy okazji zobaczylem miejsce akcji mojego ulubionego serialu Lost Room :). Stamtad juz blisko do Arizony.



[ Carlsbad Caverns Nat'l Park, NM - Roswell, NM - Albuquerque, NM - Acoma Pueblo (Sky City), NM - Gallup, NM ]

F O T K I
•••

Southwest Expedition (Return) - Texas

Slonko bylo w zenicie. Zapadla decyzja wstajemy i ruszamy w kierunku nowej przygody. W drodze powrotnej zobaczymy pominiete wczesniej miejsca. Kawalek Southwest-u. Smutno bylo zostawiac Padre Island, pogoda tu jest wysmienita dla mnie i dla wielu innych zamrzluchow. Przed nami chlodne tereny, zwlaszcza w okresie zimowym. Ruszylismy na Brownsville a tam na road 83, ktora to droga ciagnie sie wzdloz granicy z meksykiem i rownolegle do Rio Grande. Mijalismy male misteczka, wygladajace jakby czas sie w nich zatrzymal. Tylko samochody mijane swiadczyly o postepie w czasie. Duzo policji i border patroli. Szukaja pewnie nielegalnie przechodzacych granice. Z mojej perspektywy wygladalo ze w miare latwo mozna przedostac sie w tych miejscach, szuwary, drzewa, bagna i sama rzeka... ale znajac amerykanow pewnie maja wszedzie czujniki i siedza w krzakarz z noktowizorami :) . Same latynoskie twarze, sklepy i reklamy. Krajobraz nie zachwyca, zrobilismy maly zjazd na odpoczynek. Ogladamy Rio Grande z bliska, dziwi nas ilosc wozow z trailerami na szybkie lodki, ktore plywaja w strone meksyku lub granic na rzece ? hm... wyglada na szybkie zrodlo dochodu dla przemytnikow hehe. Wracamy na ta nudna droge. Postanowilismy w odbic na polnoc w nadgranicznym Laredo. Wjazd na I-35 i droge 277 do Del Rio (miasteczko na czasie, tutaj dzieje sie akcja filmu "No Country for Old Man", ktory przypadl mi do gustu, szkoda ze nie zobaczylem go przed wizyta...) Poznoa pora dobijamy do I-10 i znowu uwazamy na zwierzeta wbiegajace na droge. Potem tylko kawalek i ladujemy w Sonora... uf ciezki dzien. Po drodze mijamy liczne Inspekcje Drogowe US Border Patrol. Kontrole sa w miare drobiazgowe. Na nasze 4 osoby jedna byla juz "nielegalnie" po wygasnieciu wizy. Pytania do nas - Are You citizen ? i swiecenie latarka i biegajacy piesek dookola wozu... maly stresik gdy mowilismy - Yes. Ale bialych nie ruszaja. Kontrola jest na kazdej drodze od granicy. Miasteczko na trasie. Brzydkie i hotele slabe. Ale nam wszystko jedno, jestesmy wyczerpani. Tutaj czujemy ze wkraczamy w "zimna" strefe. Teraz wyciagamy kurtki. Rano nie lepiej tylko slonce ratuje nas przez wychlodzeniem :). W poblizu Sonory znajduja sie jaskinie ale nie sa specjalne godne polecenia. Ruszamy na Odesse, miasto blisko granicy z New Mexico. Jedziemy do pobliskiego Odessa Meteor Crater Museum gdzie ciekawi jestesmy jaka dziure w ziemi zrobil spadajacy meteoryt. Tutaj nastepuje wielkie rozczarowanie... mala dziura w ziemi i kilka skal i male muzeum. Hm nie warte to jest zbaczania z drogi. Uciekamy jak najszybciej, teraz przed nami nastepny stan i Carlsbad Caverns Nat'l Park. To juz znane miejsce i gwarantujace ciekawe doznania.

[ South Padre Island, TX - Laredo, TX - Del Rio, TX - Sonora, TX - Odessa, TX ]

F O T K I
•••

piątek, stycznia 04, 2008

South Padre Island Expedition - Part II

Uzbrojeni w wykrywacze radarow i GPS-y mkniemy przez I-10 w strone celu. Tego dnia trzeba przejechac najdluzszy odcinek. Musimy byc nad morzem na wigilie. Wjazd do Texasu przez El Paso, jadac autostrada po prawej stronie za rzeka pojawia sie miasto, troche za brzydkie na amerykanskie.... domki bez okien, blacha falista typowa dla trzeciego swiata i brud. Chwila to Ciudad Juarez ! tak blisko na wyciagniecie reki. Dwa swiaty oddzielone Rio Grande. Bylem tam we wrzesniu i osobliwe doznanie :) dla eropejczyka lub kogos z kraju cywilizowanego to niezly szok. To inny meksyk. Jesli ktos chce zwiedzic ten kraj niech unika przygranicznych miejscowosci zeby sobie ie wyrobic zlego zdania. Ciudad Juares to zwykle miejsce sex-wycieczek gdzie dostanie sie wszystko od dziecka, nastolatki po HIV i kule w glowe. Przejechalismy przez El Paso w szybko nie zatrzymujac sie. Kierunek poludnie. Lubie Texas. Speed limit 80 mph ! To jest to. Droga miedzystanowa I-10 to istna rzeznia, na poboczach lezaly zabite przez samochody duze ilosci saren, jeleni, pancernikow, kojotow i roznego rodzaju zyjatek, najgorsze doznanie to skunks ! zapach trudny do wytrzymania. Znaki ostrzegawcze o przebieganiu saren nic nie daja, przy predkosci 80 mil nie ma szans ominac zwierzaka. Trucki maja dobrze bo nic nie grozi kierowcy, slabo jesli chodzi o zwykly samochod... przyznam ze nie widzialem takiej ilosci zabitych zwierzat. W jednej knajpie widzialem napis " You kill it, we grill it" co sugerowalo ze mozna przyniesc potracona zwierzyne. Tak wiec pedzilismy I-10 z dusza na ramieniu i rozgladalismy sie na pobocza obserwujac stadka pasace sie w poblizu i liczac ze akurat nie zechca przebiegac. Najgorzej jest po zmroku i rano. Ale udalo sie be trafienia. Z predkoscia nie przesadzalismy, zwazajac na tabliczki "dont mess with Texas" :) . I po ciezkim dniu dotarlismy do San Antonio ufff. Co dziwne ale trudno bylo znalesc miejsce do spania w downtown, wiec poszukalismy troszke dalej. Pomimo zmeczenia postanowilismy wybrac sie na spacerek po przepieknym miescie. Pierwsze kroki skierowalem do Alamo, stoi tam twierdza majestatycznie, podswietlona w nocy. To tutaj ukulo sie to amerykanskie poczucie heroizmu, bohaterstwa, walki do konca... "Pamietajcie Alamo" krzyczeli zolnierze jak wycinali wojska meksyku. Paradoksalnie najwiecej tu spadkobiercow Santa Anny, los bywa przewrotny. Ulice ponazywane sa nazwiskami obroncow Alamo... Travis, Crockett, Bowie i inni. Miasto opisze w osobnym poscie, jest wyjatkowe i nalezy mu sie troche wiecej tekstu :) . Spacerek po uliczkach i po slynnym riverwalk, wszystko pooswietlane lampami i rozwieszone na drzewach lampki choinkowe. Wrazenie zrobilo mocne. Zmeczenie wkoncu nas dopadlo i szybko pogonilo do hotelu. 24 grudnia, wigilia, ruszamy na kolacje. ta wyjatkowa chwila w roku spotka nas w Brownsville, malutkim miescie przy granicy z meksykiem i kilka mil od zatoki meksykanskiej. Szybko pokonalismy dystans dzielacy piekne San Antonio od tego nadgranicznego miasteczka. Jeszcze tylko pozostalo dokupic brakujace produkty, zeby stol wielkanocny nie wygladal za skromnie. Wynajelismy hotel z aneksem kuchennym. Wigilia. Bylo wszystko jak trzeba. Dania z ryb, barsczyk a nawet oplatek, tylko .... smutno, bliscy, rodzina daleko. Jakos nigdy nie przepadalem za swietami. Rano glowa troche bolala. Cel wyprawy byl juz na wyciagniecie reki. South Padre Island. Dojechalismy tam w niecala godzine i poszukalismy jakiegos hoteliku. Cena zdecydowala. Wyspa polaczona jest kontynentem dlugim mostem. Powiem tak wjazd i sama wysta przypomina mi BARDZO South Beach w Miami !!! naprawde kopia tamtego miejsca, tylko bez takiej ilosci hoteli (co zapewne sie zmieni i to bardzo szybko), pomyslelismy ze to jest swietne miejsce na inwestycje. Warto kupic tu kawalek ziemi zeby za 2-5 lat wyjaz potezne pieniadze. Ta wyspa rozrasta sie widocznie, dzwigi i szkielety nowych condo i hoteli co krok. Klimat karaibow. Bylem we wrzesniu ale na polnocnej czesci wiec wiem jak gorace jest morze. Gotowane mleko :) wchodzisz z plazy bez zajakniecia (to dla zmarzluchow takich jak ja ideal). Plaze na calej dlugosci... jeszcze wszystko dzikie na polnocy South Padre Island, droga konczy sie nagle, i parkujemy samochod i ruszamy w po wydmach do morza. W zime nie jest ono tak cieple jak w pozostale pory roku. Przyznam ze dla mnie za zimne. Ale pewnie juz za 2-3 miesiace.... :) Slonko za to daje mocno. Lazimy po piaskach, przez chwile czuje sie jak Lawrece z Arabii. Pierwszy dzien swiat to milokaj pluszak i polskie koledy na kocu na srodku dzikiej plazy.... przyznacie ze inaczej :) ale ja zawsze lubie "inaczej". Kilka dni relaksu. Odpoczac, niemyslec, zapomniec... W miedzy-relaks-czasie pojechalismy w odwiedziny na polnocna czesc wyspy, ktora jest parkiem narodowym. Tam to sa pustki.... kilometry plazy bez zywej duszy. Potem krotka wizyta w Corpus Christi. Miasto z serii tych ktore mi sie podobaja :) Klimacik nadmorski, karaibski, w lecie parno i wilgotno jak w azji. Odwiedzilismy repliki okretow Kolumba. Przejechalismy charakterystyczny dla miasta most, spacerek przy lotniskowcu (opisalem to miasto wczesniej) i kolacja w super knajpie Pier 99, gdzie mozna zamowic za niewielkie pieniadze mase krewetek (uwielbiam maniakalnie). Porcje byly solidne, musialem poprosic o box i mialem swietne sniadanko. Droga powrotna na wyspe dluzyla sie bardzo, brzuchy wypelnione owocami morza pragnely tylko ... piwa. Co udalo sie zrobic w hotelowym jacuzzi. W koncu to mial byc wypoczynek. Ostatniego dnia jeszcze kilka godzin na plazy... ciezko opuszczac to miejsce. Mysle ze bede tu chcial jeszcze przyjechac. mam nadzieje ze poznam to miejsce i pozostanie ono jeszcze troche dzikie. (Jest szansa bo ludzie nie kojarza Texasu z takimi miejscami, chyba ze studenci na spring break ;).
Wyprawa od tej chwili zmienia sie w Southwest Expedition...

sorki, przed korektą

[El Paso, TX - San Antonio, TX - Brownsville, TX - Corpus Christi, TX
- South Padre Island, TX ]


F O T K I
•••

środa, grudnia 26, 2007

South Padre Island Expedition - Part I

Pomysl wyprawy do Texasu jawil sie w glowie Petera od jakiegos tygodnia przed swietami, moj udzial byl pod znakiem zapytania. Mialem plan powrotu na swieta do Polski ale wiele spraw poszlo nie tak jak chcialem i zostalem w San Francisco. Wszystko wyjasnilo sie na dzien przed wyprawa. Na szczescie znalazlo sie wolne miejsce dla mnie. Perspektywa siedzenia samemu w miescie nie byla zbytnio ciekawa. Szybkie pakowanie o poranku i jazda z tobolkami do caltraina i zjawilem sie rano w San Jose. Peter wynajal duzy samochod Mercury Grand Marquiz, typowa wielka landara podobna do wozow policyjnych (prez co mielismy kilka zabawnych sytuacji na trasie ). Dopchalem swoj bagaz do ogromnego bagaznika :) i ruszylismy. Plan byl ambitny dotrzec w miare blisko do Tucson w Arizonie. Obawialismy sie tylko rejonu Los Angeles (nie bez podstaw), ktory to mogl nas opoznic mocno. Byla 10 rano i bez problemow wbilismy sie na miedzystanowa I-5. Droga prowadzi z polnocy na poludnie, jedyny i bardzo wazny szkopol to ze ma dwa pasy w jedna i druga strone. To powoduje czasami korki. Speed limit jak to w californii nie pozwala sobie popedzic :) Tego dnia wiekszosc ludzi postanowila wybrac sie do rodzin lub zrobic sobie urlop zdala od domu. Korki byly na calej trasie. W polowie drogi juz bylo wiadomo ze nie damy rady dotrzec tak daleko jak zamierzalismy. Z I-5 trzeba bylo wjechac na 210-tke na obrzezach Los Angeles. I sprawdzilo sie to czego sie obawialismy. KORKI. Zastanawiam sie jak ludzie tu moga zyc. To miasto mase autostrad ale chyba samochodow jest za duzo. Od 7-11 rano lepiej posiedziec w domu i sie nie stresowac, tak samo miedzy 15-19 wieczorem ! wtedy jest najgorzej. Przyznam ze ja nie mam cierpliwosci do stania w korkach. Musielismy trzymac nerwy na wodzy. Dla czytajacych bloga przestroga :) omijac LA, nawet jesli objazd wydaje sie byc duzy, i tak sie oplaci. Stracilismy kilka godzin... i dotarlismy do I-10 ktora juz prowadzila do celu. Pozno w nocy zatrzymalismy sie na granicy z Arizona w motelu w miescinie Blythe. Tutaj znowu sprawdzily sie kupony. (Na kazdej stacji lub w budkach z praca na ulicy polecam szukac kuponow ze znizkami na hotele, jest w nich lista noclegowni w roznych stanach, to bardzo przydatna rzecz na wyprawe! ).
Wczesnie wstalismy i sprawnie (co nie udawalo mi sie z innymi ekipami hehe), slonko na tablicy z napisem arizona przywitalo nas szybko. To prawda arizona to bardzo sloneczny stan. Pierwszy powazny przystanek na trasie to stolica stanu Phoenix. W sobote w poludnie wygladala na wymarle miasto, zwlaszcza downtown. W parkach kolo state capitol rosna drzewka pomaranczowe uginajace sie pod ciezarem swoich owocow. Srodek zimy ! Od razu robi sie milej. Samo downtown to duza przestrzen z duza iloscia pomnikow zwiazanych z wojnami, poczawszy od wojny o niepodleglosc a konczac na wojnie w iraku. Sa tu fragmenty zatopionego w Pearl Harbour pancernika Arizona, tablice konfederackie i nawet groby psow z jednostki policyjnej K-9. To jedno wielkie miejsce pamieci... Przejezdzamy przez miasto i stwierdzam ze klimat i miejsce przypadly mi do gustu. Miasto lezy na plaskim terenie i ale uroku dodaja mu wystajace gdzieniegdzie "kopce-gory" wygladajace bajkowo. W poblizu i na kopcach staja budynki i slynne na calym swiecie katusy, lub hotele ktore napewno nie naleza to tanich. Mieszkancy maja swietne widoki. Dominuje niska zabudowa a w centrum w jak w kazdym wiekszym miescie drapacze chmur ale nie za wielkie i ladnie wkomponowane w krajobraz. Podobno zyje tu spora ilosc polakow. Co do klimatu to w zime jest spokojnie ponad 20 stopni a latem to juz .... miejsce dla fenixa. W miescie warte odwiedzenia jest Desert Botanical Garden z kaktusami z calego swiata w Papago Park. Punktem dnia bylo misteczko Scottsdale, jedna z "dzielnic" Phoenix. Glowna ulica to typowe miasteczo z dzikiego zachodu, masa knajp i sklepow. Brakowalo tylko rewolwerowcow ;) ale byl za to samotny cowboy na koniu z gitara ktory nucil piosenki country. To miejsce spotkan mlodych ludzi wieczorami po pracy i weekendy, wtedy to miejsce ozywa na maxa. W dzien to cel wycieczek dla turystow. Szkoad opuszczac Scottsdale... ale czas goni. Wjazd na I-10 i kierujemy sie na Tucson, po drodze nijamy pola bawelby hm... nie pasuja mi do tego miejsca hehe. Przebijamy sie przez miasto zeby dotrzec za dnia do San Xavier del Bac, hiszpanskiej misji polozonej na poludnie od Tucson na terenie rezerwatu indian. Na zewnatrz porozstawiane sa stragany wyrobami sztuki indianskiej. W ofercie jest tez posilek ale to dla osob, ktore maja pancerne zoladki :) Misja jest odnowiona wiec robi wrazenie. W srodku odbywa sie msza na ktora sciagaja duze grupy ludzi w tym indian. Zapada zmrok i pora szukac jakiegos miejsca na nocleg. Mijamy slynny Saguaro National Park z katusami charakterystycznymi dla Arizony i dla westernow :), nie zatrzymujemy sie bo juz za ciemno na zwiedzanie. (kilka miesiecy wczesnie juz zwiedzilem to miejsce). Dluga jazda noca i zatrzymujemy sie juz w New Mexico w miescie Las Cruces. Pora odpoczac. Rano wita nas mocne slonce i ... szrona szybach, chyba jest mrozno. Temperatura z rana ledwie przekracza zero. Peter rusza ostro i szybko, jeszcze nie dobudzony i ..... mamy za soba mrugajace swiatelka. Sheriff nas dopadl, speed limit przekroczony o 20 mil, co jest rownoznaczne z utrata 150 usd... i 75 usd za brak zapietego pasa przez pasazera... Bywa :) zawsze sa straty w ludziach i sprzecie i ... kasie


[ San Francisco, CA - San Jose, CA - Blythe, CA - Phoenix, AR - Tucson, AR - Las Cruces, NM ]

F O T K I
•••

wtorek, grudnia 25, 2007

poniedziałek, grudnia 24, 2007

poniedziałek, grudnia 17, 2007

Steinbeck Country

Podróże z Steinbeckiem. W poszukiwaniu Ameryki... cdn

(...) Widziałem w ich oczach coś, co miałem widzieć wciąż i wciąż we wszystkich zakątkach kraju - palące pragnienie odjazdu, ruszenia się, wybrania się w droge, dokądkolwiek, byle daleko od każdego Tutaj. Mówili spokojnie o tym, jak bardzo chcą wyjechać któregos dnia, przenosić się z miejsca na miejsce, swobodni i nie zakotwiczeni, nie ku czemuś, ale od czegoś. Widziałem to wejrzenie i słyszałem tę tęsknote wszędzie (...)


(...) Jeden mały chłopiec lat około trzynastu przychodził co dzień. Stawał nieśmiało z boku i patrzał na Rosynanta; zaglądał przez drzwi, nawet kładł się na ziemi i badał tęgie resory. Był cichym, wszędobylskim małym chłopcem. Przychodził nawetw nocy, aby popatrzeć na Rosynanta. Po tygodniu nie mógł już dłużej wytrzymać. Słowa utorowały sobie zajadle droge poprzez jego nieśmiałość. Powiedział:
- Jakby pan mnie za sobą zabrał, to wszystko bym robił. Gotowałbym, zmywał wszystkie naczynia i robił całą robotę, i opiekowałbym się panem.
Na nieszczęście dla mnie znałem jego marzenia.
- Chętnie bym cię wziął - powiedziałem - Ale komitet szkolny i twoi rodzice, i całą masa innych mówi, że nie mogę.
- Wszystko będę robił - odrzekł. I myśle, że tak by było. Przypuszczam, że ani na chwilę nie dał za wygraną, dopóki nie odjechałem bez niego. Miał to marzenie, które ja miałem całe życie, i nie ma na to lekarstwa (...)







środa, grudnia 12, 2007

Magiczne miejsca - część 1 - SOLVANG

Rozpoczynam serie opisow miesjc, ktore odwiedzilem w czasie moje pobytu w USA. Jest to opis czysto subiektywny. Beda to miejsca ktore mnie oczarowaly. Zaczynam od malego miasteczka w californii.
Solvang-- nazwa w jezyku dunskim oznacza "sloneczne pole"-- osada zostala zalozona w 1911 roku na 9,000 akrach, przez mala grupe Dunskich osadnikow, uciekajacych od zimnego klimatu srodkowego zachodu. Miejsce musialo wygladac jak "niebo". Byla to grupa nauczycieli ktorzy po utworzeniu miasta Solvang rozpoczeli natychmiast budowe Dunskiej szkoly.
W 1914 roku szkola zostala przeniesiona do nowo wybudowanego Atterdag College, gdzie studenci uczyli sie jezyka dunskiego i poznawali kulture Danii.
W 1936 roku miasteczko odwiedzil przyszly krol i krolowa. Po ukazaniu sie w 1946 roku, artykulu opisujacego Solvag, do miasta zaczely przybywac rzesze turystow.
Sklepy, galerie,restauracje i hotele zaczely sie szybko rozwijac. We wrzesniu obchodzony jest corocznie Danish Day, wtedy odbywaja sie parady, wystepy zespolow ludowych itp
Do miasta latwo dotrzec zbaczajac z autostrady 101 na 246. Zaraz po zjezdziekilka mil przed miastem znajduje sie typowo amerykanska "gospoda:)" Przypomina nasze goralskie. Mozna tam zjesc bardzo dobrze i za sensowne pieniadze. Jesli ktos jest bardzo glodny to naprawde wystarczy wziac przystawke :) Podaja tak wielkie ze spokojnie mona sie najesc na caly dzien. Boje sie pomyslec jak wyglada glowne danie :)
Transport do miasta oferuja rozni przewoznicy glownie z lotniska w Sanat Barbara a nawet w Los Angeles. Jest tez polaczenie busowe ze stacja kolejowa Amtrack. Jednak najwygodniej swoim samochodem :)
Miasteczko wyglada jak z bajki, zwlaszcza w okresie swiatecznym. Przystrojone lampkmi i choinkami wyglada w nocy niesamowicie bajecznie. Moze to wplyw Andersena ? Jego pomnik miesci sie w malutkim parku w centalnym miescu miasta. Niedaleko jest Hans Christian Andersen Muzeum. Wszechobecne sa tu wiatraki. Zwykle to ozdoby hoteli lub restauracji. Atmosefra jest bardzo europejska i ulice pelne europejczykow :) Baza hotelowa jest spora. Wszystkie wieksze siecowki maja tu hotel. Ale warte polecenia sa lokalne, czesto rodzinne moteliki. Ceny sa nizsze a wrazenia ciekawsze. Ja spedzilem milo noc w Motelu Hamlet, mila obsluga i warunki. Bardzo kameralnie a pokoje i mijsce jakby zywcem przeniesione z danii. W cenie bylo sniadanko na ktore trzeba bylo udac sie na druga strone ulicy do kawiarni .... oczywiscie dunskiej z obsluga w ludowych ubrankach. Na szczescie dla mnie maja tam pieczywo jakie lubie czyli chrupiace buleczki (nie jestem w stanie jesc amerykanskich ... hm... nie wiem jak nazwac cos ala chleb bez smaku). Zaobserwowalem ze specjalnoscia Solvang sa ciasteczka, na kazdym kroku sa cukiernie, ktore same robia wypieki. Na modle amerykanska nawet sa pakowane do wiader (jak u nas farba do scian w Obi) ale to na potrzeby turystow z ameryki :) Mozna tam spedzic milo czas ale nie za dlugo, samo miasto mozna zejsc na piechotke w pol dnia. Warto poodwiedzac kawiarnie i restauracje. Dla smakoszy wina do dyspozycji sa okoliczne winnice. Mozna udac sie do sasiedniego miasteczka Santa Ynez i sprobowac szczescia w kasynie. Napewno smutno opuszczasc to miasteczko, ktore kontrastuje mocno z niedalekimi budynkami ze szkla i stali... Czlowiek na chwilke wrocil do europy.

Tydzien w San Diego - part III

Rano znowu slonko zaglada do pokoju, tym razem wielkiego apartamenu z jeszcze wiekszym balkonem :) Zbieramy sie ciezko, poprzedni wieczor byl upojny. Peter rusza do pracy a ja z Dori ruszamy posnuc sie po miescie. Kolo poludnia pojawil sie fog i przykryl troche okolice. Jedziemy do Point Loma dlugiego sopelka ktory zaslania wyspe coronado ale w polowie drogi wracamy. Nic nie widac we mgle. Wrocimy potem. Relaks i kawa na plazy. Jazda waskimi ulicami La Jolla. I powrot do hotelu. Tu przesiadamy sie do cabrio Petera i ruszamy do downtown. Ten typ wozu sprawdza sie swietnie w warunkach San Diego, tu zawsze jest cieplo nawet jak jest zimno :) Zatrzymujemy sie na piwko w barze slynnym z filmu Top Gun. Zachodzi slonce i zaczyna sie nocne zycie. Ogladamy Gaslamp District gdzie mieszcza sie prawie wszystki knajpy. Ma swoj klimat. Stylowo i klimatycznie. Trąci delikatnie Bourbon street w New Orleans :) Tu toczy sie zycie po zmroku. Maisto jest bardzo nowoczesne ale zrobione ze smakiem. Laczy stare budownictwo z nowym w sposob bardzo subtelny. Nie mozn pominac wyspy coronado polaczonej z miastem dlugim mostem. Mieszcza sie tam mariny i rezydencje. ktore zapieraja dech w piersiach.... Krazymy po ulicach. Zapada juz noc i wybieramy droge przez mierzeje w strone granicy z Mexico. Przecinamy San Ysidro i tu trzeba uwazac bo z I-5 mozna niechcacy wjechac do Tijuany nawet nie wiedzak kiedy :) Do Mexico latwo wjechac, nie ma kontroli na granicy ale trudno wrocic jesli sie zapomnialo dokumentow. Po stronie usa trzeba czytac uwaznie drogowskazy i pilnowac ostatniego zjazdu. Potem no return. Zrobilismy maly spacerek i ogladalismy samo przejscie. Potem rundka wzdluz muru i siatek ktore odgradzaja dwa kraje. W hotelu ladujemy dosc pozno.
Nastepny dzien to nowe cele. Powracamy na Point Loma gdzie juz jest dobra widocznosc. cJest tam pomnik Juan Rodriguez Cabrillo pierwszego europejczyka ktory dotarl tu w 1542 roku. Jesli ktos byl w Lizbonie i widzial pomnik odkrywcow to uzna ten za brakujaca postac w szeregu portugalskich zeglarzy. Z tego miejsca widac wejscie do zatoki i baze lotnicza w Coronado. Jest tu latarnia morska i punkt z ktorego widac migrujace wieloryby. Czas wracac. Kolejny cel to plaza w La Jolla. Dzisiaj jest surferow ! Tego dnia ma nadejsc najwieksza fala w tym roku i zjechac sie ma cala smietanka mistrzow deski. Na miejscu jest juz mega korek, Trudno zaparkowac samochod, Niektore czesci plazy sa zamkniete, lifeguard nie chce ryzykowac i nie wpuszcza ludzi. Docieramy na plaze. Faaaaaaaale sa wielkie. Zawijaja sie i rozbijaja o skaly i piasek. W wodzie siedza dziesiatki surferow czekajacych na TĄ fale. Wygladaja jak rodzynki rozrzucone po wielkim torcie. Co chwila nieliczni lapia fale a reszte przykrywa biala piana. Trwac to bedzie dlugo... my powoli sie zbieramy. Napewno jest no new tego dnia. Telewizja i kamery sa wszedzie. Wracamy na noc do hotelu. Rano ostatni dzien.
Po sniadanku w planie jest muzeum lotnicze marines gdzie stoja maszyny uzywane w roznych wojnach. Bladzimy troche i nawet udaje mi sie wjechac niechcacy do bazy Marines. Do niedawna TOP GUN. Czas w San Diego dobiegl konca. Powrot do San Jose zrobilismy troche duzym lukiem. Przez miasteczko Niland, gdzie jest Salvation Mountain, bardzo kolorowe i "wychwalajace boga" wzgorze. Potem wzdluz Salton Sea dotarlismy do granic Los Angeles a tam odbilismy na Solvang (opis znajdzie sie w osobnym poscie) gdzie spedzilismy noc. Opisalem to w duzym skrucie. Troche pomieszalem dni i obsade za co przepraszam osoby biorace udzial w wyprawie.

wtorek, grudnia 11, 2007

Tydzien w San Diego - part II

Rano slonko swieci mocno, ulga bo po zalamaniu pogody poprzedniego dnia mialem obawy ... ale jest ok. Spokojnie wystarczy podkoszulek. To mi sie podoba. Mam bilet do Sea World ktore miesci sie tuz obok hotelu. Dotarcie na miejsce samochodem zajelo chwilke, gdyby nie pomylki w zjazdach i podjazdach :) byloby szybciej. Parkuje na wielkim parkingu. Trzeba zapamietac gdzie sie stoi. Trudno potem bedzie znalesc samochod. Na wejsciu mala zdziwienie, na bramce trzeba poddac sie procedurze skanowania palca ! :) hm... dziwne, moze chodzi o bezpieczenstwo ? lub przyspieszenie wejsc dla osob ktore kupily bilet i chca ogladac te miejsce na raty ? Na wejsciu wita mnie wielka choinka z wielkimi bombkami. Zalecialo swietami tylko sniegu brakuje. Glowna atrakcja Sea World jest rewelacyjnie wytresowana orka Shamu, ktora ma swoje show dwa razy dziennie i sciaga rzesze ludzi z calego swiata. Warto. Jestem rano a show zaczyna sie po poludniu. Ogladam pozostale miejsca na tym ogromnym terenie. Zolwie, pelikany i masa roznego rodzaju stworzen zwiazanych z woda. Mysle ze to swietna atrakcja zwlaszcza dla dzieci. Pod ich kontem jest swietnie przygotowana infrastruktura. Mamy tez wieze-winde widokowa, kolejke linowa, i oszklone tunele z rekinami. Niestety jesli chodzi o wystawy ryb i ssakow morskich w wielkich akwariach to nie wyglada to imponujaca zwlaszcza dla osoby ktora widziala akwarium w Lizbonie :) tutaj robi wrazenie gigantyczny teren i "ekspozycje" na zewnatrz w basenach. Przychodzi pora na Shamu. Wielki amfiteatr z basenem. Oprawa dzwiekowa i wizualna swietnie zrobiona. Bardzo dynamiczna. Ludzie zajmuja miejsca. Dysponujac wiedza na temat show zasiadam na wyzszych miejscach :) wiem co bedzie sie dzialo na siedzeniach przed "scena" :) Widownia dopisala. Wszystkie miejsca zajete. Orka pojawia sie i wszytkim zapiera dech. Skacze i wykonuje akrobacje o ktore nikt by nie posadzil takiego giganta. Potem opiekunowie prezentuja indywidualne pokazy ktore udowadniaja jak bardzo inteligentna jest orka. I przychodzi moment na ktory kilka osob sie przygotowalo zakladajac plaszcze przeciwdeszczowe :) orki (jest jeszcze kilka mniejszych dla asysty) zaczynaja ogonami chlapac widownie. Wielkie fale wody przelewaja sie i zalewaja pierwsze rzedy :) czesc ludzi ucieka do tylu a reszta zrezygnowanych i mokrych siedzu dalej... jest ubaw. Trwa to troche. Koniec pokazu i wszyscy przenosza sie na nastepne show, pora na delfiny ktore pokazuja podobne sztuczki do orkowych. Jeszcze wizyta u pingwinow i dzien mija. Wracam. Jeszcze wieczorna wycieczka do downtown i do portu gdzie stoja zacumowane statki z roznych epok i gdzie stoi lotniskowiec Midway - to cel na jutro :). Klasycznie hotelik, whisky i lulu.
A o poranku pobudka i czas ruszac do portu. Parkuje na wielkim parkingu przy zatoce. Czas obejrzec miasto z lodzi. Wbijam sie na 2-godzinny rejs po zatoce. Zwiedzamy port marunarki wojennej USA i ogladam zacumowane tam okrety wojenne. Wszystko w czynnej sluzbie. Kilka lotniskowcow i nowoczesnych fregat. Przeplywajac pod mostem coronado spostrzegam kilka szybkich lodzi desantowych... to NAVY SEALS !!! maja tu swoja baze w Coronado. Plyna na cwiczenia w pelnym oporzadzeniu. Powracamy po godzinie do portu wysadzic i zabrac nowych turystow. Teraz plyniemy w innym kierunku. Panorama San Diego ze srodka zatoki robi wrazenie. Mijamy baze lotnicza z ktorej co chwila startuja Seahawk i Blackhawki. Podziwiamy mariny z jachtami... slonko daje mocno i to poteguje uczucie blogosci :) moge tak plywac dniami ... Powracamy po godzinie. Bylo ciekawie zwlaszcza ze opowiesciami raczyl nas byly marynarz z lotnikowca Midway ktory mial swietnie opanowane zagadnienia z dziedziny wojskowosci za co bylem mu niezmiernie wdzieczny wreczjac mu na koniec tipa :)
Nastepny przystanek to Lotniskowiec USS MIDWAY ktory stoi zakotwiczony w porcie i sluzy za muzeum. To juz raj dla pasjonatow militariow i historii. Mozna zwiedzac 3 poklady i "wyspe" czyli nadbudowke. W hangarze stoja roznego typu symulatory samolotow i repliki kabin do ktorych mozna wejsc. Jest kilka starszych samolotow z II wojny. Po bokach sa zejscia do kabin i mesy. Mozna pobyc chwilke w wiezieniu :) i odpoczac w mesie oficerskiej. Najwieksza atrakcja jest poklad gdzie stoja w miare nowe samoloty. Od F-4 przez A-6 do F-18 Hornet w malowaniu z cwiczen "red flag". Podczas zwiedzania mozna poprosic jednego z kilku bylych marynarzy tego lotniskowca o pomoc. Wiedza ich jest spora wiec warto wysluchac kilku opowiesci. I tak minal dzien, slonko powoli zachodzilo i okret powoli zachodzil zlotem. Wychodzac z Midway warto zachaczyc o park przy kturym stoi plywajace muzeum. Jest tam monstrualnych rozmiarow rzezba marynarza calujacego kobiete. Czas wracac do samochodu. Jeszcze rundka po okolicy i zerkniecie z okien na miasto noca.
Nastepny dzien to oposzczenie hotelu o wczesnej porze. Po poludniu zawita silna ekipa i bedzie wesolo :) Na razie do tego czasu mala wyprawa do centrum miasta a dokladnie do Balboa Park, gdzie mozna spedzic chwilke odladajac piekny park i budynki w wiekszosci muzea. Niedaleko miesci sie San Diego ZOO. Popoludnie to plaza w La Holla... zachod slonca. Wieczorem londujemy w Bahia resort bardzo fajnym hotelu nad oceanem :)

środa, grudnia 05, 2007

Tydzień w San Diego - part I

sorki za bledy ale to na szybko bez korekty. poprawie potem
Majac chwilke korzystam z okazji i opisze wjazd na poludnie californii. Pomine kilka aspektow i skoncentruje sie tylko na samej wypawie.
Wyprawe zaczalem juz w czwartek po przyjezdzie do San Jose. Kilka chwil na organizacje i logistyke. I wstepny plan byl gotowy. Jak zwykle wszystko ulega modyfikacja ale glowny "szkielet" zostaje niezmieniony. Wynajecie samochodu na lotnisku w SJ zajelo chwilke. Ceny tu sa o polowe mniejsze niz w San Francisco... wiec warto to zapamietac. Godzina caltrainem z SF i zaoszczedzona polowa pieniedzy.
Pietek kolo poludnia ruszam. Zaczyna sie dzien pierwszy. Postanowile dotrzec na noc w okolice San Diego, gdzies na polnoc znalesc jakies mile miejsce do spania. Pogoda sloneczna i pora sprzyjala wygodnej jezdzie. Jeszcze sie nie zaczely korki. GPS ustawilem na Morro Bay jako punkt postoju. Jechalem CA-101. Tempo bylo spokojne wiec bez szalenstw dojechalem do San Luiz Obispo gdzie nastapila mala zmiana planow z powodu powoli uciekajacego dnia :) Postanowilem ominac Morro Bay i pojechalem do Pismo Beach. Malego miasteczka nad oceanem. Tego dnia mocno wialo wiec zwiedanie ograniczylo sie do centrum miasta i plazy z wielkim molo. Misteczko jest swiatowa stolica Clam chowdera, zupy z mieczakow podawana na rozne sposoby. Ostatnio dosc czesto jadanego przez nas w Monterey (tam podaja w bochenku chleba) za 7 usd dwie osoby moga spokojnie to zjesc. Wracam na trase. Ca-101 prowadzi nas przez Santa Barbara, Ventura gdzie wbijam sie do Los Angeles. To juz godziny powrotu ludzi z pracy i wyjazdow na weekend wiec.... korki. Zapomnialem ominac LA i teraz stoje zamiast jechac. Przebilem sie na I-5 na poludnie. Tu tez korek. Juz zaszlo slonce i jest ciemno a ludzi nie ubywa z drogi :) Po ciezkich mekach wydostajemy sie za miasto. Pod koniec dnia docieram do hotelu w Oceanside. Uff kawal drogi a samochod nie mial cruise control. Niedaleko od miasta jest wielka baza marines Camp Pendelton. Czesto slychac smiglowce. Jeszcze tylko jedzonko w Panda express i zapadam w sen. San Diego juz blisko.
Rano pora sie zbierac. Na mapce szukam jakiego wartego zobaczenia miejsca i znajduje Mission San Luis Rey de Francia, zalozona w 1798 misje franciszkanow. Dobrze zachowane miejsce, obsadzone dookola kaktusami (prawie wszystki mozliwe). Wiatr mocno wieje i wyglada na to ze pogoda sie popsuje. Ruszam dalej. Jeszcze sniadanko w In-N-Out burgerowni gdzie w menu maja tylko 3 rodzaje hamburgerow ale za to klada nacisk na jakosc i faktycznie smakuja. Odkrywam przypadkiem ze niedaleko na wschod w strone Escondido miesci sie San Diego Wild Animal Park, gdzie zwierzeta biegaja wolno na duzym terenie (7 km2). Szybka decyzja i po godzinie jestem pod parkiem. Bilet kosztuje 29 usd. Park stylizowany jest na wioske afrykanska i utrzymany w takim klimacie. Duzo tu zwierzakow z calego swiata. Docieram do kolejki ktora wozi po olbrzymim terenie gdzie biegaja najwieksze okazy. Slonie, nosorozce i zyracy i cala pomniejsza reszta :) Lew wyleguje sie na kamieniach a leopardy majestatycznie przechadzaja sie po zboczu. Ladnie ale... oczekiwalem wiecej. Jeszcze chwilka na zdjecia maluchowi slonikowi i calej rodzince :) Zapada zmrok drugiego dnia. A ja jeszcze nie dojechalem do San Diego. Szybko docieram do hotelu ktory znalazlem na necie. W samym "centrum" miasta. Jeszcze kilka akrobacji po ulicach a tu jest kociol straszny i kupuje jedzenie. Wracam zmeczony do hotelu, jakos ten dzien byl dziwnie pechowy hehe ale jakos przetrwalem.



[San Jose - Pismo Beach - Los Angeles - Oceanside - San Diego Wild Animal Park - San Diego - Sea World - Coronado - La Jolla - San Ysidro - Tijuana Mexico border - Niland - Salton Sea - Solvang - Morro Bay - CA-1 - San Jose]

wtorek, grudnia 04, 2007

piątek, listopada 30, 2007

Day 5. Death Valley Expedition.

Dzien 5 i wstaje nad ranem. Slonce jeszcze nie wstalo. Maly rekonesans po terenie. Dzien sie budzi. Wstajemy pojedynczo. Sniadanie i planowanie nastepnego etapu. Tym razem daleka polnoc. Ruszamy pusta droga. Pierwszy cel to Scotty's Castle. Zbudowany przez ekscentrycznego millionera Waltera Scotta w 1922 zamek. Wyglada osobliwie :) Trzeba wjechac kilka mil w kanion zeby zobaczyc to "zjawisko". Teraz jest to czysto turystyczny obiekt. Mozna za niewielka oplata pozwiedzac pomieszczenia. Kilka zdjec i wracamy na glowny szlak. Odbijamy teraz w strone Ubehebe Crater. "Wielka dziura w ziemi". Krater wulkaniczny szeroki na kilometr a gleboki na 237 metrow. Trzeba uwazac idac zeby nie spasc. Obchodzimy (wspinamy) krater i podziwiamy wielkosc. Nawierzchnia jest trudna do chodzenia. Ladujemy sie do wozow. Przed nami spory off-road. Bedziemy przebijac sie na poludnie trasa dla samochodow z napedem na 4 kola :) . Racetrack road w kierunku Racetrack Playa. Trasa trudna i nieprzyjemna. Droga zrobiona przez ciezkie traktory na gasiennicach co daje sie odczuc. Jazda jak po tarce. Wielkie przestrzenie, gory z kazdej strony. Wielkie polacie Joshua Tree, bez porownania wiecej niz w Joshua Tree National Park na poludnie od DV. Formacje skalne zmieniaja sie co kilka mil. Zatrzymujemy sie na chwile i badamy teren. Szukamy kamieni szlachetnych :) , wyglada ze juz ktos tu byl i wszystko zabral. Docieramy do skrzyzowania Teakettle, gdzie stoi drogowskaz obwieszony czajnikami. Kazdy podrozny zostawia tu swoj czajnik hehe. My zostawilismy puszke po mielonce ;) z naszymi autografami. W tym miejscu mam 2 drogi do wyboru. Odbijamy w strone Racetrack. Naszym oczom ukazuje sie wielkie "jezioro" z uschnietego piasku na srodku ktorego hm... jest dziwna skala wygladajaca jak .... wielka kupa :) Mapa pokazuje ze nie ma drogi na poludnie. Wracamy na skrzyzowanie i Hidden Valley jedziemy dalej. Docieramy do konca drogi... mapa klamala ale za to znalezlismy ukryte opuszczone miasteczko gornicze, domki i samochodzy. Chwila zastanowienia i wyciagamy gun-y. Strzelanie do samochodow i lodowki. Kaliber 7.62 przechodzi przez to jak przez tekture (a w filmach ludzie chowaja sie za samochodami i sprzetem w domu ... glupota, teraz widac za na karabin nie ma mocnych). Znajdujemy wjazd na wlasciwa droge. Widoki zmieniaja sie szybko z pustynnych dolin i kanionow w zalesione krete drogi w gorach. Pod wieczor przebijamy sie do glownej drogi :) Wyjechalismy z Death Valley. Zwiad naszej grupy planuje zatrzymac sie na noc na piaskach Olancha i przenocowac. Wydmy i biale piaski... Ostatni grill i pwko. Ruszamy do domu. Dluga noc przed nami ponad 600 mil do San Francisco. Mimo korkow i wypakow po drodze docieramy szczesliwie. Myslami jestem juz przy nastepnej wyprawie .... to wciaga.



••• Death Valley (Furnace Creek, Scottys Castle, Ubehebe Crater, Racetrack Valley, Teakettle Junction, The Racetrack, Hidden Valley) - Olancha Dunes - San Francisco •••

•••• F O T K I ••••

środa, listopada 28, 2007

Day 4. Death Valley Expedition.

Dzien 4 i wstajemy powoli. Noc w hotelu z lazienka zregenerowala nas dobrze. Wypoczeci z nowa energia ruszamy w droge. Na zewnatrz hotelu stoi wielka krowa :) nie wiem dlaczego i po co. Pomnik krowy ? Rozbawilo mnie to mocno. Ustalamy cel na dzisiaj. Bedzie nim centralna czesc doliny. Typowo turystyczna gdzie spodziewamy sie natknac na masy ludzi. Teren wokolo hotelu milo mnie zaskakuje. Widok gor i pustynia u podnuza a na niej prosta jak kreska droga ktorej konca nie widac. Ruszamy i za niecala mile mijamy granice z California :) Nie bylem swiadom ze hotel jest na samej granicy. Pierwszy samochod w konwoju informuje nas ze po jego prawej stronie jest jakies "strzelanie" i skreca gwaltownie. Ruszamy za nim nie bardzo wiedzac o co chodzi. Docieramy przez piaskowa droge to tego miejsca... zjawisko dosc osobliwe, na srodku pustyni ustawione domki jak w westernie a za nimi tarcze strzelnicze. Wokolo krzataja sie ludzie ubrani w stroje z epoki dzikiego zachodu. Rewolwerowcy. Przyjmuja nas milo i chetnie dziela sie iformacjami na swoj temat. To jest SASS czyli pasjonaci sigle action shooting. Klasyczne colty i strzelby. Urzadzaja sobie zawody w strzelaniu na czas itp. Przy nas "wystrzelali" ladna melodyjke z rewolwerow :) Popatrzylismy i czas sie zbierac. Pierwsze slynne miejsce na ktore natrafiamy po drodze to Zabriskie Point. Teraz jest zima i temperatura jest umiarkowana. Bylem juz tu latem gdzie doswiadczylem poteznych upalow. Niesamowite widoki. Tylko zdjecia potrafia oddac to co widzimy. Opuszczamy ten urokliwy zakatek ziemi. Nastepne miejsce to Furnace Creek . Miejsce wyglada jak oaza pelna palm na srodku pustyni. Zatrzymujemy sie na campingu. Szybkie sniadanie i stwierdzamy ze warto tu zostac na noc. Jeszcze nie ma poludnia wiec czasu jest sporo. Peter z pierwszym wozem konwoju zostaje na miesjcu, my ruszamy do Badwater . Najniżej położony punkt w ameryce polnocnej znajduje się 86 m ponizej poziomu morza. Na skalach nad punktem widokowym jest umieszczona tabliczka pokazujaca poziom morza. Najbardziej suche miejsce Ameryki i jedno z najgorętszych miejsc na ziemi, gdzie latem temperatury dochodzą do 57°C, a piasek rozgrzewa się do niemal 100°C. Teraz zbudowano tam taras i zejscie dla turystow. Mozna zejsc i pochodzisc po "soli" na kiladziesiat metrow wglab. Wyglada to jakby ktos wysypal wielka solniczke :). Teren jest plaski wiec w wyobrazni widze jak szybkie samochody bija tu rekordy predkosci ;). Zbieramy sie do samochodu i wracamy ta sama trasa tylko odbijamy na Artist Palette. Jest skret miedzy gory w kanion. Wjazd z jednego punktu a wyjazd w innym. One way road. To skolei miejsce gdzie szalony malarz zostawil swoja alete z farbami. Mamy rozne kolory skal i piasku. Wspinamy sie na skaly. Widoki nie do opisania. Slonko mocno swieci. Powoli mija poludnie wiec czas wracac. Spotykamy sie z Peterem tam gdzie go zostawilismy w Furnance Creek. Rezerwujemy sobie miejsce na noc. Ruszamy na polnoc. Cel to Titus Canyon przez ktory wjezdzamy od strony Nevady. To droda jednokierunkowa przez kanion, nie ma zawracania. Naped na 4 kola sugerowany. Mamy na 2 kola ale dajemy rade. Wspinaczki wozem pod gore dostarczaja duzo emocji i adrenaliny. Droga jest trudna ale da sie prowadzic. Duzo piasku i kurzu w powietrzu. Jako drud woz w konwoju mamy utrudniona widocznosc. Szybko wyczerpuje sie plyn do spryskiwania szyb. Dolewamy co jakis czas wode. W silniku jak w piaskownicy a to dopiero poczatek. Nasza Mazda duzo wytrzymuje jak na miejski SUV. Mijamy rozne formacje skalne, widoki zmieniaja sie czesto i nie jest monotonnie. To juz Off-Road. Co jakis czas zatrzymujemy sie i podziwiamy skarby natury. Mijamy opuszczone miasteczo z kopalnia. Powoli dzien ma sie ku koncowi. Slonko cieplymi kolorami kladzie sie na gorach. Teraz to sa widoki ! Wudostajemy sie z kanionu. Warto bylo. Wracamy na naormalna droge. Teraz juz camping i przygotowanie jedzenia. Ksiezyc swieci tak mocno ze jest prawie jak w dzien. Wiatr juz nie wieje wiec pogoda w nocy jest znosna. Dopijamy co mamy i padamy :) Rano kolejne wyzwanie...

••• Death Valley (Death Valley Junction, Zabriskie point, Furnace Creek, Badwater, Artist Palette, Titus Canyon) •••

Day 3. Death Valley Expedition.

Dzien 3. Wstajemy powoli. Slonce wschodzi zza gor i rzuca swoje cieple swiatlo na nasze wozy. Ruszam o poranku na zwiad. Wdrapuje sie na pobliskie gorki i robie serie zdjec. Na dole w obozie zaczyna sie ruch. Grupa wstaje i szykuje posilek. Duzo dymu unosi sie nad dolina. Widoki sa niesamowite. Po sniadaniu robimy mala rozgrzewke i powtorka ze strzelania. Oszczedzamy ammo na potem. Pakowanie trwa dluga chwile. Samochody ruszaja powoli, teren jest trudny i nie chcemy stracic elementow podwozia i kol. Wydostajemy sie na droge i ruszamy w strone Death Valley. Po drodze mijamy Searles Dry Lake. Plan zaklada przejazd przez DV i dotarcie do Beatty w Nevadzie gdzie mamy skrecic w strone Area 51. Jedziemy dynamicznie i szybko, drogi sa puste tylko uwazamy na policje. Mijamy tablice informujaca nas ze jestesmy juz w slynnej dolinie :) Jedziemy Emigrant Canyon w strone Stovepipe Wells tam odbijamy w na Devils Cornfield zatrzymujac sie w Mesquite Sand Dunes . Miejsce jest niesamowite jakby przeniesione z arabii :) pustynia z diunami, wiatr przypominajacy burze pustynna. Piasek wdziera sie wszedzie, czuje ze mam go pelno w ustach i pod ubraniem :) aparat znosi to dzielnie. Wracamy na trase, powoli sie sciemnia a mamy jeszcze kawal drogi do pokoniania. Zatrzymujemy sie na chwile w pobliskim Ghost Town, opuszczone gornicze miasteczko. Cale budynki i samochody. Tylko ludzi brakuje. Dzwine :) Jadac droga Daylight Pass przekraczamy granice z Nevada. Tu speed limit jest juz 80 mph. Cisniemy. W Beatty tankujemy paliwo i szukamy drogi w strone strefy 51. Obieramy kirunek na polnoc co okazuje bledem. Po kilkudziesieciu milach zatrzymujemy sie w celu weryfikacji trasy. Musimy wracac do Beatty a stamtad na poludnie... Zapada zmrok. Zatrzymujemy sie przy slupie informujacym ze jestesmy przy Area 51 :) . Spedzamy chwile lustrujac niebo z nadzieja ze pojawi sie jakis latajacy pojazd. Nie stwierdzilismy obecnosci UFO lub innych pojazdow. Ruszamy do hotelu. Blisko nas jest Longstreet Inn Casino. Jestesmy juz troche zmeczeni. W hotelu jemy kolacje. A potem idziemy do kasyna :) Kilka partii z automatami i juz jestem bez kilku dolcow. Piotr postanawia odlaczyc sie od grupy zeby samemu pojechac do Las Vegas, ponad godzine jazdy od naszego hotelu. Reszta udaje sie na drinka do pokoju gdzie pada jak trafiona gromem :) tylko Dori jest pelna energii ... a my juz w glebokim snie z kubkami whisky w dloniach...

••• Trona - Death Valley (Emigrant, Srovepipe Wells, The Sand Dunes, Devils Cornfield) - Beatty ( Nevada ) - Area 51 ( Nevada ) - Longstreet Inn ( Nevada ) •••

•••• F O T K I ••••

wtorek, listopada 27, 2007

Day 2. Death Valley Expedition.

Dzien 2 przywital nas slonkiem. Jezioro za dnia okazalo sie calkiem ladne. Kameralna plaza i poranne sniadanko. Opracowujemy plan na dzisiejszy dzien. Ustalanie koordynatow na Trona (reserwat narodowy) gdzie musimy poszukac noclegu. Jazda w konwoju przebiega sprawnie. Mamy staly kontakt radiowy. Docieramy do wyznaczonego miejsca ale okazuje sie ze jest tam zlot mad-max-ow :) Masy ludzi na motoroach i quadach. Zmieniamy cel. Jest oddalony o niecala mile. Ruszamy z glownej drogi przez piaszczysto-kamienista pustynie. To juz off-road. Trudna droga wymaga uwaznej jazdy, tak zeby nie uszkodzic pojazdu. Znajdujemy mila dolinke gdzie rozbijamy oboz. Przygotowujemy teren i ognisko. Pojawiaja sie ludzie na motorach i quadach. Decyzja, rozkladamy nasza bron przy samochodach dajac czytelny sygnal ze nie chcemy tutaj intruzow. Podzialalo wiecej juz nikt nie przyjechal. Chwila na relaks. Strzelanie. Rozmieszczamy cele na roznych odleglosciach. Na poczatek snajperka 7.62 na dlugi dystans. Potem zajecia w podgrupach. Ja przesiadam sie na kaliber 22 i trenuje na uboczu. Luneta jest troche zle ustawiona po ostatnim czyszczeniu wiec trzeba ja "skalibrowac" . Potem strzela bezblednie. Powoli konczy sie amunicja do sks-a. Na szczescie kupilismy duzo do 22. Dla odmiany wyciagamy "dwunastke" mosberga nazywana "pompka" :) do juz bron typu "skieruj w strone przeciwnika i nacisnij spust" :) Zmiata wszystko. nawet trafiamy w butelki w locie :).
Po tak ciezkim dniu pora na grilla. Jest miesko i kielbaski. Ale jest Thanksgiving Day wiec trzeba przygotowac wczesniej kupionego indyka ;) Rozmrazanie wielkiego indora polegalo na pozostawieniu go przez caly dzien na sloncu a potem porabaniu siekiera na male kawalki :) Potem na ruszt i wyszedl smaczny indyczek. Tradycji stalo sie za dosc. Powoli zachodzi slonce. My szykujemy sie do nastepnej nocy w samochodach. W dzien bylo goraco ale w nocy temperatuta bardzo spada. Musimy sie ubrac w cieple kurtki. I tak mija kolejny dzien.


••• Isabella Lake - Ridgecrest - Trona Pinnacles Recreactions Lands •••

•••• F O T K I ••••


Day 1. Death Valley Expedition.

  • Polska Misja Ekspedycyjna.
  • Cel: Eksploracja Death Valley
  • Dni: 5
  • Skład: 4 osoby (Dorota i Peter & Piotr i Marcin)
  • Samochody: Isuzu Rodeo i Mazda CX 7

Pierwsza grupa zwiadowcza w skladzie Dori i Peter wyruszyla w dniu 1 juz rano. My wyjechalismy po poludniu. Zwiad mial znalesc i przygotowac logistyke na noc. Kontakt zapewnial nam radioodbiornik Motorola i ustalone miesjca pierwszego spotkania w sytuacji gdy srodki lacznosci zawioda. Wyruszylismy z San Francisco przez Bay Bridge w strone Oakland, tam po drodze zakupilismy prowiant i ruszylismy na I -5. Okazalo sie ze jest telefony dzialaja i ustalilismy zbiorke nad jesiorem Izabella okolo 5-6 godzin od SF. Swieto indyka :) spowodowalo spore korki na drogach, wszyscy jechali do rodzin. Dotarlismy do celu kolo 1 am. Namierzalismy sie radiem. Grupa zwiadowcza przygotowala baze logistyczna nad samym brzegiem jeziorka. Bylo ognisko i cieply prowiant. Whisky tez :) Spotkanie potrwalo do rana. Ksiezyc swiecil bardzo jasno. Nocleg w samochodach.



••• San Francisco - Oakland - Bakersfield - Isabella Lake •••

•••• F O T K I ••••


Mam California Drive License :)

Zdalem drive test :)


Czesc druga "robienia" prawka w Cali. Po tescie pisemnym przyszla pora na egzamin praktyczny czyli jazde po miescie. Przez strone internetowa DMV ustalilem termin spotkania (ponad tydzien czekania w San Jose i miesiac w San Francisco). Wybralem San Jose, znam miasto i okolice wiec czulem sie pewniej. Procedura wymaga zeby kazdy zdajacy przyjechal samochodem na egzamin, moze byc z wypozyczalni z dokumentem (listem od wypozyczalni ze zgadzaja sie zebym na tym wozie zrobil test) ubezpieczeniem, samochodem znajomego z upowaznieniem i z osoba majaca juz prawo jazdy itp... Okazalo sie ze wystarczy tylko kwit z wypozyczalni (na ktory nawet nie patrza :) i przyjechalem sam :) .Egzamin mialem na 2.20 pm wiec jeszcze nie bylo korkow. Dotarlem spokojnie w godzinke z SF, pogoda byla sloneczna wiec humor dopisywal. Nawet sie nie stresowalem (jest kilka prob wiec mozna spokojnie do tego podejsc). Zaparkowalem pod DMV w SJ. W srodku jak zwykle klebil sie tlum ludzi (w DMV zalatwia sie prawie wszystko hehe) Zglosilem sie do okienka z tabliczka DRIVE TEST i dalem wszystkie tymczasowe papierki. Pan (90% pracownikow to kolorowi) sprawdzil wszystko (nie przygladal sie papierom z rentowni) i wydrukowal kwitek i kazal podjechac wozem na linie egzaminacyjna pod urzedem. Podjechalem i ustawilem sie w kolejce, dwa wozy byly przede mna. Jeden samochod zostal zdyskwalifikowany za brak jednego swiatla stopu. Dwie groznie wygladajace panie egzaminatorki pojawily sie na scenie :) Do mnie podeszla ta mniej groznie wygladajaca hehe. Podpisalem karte ze rozumiem o co chodzi itp. Nastepnie opadlilem stacyjke i musialem pokazac co gdzie jest :) hamulce, klakson, swiatla itp jedyne co "nowe" to znaki reka (jak pokazac chec skretu w lewo, prawo i stop przy pomocy lewej reki). Potem Pani wsiadla i powiedziala zebym wykonywal jej instrukcje. Ze nie bedzie kazala robic czegos "Illegal" (a co typowe dla polskich egzaminatorow ktorzy lubia kazac skrecac w niedozwolone miejsca zeby czlowieka uwalic) Powiedziala ze bedzie wszystko notowac i zebym sie tym nie stresowal. I ruszylismy. Jazda trwala moze z 15 minut. Egzaminatorka okazala sie bardzo sympatyczna i usmiechnieta i mowila "we wont You to pass the egzam" :) Zrobilem kilka bledow typowo europejskich hehe ale jak dojechalismy to zostalem poinformowany ze zdalem. Chwile poswiecila mi na wytkniecie bledow, gdzie najwiekszy byl ze nie spojrzalem przez ramie w lewo jak ruszalem spod kraweznika (patrzylem w lusterka) a oni sa na tym punkcie wyczuleni !! chodzi o martwe punkty. Ucieszylem sie i poszedlem do okienka po tymczasowe ale juz potwierdzone prawo jazdy. Taki kwitek. Odbieram plastik za 2 tyg do 4 tyg. Wiec bylo milo i przyjemnie. Zeby w Polsce to tak wygladalo......