wtorek, października 14, 2008

Thanksgiving Day w Kanadzie

Święto Dziękczynienia obchodzone w USA w czwarty czwartek listopada (27 listopada), w Kanadzie zaś w drugi poniedziałek października (13 października) jako pamiątka pierwszego Dziękczynienia członków kolonii Plymouth w 1621. Pielgrzymi, którzy przypłynęli do Ameryki na pokładzie statku Mayflower byli pierwotnie członkami Angielskiego Kościoła Separatystycznego , uciekli przed prześladowaniem religijnym. Szukając lepszego życia Separatyści wynegocjowali z londyńską kompanią handlową sfinansowanie pielgrzymki do Ameryki. Większość odbywających podróż na pokładzie "Mayflower" nie była Separatystami, ale zostali wynajęci dla zabezpieczenia interesów firmy. Tylko około jedna trzecia pierwszych kolonistów była Separatystami. Pielgrzymi wylądowali na Skale Plymouth 11 grudnia 1620. Ich pierwsza zima była druzgocąca. Do początku nadchodzącej jesieni stracili 46 ze 102 osób zaokrętowanych na "Mayflower". Ale żniwa 1621 były obfite. Pozostali koloniści zadecydowali uczcić to świętem, wraz z 91 Indianami z plemieniaWampanoagów , którzy pomogli Pielgrzymom przetrwać ich pierwszy rok. Sądzi się, że Pielgrzymi nie przetrwaliby tego pierwszego roku bez pomocy tubylców i ich wodza o imieniu Massasoit. Święto miało więcej z tradycyjnego angielskiego obyczaju niż z "obchodów dziękczynnych". Trwało trzy tygodnie, w okresie między 21 września i 11 listopada 1621 roku. Indianie dostarczyli na ucztę co najmniej pięć jeleni, w menu nie było natomiast sosu żurawinowego, ziemniaków ani ciasta z dyni; nie było też indyków, a raczej jakieś ptactwo wodne (kaczki, gęsi).

sobota, października 11, 2008

Lake Tahoe

Większość ludzi w Kalifornii i Nevadzie Jezioro Tahoe kojarzy się ze sportami zimowymi - narty i snowboard przyciągają rzesze turystów. Miejsce jest bardzo dobrze położone geograficznie, więc mieszkańcy San Francisco i okolic mają do pokonania niecałe 200 mil, a to jest trochę ponad trzy godziny drogi. Wyobraźmy sobie sytuację, styczeń, ładne słoneczko i relaks na plaży w San Francisco - znudzony surfowaniem po oceanie mieszkaniec zabiera ręcznik, deskę i udaje się do samochodu, po trzech godzinach zatrzymuje się w mieście South Lake Tahoe. Wyjmuje z bagażnika deskę tym razem snowboardową, zakłada tym razem kombinezon zamiast kąpielówek i wjeżdża wyciągiem na stok. Kilka zjazdów po białym puchu wraz z jednoczesnym podziwianiem zimowego krajobrazu i zmęczony udaje się do najbliższego, taniego hotelu, których jest cała masa. Bierze prysznic i wychodzi do kasyna, gdzie spędza całą noc na grze. Rano jeszcze zalicza kilka zjazdów ze stoku i po południu wraca do miasta. Ma jeszcze chwilkę, żeby udać się na pobliską plażę pooglądać zachód słońca. Weekend się kończy i „musi" wracać do ciepłej części Kalifornii. Rano do pracy, a słonko przypieka... Tak mniej więcej wygląda zwykły weekend przedstawiciela klasy średniej w Bay Area. A ja muszę się przyznać, nie lubię sportów zimowych i przeżywam katusze, gdy w okresie zimowym większość znajomych wybywa do Tahoe. Kilkakrotnie odwiedzałem słynne jezioro i zawsze były to imprezy w większych grupkach ograniczające się do imprez i kasyn, nigdy nie udało się zobaczyć tego miejsca z czysto krajoznawczego punktu. Dlatego z utęsknieniem wyczekiwałem lata oraz chętnych na wypad nad jezioro o tej porze roku. Szczęśliwie znalazłem towarzyszy podróży :) - czas na wyprawę. Wczesnym rankiem ruszyliśmy z San Francisco przez Oakland autostradą międzystanową numer 80, która dowiozła nas do Reno słynnego miasta w Nevadzie leżącego na północ od Jeziora Tahoe. Kilka osób chciało zobaczyć to słynne miasto, do którego odbywają pielgrzymki spragnionych hazardu mieszkańców północnej Kalifornii. Centrum miasta przywitało nas pięknym sloganem Reno - Największe Małe Miasto na Świecie :). I tak jest - miasto nie jest tak zatłoczone jak Las Vegas i nie ma tak ogromnych hoteli-kasyn, ma inny, spokojniejszy , klimat. W okresie wakacyjnym można tu usłyszeć często polską mowę, ponieważ jest to popularne miejsce wypraw studentów wyjeżdżających na Work & Travel. Reno ma też duży atut, bardzo bogatą ofertę hotelową, bardzo tanie miejsca noclegowe kuszą turystów, a bliskość kurortu narciarskiego Tahoe dopełnia resztę. Często bywało, że to miasto było ratunkiem dla nas, kiedy nie mogliśmy znaleźć tanich pokoi na nocleg podczas wypraw nad jezioro. Zwiedzanie miasta ograniczyliśmy do minimum i po zaopatrzeniu się w prowiant i benzynę ruszyliśmy na południe drogą 431. Na mapce wyglądało, że czekają nas duże serpentyny i zacząłem obawiać się o kondycję ludzi na pokładzie samochodu, ale na szczęście nie było tak źle, jak w Yosemite. Droga doprowadziła nas do miasteczka Incline Village, które na mapie wyglądało poważniej niż w rzeczywistości. Kilka ulic składało się na to miejsce, a w okolicy nie udało mi się znaleźć żadnego miejsca na zatrzymanie i zejście na plaże. Dostęp do jeziora blokowały rezydencje i hotele. Zawróciłem samochód i pojechaliśmy na zachód kilka mil w poszukiwaniu plaży. Odległości między "miasteczkami" są bardzo malutkie i już po chwili byliśmy w Kings Beach/Tahoe Vista. Przez miasteczko przechodzi granica stanów Kalifornii i Nevady. Udało się znaleźć parking i kawałek wolnej plaży. Widok z tej strony na jezioro i okolice był całkiem ładny, ale zmartwiła nas temperatura wody, bardzo lodowata pomimo upałów jakie panowały w tym czasie. Pływanie odpadało, a fale były spore. Pozostało podziwiać piękne łodzie zacumowane w marinach. Zawróciliśmy na wschód i drogą 28 zjechaliśmy na południe do Lake Tahoe Nevada State Park, w którym znaleźliśmy bardzo ładny szlak do jeziora, przedzieraliśmy się między ogromnymi skałami, żeby w końcu zatrzymać się na kamienistej plaży, widoki były rewelacyjne i spędziliśmy tam trochę czasu. Ruszyliśmy dalej wzdłuż brzegu mając po prawej stronie widok na jezioro, bardzo przyjemna trasa i jedynym jej mankamentem było to, że prawie nie miała punktów, w których można zatrzymać się na zdjęcia lub zejść na brzeg. Wjazdy na mijane przez nas plaże były płatne (dość sporo, biorąc pod uwagę fakt, że chcieliśmy tam wejść tam tylko na chwilę) więc to nas specjalnie nie interesowało. I tak porą wieczorową dojechaliśmy do największego miasteczka nad Jeziorem Tahoe - South Lake Tahoe. Według naszych książeczek z kuponami tutaj mieliśmy poszukać noclegu. Pierwszy i najtańszy okazał się najlepszy, za 40 dolarów pokój z balkonem, prywatną plażą za rogiem oraz basenem, z którego nie skorzystaliśmy z braku czasu. Po szybkim rozpakowaniu bagaży - oczywiście od razu polecieliśmy na zachód słońca. Tam na piasku – siedzieliśmy aż zrobiło się ciemno. Trochę odpoczęliśmy, więc pora była ruszyć w miasto. Po krótkim spacerku stanęliśmy na skrzyżowaniu dróg w centrum miasta. Okazało się, że tutaj przebiega granica stanów :). Po jednej stronie ogromne budynki hoteli-kasyn świecące neonami i głośne od gwaru dochodzącego z wnętrz, a po drugiej stronie wygaszone wystawy sklepów i smutna cisza. Po jednej stronie kraina hazardu, a po drugiej śpiące miasteczko. Po stronie Nevady nie było nic ciekawego – akurat dla nas, bo kasyna znaliśmy już dobrze :). Dlatego zaciekawieni poszliśmy do Kalifornii na zakupy, gdzie koncentruje się to właściwe miasto, z restauracjami i ze sklepami. Z rana, po hotelowym śniadanku wróciliśmy w to samo miejsce, po jakieś oryginalne pamiątki, których zresztą było pod dostatkiem - związane z Tahoe. W centrum miasta stylizowanym na jakiś kurort narciarski w Szwajcarii znajduje się stacja kolejki linowej, która o tej porze roku zabiera chętnych do podziwiania z góry panoramy Jeziora Tahoe. W opcji jest zjazd na siodełku podwieszonym do liny!!! Heavenly Flyer, ale to opcja dla szaleńców :). Zebraliśmy się i podjechaliśmy do przystani, z której odpływa słynny statek parowy Tahoe Queen. Nie mieliśmy specjalnie ochoty na rejs – zwyczajnie szkoda nam było czasu i zostawiliśmy to na inny termin. Ruszyliśmy wzdłuż południowego brzegu i dojechaliśmy do Taylor Creek Visitor Center, gdzie zaopatrzeni w mapki poszliśmy na szlak. Rainbow Trail poprowadził nas pętlą pomiędzy łąkami i drzewami do bardzo urokliwej rzeczki. Trochę znudzilło to nas i wróciliśmy na drugi szlak Lake of the Sky, który doprowadził nas do dużej dzikiej plaży. Byliśmy sami, a widoki były takie o jakich marzyłem... A już zaczynałem się martwić, że nie znajdę takiego miejsca. Spędziliśmy tam sporo czasu delektując się miejscem i szumem wody w jeziorze. Miejsce nadawało się na niezłą sesyjkę zdjęciową, czego oczywiście nie przegapiłem. Następny punkt na mapce, który mnie bardzo intrygował to Zamek Wikingów, zastanawiałem się czego mogę się spodziewać? Dotarliśmy do punktu widokowego na zatokę Emerald i wszystko stało się jasne. Na jedynej wysepce na jeziorze Tahoe znajdującej się w tej zatoczce ktoś w latach 20 XX wieku wybudował zamek - na wzór zamków Wikingów. Niestety nieco rozczarowuje. Ale to bez znaczenia, ważne - że to miejsce i pobliskie Cascade Lake to najładniejsze miejsca w okolicy. Widoki pocztówkowe :). Można stąd udać się na mały hiking po okolicy, co bardzo polecam. Na przyszłość nie będę marnował czasu na jeżdżenie po wschodniej stronie Tahoe, ponieważ wszystkie ciekawe krajobrazowo miejsca są po stronie zachodniej - głównie w rejonie Emerald Bay. Niechętnie wyjechaliśmy z parkingu i kontynuowaliśmy jazdę. Mijane plaże były dostępne swobodnie - co było dużym plusem. Zatrzymaliśmy się w Tahome na plaży, ale widoki były podobne do już wcześniejszych i następny stop zrobiliśmy w Tahoe Pines. Mnie jako wielbiciela filmu „Ojciec Chrzestny" uradowało znalezienie domu, w którym kręcono kilka scen z II części filmu. Dom znajduje się przy drodze 89 na granicy miasteczka, obecnie nazywa się "Fleur du Lac", łatwo go zobaczyć z powodu charakterystycznych dwóch wieżyczek i ogromnej bramy. Zatrzymaliśmy się na kilka pamiątkowych zdjęć, niestety to własność prywatna i nie można wejść do środka. Warto cofnąć się kilka metrów, by z podestu przy plaży mieć ładny widok, podobny do tego, który zapamiętałem z filmu. Ostatnim punktem na trasie było Tahoe City z małą tamą i rzeczką, w której pływają masy ryb. Mieścinę da się przejść szybkim krokiem w 10 minut i nie znajdziemy tutaj nic ciekawego. Pożegnaliśmy się z jeziorem Tahoe i wróciliśmy na międzystanową numer 80 w miejscowości Truckee, którą dojechaliśmy do na noc do domu.

Lake Tahoe

piątek, października 10, 2008

Carson City - Virginia City.

Wiedziałem, że nie tak daleko - w Newadzie - są jeszcze dwie perełki, miasta zachowane w dawnym klimacie - Carson City i Wirginia City. Wjechaliśmy z powrotem na drogę 395 i ruszyliśmy na północ. Po dwóch godzinach zatrzymaliśmy się w słynnym Carson City, niewiele osób wie - że to nie Las Vegas jest stolicą stanu Nevada, a właśnie to malutkie miasteczko. Zaparkowaliśmy przy przepięknym budynku Nevada State Capitol, pamiętającym stare dobre czasu. Miasto nazwane zostało na cześć słynnego podróżnika i uczestnika wojny secesyjnej Kita Carsona, postaci bardzo barwnej, która jeszcze za życia stała się legendą Dzikiego Zachodu. Budynek Capitolu wyróżnia się swoją wielkością i architekturą, która bardziej pasuje do stanów południa, niż do górniczego miasteczka. Położony jest w małym parku otoczony pomnikami upamiętniającymi rożne wydarzenia historyczne związane ze stanem Nevada, typowe dla każdej stolicy stanu. Spacer uliczkami miasta był dość przyjemny, napotykaliśmy co kilka kroków bardzo dobrze zachowane budynki z okresu rozkwitu miasta w XIX wieku. Na szczęście miasto zachowało swój klimat i nie zepsuły go wszechobecne kasyna. Warto zajść do małego, ale "pakownego" Muzeum Stanowego Nevady, mamy tam replikę kopalni złota, szczątki mamuta i wiele wystaw związanych z Dzikim Zachodem. Opuszczamy miasto zadowoleni z tego co widzieliśmy, pomimo krótkiego pobytu. Jeszcze tylko wizyta w Wal-Marcie ulubionym sklepie Amerykanów, absolutnie nie dziwię się - ceny są tutaj bardzo atrakcyjne, a kupić można prawie wszystko. Zatankowaliśmy na najtańszej stacji paliw należącej do sieci sklepów Costco i ruszyliśmy w dalszą drogę. Skręciliśmy na wschód i drogą 342 dojechaliśmy do Silver City, w którym akurat obywały się dziwne wyścigi! Ulicami miasta ścigały się... Ferrari, Porsche i im podobne sportowe maszyny, a że to miasteczko ma bardzo kręte uliczki - byłem lekko zaskoczony tym faktem - ale pewnie chodziło o to nagromadzenie zakrętów:). Po chwili dotarliśmy do celu - słynnego Virginia City. Nie robiłem sobie nadziei i spodziewałem się kiczu w stylu Calico, a zobaczyłem coś co mnie jak najbardziej pozytywnie powaliło na kolana! To miasto zastygło w czasie i zostało zamknięte w wielkiej bańce, do której mogą wjeżdżać ludzie i czuć się jak na dzikim zachodzie. Pomimo postępu cywilizacji tutaj wszystko jest jak przed laty, wchodząc do saloonu zostawiamy za sobą wszystko co współczesne, jesteśmy tu i teraz na Dzikim Zachodzie. Uroku dodają ludzie, którzy są ubrani w stroje z XIX wieku. Mijam starego górnika z kopalni złota, rewolwerowca i żołnierza Unii, w sklepach panie przyodziane w swoje wiekowe, długie suknie z falbanami - po prostu zniewalający widok. Formę współczesnego rozrabiaki - kowboja przejęli teraz licznie odwiedzający miasto motocykliści. Ulice zastawione harleyami, a w drzwiach saloonów imężczyźni w skórach zadziornie spoglądają na przechodzących ludzi. To wszystko ma niesamowity klimat, trudny do opisania, ale czułem się wyśmienicie. Przechadzamy się po drewnianych chodnikach pod balustradami i tylko brakuje do consensusu tego obrazka - panien lekkich obyczajów nawołujących klientów ze swoich okien. Napotkałem współczesnego poszukiwacza złota (wyglądał podobnie jak XIX wieczni poszukiwacze tego skarbu), który za drobną opłatą pokazywał jak wyglądał cały proces wydobywania złota. Scenografia jak z westernu, aż sprawdzałem czy z tyłu budynku jest reszta domów, a nie tekturowa ściana :). W mieście dość popularne są wszelkiego rodzaju słodycze, co krok mamy cukiernie, w której na oczach klientów robione są wymyślne "produkty", nie wiem jak nazwać jabłko oblane czekoladą i nadziane na patyk i do tego posypane drobno posiekanymi orzechami i innymi bakaliami? Tego typu smakołyków było dużo i myślę, że po jednym takim cudeńku zasłodziłbym się na kilka miesięcy. Snuliśmy się tak po głównej ulicy jak zahipnotyzowani, bez celu co krok napotykając ludzi przedziwnych kreacjach. Pasy z rewolwerami to coś powszechnego i nawet starsze babcie dumnie nosiły na biodrach srebrne Colty. Przeszliśmy na pobliską stację kolejową, gdzie załadowaliśmy się na pociąg (niestety nie stylizowany) z jednym wagonem bez dachu. Ruszyliśmy na przejażdżkę po starych kopalniach złota. Miasto jest malutkie jeśli chodzi o powierzchnię, ale ogromne jeśli chodzi o klimat Dzikiego Zachodu. Mam tylko do siebie mały żal, że wcześnie nie odkryłem tej perełki :( Myślę, że napewno odwiedzałbym Virginia City, już wcześniej...

Virginia CIty

Bodie - Ghost Town

Opuszczając Mono Lake szkoda by było nie odwiedzić do słynnego w Ameryce miasta-widma Bodie. Jadąc z Lee Vining dotarłem po kilku milach do skrzyżowania dróg 395 z 270, w którą skręciłem. Przywitał nas znak informacyjny, że droga zamykana jest w okresie zimowym, a park stanowy z miasteczkiem Bodie czynny jest od godziny 8 rano do 6 po południu (w przewodniku były podane inne godziny). Zawsze chciałem zobaczyć prawdziwe Ghost-town z domkami z okresu Dzikiego Zachodu. Do tej pory - jeli chodzi o ten typ miasta - byłem tylko w Calico, niedaleko Barstow w Kalifornii, ale tamto miejsce nastawione było na rzesze turystów i było zbyt "plastikowe" jak dla mnie. Oglądając zdjęcia w internecie moje oczekiwania były mocno rozbudzone, to chyba było TO! O miejscu wiedziałem tyle, że było pozostałością po dość dużym mieście z okresu gorączki złota z drugiej połowy XIX wieku. Droga 270 zwana na tym odcinku Bodie Road wiła się jak wąż, a nawierzchnia po kilku milach zamieniła się na nie utwardzaną z dużą ilością dziur, dobra dla samochodów terenowych. Musiałem uważnie jechać tak, żeby nie uszkodzić podwozia lub kół. Na końcu drogi stała budka, z której wyszedł strażnik parku z długą białą brodą i w kapeluszu. Idealnie pasował do tego miejsca. Po miłej pogawędce kupiliśmy plan miasta i zapłaciliśmy za wstęp na teren Bodie State Historic Park hmm... jak ładnie nazywało się to miejsce. Pomimo zakazu zatrzymywania, pozwoliłem sobie na mały postój i zrobiłem zdjęcia panoramy całej doliny z domkami w tle. Ruszyliśmy polną drogą na parking dla turystów, gdzie zostawiliśmy samochód. Broszurka - którą kupiłem zawierała dokładną mapę miasteczka w obecnym kształcie i bardzo dokładny opis każdego budynki wraz z historią miejsca. Przy każdym domu znajdował się malutka tabliczka z numerkiem, która pozwalała łatwo zidentyfikować miejsce opisane w broszurce. Weszliśmy na sugerowany szlak i po chwili byliśmy na głównej ulicy miasta-widma Bodie. Słońce było w zenicie i bardzo przypiekało, niebo niebieskie bez żadnej chmurki, a dookoła mnie opuszczone domy w kolorach brązu i czerwieni... po prostu ideał, to chciałem zobaczyć. Do tego sprzyjało nam szczęście, bo nie było prawie turystów! Miasto zachowane było w całkiem dobrym stanie, trochę dziwnie, jakby którejś nocy przyszła mgła i zabrała wszystkich mieszkańców - chyba Stephen King coś podobnego wymyślił w jednym ze swoich horrorów. Nad miastem górował kościół, w którym jako chyba jedynym w drzwiach była siatka uniemożliwiająca wejście do środka, zapewne z obawy o zawalenie się konstrukcji. Chodziliśmy od domu do domu, wchodząc do wnętrz i oglądając miejsca, w których żyli dawniej udzie. Było wszystko, meble, naczynia i obrazy na ścianach. No nie wiem, czy bym chciał spacerować tutaj w nocy :). W dzień to co innego, bardzo wdzięczne miejsce dla fotografa, rewelacyjne sesje zdjęciowe można tutaj porobić, polecam. Niektóre z domków były lekko nadszarpnięte przez czas i stały mocno przechylone grożąc zawaleniem, a inne wyglądały jak zbudowane kilka lat temu. Zaskoczyło mnie, że szyby były oknach całe i zrobione w technologii z XIX wieku! Wielkość terenu, na którym stało miasto bardzo mnie zaskoczyła, spodziewałem się kilku uliczek, a zastałem domki rozsiane na ogromnej przestrzeni. Nad miastem górowała kopalnia pokryta szaro stalową blachą wyróżniając się wśród drewnianej zabudowy miasta. Każdy domek miał do opowiedzenia historię, dlatego z dużym zaciekawieniem czytałem opisy. Byłem w miejscu, gdzie kiedyś stał bank, jedyny murowany budynek, doświadczył wielu napadów i podpaleń. Trafiliśmy na Chinatown! Nawet tutaj dotarli Chińczycy :) - choć po ich domkach został tylko oznaczony tabliczką teren pokryty wysoką trawą. Sklep monopolowy był już w stanie rozpadu i pozostały po nim tylko solidne pancerne drzwi! Alkohol w tym miejscu rozpusty był bardzo istotny, więc trzeba było chronić sklep :). Podobało mi się w tym wszystkim, że można było wszędzie chodzić - i tak przemierzaliśmy pola, gdzie odkrywaliśmy wraki starych samochodów i maszyn nieznanego mi przeznaczenia. Natrafiliśmy na bardzo dobrze zachowany samochód dostawczy marki Ford zaparkowany na stacji benzynowej, tak dziwnej, że nie wiem czy dał bym rade zatankować. Co jakiś czas pojawiał się pilnujący porządku strażnik, co przypominało nam, że nie jesteśmy sami. Dopiero po południu pojawili się pierwsi turyści, ale miasto było na tyle duże, że nikt na siebie nie wpadał. Kilka kroków od naszego parkingu znajdował się cmentarz, położony na wzgórzu, z którego roztaczał się rewelacyjny widok na całe miasteczko. Pomyślałem, że można by tutaj kręcić jakieś niskobudżetowe westerny (grupa Skurcz mogłaby tutaj coś zmontować:). W drodze powrotnej natknęliśmy się na Strażnika Parku, który oprowadzał grupkę zebranych ludzi po domach, załapaliśmy się na początku i spędziliśmy trochę czasu słuchając jego barwnych opowieści. I pomyśleć, że jeszcze na początku wieku XX miasto było u szczytu rozkwitu, niestety w latach 30-ty wybuchł tutaj pożar prawie doszczętnie niszcząc miasto. To co zwiedzaliśmy to tylko 5% z tego, co pozostało po Bodie... Cieszyłem się, że zobaczyłem prawdziwe miasto-widmo i nawet nie musiałem wcale opuszczać Kalifornii. Pora była jednak jechać dalej, bo wpadłem na pomysł żeby zrobić z tej części podróży wyprawę szlakiem Dzikiego Zachodu.

Bodie - Ghost Town

czwartek, października 09, 2008

Mono Lake na dwie raty

W wolnych chwilach przeglądam strony internetowe w poszukiwaniu ciekawych miejsc, które znajdują w miarę krótkim dystansie od mojego miejsca zamieszkania. Oglądam zdjęcia, czytam recenzje i w taki właśnie sposób znalazłem najstarsze jezioro w Ameryce - Mono Lake. Zaciekawiły mnie zdjęcia dziwnych formacji skalnych przypominających wyrastające z ziemi stalagmity! Zdjęcia przedstawiały piękne jezioro i krajobraz niespotykany nigdzie na ziemi. Od razu spodobało mi się to miejsce. Jedynym wolnym terminem był styczeń, nie wróżyło to dobrze, gdyż w tym terminie w tych rejonach panowała prawdziwa zima. Namówiłem kumpla i troszkę stęsknieni za śniegiem postanowiliśmy wyruszyć do Mono Lake. W San Francisco było wtedy koło 20 stopni i dobrze wiedzieliśmy co nas czeka w górach, przygotowaliśmy ciepłe ubrania i czapki, a z wypożyczalni wzięliśmy SUV-a z wysokim zawieszeniem, niestety bez napędu na 4 koła, ale zawsze coś. Sprawdziłem na GPS trasę, maszynka wyznaczyła trasę przez Park Narodowy Yosemite, co miało sens, ale nie zimą. Sprawdziłem mapę i droga numer 120 w połowie parku oznaczona było informacją, że w okresie zimowym jest zamknięta. U nas nad oceanem było słonecznie i ciepło i trudno mi było uwierzyć, że 4 godziny od nas szaleje poważna zima. Zignorowałem to uznając, że na pewno nie będzie problemu z dotarciem przez Yosemite (sic!). Byłem ciekaw jak wygląda przejazd porą zimową przez te rejony. Ruszyliśmy rano i pogoda nam dopisywała, śnieg pojawił się bardzo późno, a prawdziwe zaspy pojawiły się na terenie Parku Narodowego. Nie omieszkaliśmy wyskoczyć na pamiątkowe zdjęcia w zaspach po pas :). Ruszyliśmy dalej drogą na Lee Vining, mijaliśmy jadąc grupy narciarzy zjeżdżających na nartach na przygotowanych trasach w miejscach w których nigdy bym się tego nie spodziewał. Widoki były niesamowite, słońce świeciło mocno, a białe czopy śniegu przykrywały drzewa na naszej trasie, na szczęcie droga była perfekcyjnie odśnieżona. Momentami miało się wrażenie że jedziemy w wydrążonym w śniegu tunelu. Nadzieja, że przejazd jest otwarty rosła i ... niestety szybko zgasła. Dojechaliśmy do znaku drogowego Road Closed (Droga Zamknięta) stojącego pośrodku drogi - do tego miejsca dojeżdżały maszyny odśnieżające i wyglądało to niesamowicie. Ciemny asfalt drogi ginący w równo przyciętej ścianie śniegu. Było już po południu i stało się to czego można było się spodziewać, trzeba było zawrócić. Szybko wróciliśmy do punktu, w którym skręciliśmy na nieszczęsną drogę 120, przez chwilę zastanawialiśmy się nad powrotem, ale wybraliśmy dalszą jazdę. Ominęliśmy dużym łukiem od północy Yosemite i teraz krajobraz zmienił się na bardziej srogi. W GPS ustawione mieliśmy miasteczko Lee Vining, leżące nad samym Mono Lake. Na miejsce dojechaliśmy późno w nocy i bazując na przewodnikach spodziewaliśmy się dużej ilości hoteli. Kiedy nasz satelitarny przyjaciel oznajmił, że dotarliśmy do celu byliśmy w szoku. Słabo oświetlone miejsce i kilka domków wyglądających na wymarłe, zamknięta stacja benzynowa i żywej dyszy. Trochę jak z niezłego amerykańskiego horroru. Pierwszy motel na liście okazał się... dziurą w ziemi. Drugi był zamknięty, a trzeci nie nazywał się tak jak w naszym przewodniku, ale najważniejsze - był czynny. Cena jak na tamte warunki spora - ponad 70 dolarów za pokój z dwoma łóżkami. Spytaliśmy grzecznie czy będą miejsca, bo chcemy się rozejrzeć za czymś tańszym. Pan z obsługi uśmiechnął się grzecznie i nawet wskazał kierunek, w którym możemy szukać czegoś. Po godzinie błądzenia wróciliśmy do uśmiechniętego Pana. Nic nie znaleźliśmy, a co gorsza nie było śladu po hotelach, było tak ciemno w miasteczku, że mogliśmy przejechać obok nie widząc zabudowań. Pogoda w trakcie naszej podróży była rewelacyjna i dobrze wróżyło na przyszłość, trochę mnie martwiła zapowiedź lekkich opadów śniegu w tym rejonie. W "miasteczku" wszystko poza naszym hotelem było zamknięte, a my byliśmy głodni i spragnieni. Pozostała maszyna do Coli za 75 centów, szczęśliwy wypiłem połowę kiedy kumpel stwierdził że coś dziwnie smakuje. Data ważności minęła już rok temu... trudno, aby przetrwać do rana. Jak zwykle obudziłem się pierwszy i ubrałem się, żeby wyjść na zewnątrz popatrzeć na jezioro, które miało być na wprost naszego hotelu. Otworzyłem drzwi i ... szok! Wielka zaspa śniegu sięgała do połowy drzwi! Dalej było biało, padał bardzo gęsty śnieg i widoczność była ograniczona do 10 metrów. Pozbieraliśmy się szybko i przez śnieg dotarliśmy do odśnieżonego kawałka chodnika. Teraz powstał duży problem, nie widać było samochodu, musieliśmy ustalić mniej więcej, gdzie stał i zaczęliśmy kopać ... gazetami. Nikt nie miał łopatki, a na recepcji nie było żywej duszy. Trafiliśmy na nasz SUV, a że był wysoki to trudno było całego odkopać, po półgodzinie pojawił się drugi gość z hotelu i miał łopatę, teraz poszło szybciej, ale i tak byłem przemoczony. Opady przybrały na sile. Kiedy odpalaliśmy samochód, wyjechaliśmy na drogę i ruszyliśmy wzdłuż kilku zabudowań - po chwili przestaliśmy widzieć ślady kół przed nami. Zrobiło się niesamowicie, nigdy w życiu nie spotkałem się z podobną sytuacją, NIE MIELIŚMY ŻADNEGO PUNKTU ODNIESIENIA!, jechaliśmy w bieli. Nie widziałem gdzie jest droga, gdzie góry, gdzie las. Widoczność spadła do 5 metrów, zatrzymaliśmy samochód i nie wiedzieliśmy co dalej. Wpadłem na pomysł, żeby powoli toczyć się trzymając się wskazań GPS-a, który pokazywał pozycję wozu. W ten sposób doturlaliśmy się do odcinka drogi, gdzie operowała odśnieżarka, jeździła wahadłowo i trzymaliśmy się jej z tyłu, a potem zmienialiśmy na następną i tak dojechaliśmy do autostrady. Byłem świadkiem pędzącego przed nami samochodu, który jechał zdecydowanie za szybko i minął czający się wóz policji. Policjanci wyskoczyli na sygnale z zatoczki i ... zrobili kilka bączków lądując w rowie. Było ślisko. Na międzystanowej 80 ruch odbywał się w tempie 10 mil na godzinę. Na pewnym odcinku drogi zaczęły pojawiać się tablice informujące o konieczności założenia łańcuchów na koła! Nie mieliśmy. Punkt kontrolny wyglądał trochę strasznie - w zamieci śnieżnej stali na poboczach ludzie w kapturach z palącymi się racami i kierowali na bok wszystkich posiadaczy samochodów bez łańcuchów. Można było je kupić za 30 dolarów. Mimo tego podjechaliśmy do kontroli trochę na bezczelnie licząc, że unikniemy kupna łańcuchów... i udało się, widocznie wzięto nasz samochód za terenówkę z napędem na 4 koła. I tak tocząc się dotarliśmy nad ranem do San Francisco. Nie widziałem Mono Lake... :( Jednak mimo wszystko dobrze wspominam ten wypad, na pewno będzie to dla nas duże doświadczenie.
Nie minęło pół roku i pomysł wyprawy nad jezioro odżył ponownie. Wrzesień to dobra pora i na pewno droga była przejezdna. Ruszyłem tą samą trasą i nie poznawałem żadnego z miejsc, które mijałem zimą. Niesamowite ile widoków może ukryć śnieg. Trasa przez Tioga Road jest bardzo widokowa, co opisałem w wyprawie do Yosemite. Drogą 120 dojechaliśmy do skrzyżowania z 395 przy, którym to jest zjazd na stację benzynową (ze złodziejskimi cenami za paliwo) i mały sklep z restauracją. Kierując się w głąb parkingu trafiliśmy na zjazd na punkt widokowy na okolicę, łatwo go niechcący ominąć, tak jest dobrze ukryty. Byliśmy sami na wzniesieniu, z którego widać było jak na dłoni całe jezioro Mono Lake, kolor zielono-turkusowy i dwie wyspy pośrodku jedna wtapiająca się w krajobraz, a druga czarna kompletnie nie pasująca do reszty psuła ten obrazek. Było już po południu, a ja lekko obawiałem się o nocleg pamiętając ten nieprzyjazny teren. Zdecydowałem jednak, że załatwianie miejsca na sen zostawimy na koniec i zdamy się na łut szczęścia - co będzie to będzie. Skręciliśmy na południe i po kilku milach dojechaliśmy do South Tufa podobno najlepszego miejsca ze słynnymi formacjami skalnymi z kalcytu - Tuf. Zostawiliśmy samochód na ogromnym parkingu i po wniesieniu małej opłaty 3 dolary od osoby weszliśmy na teren rezerwatu przyrody. W oddali widziałem już te kształty słupków - wieżyczek jak z baśni fantasy. Przyznam, że prawie pobiegłem i na miejscu oniemiałem (znowu hehe), krajobraz był hm... inny, obcy jak z kosmosu. Wyglądało to jakby ktoś wyrwał z ziemi ogromną jaskinię, odwrócił do góry nogami i wstawił do jeziora. Zatrzymaliśmy się przy brzegu robiąc serie zdjęć. Słupki tuf miały różne kształty, wchodziliśmy do mini jam i wspinaliśmy się na wieżyczki, żeby potem wyjrzeć przez okienka na panoramę "stalagmitów" wystających z wody. Wszędzie czuć było sól. Przedzierałem się przez las tuf nadający się na scenografię filmu fantasy lub następnego odcinak Star Treka :). Super miejsce na oryginalną sesje zdjęciową. Nie da się przejść obojętnie obok takich okazów, tak więc chodziliśmy lekko zahipnotyzowani urokiem Mono Lake. Tabliczki "proszą" o uszanowanie miejsca i nie wspinanie się na tufy, ale czasem trudno to zrobić, przejścia między różnymi odcinkami wymagają trochę gimnastyki. Wszystko wydaje się tutaj nierealne i jedynie zdjęcia oddadzą urok miejsca - i obrazy Salvadora Dali :). Słyszałem wcześniej, że miasto Los Angeles kupiło to miejsce i zbudowało 18 kilometrowy tunel wodociągowy, co spowodowało tak duże obniżenie poziomu jeziora. Staliśmy teraz poniżej poziomu jeziora, a tabliczki informowały nas jak wyglądało tutaj życie w epokach lodowcowych, paradoksalnie Mono Lake przetrwał kilka epok lodowcowych i aktywności wulkaniczne, a największym zagrożeniem dla niego jest... Los Angeles! Na szczęście dużo aktywistów broni tego miejsca przed zagładą i wygląda, że jezioro będzie uratowane. Czas nieubłaganie nas gonił i powoli robił się wieczór. Prosto z parkingu pojechaliśmy nieutwardzaną drogą do punktu Navy Beach, dojazd była na samochodów z napędem na 4 koła, ale co tam, zaryzykowałem - zwykłym też dojadę :), i dojechałem. Miejsce oddalone jest o kilometr od South Tufa i w sumie można było ten odcinek przejść wzdłuż plaży. Navy Beach to... plaża - tylko zamiast piasku mamy sól, wilgotne i gąbczaste podłoże sprężynowało pod bosymi stopami - dziwne uczucie! W oddali majaczył całkiem spory "zamek" z tufy. Spróbowaliśmy wejść do zielonej wody i lekka fala zdołała nas trochę zmoczyć, ubranie natychmiast stało się sztywne jak po krochmalu. A zapomniałbym dodać - cała ziemia tuż przy wodzie pokryta jest milionami małych czarnych muszek, nie przeszkadzają one zbytnio, są raczej ospałe i trzymają się nisko przy ziemi :). W drodze powrotnej tą wąską i wyboistą drogą miałem chyba za ciężką nogę i uderzyłem przodem wozu w ziemię odrywając osłonę silnika w podwoziu. Zauważyłem to dopiero po kilku godzinach jazdy na autostradzie, jak zaczęło rzucać samochodem na boki. Po wizycie w South Tufa Area zajechaliśmy do Lee Vining, po pół roku miałem okazje zobaczyć jak wygląda to miasteczko w dzień i gdy nie jest nieprzykryte białymi zaspami! Byłem lekko zszokowany, kiedy okazało się całkiem spore. Teraz widziałem dużo hoteli, restauracje i sklepiki! Minęliśmy je i po kilku metrach zjechaliśmy na północną stronę do Mono Lake County Park. Gdy zaparkowaliśmy, ruszyliśmy po drewnianym podeście na punkt widokowy. Tutaj spotkała nas mała, niemiła niespodzianka - nie można było schodzić z podestu i podejść na plażę przy jeziorze, jak to robiliśmy wcześniej. A już się zdążyliśmy przyzwyczaić, że nad Mono Lake można wszystkiego dotknąć :) - w przeciwieństwie do Yellowstone, gdzie wszędzie są drewniane mostki widokowe. Pewnie taka ochrona akurat na tym kawałku plaży jest ze względu na żyjące tutaj licznie ptaki. Miejsce to słynie wśród ornitologów, jest doskonałym spotem obserwacyjnym i tego dnia siedziało kilku maniaków z lornetkami i książkami obserwując ptactwo. Widoki ładne i tutaj zastał nas zachód słońca. Pozostało wrócić do miasta i poszukać noclegu. Miejsc w hotelach nie było :(. Już byłem głodny, miałem już ochotę na dobre jedzenie i zimne piwo, więc zajechałem do RV Parku (RV- samochody z wbudowanym "domkiem"), tam mieli miejsce na namiot. Wzięliśmy pomimo, że nie mieliśmy namiotu, noc spędziliśmy z samochodzie, a było bardzo zimno i trzeba było odpalać silnik co godzinę, żeby nie zamarznąć. Rano zwiedziliśmy miasteczko, które można przejść w 5 minut. Cieszę się, że zobaczyłem Mono Lake za drugim podejściem i w innych warunkach atmosferycznych. Jednak ani na moment nie żałuję zimowej wyprawy zakończonej niepowodzeniem - widok zimy, gdy u mnie w San Francisco było gorąco, był naprawdę przyjemny... mimo wszystko :) – spontaniczne podróżowanie ma po prostu swój urok. Pora była ruszać w trasę - następne atrakcje czekały...

Mono Lake

środa, października 08, 2008

Yosemite National Park

Park Narodowy Yosemite jest dość wdzięcznym celem wypraw weekendowych dla mieszkańców San Francisco i okolic oraz dla turystów odwiedzających Bay Area. Kilka lat temu pierwszy raz odwiedziłem to miejsce i przyznam, że nie zrobiło na mnie wrażenia, więc - gdy ktoś pytał mnie o zdanie wolałem polecić inne ciekawsze według mnie miejsca. Niedawno podczas odwiedzin moich znajomych zjechaliśmy wszystkie możliwe miejsca i pozostał nam tylko Park Yosemite - postanowiłem pomimo swoich uprzedzeń pojechać na "łatwy" wypad i zobaczyć ile się zmieniło od ostatniego czasu. Poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko, byłem świeżo po wyprawach po największych Parkach Narodowych USA. Ruszyliśmy rano z San Francisco przez Oakland i wjechaliśmy na międzystanową 580, która prowadziła na wschód, po pewnym czasie droga zamieniała się na 205, żeby przejść w miejscowości Tracy w drogę numer 120, która miała już nas prowadzić do celu. Według map i GPS przed nami było około 3 i pół godziny jazdy. O ile autostradą jechało się szybko - to droga 120 nie pozwalała rozpędzić się dobrze i byliśmy zdani na wlekące się przed nami ciężarówki, które zabierały świeży towar z pobliskich sadów i pól uprawnych. Na wszelki wypadek zatankowaliśmy do pełna jeszcze w Manteca, większym miasteczku z dużym centrum handlowym, obawiałem się wysokich cen paliwa w okolicach Yosemite, co potem się potwierdziło i zaoszczędziłem sporo pieniędzy. Po drodze mijaliśmy stragany oferujące truskawki, czereśnie i inne owoce, bardzo to przypominało polskie drogi w sezonie letnim. W Yosemite Junction droga 120 "nagle" skręca na południowy wschód i jadący zbyt szybko mogą ten zjazd do Parku przejechać, trzeba uważnie czytać napisy na tablicach przy drodze. O ile do tej pory jazda była w miarę przyjemna - to teraz zaczęły się serpentyny, wjeżdżaliśmy na sporą wysokość i widoki z drogi na dolinę i pobliskie góry były niesamowite. Osobiście uwielbiam ostre zakręty i serpentyny, ale poza mną nikt tego entuzjazmu nie podzielał. Zaczęły się poważne problemy z pasażerami, nieprzyjemności związane z chorobą lokomocyjną dotknęły też osoby, które wcześniej dobrze znosiły podobne zakręty na drogach. Po kilku milach zawijasów wszyscy poza mną ciężko chorowali i połykane pośpiesznie pastylki nic nie dały, wiozłem nieprzytomne "zwłoki":(. Na szczęście obyło się bez wymiotowania, ale stan pasażerów nie był najlepszy co źle wróżyło na przyszłość – przecież mieliśmy wracać tą samą drogą! Przy każdej okazji robiłem krótkie postoje, czas nieubłaganie wydłużał się i zakładane 4 godziny już dawno były nieaktualne. Dojechałem szczęśliwie do głównej "bramy" wjazdowej do Parku Yosemite, kolejka była spora i obserwowanie bezmyślnych ludzi, którzy stojąc w długim ogonku dyskutowali z Randżerami przy okienkach doprowadzało mnie do złości. I tutaj niestety sprawdziło się Prawo Murphiego :), wszystkie kolejki szły szybciej od mojej. Jako posiadacz rocznej karty wstępu do wszystkich narodowych parków nic nie płaciłem, ale zawiodłem się bardzo kiedy okazało się, że obsługa parku nie dysponuje mapkami Yosemite. Trudno -zdałem się na przewodnik i ruszyliśmy dalej, droga dalej była kręta, ale już znacznie łagodniej. Zatrzymaliśmy się na kilku punktach widokowych, które nie zachwycały. Jechaliśmy Big Oak Flat Road, która doprowadziła nas do skrzyżowania z Tioga Road. W tym momencie była chwila zawahania, którą trasę obrać czy na północ Tuolumne Meadows na północy, czy jechać dalej na wschód do Yosemite Valley. Wybraliśmy drugą opcję, zresztą jak większość kierowców. Ruch był spory i trzeba było uważać na prędkość, bo policja czaiła się wszędzie. Na pewnym odcinku trafiły się dość długie tunele, które były niezłą atrakcją. Pierwszy postój zrobiliśmy w bardzo popularnym punkcie widokowym Valley View, wepchanie się na malutki parking było trudne, ale na szczęście ludzie robili zdjęcia i szybko odjeżdżali. Widok był "pocztówkowy" z tej odległości ładnie widać dolinę Yosemite z górującym nad nią szczytem El Capitan - najbardziej charakterystyczna góra i najbardziej rozpoznawalna. Ruszyliśmy dalej i tuż przed wjazdem do miasteczka w Dolinie, postanowiłem skręcić na drogę prowadzącą na południe na Wawonę. Za cel obrałem sobie najlepszy punkt widokowy Parku - Glacier Point. Zatrzymaliśmy się przed wjazdem do długiego tunelu na punkcie widokowym zwanym Tunnel View, gdzie widok jest jednym z najładniejszych jakie tutaj widziałem. Podobnie jak z pobliskiego Valley View - tylko inna perspektywa. Droga ponownie zrobiła się bardzo kręta, po kilkudziesięciu milach w Chinquapin niechcący przegapiłem skręt na Glacier Road, był tak "gwałtowny", że musiałem ostro skręcić, żeby się wyrobić. Teraz zaczęły się niezłe serpentyny i ludzie znowu "popadali". Dojazd zajął dużo czasu, GPS niestety nie bardzo brał pod uwagę jakość drogi, wysokość i serpentyny. Byliśmy znacznie później, niż zakładaliśmy. Zaparkowaliśmy na dużym parkingu i już po wyjściu z samochodu mieliśmy niesamowitą panoramę na całą Dolinę Yosemite i szczyt El Capitan. Do dyspozycji mieliśmy kilka małych szlaków i punktów widokowych. Patrząc na dolinę pierwsze co powiedziałem do znajomych to, "że cofam wcześniej wypowiedziane słowa na temat Yosemite" - Park jest przepiękny, a widok z Glacier Point zapiera dech w piersiach. Widać było dokładnie całą dolinę pod nami. Z góry wszystko wyglądało jak makieta - diorama z malutkimi domkami i samochodzikami, a w tle pokryte popołudniowym słońcem pasma górskie w przeróżnych kształtach. Wodospad z wodą spadającą kaskadami żył pomimo pory letniej, chociaż na wiosnę jest znacznie atrakcyjniejszy kiedy przewala się przez niego ogromna ilość wody z zimowych roztopów. Ludzie siadali na głazach i podziwiali widoki, a ja biegałem po różnych punktach szukając ciekawych ujęć. Przyznam, że jest to jeden z najładniejszych punktów widokowych jakie widziałem. Warto poświęcić czas i dojechać na górę. Po uczcie dla oczu pora przyszła na powrót do doliny, znowu serpentyny, ale wszyscy znieśli to dzielnie. Na dole zrobił się spory "kocioł" - za dużo turystów i nie było gdzie zaparkować samochodu. Przejechaliśmy całą "wioskę" i zaparkowaliśmy przy drodze. Dalej na piechotę poszliśmy na jeden z wielu szlaków, przez przyjemnie pachnące lasy doszliśmy do wodospadów Lower i Upper Yosemite Falls, o tej porze roku we wrześniu po wodospadzie pozostała nazwa, najlepiej widać ogrom spadającej wody w okresie wiosennym. Teraz szliśmy po wyschniętym korycie rzeki i głazach oszlifowanych przez spadające kaskady wody. Wróciliśmy na główną drogę gdzie kursują bezpłatne autobusy, które rozwożą turystów po wyznaczonych punktach. Podjechaliśmy do The Ahwahnee i dalej na piechotkę udaliśmy się szlakiem w stronę Mirror Lake, trasa doprowadziła nas do czegoś, co kiedyś było jeziorkiem. Byliśmy w ogromnym wąwozie i wysokie granitowe skały przytłaczały nas swoim ogromem, po drodze napotkaliśmy stada jeleni i dwa czarne misie bawiące się w odpowiedniej odległości od nas. Pora była się zbierać i powoli wracaliśmy do samochodu. Zachód słońca zastał nas u podnóża El Capitan i był bajeczny, ciepłe zachodzące słońce i rzucało swoje promienie na góry, a niebo w kolorze czerwieni obijające się w nielicznych jeziorkach dodawało klimatu. W tym momencie nawet amator zrobiłby piękne zdjęcia nadające się na okładki magazynów. Pora była poszukać campingu, oczywiście liczyliśmy tylko na łut szczęścia, przy takiej ilości ludzi to było mało prawdopodobne. Znalazło się jedno miejsce i rozbiliśmy namiot. W nocy było bardzo zimno i cieszyłem się, że wybrałem samochód do spania. Rano po śniadaniu poszliśmy do Visitor Center, gdzie zostaliśmy bardzo dokładnie poinformowani o wszystkich możliwych szlakach w okolicy. Okazało się, że jest tego dużo i wypadałoby tutaj zostać jeszcze przez tydzień (najlepiej z rowerami). Odpuściliśmy chodzenie i ruszyliśmy w drogę powrotną na zachód do skrzyżowania z Tioga Road, która prowadzi na północny wschód. Odcinek drogi był spory do pokonania, ale podjąłem się tego wyzwania. Widoki powoli zaczęły się zmieniać i wszechobecny zielony las powoli ustępował miejsca skałom. Kształty formacji skalnych były przedziwne, zaokrąglone i wygładzone, żeby za chwile przejść w postrzępione, ostre krawędzie. Zaczęło być ciekawie, nie było już tak monotonnie. Momentami przypominało to wylany i zastygły budyń z pojedynczymi drzewkami wyrastającymi z ... pomiędzy szczelin w skałach. Dotarliśmy w końcu do słynnego Olmsted Point, punktu widokowego na drugą stronę doliny Yosemite. Panorama była przepiękna i do tego doszła struktura pobliskich skał, które wyglądały jak powiększona do monstrualnych rozmiarów wyschnięta i popękana gleba. W niektórych miejscach pojedyncze głazy leżały – tak jakby zamarły w ruchu podczas spadania. Miało się wrażenie, że można je tylko dotknąć, żeby dalej mogły się potoczyć w dół. Trzymały się chyba jakąś nadprzyrodzoną mocą przecząc prawom fizyki. Od parkingu na tym punkcie widokowych odchodził szlak, ale nie mieliśmy już dużo czasu. Jest to jedno z tych miejsc, które zarezerwowałem sobie na przyszłość i koniecznie będę chciał przejść się po tym szlaku. Po kilku milach dalszej jazdy trafiła się prawdziwa perełka, przezroczyste jak tafla szkła jezioro Tenaya. Odbijające się w nim góry i lasy hipnotyzowały i zmusiły nas do dłuższego pozostania na miejscu, zrobiliśmy mały spacerek brzegiem. Dotarło wtedy do mnie, że ta część parku jest najładniejsza. Większość turystów nieświadomie ogranicza się do zwiedzenia Doliny, a nie wiedzą jakie bajeczne widoki czekają tych, którzy ruszą Tioga Road w stronę Tuolumne Meadows. Pozostała część drogi była równie widokowa i częstotliwość zatrzymywania się na poboczach była bardzo duża. W ten sposób dotarliśmy do Tioga Pass Entrance czyli wjazdu do parku od strony wschodnie. Tutaj kończył się park Yosemite. Dojechaliśmy jeszcze do jeziora Tioga równie urokliwego i tak mocno "nasyconego" kolorem niebieskim i turkusowym, że wydawał się nienaturalny. Spędziliśmy kilka chwil podziwiając widoki i jedząc spóźniony obiad. Niedaleko od Tioga Lake było następne jezioro Ellery Lake i jak należało się spodziewać równie urocze. Pora była wracać, a przed nami kawał drogi do pokonania i przejazd przez serpentyny Yosemite.

Yosemite

wtorek, października 07, 2008

Mister GAP

W okolicy pojawiła się tajemnicza postać, można ją spotkać na peronach stacji BART-a.
Nazywa się GAP i strzela z oczu laserem w pociągi !!!



Co robią buty na drutach... ?


Pytanie jest trudne, nie udaje mi się uzystać jednoznacznej odpowiedzi. Wiele razy widziałem wiszące trampki na przewodach linii telefonicznych lub linii wysokiego napięcia i wiele razy zastanawiałem się nad znaczeniem tego powszechnego w USA zjawiska.
Pytając i czytając dowiedziałem się tyle:
- jest to oznaczenie miejsca w którym zginął członek lokalnego gangu
- jest to znakowanie terytorium jakiegoś gangu
- jest to zaznaczenie strefy w której działa handlarz narkotyków
- w tej dzielnicy/miejscu kradną
- miejsce w którym jakiś małolat stracił dziewictwo
- lub po prostu dla zabawy
Może ktoś doda coś na ten temat w komentarzach ?

Murals

Przechadzka ulicami San Francisco to coś więcej niż zwykłe przejście pomiędzy pięknymi wiktoriańskimi dzielnicami. Wzdłuż ścian budynków i domów mieszkalnych, znajdziemy ponad 600 malowideł napełnionych pięknymi kolorami często o podłożu politycznym i społecznym. Mission dystrykt jest chyba najlepszym przykładem, ulice 18, 22 i 24 pełne są przykładów najładniejszych "muralów".

Murals

Get guns off our streets...

... tego typu reklamy pojawiły się w San Francisco. Tutaj ludzie nie obnoszą się z bronią palną i znalezienie sklepu sprzedającego pistolety lub rewolwery jest bardzo trudne lub wręcz niewykonalne. Peace and Love zawsze kojarzone jest z tym miastem.
Dlatego chętnie zaprezentuję produkt, który zapewne zostałby źle przyjęty w moim sąsiedztwie ale mi przypadł bardzo do gustu :)

Wersja SOPMOD (Special Operations Peculiar Modification) jest modyfikacją poczciwej "em-czternastki". Stworzono ją z myślą o oddziałach specjalnych i wykonano zgodnie z ich wytycznymi. Wraz ze eskalacją przemocy na świecie, powszechnie stosowane karabiny kalibru 5.56mm okazały się zbyt mało skuteczne w obliczu kewlarowych kamizelek oraz coraz lepiej opancerzonych pojazdów. Dlatego przyszedł najwyższy czas na zmiany. Zastosowana w broni amunicja 7.62mm ma doskonałą balistykę i siłę obalającą. Opierając się na sprawdzonym karabinie jakim jest M-14, dodając zaawansowane technologicznie akcesoria stworzono doskonałe narzędzie pracy :).

poniedziałek, października 06, 2008

Hardly Strictly Bluegrass czyli super muza w SF

Golden Gate Park to ciekawe miejsce, niby zwykły park a w weekendy zamienia się w nie zwykły :). W ostatni weekend stał się miejscem w którym zgromadziła się chyba cała lokalna śmietanka hipisowska i zwykli ludzie chcący posłuchać "innej" muzyki. Przypadkiem trafiłem na to wydarzenie przypominające Summer Of Love z lat 60-tych i Woodstock :). Przypadek polegał na tym że ja mieszkam "obok" parku i trudno było coś tak dużego przegapić. Ilość ludzi przybyłych na koncerty trochę mnie zaszokowała, naprawdę trudno było się przemieszczać w tłumie ludzi. Osoby lubiące marijunanę nie musiały jej przynosić, wystarczyło się tylko pozaciągać... chodziliśmy w oparach dymy z tych zielonych liści. Oczywiście alkohol lał się szeroko co w tak restrykcyjnej Ameryce było mocno dziwne ale to jest SAN FRANCISCO !!!
Teraz kilka słów o Bluegrass czyli o muzyce jaką grali wykonawcy w tych dniach - jest przede wszystkim interpretacja starych znanych utworów country wykonywana w sposób wirtuozerski na instrumentach klasycznych takich jak: mandolina, bandżo 5-strunowe, skrzypce, gitara i kontrabas. Zagranie utworu ma na celu popisanie się umiejętnościami mistrzowskimi przez każdego muzyka z osobna instrumentalnie i wokalnie. Muzycy mają swoje partie solowe zagrać tak aby nikt nie mógł ich powtórzyć, dlatego wprowadzili niewiarygodne szybkości i karkołomne techniki grania. Znamieniem tego stylu są pojedynki na instrumenty, wokalne dośpiewki, rozmowy i śmiech podczas muzykowania. Nie ma mowy o jakiejkolwiek improwizacji, wszystko jest do perfekcji wytrenowane. Początek ponownemu odkryciu tego gatunku dała formacja Hayseed Dixie nagrywając w 2001 roku płytę „Tribute To AC/DC” z utworami zespołu AC/DC. Płyta sprzedała się w nakładzie 200 000 egzemplarzy otwierając drogę bluegrassowi na komercjalny rynek muzyczny w USA. Wśród współczesnych bluegrassowych inspiracji przeróbek starych hitów znalazły się utwory z dorobku takich wykonawców jak: Elvis Presley, The Beatles, Kiss, Led Zeppelin, Aerosmith, Metallica, Black Sabbath, Neil Young, Motörhead oraz AC/DC. W ślady Hayseed Dixie poszedł między innymi Billy Burnette nagrywając w 2007 roku płytę inspirowaną twórczością Elvisa Presleya.
Zdecydowanie najbardziej zwariowaną i żywiołową kapelą była formacja Gogol Bordello - tworzy go ośmiu imigrantów, głównie z Europy Wschodniej. Zespół został założony w 1999 roku przez Ukraińca Eugene Hütza. Początkowo zespół nazywał się Hütz and the Béla Bartóks, lecz lider zespołu (Hütz) stwierdził, że "nikt w Stanach nie będzie wiedział, kim do cholery był Béla Bartók". Aktualna nazwa zespołu odnosi się do postaci Nikołaja Gogola oraz potocznej nazwy domu publicznego. Pierwszy singel zespołu ujrzał światło dzienne w 1999 roku. Od tamtego czasu Gogol Bordello wydali cztery albumy.
Koniecznie muszę podać skład zespołu i narodowości artystów :)
  • Eugene Hütz – wokal, gitara akustyczna (Ukraina)
  • Siergiej Riabcew – skrzypce, chórki (Rosja)
  • Jurij Lemeszew – akordeon, chórki – (Rosja)
  • Oren Kaplan – gitara, chórki – (Izrael)
  • Thomas Gobena – gitara basowa, chórki – (Etiopia)
  • Eliot Ferguson – perkusja, chórki – (USA)
  • Pamela Jintana Racine – instr. perkusyjne, chórki, taniec (Amerykanka z tajskimi korzeniami)
  • Elizabeth Sun – instr. perkusyjne, chórki, taniec – (Szkotka z chińskimi korzeniami)
  • Pedro Erazo – instrumenty perkusyjne, MC – (Ekwador)

"Na dziko" w lasach Północnej Kalifornii

W jeden z weekendów, oczywiście wydłużonych ruszyliśmy na północ Kalifornii z zamiarem zrelaksowania się na łonie natury :) w miejscach przez nas i przez większość ludzi omijanych czyli w Lasach Narodowych w okolicach Mt.Shasta. Wyprawa była nie zaplanowana z głównym założeniem, że gdzie dojedziemy tam śpimy. Tak pokręciliśmy się w okolicach Shasta Lake, które wrześniową porą okazało się mocno wyschnięte i mała ilość wody nie bardzo pozwalała na pływanie. Zresztą okoliczne jeziora zaznaczone na mapach okazywały się wyschniętymi zbiornikami. Dotarliśmy pod Oregon doSiskiyou county i tam przyjemnie powygrzewaliśmy się na plażach kameralnych jeziorek, naprawdę przyjemnych i wartych ponownego odwiedzenia. [Siskiyou Lake, Lake Shastina, Grass Lake i pomniejsze]. Wracając zahaczyliśmy o Lake Oroville i Clear Lake jedno z większych jezior okolicy które niestety nie oferuje tak przyjemnych plaż ale jest świetnym miejscem na popływanie łodzią lub poimprezowanie w okolicznych domach. W trakcie naszego pobytu w dzikich zakątkach leśnych odbyło się kilka konkursów strzeleckich (ustrzeliłem jednocentówkę z czego jestem dumny ale to chyba bardziej zasługa dobrze skalibrowanej lornetki hehe ), wypiliśmy duże ilości lokalnych piw i win. Ogniska ogrzewały nas w nocy i nad ranem a noce w namiotach mocno nas chłodziły (oj bardzo było zimno). Przyjemnie spędzony czas na "łonie"...

NorCal

sobota, października 04, 2008

Cars, cars, cars...

Lśniące w kalifornijskim słońcu, barwne, zadbane do przesady, kuszące niczym kobiety swym kształtem - pełnym fantazji ich twórcy konstruktora... i co najważniejsze dalej aktywne, podrasowane, z najnowszą technologią wewnątrz - spotykają się i wspominają tamte lata, kiedy tylko takie jak one przemykały po drogach... A teraz są w końcu wyjątkowe, wyróżniają się z tłumu nudnych samochodów XXI wieku... Ich dumni właściciele dbają o rozrywkę swych podopiecznych i zabierają je w podróż w czasie, aby mogły pochwalić się swoją urodą i nieprzemijającym wdziękiem wśród innych, tak samych wiekowo leciwych czterokołowych, uroczych dam...
Cars

piątek, września 26, 2008

W krainie Mormonów. Ostatnia część wyprawy do Parku Narodowego Yellowstone.

Po chłodnej nocy na kampingu w Grand Tetot trzeba było się zbierać w cieplejsze rejony. Wjeżdżamy na drogę 89 biegnącą na południe w stronę granicy z Idaho. Teren po obydwu stronach autostrady jest przyjemny dla oka, droga mija szybko kiedy można podziwiać zza okna takie widoki. Zatrzymujemy się na granicy stanów i robimy pamiątkowe zdjęcia przy tabliczkach z napisami Welcome to Idaho i Wyoming. Taka mała pamiątka i takie ciekawe doznanie jak opuszczanie terytorium innego kraju :). Po kilku milach robi się klimat iście europejski, witają nas tabliczki miasta Geneva i Montpelier, w którym zatrzymujemy się na chwilkę. Miasteczko ma klimacik trochę westernowy - czujemy się jak na dzikim zachodzie - słynie jest z tego że tutaj zaczęła swoją przygodę okradając bank banda Butcha Cassidiy. Nie minęło kilkanaście minut, a tu znów Europa - przekraczamy granice miasta Paris :). Malutkie miasteczko i bardzo zadbane z wysokim kościołem z piaskowca wybudowanym przez Mormonów. Zawsze bawią mnie takie miejsca, taka mała egzotyka i zawsze chętnie zbaczam z trasy, żeby choćby przejechać przez miasteczka z dumną nazwą jakiegoś miasta europejskiego. Pod koniec wyprawy w Nevadzie trafiliśmy na Pumpernickel Valley :) było trochę śmiechu. Zostawiamy za sobą Paryż i docieramy do skrzyżowania przed miejscowością St. Charles, tutaj skręcamy w stronę pobliskiego jeziora Bear Lake. Na mapce wydaje się być spore, więc koniecznie trzeba zobaczyć. Jedziemy wąską drogą na wschód w kierunku pasma gór, które widać w oddali, u podnóża znajduje się owe jezioro. Po opłaceniu wstępu, docieramy do dziwnej rampy, po której zjeżdżamy bezpośrednio na samą plaże, stało tam już kilka samochodów zaparkowanych tuż przy wodzie. Dla europejczyka to zawsze będzie dziwne, jeżdżenie samochodem po plaży hmm... - trochę to leniwe, ale w tym wypadku plaża była ogromna i nie było innej opcji jak tylko dojazd samochodem. Patrząc na Bear Lake zrozumiałem dlaczego często nazywane jest "Karaibami Gór Skalistych", woda w jeziorze była turkusowa na całej tafli idealnie zgrana kolorystycznie z białym piaskiem na plaży. Wskoczyliśmy popływać, ale szybko wyszliśmy, a woda zbyt płytka na długim odcinku. Najważniejsze, że chłód wody przyjemnie orzeźwił, a widoki dodatkowo uprzyjemniły przystanek w podróży. To świetne miejsce na piknik i imprezę na plaży - zwłaszcza, że na plaży rozstawione są drewniane stoły z ławami :). Czas było się zbierać - popędziłem samochodem po białych piaskach i wyskoczyłem na drogę - czas na ciąg dalszy wyprawy. Minęliśmy skręt do lokalnej atrakcji turystycznej, czyli jaskini Minnrtonka, która jakoś specjalnie nas nie pociągała. Pojechaliśmy wzdłuż jeziora i po chwili byliśmy w Utah. Granica stanów przebiega przez środek jeziora. Mijamy dużą marinę z łodziami i teraz widać, że miejsce jest popularne wśród posiadaczy małych jachtów, ruch jest spory na jeziorze. Jadąc dalej na południe docieramy do większej mieściny Garden City, w której skręcamy na zachód. Droga zaczyna się piąć stopniowo w górę, aż dociera do Bear Lake Summit, szczytu z niesamowitym tarasem widokowym na całe jezioro i okolice. Siadamy przy stołach i zajadając szybki obiad podziwiamy widoczki. Jedziemy dalej przez ogromny Las Narodowy Wasatch - drogę umilają nam ładne widoki okolicy. Teraz uświadomiłem sobie, że Utah jest wyjątkowo atrakcyjnym stanem jeśli chodzi o trasy widokowe, nawet na północy - czego nie byłem świadomy wcześniej. Po godzinie jazdy wjeżdżamy do miasta Logan, które położone jest na malowniczym wzgórzu z widokiem na dolinę. Zatrzymaliśmy się przy dużym kościele mormońskim z którego mieliśmy najlepszą panoramę na całą okolicę. Miejsce bardzo przyjemne z licznymi parkami i niską zabudową, na ulicach dużo młodych ludzi z pobliskiego uniwersytetu. Bardzo przyjemne miejsce i skorzystaliśmy z okazji na spacerek. Wieczorem opuściliśmy Logan kierując się na przedmieścia Salt Lake City do miasta Ogden. Po noclegach na kempingach chcieliśmy odpocząć i jednogłośnie zdecydowaliśmy się na hotel. Bazując na naszej książeczce z kuponami hotelowymi wybraliśmy najtańszą ofertę w sieciowym Days Inn. Motel z zewnątrz wyglądał typowo jak większość na trasie, ale pierwszy raz widziałem takie rozwiązanie architektoniczne wewnątrz :). Po środku pod dachem znajdował się się bardzo duży basen i jacuzzi. Dosłownie okna i drzwi każdego pokoju wychodziły na basen, wystarczyło otworzyć drzwi, wziąć rozpęd i wskoczyć do wody - relaksująca rozrywka :). Rankiem po obfitym śniadaniu zaserwowanym przez hotel - ruszyliśmy w stronę stolicy Utah. Międzystanową I-15 wjechaliśmy od północy do miasta, widok był rewelacyjny, skromne Downtown z wieżowcami, a w tle ogromne pasmo górskie osłaniające od wschodu miasto. Zjechałem z autostrady i wbiłem się w ruch miejski, zabudowa miasta była bardzo przyjemna, dużo stylowych domów i parków. Pierwszą atrakcją jaką chciałem zobaczyć tego dnia - był położony na obrzeżach miasta Park-Skansen - "This Is Th Plase - Heritage Village". Jeśli ktoś chce zobaczyć jak wyglądało życie pierwszych osadników - pionierów musi koniecznie odwiedzić to miejsce. Profesjonalnie przygotowane miasteczko z pełną zabudową. Zostawiliśmy samochód na parkingu i udaliśmy się do kasy biletowej, gdzie za jedyne 8 dolarów czekała nas podróż w czasie. Z tego miejsca widać dobrze panoramę miasta co dodaje uroku miejscu. Przy bramie przywitała nas miła dziewczyna ubrana typowo dla XIX wieku - płócienny czepek i skromną długą suknię - strój znany z westernów i filmów familijnych o dzikim zachodzie - jak "Domek na prerii" :). Na otrzymanej mapce zaznaczone mamy wszystkie domy w wiosce z dokładnymi opisami i historią miejsc. Budowle z cegły i drewna, zagrody i żywe zwierzęta, a na dodatek wszystko jest interaktywne! W jednym z domków przywitała nas cała rodzina pionierów z poprzedniej epoki: ubrania, wnętrza i otoczenie dawały obraz tego jak kiedyś żyli tutaj ludzie. Dowiedzieliśmy się namacalnie naprawdę wiele o pionierach - zobaczyliśmy ich dom z jedną izbą - z częścią kuchenną i tak zwaną sypialnią - czyli po prostu - dużym łóżkiem dla rodziców przykrytym ozdobnym kolorowym patchworkiem. Na górze był strych, w którym spały dzieci - wchodziło się do nich od zewnątrz domu - po drabinie opartej o ścianę. Pokazano nam jak i co jedli pierwsi osadnicy - min. jak wyrabiali masło i jak je przechowywali. Mogliśmy też zrobić małe ręczne pranie na blaszanej tarce, wytrzepać dywanik, a później pobawić się dziecięcymi zabawkami XIX wieku - pobiegać z drewnianym kołem - choć dla mnie to dziwne :), czy pochodzić na drewnianych szczudłach - hmm... dobrze, że się nie połamaliśmy! Osoby odgrywające role osadników - miła pani z gromadką własnych dzieci, która oprowadziła nas po domu i zagrodzie to wolontariuszka - tak jak i reszta pracowników muzeum. Naprawdę byłem pod wrażeniem. Pozostałe domy i sklepiki obsadzone były przez bardzo sympatycznych ludzi w strojach określających ich profesję (był cieśla, lekarz, fryzjer, kowal i właściciel hotelu) i każdy oprowadzał i opowiadał historię miejsca, w którym był "aktorem". Po okolicy woziła turystów mała kolejka, ale my woleliśmy pochodzić pieszo. Szczęście dla nas, że było wcześnie rano i nie było dużo ludzi co pozwalało delektować się miejscem bez biegających tłumów. Po dokładnym obejrzeniu całego miasteczka pora była wracać. Zjechaliśmy do centrum miasta i zaparkowaliśmy na publicznym parkingu, skąd było blisko do wszystkich atrakcji miasta. Pomaszerowaliśmy ulicą North Temple Street i od razu wyszliśmy na Centrum Konferencyjne oczywiście związane z kościołem Mormonów, kompleks budynków przypominał mi budowle socrealistyczne jakie często widać w wiadomościach z Korei Północnej :). Po drugiej stronie ulicy górował wysoki kościół The Salt Lake City Temple zwany inaczej Świątynią Mormonów. Niestety wstęp do świątyni mają tylko wyznawcy tej wiary, nie szkodzi - zadowoliliśmy się widokiem z zewnątrz. To typowo neogotycki kościół z sześcioma wieżami i pięknym oczkiem wodnym - tutaj chętnie fotografowały świeżo upieczone małżeństwa. Pomaszerowaliśmy w stronę wysokiego "wyjątkowo brzydkiego" budynku, który górował nad centrum miasta, przypominał typowy biurowiec jednego z banków komercyjnych, jakie było nasze zdziwienie kiedy okazało się że jest to ... biurowiec kościoła Mormonów!!! Kościół to tutaj prawdziwa mega instytucja, ludzie w białych koszulach i czarnych, czasem beżowych garniturach idących do pracy z aktówkami... do pracy w kościele :). Kobiety ubierają się tutaj bardzo skromnie i staromodnie - ciemne, długie suknie w kwiatki -i jak zauważyliśmy wyjątkowo wyjątkowo za ciepło - grube rajstopy przy takiej temperaturze! Dziwnie się czułem w szortach do kolan :). Wszędzie czuje się, że religia opanowała każde miejsce w mieście. Upał dawał się mocno we znaki, a przed nami jeszcze kawałek drogi w stronę siedziby władz stanowych. Warto było przejść kilka mil stromymi uliczkami. Zobaczyłem jeden z najładniejszych kapitoli w stanach, który był bliźniaczo podobny do Kapitolu z Waszyngtonu. Budowla znajduje się na łagodnym wzgórzu, z którego roztacza się niesamowity widok na miasto i pobliskie góry. Po drugiej stronie ulicy znajduje się stary City Hall w którym teraz mieści się centrum Informacji turystycznej. Zeszliśmy w stronę centrum przez dzielnicę Capitoll Hill która przypominała mi typowe dzielnice San Francisco z wiktoriańskimi budynkami. Spędziliśmy tak czas do wieczora snując się pomiędzy pomnikami i fontannami, mijaliśmy małe kościółki i muzea nawiązujące do historii mormonów. Mieliśmy też okazję zobaczyć kompleksy sportowe po Olimpiadzie z 2002 roku. Powoli trzeba było opuścić miasto, skierowaliśmy się nad słynne jezioro Salt Lake i jakież było moje rozczarowanie, kiedy zobaczyłem hałdy soli i w oddali taflę wody. Wyjątkowe brzydkie jezioro i teraz zrozumiałem dlaczego nie ma żadnych atrakcji przy brzegach. Czekała nas długa droga do domu, do przejechania był cały odcinek z Salt Lake City do San Francisco, jeszcze przez długi czas jechaliśmy przez słone pustkowie - dosłownie wszechobecna sól wyglądała jak leżący wokół śnieg... Później widoki zrobiły się zwyczajne - czyli masywy górskie i pustynia...

czwartek, września 25, 2008

Grand Teton National Park

Yellowstone zostawiamy za sobą, przed nami Park Narodowy Grand Teton. Niewielki odcinek drogi łączy obydwa parki - przez co turyści będąc już w Yellowstone zwykle odwiedzają mniejszy Grand Teton. Wyjeżdżamy drogą 89 przez Południowe Wrota (South Entrance), która zwykle jest zamykana w początkach listopada do połowy maja. Przejeżdżamy przez 130 kilometrowy skrawek ziemi wciśnięty pomiędzy dwa parki, nazywany jest John D. Rockefeler Jr. Memorial Parway na cześć wielkiego filantropa i człowieka, który miał wielki wkład w powstanie Parku Grand Teton. Krajobrazy powoli zmieniają się i w oddali widać już zarysy pasma górskiego nazwanego przez francuskich traperów Tetons czyli "piersi" :), no cóż każdy widzi co chce, ale jak dla mnie to chyba ostatnia rzecz o jakiej bym pomyślał patrząc na te szczyty górskie, zapewne z braku kobiet na szlaku Francuzi interpretowali kształty w iście Freudowski sposób. Zatrzymaliśmy się przy tamie na rzece Snake, z której roztaczała się panorama na jezioro i całe pasmo górskie Grand Teton. Pierwsze wrażenia były bardzo obiecujące po "nudnym" Yellowstone i ruszyliśmy pełni optymizmu. Cała droga wzdłuż Jeziora Jackson to bardzo ładna trasa widokowa, nie omieszkaliśmy zatrzymać się kilkakrotnie na poboczach i podziwiać krajobrazy, a ja jak zwykle szalałem z aparatem. Dość szybko dojechaliśmy do Colter Bay, gdzie mieści się Centrum Informacji Turystycznej, miejsca - które zawsze odwiedzam, tam jak zwykle obsługa jest rewelacyjnie przygotowana merytorycznie i udziela wyczerpujących informacji o wszystkich możliwych szlakach i miejscach wartych zobaczenia. Dostaliśmy mapki i gazetkę z wykazem wszystkich miejsc kampingowych - co było bardzo pozytywne - ponieważ przestałem ufać bazie danych w moim GPS-ie. Colter Bay Village to maleńkie "miasteczko" położone przy głównej drodze, a oferujące miejsca noclegowe i restauracje oraz stacje benzynową. Przez chwilę zastanawialiśmy się czy nie warto przenocować na pobliskim kampingu, ale zdecydowałem że ruszymy do innego polecanego w przewodnikach miejsca niedaleko Jenny Lake. Powoli robiło się ciemno i wszystkie atrakcje zostawiliśmy na dzień następny. Trudno było przemknąć przez Park nie zatrzymując się co kilkadziesiąt metrów. Sceneria masywu górskiego z tak bliskiej odległości zapierała dech w piersiach, mimo że Grand Teton nie są wysokimi górami - to jednak robią wrażenie. Minęliśmy Jackson Lake Lodge i skrzyżowanie dróg, gdzie 89 odbijała na wschód, a my wjechaliśmy na Teton Park Road, która prowadziła na południe. Powoli dotarliśmy do kampingu przy Jenny Lake, który wydawał się być idealny, położony przy jeziorze i z widokiem na szczyty gór. Niestety dotarliśmy za późno, wszystkie miejsca były zajęte. Usiedliśmy na małą naradę i w opcji był powrót do Colter Bay lub kontynuowanie jazdy na południe do kampingu w oddalonym od parku Gros Venture. Odległości były podobne, ale w końcu wybraliśmy drogę na południe. Minęliśmy wyjazd z Parku i na skrzyżowaniu Moose Junction skręciliśmy na drogę 89 w kierunku południowym, do celu dojechaliśmy już prawie o zmroku. Kamping Gros Venture miał wolne miejsca z czego bardzo się ucieszyliśmy, zmęczeni po całym dniu marzyliśmy o prysznicu i odpoczynku. Miejsce było ogromne i mogliśmy sobie wybrać miejsce na nocleg. Niestety nie było pryszniców i ciepłej wody, tylko toalety - ale i to dobre:). Zostałem dokładnie poinstruowany przez strażnika co mam zrobić, żeby uniknąć misia (poprzedniej nocy odwiedził to miejsce), przepisy były bardzo restrykcyjne, nie można było zabrać do namiotu nawet wody w butelkach. Wszystko zamknęliśmy w bagażniku (obok były specjalne metalowe skrzynie do przechowywania jedzenia). Trochę głodni pojechaliśmy z powrotem w stronę parku do mieściny Dornan's, gdzie akurat trwała "wiejska" zabawa, śpiewali kowboje, a przy stołach zastawionych jedzeniem siedzieli tubylcy. Zjedliśmy świetną kolację na balkonie stylowej restauracji z widokiem na góry. Miło oglądać zachód słońca przy piwku w takiej scenerii :). Niechętnie wróciliśmy na miejsce noclegu. W nocy było chłodno, a nasz namiot i śpiwory nie były na to przygotowane, pozostało ubrać polary. Misio nie odwiedził naszego kampingu w nocy... Rano przywitało nas czyste niebo i słońce. Po skromnym śniadaniu ruszyliśmy do Parku Narodowego Grand Teton. Trasę obrałem teraz inną - tak żeby zrobić małą pętlę i wyjechać od północnego wschodu na bramę wjazdową Moose Entrance Station. Niedaleko od nas w Jackson Hole Airport co chwila lądowały duże samoloty komercyjnych przewoźników dowożące turystów pod sam Park. Zrobienie małej pętli okazało się strzałem w dziesiątkę, jadąc Antelope Flats Road mieliśmy super panoramę na cały łańcuch górski. Z tej perspektywy wzrokiem obejmowaliśmy idealnie całość masywu Grand Teton, a dla maniaka fotografii jakim jestem - była to istna uczta. Idealnie w tło wkomponowało się małe stadko bizonów, które spokojnie przechadzało się w złotej trawie. Wjechaliśmy do Parku pokazując nasze PASS-y, ominęliśmy Visitors Center i kierowaliśmy się na w stronę Jeziora Jenny. Po kilku milach dojechaliśmy do skrzyżowania naszej drogi Teton Park Road z North Jenny Lake Junction, gdzie zjechaliśmy na drogę widokową. Faktycznie już po kilku metrach mieliśmy pierwszy stop - spory parking z miejscem wymarzonym dla fotografa "pocztówkowego" :). Przed nami trzy słynne "Wielkie Piersi" - czyli Grand Teton zwany przez Indian "Wieloma Wieżyczkami". Obowiązkowa sesja zdjęciowa, a widok wyglądał przy tym świetle jak fototapeta. Ruszyliśmy dalej samochodem, robiąc małe przystanki na sesje zdjęciowe. Zatrzymaliśmy się w końcu na dużym parkingu koło Jeziora i ruszyliśmy na szlak. Dróżka wiodła wzdłuż malowniczego jeziora Jenny, co jakiś czas przepływał mały stateczek wiozący ludzi na przeciwległy brzeg, gdzie zaczynały się szlaki do pięknego Kaskadowego Kanionu. Stromym szlakiem można dotrzeć do Ukrytych Wodospadów i Imspiration Point z fantastycznym widokiem na jezioro i wypaloną przez słońce równinę za nim. Maszerowaliśmy w ciszy przez zielony las pachnący żywicą i ściółką. To było bardzo relaksujące, co jakiś czas siadaliśmy na brzegu delektując się widokami i przeźroczystą wodą jeziora niezmąconą żadną falą. Co jakiś czas mijały nas małe stadka saren, a rozśmieszały malutkie wiewióreczki chipmunki. Po prostu jak w bajce. Doszliśmy dość szybko do następnego jeziora String Lake, które wiło się lekko i wpadało do większego Leigh Lake. Siedząc na mini plaży nad jeziorkiem z zazdrością obserwowałem ludzi w kajakach cicho przecinających taflę jeziora. Takie widoki ze środka jeziora i tyle zakamarków w które można wpłynąć i odpocząć na malutkich wysepkach. Pogadałem chwilkę ze starszą wiekowo parą (pasjonujące, że ci ludzie w takim wieku tak aktywnie wypoczywają ciesząc się z życia, widząc taką starość, aż chce się dożyć sędziwego wieku), która płynąc kajakiem co jakiś czas musiała transportować go przez las, mieli ze sobą specjalne kółka, ktore z pewnością ułatwiały transport. Podobno jest tutaj zakaz używania łodzi motorowych - żaden więc hałas nie zmąci ciszy. Po pewnym czasie szlak wchodził głęboko w las i idąc nim natknąłem się na polankę pełną grzybów! Ogromne prawdziwki aż serce ściskało, że nie mogłem ich pozbierać :(. W Ameryce istnieje tylko jedno określenie na grzyba - a jest nim pieczarka, reszta nie istnieje i widok zbierającego grzyby człowieka budzi wielkie zdziwienie. Idąc szlakiem dotarliśmy do głównego jeziora Jackson Lake z ładnie wkomponowaną wysepką Elk Island. Teraz dopiero zazdrościłem kajakarzom, mieli dostęp do wszystkich miejsc i widoków. Byłem lekko oszołomiony widokami i klimatem tego miejsca, moi współtowarzysze podzielali moje zdanie odnośnie tego miejsca. Grand Teton, który zwykle jest dodatkiem do Yellowstone w moich oczach przerasta ten najstarszy park i jest jednym z najładniejszych miejsc jakie widziałem w USA. Myślę, że jest to miejsce, w które bedę chciał wrócić i dokładnie je zbadać, koniecznie w kajaku. Trzymając w rękach mapkę byłem pod wrażeniem ilości szlaków hikingowych, można tu spędzić dużo czasu chodząc po górach i lasach i doświadczać niesamowitych widoków... Wróciliśmy na masz parking i ruszyliśmy na północ do Jackson Lake Lodge, gdzie zostawiliśmy samochód i szlakiem do Hermitage Point, widoki przepiękne teraz z innej perspektywy, malownicza zatoczka Half Moon Bay i ten pastelowy zielony kolor jeziora... Zdjęcia w aparacie wyglądały jak podrasowane kolorystycznie. Naprawdę żałowałem, że nie mamy więcej czasu i trzeba było się powoli zbierać. Po całym dniu spędzonym na łonie natury trzeba było ruszyć do cywilizacji, wyjechaliśmy z Parku i dojechaliśmy do największego miasteczka w okolicy - Jackson. Jest to miejsce żyjące głównie z turystyki przez cały rok, nagromadzenie hoteli i restauracji jest wielkie, centrum przypomina trochę miasteczko z dzikiego zachodu. Ciekawostką są bramy z poroży na czterech rogach Parku w środku miasta. Wróciliśmy na pole na noc na nasz surowy kamping ze strachem myśląc o zimnej nocy. Wiem, że kolejne marzenie do zrealizowania w przyszłym roku - to ponowna wizyta w Grand Teton - dłuższa i koniecznie z kajakiem :).

czwartek, września 18, 2008

Yellowstone

Zostawiamy za sobą Cody i tamę Buffalo Billa. Przed nami cel wyprawy - Park Yellowstone. Najstarszy i najbardziej znany park na świecie. Przyznam, że nigdy mnie to miejsce nie pociągało i "zostawiłem" je na później :). Specjalnie też nie przygotowywałem się merytorycznie i nie przeczytałem nic o tym parku. Zostawiłem to na ostatni dzień i czekałem na jakieś zaskoczenie. Oglądając kilkakrotnie zdjęcia i słuchając opowieści nastawiłem się raczej negatywnie i teraz wszystko było w "rękach" Yellowstone, niech mnie przekona do siebie, niech mnie zaskoczy czymś czego jeszcze nie widziałem. A poprzeczkę postawiłem wysoko. Osobiście nie lubię miejsc, do których przyjeżdżają tysiące turystów zaczarowanych słynną nazwą Yellowstone i obawiałem się tłumów depczących po sobie ludzi. Droga numer 20 doprowadziła nas piękną trasą widokową do bramki wjazdowej zwanej Wschodni Wjazd (East Entrance), a do wyboru był jeszcze Północno-Wschodni Wjazd (Northeast Entrance), które przegrało jednak z odległością jaką trzeba by było pokonać, żeby tam dotrzeć. Zresztą z opinii ludzi spotkanych po drodze wynikało, że wschodni wjazd ma najciekawsze. Zatrzymaliśmy się na pamiątkowe zdjęcie przy tablicy z napisem Yellowstone i wjechaliśmy na teren Parku - legendy. Na bramkach wjazdowych trzeba było pokazać Pass lub zapłacić 25 dolarów, dostaliśmy tutaj mapki i gazetkę z aktualnymi informacjami o parku. Teraz pozostało szybko wybrać miejsce bazę z kampingiem, od której zaczelibyśmy zwiedzanie. Park Yellowstone przygotowany jest głównie dla zmotoryzowanych, nie znajdziemy tutaj tak dużej ilości tras hikingowych jak w innych parkach. Yellowstone to tak naprawdę dwie duże pętle tworzące cyfrę 8 i można przejechać ten park na wiele sposobów. Przejechanie północnej pętli to w zależności od zatoru na drodze może zająć około 2-3 godzin, a przejazd południową pętlą to ponad 3 godziny. Oczywiście jeśli trafimy na wolne RV lub zwierzęta na drodze to podróż może wydłużyć się o kilka godzin. Dopuszczalna prędkość na terenie parku nie pozwala na szybkie przedostanie się z miejsca na miejsce :) średnia 40-50 mil na godzinę, ale trafiają się też momenty że musimy toczyć się 25 mil na godzinę. Rangerzy i Policja jest wszechobecna na drogach. Tak więc obserwując "ósemkę" postanowiłem zrobić główną bazę wypadową na spojeniu dwóch pętli w miejscu (nie nazwę tego miasteczkiem ani wioską) zwanym Canyon Village. Byłem na bramce wjazdowej i do pokonania było niecałe 70 kilometrów, a po drodze chciałem zobaczyć najwięcej jak się uda. Droga była kręta co bardzo mi się spodobało, czego nie mogli powiedzieć pasażerowie :). Pierwsze co nas powitało to wyświetlacze policji informujące, że pali się jakaś część parku... Widzieliśmy śmigłowce latające nad nami z wodą do gaszenia płomieni. W oddali i to akurat z miejsca do którego jechaliśmy widać było wielki dym. Po kilku milach okazało się, że na szczęście pali się w miejscu oddalonym od szlaków turystycznych. Dojechaliśmy do wielkiego Jeziora Yellowstone i zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym, jakoś nie czułem się porażony widokami i jak dla mnie brakowało mi czegoś, było za "płasko", bez ciekawej oprawy w postaci wysokich gór, po prostu jezioro i otaczający je las. Pojechaliśmy wzdłuż jeziora do Fishing Bridge, które było reklamowane jako miejsce, gdzie mogę zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy i paliwo. Przejechałem to miejsce ... i wróciłem zdziwiony, że to ma być to miejsce! Kilka drewnianych domków i ogromny sklep-bar z pamiątkami, kilka pomniejszych sklepików oraz centrum informacji turystycznej. Benzyna droga, a w sklepach nic ciekawego. Wracając do samochodu na parkingu pod sklepem koło nas przeszedł jakby nigdy nic... bizon! Tubylcy nawet nie podnieśli wzroku, a turyści stali w szoku, a tylko nieliczni łapali za aparaty. Wyluzowany bizon przyszedł by zwyczajnie pochodzić po wiosce :). Ruszyliśmy trasą na północ do Canyon Village. Po drodze krajobraz specjalnie się nie zmieniał i tylko wypalone kikuty drzew urozmaicały widoki. Za to po kilku milach dotarł do nas zapach siarki, co oznaczało, że gdzieś w pobliżu są jakieś gejzery. Zjechaliśmy na pierwszy napotkany parking i okazało się, że trafiliśmy do Mud Volcano, miejsca - w którym z ziemi wydobywa się masa szarego błota, bulgocze, paruje i wydziela przykry zapach. Chodząc po specjalnie przygotowanych podestach można dokładnie z bliska przyjrzeć się tym zjawiskom. Ruszyliśmy dalej. Gdzieś w połowie drogi zatrzymał nas wielki korek, samochody stały, a ludzie na zewnątrz gdzieś biegli do przodu lub stali na poboczu, już nawet przestraszyłem się, że był wypadek i utkniemy na kilka godzin - droga jest jedno pasmowa. Po jakiejś chwili wyszliśmy zobaczyć co się dzieje, i ku naszemu zdziwieniu duże stadko bizonów postanowiło przejść z jednego pastwiska na drugie wybierając najwygodniejsza dla nich trasę, która akurat przebiegała przez naszą drogę. Kilka bardziej dowcipnych bizonów stanęło dęba na środku drogi i uparcie stało nie ruszając nawet ogonem! Po kilkunastu minutach spora część zeszła z jezdni i pozostał jeden największy, nie pozostało nam nic innego jak ruchem wahadłowym omijać sterczącego złośliwie po środku drogi bizona. Całe wydarzenie trwało około godziny. Tuż przed Canyon Valley na mapce wyszczególniona była atrakcja w postaci wodospadu, a że byliśmy blisko to postanowiliśmy tego samego dnia tam zajechać. Skręciliśmy w prawo na Upper and Lower Falls w kierunku South Rim, po kilku milach zatrzymaliśmy się na wielkim parkingu oczywiście zapchanym na maxa. Atrakcją okazał się taras widokowy na ogromny wodospad w dolinie przed nami. Widok warty był zjazdu z drogi. Byliśmy na sporej wysokości, z której widać było całkiem ładną panoramę okolicy z perełką w postaci wodospadu. Kilka chwil na zdjęcia i spacer po okolicy i ruszyliśmy z powrotem do wioski. Widziałem z góry ludzi stojących przy barierce tuż przy wodospadzie i tam skierowaliśmy samochód. Dojazd do tego miejsca nie był możliwy, z jakiś powodów droga była zamknięta dla samochodów i pozostało udać się tam na piechotkę. Widoki już nie tak urzekające, ale blisko wody. Wróciliśmy na parking jak się okazało zaparkowaliśmy w Canyon Valley, a na to miejsce składał się hotel-resort z restauracją, sklep i kilka budynków... wyszło na to, że przez przypadek wylądowaliśmy u celu który nas mocno rozczarował. Kilka metrów dalej droga prowadziła do bardzo dużego jak się okazało campingu. Obsługa i procedury biurokratyczne jak w hotelu wysokiej klasy! Recepcja z kilkoma stanowiskami i miły pan, który bardzo dokładnie sprawdził moje dokumenty i pobrał opłatę chyba 20 dolarów. Wiedziałem wszystko :) Gdzie dojechać, gdzie się wykąpać i czego nie robić, a tego było najwięcej. Generalnie schować wszystko co mamy do bagażnika i nic poza śpiworami i latarkami nie brać do namiotu. Misie są wszędzie i na ich punkcie panuje tutaj prawdziwa psychoza. Oczywiście dużo ludzi, którzy rozbili się koło nas za bardzo się tym nie przejmowała i dookoła roztaczały się zapachy grillowanego mięsa... Miejsca na nocleg na kempingach to Amerykanie mają świetnie przygotowane, nikt na nikim nie leży - stanowiska są wystarczająco oddalone od siebie, więc każdy ma sporo prywatności. Spoty na namiot i samochód przygotowane są bardzo dobrze, każdy na swój stół i ławy, oraz miejsce na grilla i ognisko. Odległości pomiędzy stanowiskami są duże co pozwala nawet trochę pohałasować. I tak jest w większości pól namiotowych w USA. Noc minęła spokojnie, bez misiów. Rano zaczęliśmy następny etap i ruszyliśmy na północną pętle (Loop). Poranek był słoneczny, a niebo - niebieskie idealnie pod zdjęcia :). Po kilku minutach zatrzymał nas mały korek, wcześniej nauczeni wiedzieliśmy, że oznacza to, że ktoś coś zobaczył i obserwuje lub robi zdjęcia, albo jakiś zwierzak przechodzi przez jezdnię. Tym razem był to czarny niedźwiedź, przechadzał się zboczem wzdłuż drogi. Ludzie robili zdjęcia nie wychodząc z samochodów, żeby nie zablokować drogi. Jak tylko misio schował się między drzewami korek natychmiast się rozładował. Po następnych kilku minutach natrafiliśmy na duże stado bizonów pasących się przy rzeczce, widok tych dzikich zwierząt już nie robił takiego wrażenia i tak miało pozostać do końca, po prostu bizony widzieliśmy już co chwila i stały się takim "normalnym" widokiem, że aż nudnym. Po kilku milach zjechałem na punkt widokowy, z którego widać było wielki połacie lasów, jeden wielki dywan z drzew, wszędzie jak okiem sięgnąć. Zastanawiałem się jakby to było zapuścić się w tą dzicz... ile by zajęło przebycie tego terenu pod warunkiem, że by nas nikt nie zjadł :). Następnym punktem na mapie był Tower Fall i jak to bywa w Yellowstone, wszystko jest przy głównej drodze. Zatrzymaliśmy się na parkingu koło jedynego w okolicy budynku z pamiątkami i barem. Dalej trzeba było przejść !!! :) kilkanaście metrów i wyszliśmy na punkt widokowy na wysoki wodospad. Zdecydowanie jedyna atrakcja w okolicy. Wodospad nie imponuje - jest jedynie ładnie wkomponowany między skały, co ładnie wygląda z daleka. Nieopodal mamy szlak, którym można wybrać się na niewielki hiking. Ruszamy dalej i mijamy Tower-Roosevelt i skrzyżowanie z drogą na północno-wschodnie wrota parku. Jedziemy chwilę równolegle do grupy ludzi na koniach, którzy postanowili skorzystać z lokalnej atrakcji jaką jest przejażdżka koniem po okolicy. Mijamy też rowerzystów, którzy mają niesamowitą kondycję jeżdżąc po okolicy. Po kilku milach skręciliśmy do następnej atrakcji na mapce, tym razem to kawałek skamieniałego drzewa, które dla odmiany stoi, a nie leży - jak większość skamieniałych drzew w innych parkach. Warto zobaczyć jeśli ktoś nie widział. Widoki nie zmieniają się dalej, za oknem drzewa, drzewa, wypalone drzewa itd. Docieramy do Mammoth Hot Springs skrzyżowania z drogą do północnych wrót parku. Miejsce przypomina lokalny odpowiednik "Ciechocinka" :) Miejsce wydaje się tętnić życiem w porównaniu z innymi miejscami w Parku. Atrakcją są Mammoth Hot Springs Terraces czyli wapienne tarasy, które wydają się być kopią tarasów z Pamukale w Turcji z tą różnicą że tutaj nie można wchodzić. Przemieszczamy się po drewnianych podestach. Dominują śnieżnobiałe kolory, ale często są przemieszane z pomarańczą i brązem od porastających je glonów. To spory kawałek do przejścia i droga wije się na szczyt wzgórza z wapnia, z którego mamy świetny widok na okolicę - przyznaję, że rzeczywiście wartą zobaczenia. Większość pętli przejechaliśmy, teraz droga prowadzić zaczyna na południe. Czas mija, a widoki bez zmian, jedyną atrakcją po drodze są jelenie, które stadami pasą się przy drodze. Wygląda na to, że turyści stosują się do ograniczenia prędkości i nie widzę żadnych potrąconych zwierząt na poboczach. Po niecałej godzinie docieramy do Norris, skrzyżowania dwóch pętli (środek cyfry 8), można tu zwiedzić pobliskie Muzeum Randżersów. W tym rejonie zwanym Norris Geyser Basin znajdziemy jedną z większych atrakcji parku, Steamboat Geyser, podobno największy gejzer na świecie, który wyrzuca w trudnych do przewidzenia odstępach czasu wodę na wysokość ponad 100 metrów. Wracamy łącznikiem między dwoma pętlami w stronę naszego campingu w Canyon Village. Zbaczamy tylko na równoległą widokową drogę Virginia Cascade Drive, gdzie widoki są naprawdę niezłe, a jazda momentami nad krawędzią urwiska robi duże wrażenie zwłaszcza na towarzyszach podróży :). Camping witamy z radością, zmęczenie jednak jest i każdy marzy o odpoczynku. Oczywiście Park można przejechać w jeden dzień, ale jeśli mamy czas - to warto to zrobić bez pośpiechu. Rano opuszczamy nasz kamping, północna pętla cała zaliczona, pozostaje nam dolny "brzuszek ósemki" czyli południowy Loop. Postanawiam wrócić łącznikiem do Norris, żeby zacząć od zachodniej strony i kierować się na południe. Po kilku minutach zatrzymał nas korek, pierwsza myśl to jakiś zwierzak na drodze, niestety kiedy tylko zobaczyłem samochody zakręcające i wracające z powrotem usłyszałem, że w połowie drogi był wypadek - i postój w korku może zająć kilka godzin. Co za pech, najbardziej newralgiczny punkt - droga między Canyon Village i Norris była nieprzejezdna! Cały plan w tym momencie się sypał. Pytanie jak dotrzeć do Old Faithful, żeby nie stracić za wiele czasu i nie jechać tą samą drogą... Decyzja zapadła i ruszyliśmy na południe. W połowie drogi do Lake Village trafiliśmy znowu na stado bizonów przebiegające przez drogę, już przed oczami miałem wizję stania w korku i czekania aż bizony zejdą z jezdni... Szczęście w nieszczęściu, że samochody przed nami były kierowane przez tubylców, nikt się nie zatrzymywał do zdjęć i dość sprawnie udało mi się "wymusić" na stadzie bizonów zatrzymanie się, zatarasowałem wozem ich trasę przemarszu i wykręcając poboczem jako ostatni wóz uciekłem przed stadem, reszta wozów za mną utknęła w korku i tylko widziałem tumany kurzu przewalające się na drugą stronę drogi. Zatrzymaliśmy się na chwilkę w Bridge Bay i chwilkę pozazdrościłem ludziom łódek w marinie, hmm dobry pomysł przywieść swój jachcik i popływać po Jeziorze Yellowstone... W West Thumb odbiłem na zachód i po niecałej godzinie byłem w atrakcji numer jeden Parku Yellowstone - Old Faithful. Miejsce to już ogromny turystyczny kompleks, jak dla mnie to "fabryka". Duże hotele, restauracje i przeogromny parking. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Centrum Informacji Turystycznej (Visitor Center), gdzie na drzwiach wywieszona była kartka, o której nastąpi następna erupcja gejzera. Szczęście powoli zaczynało się do nas uśmiechać, mieliśmy 10 minut na podejście kilka metrów do ławek ustawionych w półkolu, tworzących swego rodzaju amfiteatr. Większość miejsc była zajęta przez tłumy turystów. Znaleźliśmy wolny kawałek ławki w pierwszym rzędzie i po 15 minutach (opóźnienie 5 minutowa :) wystrzeliła woda na kilkanaście metrów. Trwało to nie więcej niż pięć minut i wszyscy rozeszli się oglądać pozostałe miejsca. Przyznam, że nie rozumiem dlaczego wszyscy upodobali sobie ten "stary wierny gejzer" ? Może dlatego - że da się przewidzieć bardzo dokładnie każdą erupcję. Mnie tego typu atrakcje jakoś nie przyciągają, ale że jestem ciekawy wszystkiego - to spróbowałem. Od miejsca gdzie znajduje się Old Faithful zaczyna się szlak, który prowadzi nas pomiędzy pomniejszymi gejzerami i oczkami wodnymi w przeróżnych kolorach. O ile słynny gejzer mnie jakoś nie przekonał do swojego uroku, to cały szlak po okolicy warty był poświęconego mu czasu. Szlak jest bardzo długi, można nawet wejść na pobliską górę, gdzie mamy świetny widok na całą okolicę. Koloryt i kształty małych jeziorek i gejzerów może oczarować. Palety barw niesamowite, czasem miałem wrażenie, że koło mnie płynie lawa z wulkanu lub stoję przy turkusowym jeziorze. Ale najlepsze było przede mną. Po sporym spacerze na szlaku wróciliśmy do samochodu i po kilku kilometrach zatrzymałem się w Midway Geyser Basin. Podreptaliśmy do pierwszego cudu natury czyli pastelowo "soczyście" niebieskiego jeziorka, z którego unosiła się para powodując, że czułem się jak w bajce. To jak chodzenie we mgle, gdzie co jakiś czas kurtyna odsłania piękne jezioro. Ale ja spieszyłem się do Grand Prismatic Spring, następnego jeziorka - tylko że ... i tutaj zastanawiam się jak tu opisać coś co nie da się słowami opisać. Tu jest gra kolorów, odcieni. Wyobraźmy sobie jezioro zrobione z płynnego złota (albo powierzchnię słońca) które w środku ma turkusowe oczko, a na krawędziach wszystkie odcienie brązu i pomarańczy z palety czarodzieja :) A nad tym unosi się para, która nadaje temu miejscu niepowtarzalny klimat. Oj posiedziałem tam długo, naprawdę nie chciałem wracać. Widziałem ludzi na przeciwległym wzgórzu, z którego świetnie widać panoramę jeziora, ale już nie miałem siły wdrapywać się tam. Pora się zbierać i cieszę się, że na koniec zobaczyłem to miejsce, jest to według mnie numer jeden całego Parku Yellowstone. Pojechaliśmy jeszcze do Lower Geyser Basin i Firehole, ale po Prismatic Springs nic już nie zrobiło wrażenia. Pora była opuścić Park, który jak dla mnie jest mocno przereklamowany, jedynie duża ilość dzikich zwierząt jest niezaprzeczalnym atutem tego miejsca. W kolejce czekał Grand Teton National Park.