środa, stycznia 21, 2009
Żeby tylko samochód nie zamarzł.
Z ciepłej Kalifornii do mroźnej Kanady...
Pierwszy raz w życiu zapragnąłem świadomie pojechać do "zimnego" i na dodatek byłem tym podekscytowany. Pogoda w gorącej Kalifornii rozpieszcza i człowiek przywykł do słońca i całorocznej zieleni za oknem. Okres świąteczny nieodłącznie kojarzy się ze śniegiem, a moje dotychczasowe święta przeważnie spędzałem w jakichś tropikalnych rejonach świata. Tym razem spragniony prawdziwej świątecznej atmosfery skorzystałem z zaproszenia moich starych znajomych z Kanady. Rezerwując bilet za oknem miałem 23 stopnie Celsjusza, a miasto do którego zmierzałem, czyli Toronto pokryte było grubą warstwą śniegu, a temperatura była odwrotnością mojej - czyli 23 stopnie Celsjusza. To dopiero wyzwanie. Wbrew pozorom w Kalifornii nie trudno o ciepłe ubrania, ale z czystego lenistwa nie zaopatrzyłem się w nic specjalnego - poza zimową kurtką, która wyglądała na solidną.Przelot musiałem tak zaplanować, żeby znaleźć się jak najbliżej granicy z Kanadą - loty bezpośrednie są kosmicznie drogie i kosztują prawie tyle samo co do Europy! Szaleństwo. Zakupiłem przelot z San Francisco do Chicago, a tam przesiadka do Buffalo - miasta w stanie New York, które leży prawie na granicy z Kanadą. Bałem się tylko niespodziewanych burz śnieżnych, które potrafią zamknąć każde lotnisko na wschodzie USA.
Na miejsce doleciałem bez większych kłopotów, jednak na lotnisku okazało się, że mój bagaż nie zdążył się przesiąść tak szybko jak ja i pozostało wypełnić odpowiedni druczek z podanym adresem, gdzie mają dostarczyć mi moją walizkę. Nie miało znaczenia, że podane namiary były w Kanadzie. Dzień wcześniej zarezerwowałem sobie on-line przejazd specjalnym busem, który kursuje pomiędzy lotniskiem w Buffalo a lotniskiem w Toronto. Wygodny, przestronny i co ważne przy przekraczaniu granicy - mniej formalności. Było późno w nocy i nie mogłem skorzystać z zwykłych autobusów|: Coach Canada czy Greyhound, których godziny kursowania nie bardzo mi pasowały. Oczekiwany transport zjawił się znacznie przed czasem i szczęśliwy, że nie muszę czekać pojechałem z jeszcze jednym pasażerem.
Dojazd do granicy zajął kilka minut, a pustki w budkach świadczyły o słabym ruchu. Niestety trafiła nam się pani, która chyba miała zły dzień lub pierwszy tydzień w pracy. Wymaglowała nas niesamowicie, aż zrobiło się nieprzyjemnie. Dostałem nawet tak głupie pytanie czy nie zamierzam przypadkiem pracować w Kanadzie - na co ja zrobiłem chyba wielkie oczy i bez zastanowienia odpaliłem "Ale tutaj jest zimno!" i chyba tym przekonałem służbistkę. Pasażera obok mnie też spotkał zestaw męczących pytań, a człowiek był jakimś wiceszefem wielkiej firmy, dla nich nie ma to znaczenia. Generalnie bardzo nie lubię przekraczać granicy USA lub Kanady, o ile oficer sprawdzający paszporty jest w miarę miły, to celnik może zgnoić równo każdego i samopoczucie po takim maglu może się bardzo zepsuć. Na szczęście nie kazali wyjmować bagaży i ruszyliśmy dalej dyskutując z mocno zdziwionym kierowcą, którego też ostro przemaglowano. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim od Kanadyjczyków, widać to kwestia ludzi i humoru. Oglądałem zza okna zaspy śniegu jakich dawno nie pamiętałem. Moje wszystkie ciepłe rzeczy były w zagubionej walizce :(. Bus odstawił mnie na wyznaczony "przystanek", gdzie czekał na mnie mój znajomy. Dotarcie do domu zajęło małą chwilkę, a wszystko przez ogromne zaspy i pługi które nie nadążały ze zgarnianiem śniegu. No to miałem swoją zimę!
W domu czekało mnie miłe powitanie, piękna choinka i ciepły kominek. Rano zaspy były tak wielkie, że trzeba było wykopać wejście do domu, oczywiście zabrałem się na ochotnika i latałem z łopatą jak nawiedzony, nawet sąsiedzi patrzyli dziwnie. Odśnieżanie wystarczyło na 2-3 godziny i potem trzeba było powtarzać wszystko od nowa. Kilka dni przed świętami spędziłem w mieście Mississauga, które można właściwie nazwać sypialnią Toronto. Osiedla domków jednorodzinnych wyglądają tutaj tak samo i szczerze nawet wprawny tropiciel indiański mógłby łatwo się zgubić. Wszystko wygląda identycznie. Nudno. Przywykłem do ciekawych widoków zza okna, a w tym rejonie nie miałem czego się spodziewać. Tylko piękny biały puch i przebijające słońce dodawało miejscu uroku.
Trudno zwiedzać miejsca przy dużych ujemnych temperaturach, ale spróbowałem, pojechaliśmy do starej dzielnicy Missisauga - Streetsville, gdzie jedna ulica po obu stronach z pięknymi starymi domkami pozwalała odczuć atmosferę świąt. Piękne ozdoby, światełka i choinki tworzyły trochę bajkowy krajobraz na małej przestrzeni. Po kilku minutach na mrozie - człowiek nie był w stanie już funkcjonować i szybko uciekliśmy do samochodu.
Po 24 godzinach o zagubienia bagażu pod drzwiami pojawił się Hindus (trzeba wiedzieć, że port lotniczy w Toronto to chyba interes rodzinny i pracują tam głównie ludzie z Pakistanu lub Indii, co troszkę szokuje) - dostarczył mi moją walizkę i coś tam marudził, że nie mógł się dodzwonić na numer podany na formularzu. Nie miał szans, nie dodał +1 przed moim numerem! Tak to wygląda, roaming jest automatyczny, numery podobne (w San Francisco zaczyna się od 415 a w Toronto od 416) ale na miejscu trzeba niestety dodać jedynkę przed numer wtedy dopiero uzyskamy połączenie.
Polubiłem bardzo lokalną sięć sklepów alkoholowych LCBO za Polskie browary, jest tutaj prawie wszystko co potrzeba :)
![]() |
| Winter Impression - Mississauga |
wtorek, stycznia 20, 2009
Magic places: Cliff House
![]() |
| Cliff House |
poniedziałek, stycznia 19, 2009
MLK Day
Martin Luther King Jr. Day jest świętem federalnym, obchodzonym w trzeci poniedziałek stycznia każdego roku. MLK Day ustanowił prawnie w 1983 roku prezydent Ronald Regan ale dopiero od 2000 roku wszystkie 50 stanów zaczęło przestrzegać i honorować to święto - jest to dzień wolny od pracy ale sporo firm prywatnych nie uznaje tego święta.Miał również przeciwników wśród czarnoskórych działaczy, takich jak Malcolm X, który uważał jego metody za stanowczo zbyt łagodne. Ostatecznie władze amerykańskie zostały przyparte do muru i w 1964 roku została zniesiona segregacja rasowa w miejscach publicznych. A w grudniu tego roku Martin Luther King otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. 4 kwietnia 1968 roku został zastrzelony w Memphis w stanie Tennessee.
28 VIII 1963 roku o godzinie 13.00 pod pomnikiem Lincolna w Waszyngtonie zaczyna się wielogodzinny festiwal przemówień polityków i występów artystów popierających równouprawnienie czarnych. Przyszło wiele sław filmu i estrady. Jest Marlon Brando, Paul Newman, Charlton Heston, Harry Belafonte, Judy Garland. Burt Lancaster,Josephine Baker. Śpiewają artyści młodzi, ale obiecujący: Bob Dylan, Joan Baez.
Wreszcie jeden z organizatorów, murzyński działacz związkowy Philip Randolph, zapowiada Martina Luthera Kinga. Nazywa go moralnym przywódcą narodu. King przeczekuje burzę oklasków i zaczyna wygłaszać napisane w nocy przemówienie. Jest bardzo zmęczony, głos ma zduszony, ochrypły. Gdy dochodzi do części, w której domaga się wolności zaraz i pracy zaraz, ogromny tłum podchwytuje rytm tych słów i skanduje je. Uskrzydla to nagle Kinga. Odrzuca tekst i mówi spontanicznie:
"Miałem sen, iż pewnego dnia ten naród powstanie, aby żyć wedle prawdziwego znaczenia swego credo: uważamy za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi. Miałem sen, że pewnego dnia na czerwonych wzgórzach Georgii synowie dawnych niewolników i synowie dawnych właścicieli niewolników będą mogli zasiąść razem przy braterskim stole. Miałem sen, iż pewnego dnia moich czworo dzieci będzie żyło wśród narodu, w którym ludzi nie osądza się na podstawie koloru ich skóry, ale na podstawie tego, jacy są".
Gdy kończy, nad 200-tysięcznym morzem głów zalega cisza.
niedziela, stycznia 18, 2009
Słonie Morskie w Año Nuevo State Reserve
Kalifornia nie przestaje mnie zaskakiwać, myślałem, że odwiedziłem już wszystkie miejsca warte zobaczenia w okolicy, ale okazało się, że nie...Na południe od San Francisco, ponad godzinę jazdy samochodem, niedaleko od Santa Cruz - przy drodze numer 1 znajduje się Año Nuevo State Reserve z dużą kolonią Północnych Słoni Morskich. Z informacji uzyskanych na stronie internetowej, wizyta u ssaków poprzedzona jest rejestracją - ze względu na dużą liczbę chętnych. Postanowiłem zaryzykować i pojechałem tam - bez wymaganej rejestracji, na miejscu dowiedziałem się, że często zdarza się, że ktoś nie odbierze zamówionego biletu lub po prostu jest na daną godzinę mała pula extra biletów [7 $]. Jedynie na co nie miałem wtedy wpływu - to wybór godziny, o której zaczyna się tura. W moim wypadku musiałem odczekać 1,5 godziny. W oczekiwaniu na moją grupę udałem się na pobliską plażę, gdzie zaskoczył mnie spokój oceanu i brak ludzi. Postanowiłem przespacerować się trochę i zaabsorbowany pięknymi widokami klifów, nie zauważyłem ogromnych cielsk słoni morskich leżących pojedynczo co kilka metrów. Byłem w lekkim szoku, spodziewałem się stworzeń niewiele większych od lwów morskich, a miałem przed sobą giganty dochodzące do czterech metrów! Porozstawiane na plaży znaki informacyjne zabraniały podchodzenia do tych ssaków na odległość do 7 metrów, dziwiło mnie to, słonie morskie wyglądały tak przyjaźnie i leniwie -ważyły spokojnie kilka ton, że człowiek - nigdy nie spodziewałby się, że mogą komuś zrobić krzywdę. Dopiero widok szybko przemieszczającego się samca, który wypełzł z oceanu uświadomił mi, że nie miałbym szans w wyścigu z nim :). Ogromna masa tłuszczu "galopowała" z oszałamiającą prędkością w stronę krańca plaży po to tylko, żeby obsypać się piaskiem i zalec na kilka godzin w jednej pozycji. Oczywiście pojawiające się co kilka minut grupki ludzi lekceważyły - te zakazy i podchodziły na wyciągnięcie ręki do zwierzęcia, które o dziwo kompletnie ignorowało ludzi odprowadzając delikwentów wzrokiem. Z pyska stworzenie jest prześmieszne, zwisająca trąba i ciekawe oczka potrafią rozśmieszyć każdego, chrapanie tych stworów dodaje im komicznego uroku. Wyglądało na to, że nie trzeba było wydawać pieniędzy, żeby zobaczyć słonie morskie, ale dla mnie to była tylko próbka tego co podobno miało mnie czekać na szlaku.
Wróciłem do punktu zbornego przy głównych drzwiach i po chwili przewodnik zebrał nas w około 20 osobową grupkę. Grupy ruszają co 15 minut spod budynku rezerwatu, dojście do punktu spotkania z przewodnikiem zajęła mi 15 minut. Tam czekało na nas dwóch wolontariuszy - przewodników, którzy na wstępie poinformowali nas o zasadach bezpieczeństwa i o zachowaniach tych ssaków. Potem zaczął się marsz po wydmach w stronę legowisk słoni morskich, przewodnik opowiadał podczas drogi ciekawe historyjki. Zaopatrzeni w niezbędną wiedzę dotarliśmy do plaży. Musieliśmy stąpać ostrożnie i po cichu, tak żeby nie rozgniewać leżących gigantów - naprawę to wielkie zwierzaki, człowiek przy nich wydaje się malutki. Niestety nie można podejść zbyt blisko, trzeba utrzymać dystans 5-10 metrów. W takiej sytuacji przydaje się teleobiektyw. Słonie lubią wylegiwać się schowane w krzakach -poza plażą i trzeba uważać, żeby nie "wpaść" na tego olbrzyma.
Jedno trzeba im przyznać, pomimo swojego śmiesznego wyglądu - potrafią ładnie śpiewać, dźwięki jakie unoszą się nad ich legowiskami są niesamowite. Samice z młodymi wypełniały każdy kawałek plaży i nie wydawało się możliwe - ciche prześlizgniecie się pomiędzy nimi. Drugą sprawą był przewodnik, który skrupulatnie pilnował, żeby nikt nie podszedł za blisko - co mnie zmartwiło, musiałem robić zdjęcia z pewnej odległości przy użyciu teleobiektywu. Ale na szczęście dobrze obfotografowałem je wcześniej na niepilnowanej plaży. Przeszliśmy tak na kilka punktów widokowych mając widok, na różne grupy słoni morskich. Spokojnie, z odległości widziałem niesamowite walki samców, które robiły ogromne wrażenie. Wielkie cielska sprawnie przemieszczające się po plaży i rzucające się sobie do gardeł! Dopiero teraz dotarło do mnie jak ryzykowałem podchodząc zbyt blisko do nich, kilka godzin wcześniej. Ale co dziwne dla mnie - nie słyszałem o żadnych wypadkach, więc uznaję, że ssaki jeśli zachowa się rozsądek - nikomu krzywdy nie zrobią. Nie spodziewałem się, że będę tym miejscem zachwycony do tego stopnia, że odwiedzę je później jeszcze kilka razy - zabierając zaskoczonych mieszkańców okolic San Francisco - nikt o tym miejscu wcześniej nie słyszał, co było mocno zadziwiające.
Północny Słoń Morski to olbrzymi ssak, największy przedstawiciel z rodzaju zaliczanego do rodziny fok. Są to zwierzęta stadne, które swoją nazwę wzięły od swoich dużych rozmiarów oraz od pysków samców, które przypominają trąbę. Północny słoń morski ma barwę żółtawą albo szaro-brązową (po kilku godzinach wylegiwania się na plaży, po wyjściu z wody mają kolor stalowy-ciemny). Dorosły samiec może ważyć do czterech ton, największy znany samiec słonia morskiego ważył 5 t i miał 6,9 m długości. Samice są znacznie mniejsze, długość ich wynosi do 3,5 metrów, ważą od 500 do 900 kilogramów, ale i tak potrafią wydać na świat noworodka ważącego 50 kilogramów o długości ok. 1,2 metra i karmić go przez trzy tygodnie tak intensywnie, że ten po tym czasie osiąga 175 kilogramów i zaczyna życie samodzielne. Samice mają każdego roku tylko jedno młode, ciąża trwa ok. 11 miesięcy. Samice dożywają 20 lat, a samce 14. Najbardziej zdumiewające w tym wszystkim jest to, że słonie morskie przez cały czas przebywania na lądzie, kiedy to odbywają niezwykle wojownicze zaloty, a samice po 350 dniach ciąży rodzą młode, wszystko to robią bez przyjmowania pokarmu, może to trwać nawet do 4 miesięcy!. Odznaczają się niezwykłą siłą i wytrzymałością. Potrafią urządzać wyprawy na ławice ryb i głowonogów odległe nawet o 2000 km od ich miejsc lęgowych, potrafią nurkować na głębokość 1500 metrów wstrzymując oddech na całe dwie godziny. Czas na dekompresje jest imponujący - tylko 3 minuty. Nie wiadomo jakie mechanizmy fizjologiczne są im pomocne w tak niezwykłych dla ssaków sytuacjach, ale wszystko to natura - nie ma czasu dłuższy odpoczynek a dookoła mogą grasować rekiny i orki. Na lądzie mimo swoich dużych rozmiarów poruszają się szybciej niż człowiek. W czasie sezonu rozrodczego samce stają się w stosunku do siebie wyjątkowo agresywne (na własne oczy widziałem niezłą walkę, która po kilku długich minutach skończyła się w oceanie remisem). Walczą wtedy między sobą o terytoria, a "haremy" poszczególnych samców dochodzą do 40 samic.
![]() |
| Año Nuevo State Reserve |
piątek, stycznia 16, 2009
Linia tramwajowa F
San Francisco ma w ofercie jedną najfajniejszych atrakcji linię tramwajową F na odcinku Castro - Market Street - Fishermas Wharf, którą obsługują wyłącznie zabytkowe wagony. Są to głównie wagony typu "PCC" (Presidents' Committee Car), opracowane w latach 1929-36 przez zespół pod kierunkiem prezesów przedsiębiorstw komunikacyjnych, które poszukiwały rozwiązań technicznych mogących uratować tramwaj w obliczu konkurencji samochodu.Tramwaje te służą jako zwykły środek transportu miejskiego i cena za przejazd jest według cennika MUNI - 1.50 USD lub Bilet miesięczny.
czwartek, stycznia 15, 2009
Magic places: Twin Peaks
Twin Peaks to dwa wzgórza usytuowane w geograficznym centrum miasta San Francisco i wysokie na 281 metrów. Widok z tego miejsca należy do najlepszych w całym mieście, panorama jaka roztacza się u podnóża pokrywa prawie 360 stopni. Dotarcie na szczyt jest proste pod warunkiem, że mamy samochód i lubimy krętą drogę w innym razie wymaga to od nas sporo wysiłku fizycznego - podejście na własnych nogach na szczyt to nie lada wyczyn. W pobliżeTwin Peaks najbliżej podjeżdża autobus numer 37 i zatrzymuje się dość blisko szlaku dla pieszych. Miejsce jest bardzo oblegane w sezonie turystycznym a zwłaszcza przy okazjach święta 4-go Lipca, pokazów lotniczych lub innych, które najlepiej obserwować z najwyższego punktu. Jeśli ktoś się spodziewa romantycznych chwil nocną porą to może o tym zapomnieć, często tłum bywa większy po zmroku niż za dnia. A widoki są niezapomniane i bez statywu nie ma co ruszać. Parking jest malutki i bywają duże kłopoty z zaparkowaniem wozu. Polecam kocyk plus zestaw piknikowy i spędzenie kilku popołudniowych godzin relaksując się na wzgórzu z panoramą San Francisco w tle...


The SF City ID Card
Od 15 stycznia można ubiegać się o The SF City ID Card czyli Kartę Miejską która w wielu wypadkach może być stosowana zamiast innego dokumentu tożsamości. Karta wydawana jest tylko mieszkańcom miasta i hrabstwa San Francisco. Posiadacze owego plastiku ze zdjęciem mogą liczyć na łatwy dostęp do różnych programów miejskich i lokalnych biznesów. Karta między innymi poświadcza wiek i miejsce zamieszkania co przydaje się przy zakupie alkoholi i papierosów lub przy wejściu do lokali, może być użyta jako Karta Biblioteczna, istnieje opcja wprowadzenia danych kontaktowych bliskiej osoby na wypadek nagłego wypadku, można załączyć informacje na temat chorób i alergi, zapewnia zniżki na rodzinne wycieczki po mieście, w restauracjach i muzeach i służy jako forma identyfikacji, przy otwieraniu rachunku w wybranym banku. Cały proces załatwiania The SF City ID Card wymaga od petenta stawienia się w City Hall, wypełnienia wniosku i udowodnienia, że jest się mieszkańcem miasta. Wszystkie szczegóły na stronie urzędu: Office of The County ClerkLodowisko w San Francisco


środa, stycznia 14, 2009
Magic places: Pier 14 and Spider
Przy Embarcadero pomiędzy ulicami Mission i Howard znajduję się niepozorny Pier 14 wyglądający jak długie molo. Miejsce to nie ma żadnego przeznaczenia związanego z portem i jest czysto turystycznym punktem widokowym z kilkoma metalowymi krzesełkami. Z tego miejsca można podziwiać piękną panoramę zatoki z mostem Bay Bridge i wyspami Yerba Buena iTreasure Island. Wystarczy odwrócić się plecami do zatoki a naszym oczom ukażą się równie piękne widoki na centrum miasta z wieżowcami, Ferry Terminal i odległąCoit Tower. Przy wejściu na Pier 14 musimy bez lęku ominąć ogromną rzeźbę pająka, dzieło artystki Louise Bourgeois. Pająk ten został stworzony specjalnie dla miasta San Francisco i ma pozostać w tym miejscu przez kilka miesięcy a może i dłużej. Podobną rzeźbę można podziwiać w Paryskim Luwrze.![]() |
| Pier 14 and Spider |
Airbus A380 zawitał do San Francisco
wtorek, stycznia 13, 2009
Крепость Россь - Fort Ross
Na północ od San Francisco, w hrabstwie Sonoma znajduje się dość osobliwe miejsce, które zaskoczy każdego... - kto nie zna dokładnie historii Ameryki. Jest nim Rosyjski Fort! Jadąc autostradą numer jeden z przepięknymi widokami za oknem, docieramy do Parku Stanowego Fort Ross, osady założonej przez Rosjan w celach handlowych. Miejsce jest bardzo urokliwe i kompletnie nie pasuje do znanej nam Kalifornii. Osada z wysokim drewnianym płotem i wieżyczkami, a w środku armaty, zabudowania i kościół przenoszą nas w XIX wiek. Samo dotarcie na miejsce jest proste, ale nieuważny turysta - łatwo może przejechać skręt w głównej autostrady - czego byłem kilka razy świadkiem.Przy wjeździe trzeba uiścić drobną opłatę, często nikogo nie ma w budce i wtedy trzeba to zrobić samemu - podobnie jak na kempingach wrzucając pieniądze w kopercie do skrzynki. Samochód zostawiamy na wielkim parkingu i udajemy się do budynku administracji, w którym mieści się całkiem spore muzeum. Warto zacząć od tego punktu, gdzie bardzo szybko zapoznamy się z historią tego miejsca. Dużo tam pamiątek po Rosyjsko-Amerykańskiej Kompanii Handlowej, repliki indiańskich canoe i broni. Czytając informacje podawane w bardzo zwięzły sposób - czasem trudno uwierzyć w to - co się widzi. Rosyjskie flagi i budynki kilkanaście kilometrów od San Francisco to dla zwykłego zjadacza chleba... coś abstrakcyjnego :). Gdyby w tamtych czasach Rosjanie mieli jakiegoś Cara wizjonera większego niż Piotr Wielki - to myślę, że granice administracyjne Rosji wyglądały by bardzo imponująco.
Po zapoznaniu się z historią Fortu Ross przechodzimy głównym wyjściem na małą dróżkę, która prowadzi nas przez przyjemny lasek, aż do głównej drogi prowadzącej w stronę Fortu. Z oddali widać już wysokie palisady znajome każdemu Polakowi, który czytał lub oglądał „Ogniem i Mieczem" Sienkiewicza. Na rogach górują dwie wysokie wieże strażnicze z otworami strzelniczymi. Na teren fortu wchodzimy przez główną bramę, która znajduje się przy głównej drodze. Widok jak dla mnie niesamowity, mały skansen z bardzo dobrze zachowanymi budynkami i cerkwią. Duży plac po środku z małą studnią i kilka armat ustawionych po lewej stronie w szeregu - idealnie pasują jako tło do zdjęć.
Zwiedzanie można zacząć od wizyty w Domu Kushkova - twórcy Fortu i kolonialnego administratora tego miejsca. Rewelacyjnie zachowane są wnętrza ze zrekonstruowanymi pomieszczeniami handlowymi, zbrojownią i pokojami mieszkalnymi. Nawet szyby w oknach są z tamtej epoki, lekko "przekłamujące" widoki na zewnątrz. Co jakiś czas napotykamy na grupki rosyjskojęzycznych turystów - co dodaje klimatu temu miejscu :). Obok tego największego budynku znajduje się najbardziej charakterystyczny budynek - Cerkwia z dwoma prawosławnymi krzyżami. To jest chyba najładniejsza budowla, w środku skromny ołtarz i mała salka z kopułą. Warto wejść do strażnic na rogach palisady, widok od strony zachodniej jest imponujący, przed nami rozciąga się widok na ocean, a z drugiej strony na wnętrze Fortu Ross. Dalej znajdują się dwa budynki Dom Rotcheva i Oficjalne Kwatery, w środku których zrekonstruowano pokoje rzemieślników i handlarzy. Wszystko w świetnym stanie. Obok tych budynków znajduje się maszt flagowy z powiewającą flagą Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej, której barwy są identyczne do obecnie obowiązujących w Rosji :). Wychodząc zachodnią bramą można udać się szeroką drogą do małej zatoczki, w której ponad sto lat temu cumowały okręty handlowe. Widoczki na okolice warte są małego spaceru. Osada, która funkcjonowała wokół Fortu już dawno nie istnieje i jedynie obrazy świadczą o tym - jak wysoko rozwinięta była ta daleko wysunięta placówka handlowa. Wiele osób po zwiedzaniu nie omieszka zasiąść na wielkich ławach i zrobić sobie mały piknik w miłej atmosferze. Opuszczając Fort kilkanaście metrów na południe przy głównej drodze numer 1 znajduje się zjazd na stary cmentarz prawosławny. Dużą przestrzeń pokrywa "las" krzyży z jednym wielkim górującym nad nimi. Z tego miejsca, położonego trochę wyżej mamy ładną panoramę na cały Fort Ross. Jeśli komuś byłoby mało rosyjskich klimatów - to po kilku milach można skręcić na miejscowość Guemeville, droga prowadzi wzdłuż Russian River, która to oferuje w sezonie wiosenno-letnim spływy kajakowe bardzo popularne wśród mieszkańców Bay Area. Alternatywną trasą jest Moscow Road, która ciągnie się tuż przy rzece. Jadąc dalej łukiem w stronę południową przecinamy małą miejscowość Sebastopol, która poza miłymi domkami i uliczkami nie oferuje żadnych atrakcji związanych z Rosją.
W 1741 roku do wybrzeży leżącej na północno-zachodnim krańcu Ameryki Północnej Alaski dotarła tzw. druga ekspedycja kamczacka pod dowództwem Vitusa Beringa, Duńczyka w służbie rosyjskiej, sławnego żeglarza i odkrywcy. Rosjanie zaczęli na dobre eksplorować i wykorzystywać gospodarczo tę krainę dopiero w latach siedemdziesiątych XVIII wieku. Największą aktywnością wykazali się kupcy Grigorij Szelichow i Iwan Golikow, którzy w 1786 roku dotarli na wyspę Kodiak w pobliżu Alaski, gdzie założyli osadę handlową. Kupiecki duet próbował zdyskontować sukces na dworze Katarzyny II, lecz caryca nie dała się namówić na finansowe wsparcie ich przedsięwzięć i nadanie monopolu na eksploatację Alaski. Dopiero jej następca Paweł I, który w czasie swych krótkich, acz burzliwych rządów robił wszystko na przekór nieżyjącej matce, zezwolił Natalii Szelichowej, wdowie po Grigoriju, i jej najbliższym krewnym utworzyć Kompanię Rosyjsko-Amerykańską (Rossijsko-Amerikanskaja Kompanija – RAK). Dał jej wyłączność na gospodarczą eksploatację Alaski oraz prawo do przyłączania do Rosyjskiej Ameryki – tak nazwano posiadłości rosyjskie w Ameryce Północnej – terytoriów, na których nie położyły jeszcze ręki inne państwa. Od 1812 roku w okolicach San Francisco działała kolonia handlowa kompanii Fort Ross. Przetrwała do 1841 roku, gdy z powodu rosnących kosztów utrzymania władze RAK sprzedały ją meksykańskiemu spekulantowi Johnowi Augustusowi Sutterowi za 30 tys. dolarów z czteroletnim terminem płatności. Kłopoty zaczęły się, kiedy kompania ewakuowała mieszkańców i inwentarz ruchomy do Nowo-Archangielska. Sutter przepadł, a jego zobowiązania musiał przejąć rząd meksykański. Rosjanie i tak nie zobaczyli pieniędzy, bo w 1846 roku Kalifornię zajęli Amerykanie, a dwa lata później odkryto tam złoto. W atmosferze złotej gorączki nikt nie zaprzątał sobie głowy rosyjskimi roszczeniami. Niewielką rekompensatą było pozyskanie skromnej koncesji na wydobycie złota, dzięki czemu nieco cennego kruszcu trafiło do Petersburga.
![]() |
| Fort Ross - CA 1 |
74X - CultureBus
Od jakiegoś czasu na ulicach San Francisco można zobaczyć nowy żółty autobus linii 74X z logo CultureBus na burcie. Jest to ciekawy pomysł, który świetnie trafia nie tylko do turystów ale też do mieszkańców miasta chętnych do odwiedzenia kilku atrakcji kulturalnych San Francisco oddalonych od siebie o kilkanaście mil.OUTBOUND:
- Howard & New Montgomery
- 3rd St. & Minna (Yerba Buena)
- Geary & Powell (Union Square)
- McAllister & Larkin (Civic Center)
- Music Concourse Dr. (Golden Gate Pk.)
- Hagiwara Tea Garden Dr. (Golden Gate Park)
- Lincoln Way & 9th Ave. (Golden Gate Park)
- Larkin & McAllister (Civic Center)
- Post & Powell (Union Square)
- 3rd St. & Mission (Yerba Buena)
- Howard & New Montgomery

poniedziałek, stycznia 12, 2009
Do Kanady bez wizy TYLKO z paszportem biometrycznym

Quarter czyli ćwierćdolarówka


Ale mam dobrą wiadomość dla kolekcjonerów w 2009 roku uruchomiony zostanie następny program tym razem monety poświęcone będą Dystryktowi Columbia oraz terytoriom zależnym USA. "Ćwiartki", które wyjdą nie będą należeć do serii "50 StateQuarters", lecz do "The District of Columbia and United States Territories Quarter Program". Sześć nowych monet poświęconych będzie Stolicy USA czyli District of Columbia, Puerto Rico, US Virgin Island, Guam, American Samoa, Northern Mariana Islands. Myślę, że te monety będą najbardziej pożądane przez kolekcjonerów a dostępność nie będzie już tak łatwa co chyba podbije ich cenę na rynku numizmatycznym :).

Napa Valley
Kalifornia ma takie miejsce, które jest odwiedzane częściej przez mieszkańców tego stanu, niż przez turystów, jest nim Dolina Napa - region winiarski. Mieszkańcy Bay Area i San Francisco mogą uważać się za szczęściarzy, dojazd w to miejsce nie zajmuje więcej niż godzinę. Trzeba pamiętać tylko w jakim celu udajemy się do Doliny Napa - czy w celach degustacji win, czy zwykłego zwiedzania okolic... W pierwszym wypadku warto wybrać lub wylosować kierowcę, który nie będzie degustował win, a w drugim koniecznie trzeba zabrać ze sobą aparat fotograficzny, ponieważ widoczki jakie będziemy mieli zaserwowane - należą do jednych z ładniejszych i spokojnie można później zażartować, że było się w południowej Francji. Dolina nie przypomina typowej Kalifornii, jest tutaj dużo "europejskich" krajobrazów i architektury, które zaskoczą każdego.Dla dobrej orientacji warto zapamiętać sobie, że główną arterią przelotową jest droga numer 29 - wzdłuż, której mają swoje winiarnie znane marki winiarskie takie jak m.in. ogromne budynki winnic Roberta Mondaviego. Prawie równolegle do tej drogi biegną tory kolejowe słynnego Winnego Pociągu - (Wine Train). Jest to trzygodzinna podróż połączona z posiłkami i degustacją win, trasa prowadzi pomiędzy winnicami na odcinku około 60 kilometrów. Główna stacja mieści się niedaleko centrum miasta i z zewnątrz wygląda niezbyt interesująco, dopiero stojące na bocznicy historyczne dwa wagony sugerują, że jesteśmy we właściwym miejscu. Samochód zostawiamy na dużym parkingu i wchodzimy na pokład pociągu. Będąc w mieście Napa warto odwiedzić duże biuro Informacji Turystycznej (Visitor Center), dostaniemy tutaj bardzo obszerną informację na temat wszystkich winnic w rejonie z dokładnym opisem. W samym centrum miasta możemy zetknąć się w przyjemną zabudową – momentami wiktoriańską oraz muralami na ścianach budynków. Lokalne knajpki oferują kawę i lekkie posiłki, a na smakoszów -czeka duża liczba restauracji.
Równolegle do słynnej drogi numer 29 ciągnie się - nie mniej popularna droga Silverado Trail, jak dla mnie zdecydowanie wizualnie skraca odcinek. Na szlaku Silverado krajobraz jest bardziej zróżnicowany i widok winorośli rosnących na niewysokich wzgórzach jest wspaniały. Mijane budynki stylizowane są na znane z Europy – rejony, gdzie winiarstwo znane jest od wieków, osoby chcące spędzić miłe chwile w Toskanii, Burgundii czy okolic Renu – mają tutaj replikę swoich wymarzonych miejsc. Rejony takie bardzo przyciągają turystów. Swoich wielbicieli ma też nowoczesna architektura, która kompletnie nie pasuje do okolicy. Jednak - dla mnie nie jest żadną frajdą - degustacja win - w czymś co przypomina bunkier :). Silverado Trail jest, krótszy niż droga numer 29, ale w każdej chwili można odbić na jedną z wielu prostopadłych lokalnych dróg i znajdziemy się na wybranej trasie. Takie przesmyki między winnicami mają swoje uroki, można w ciszy przespacerować się między winoroślami lub odwiedzić mniej znane winiarnie, które jakością nie odstają od potentatów, a klimatem nawet je przewyższają.
Zwykle słynny rytuał degustacji polega na stawieniu się w wybranym przez siebie miejscu i po uiszczeniu drobnej opłaty (10 $ lub więcej, czasem bezpłatnie), udajemy się do sal budynku, gdzie przy kontuarze lub przy stolikach możemy spróbować po lampce wybranego wina, które można wypić lub wypluć do stojących obok spluwaczek. Jeśli któryś szczep przypadnie i rocznik przypadnie nam do gustu można zakupić butelkę lub parę butelek... i spędzić miło czas sącząc wino pod palmami lub na patio z widokiem na piękną okolicę. Dość popularne jest przywożenie własnego prowiantu i przesiadywanie na ławkach lub trawnikach w cieniu cedrów. Tak więc miejsc na degustację jest mnóstwo, dlatego warto na przejażdżkę wybrać się rano, żeby nie tracić cennego czasu, winiarnie zamykane są w większości w okolicach 5 - 6 godziny - jak dla mnie za wcześnie.
Jadąc na północ drogą 29 mijamy kameralne mieścinki, które ze względu na przemysł winiarski zorientowane są na mocno na turystów, mijane Yountville, Rutheford, St. Helen i Calistoga to nie tylko zielone krzewy, to również piękne trasy widokowe, jeziora i małe lokalne atrakcje takie jak czynny Gejzer Old Faithful na obrzeżach Calistogi. Miejsce przyciąga ciekawych erupcji masy wody, a przypomina bardzo słynnego imiennika z Yellowstone. W tym małym mieście znajduje się rozlewnia wody, a przed nią - na trawniku zaparkowano karykaturalnych rozmiarów - pojazd - replikę ciężarówki do rozwożenia wody, to wdzięczne miejsce zasługuje z pewnością na ciekawe zdjęcia. Chętnych relaksu, kąpieli błotnych i gorących źródeł przyciąga ten obszar, kusząc wieloma resortami, spa i hotelami. Jednodniowa wyprawa do Doliny Napa to przyjemna ucieczka od wielkich miast i gwaru ulic i autostrad. Relaks pod każdą postacią gwarantowany dla każdego... Jedno mnie troszkę zaskakuje to znikoma ilość policji, a przecież miejsce wydaje się być wymarzone do łapania nietrzeźwych kierowców :).
![]() |
| Napa Valley |
Miły Polski akcent: Warren Winiarski pochodzi z Chicago, były wykładowca literatury na uniwersytecie kalifornijskim, w toku pracy nad doktoratem, spędził rok w Neapolu. Pobyt tam sprawił, że zdecydował się porzucić karierę naukowca i zająć wytwarzaniem wina i kupił w samym środku "doliny" winnice: Stag's Leap Wine Cellars. Winiarski sławę zdobył w 1976 roku, kiedy jego trzyletni cabernet sauvignon - zwyciężył słynną, zorganizowaną przez Stevena Spurriera, paryską degustację „w ciemno", zostawiając w tyle najsłynniejsze bordoskie chateaux. I od tej pory zaczęła się sława win kalifornijskich. Dziś 79 letni Warren Winiarski przeszedł definitywnie na emeryturę sprzedając słynną winnicę konsorcjum stworzonemu przez toskańskiego potentata Piero Antinoriego i znanego producenta win ze stanu Waszyngton Chateau Ste Michelle.Adres: 5766 Silverado Trail, Napa CA 94558


























