wtorek, grudnia 29, 2009

Haight-Ashbury

Nazwa Haight-Ashbury jest dzisiaj znana na całym świecie jako epicentrum młodzieńczego buntu z roku 1960. Ale historia tego miejsca sięga ponad stu lat przed tym wydarzeniem. W latach 50-tych XIX wieku miejsce to nie mieściło się w granicach miasta San Francisco. Cały obszar na zachód od dzisiejszej ulicy Divisadero pokryty był wydmami oraz drzewami i nazywany był potocznie "Outside Lands".

1152 Oak Street. Najstarsza remiza w San Francisco (1893 rok),
własność San Francisco Fire Deoartment.

W latach 1850-60 obszar wydawał się być tylko atrakcyjny dla kilku farmerów, ale przełom nastąpił dopiero w roku 1870, kiedy rozpoczęto prace nad stworzeniem Parku Golden Gate. Pierwotne plany przy tworzeniu parku zakładały rozpoczęcie prac od ulicy Divisadero na zachód, ale grupy spekulantów i właścicieli ziemi próbowały zarobić na tym projekcie windując ceny swoich działek. Osiągnięto kompromis, zgodnie z którym w zamian za "jasne" tytuły własności, lokatorzy wyrzekli się swoich roszczeń do wąskiego pasa lądu, prowadzącego do głównej części nowo powstającego parku. Miejsce, które miało być wschodnią częścią parku Golden Gate stało się wąskim na jeden blok pasem zieleni obecnie znanym jest jako Panhandle. Kilka przecznic zostało przedłużonych na południe, aby stać się zalążkiem Haight-Ashbury.

1111 Oak Street. Abner Phelps House (c. 1851 rok).
Jeden z najstarszych domów w mieście.

Pomimo ogromnej atrakcji jaką oferował pobliski park, budownictwo mieszkaniowe i rozwój okolicy wcale nie postępował szybko, i dopiero przedłużenie linii cable-car w roku 1883 na odcinku ulic Haight i Stanyan spowodowało szybkie powstawanie nowych domów po obu stronach Panhandle i w rejonie Ashbury Heights.

1153 Oak Street. Mish House (c. 1885 rok)

Obie strony Haight Street od Masonic do Shrader i skrzyżowania sąsiednich ulicach pozostały wolne przez dziesięciolecia. Właścicielem ziemi na tym obszarze był John H. Baird, poszukiwacz złota ("fourty-niner"). Weronika Baird, dopiero kilka lat po śmierci męża w 1902 roku zdecydowała się na sprzedaż większości działek. Golden Gate Park stał się popularnym miejscem weekendowych wycieczek mieszkańców San Francisco, a zachodnie krańce Haight-Ashbury stało się bardzo atrakcyjnym miejscem wypoczynkowym. Powstałe w 1880 i 1890 roku pole do gry w baseball i park rozrywki zaczęły przyciągać mieszkańców miasta. Ulica Stanyan była wówczas centrum w którym skupiało się całe okoliczne życie towarzyskie, kwitł handel, powstawały salony, hotele i duża liczba sklepów rowerowych (do dzisiaj Haight oferuje sporo sklepów z branży rowerowej).

142 Central Ave. (1899 rok).
W latach 1960-70 mieściło się tutaj studio nagrań dla lokanych zespołów rokowych.

Trzęsienie ziemi w 1906 roku okazało się wielką katastrofą dla większości miasta San Francisco, ale nie dla Haight-Ashbury. Dziesiątki osób pozbawionych dachu nad głową zalały całą niezniszczoną dzielnicę. Dobrobyt trwał do końca lat 20-tych XX wieku wraz z zamieszkującą ten obszar powstającą klasą średnią. Rok 1930 okazał się trudny nie tylko z powodu Wielkiego Kryzysu, ale również z powodu budowy w latach 1917 i 1928 tuneli tranzytowych przez Twin Peaks i Sunset co bardzo przyczyniło się do otwarcia zachodniej części miasta dla inwestycji i jej szybkiego rozwoju. Czynniki te, w połączeniu z pojawieniem się samochodów doprowadziła do migracji mieszkańców okolic Haight-Ashbury.

Viktoriańskie budynki przy Masonic Street i Waller Street (1896 rok).

Po II Wojnie Światowej sytuacja ponownie uległa zmianie, kiedy w dzielnicy zaczęli pojawiać się Afroamerykanie, zwłaszcza w 1960 po rewitalizacji pobliskiej Fillmore. W połowie 1960 pierwszy ferment tej burzliwej dekady zaczynał dawać o sobie znać kiedy pokolenie wyżu demograficznego zaczęło dorastać. Haight-Ashbury, z jego tanimi czynszami, studentami z pobliskich USF i San Francisco State i Bitnicy z North Beach, spowodowało powstanie nowego ruchu - hipisów.

737 Buena Vista West (1897 rok). Floyd Spreckrls Mansion.
Beaux-Arts Classicism i Colonial Revival.

W roku 1967 Haight-Ashbury przeżywało swój najwspanialszy czas, słynne Lato Miłości (Summer of Love). Była to era zespołów rockowych takich jak Grateful Dead, Jefferson Airplane, Janis Joplin, Big Brother, Holding company i Jimi Hendrix, odbywały się wtedy darmowe koncerty w Golden Gate Park i Panhandle. Łatwy dostęp do narkotyków i seksu okazała się szkodliwy dla otoczenia, powoli zaczeły przyciągać najgorsze "elementy", które zalały ulice prawie w całej dzielnicy. Gang motocyklowy Hells Angels, przestępcy i oportuniści wszelkiego rodzaju (w tym Charles Manson) zjechali do Haight-Ashbury i mocno zmienili klimat tego miejsca na gorsze.


Twarde narkotyki, takie jak metanfetamina czy "speed" i heroina zastąpiły LSD (legalne do października 1966). Miejsce stało się niebezpieczne i zaczęło przypominać slumsy. Na początku 1970 około jedna trzecia sklepów na ulicy Haight została porzucona i zabita deskami. W połowie lat 70-tych rosnące ceny nieruchomości w mieście spowodowały renesans dzielnicy, który trwa nadal. Klasa średnia i wyższa wraca do Haight-Ashbury, ale pomimo tego, miejscu temu nadal udaje się zachować swój pacyfistycznyi hippisowski klimat, szczególnie wzdłuż ulicy Haight.

1665 Haight Street (1904 rok). Jefferson Hotel.
W czasie Summer of Love nazywany Jeffrey-Haight.
Od 1977 roku nosi nazwę Red Victorian.


Martwi natomiast komercjalizacja, wszechobecne drogie sklepy (choć dużo jest jeszcze lumpeksów z używaną odieżą), modne restauracje. Lata siedemdziesiąte jeszcze się nie skończyły w San Francisco... zapach marihuany, młode pokolenie post hipisowskie z gitarami przesiadujące na rogach ulic i na trawnikach, grające swoje psychodeliczne utwory oraz cala masa dziwacznie ubranych i zachowujących się ludzi tworzy klimat tego miejsca...

Współcześni Hippisi w parku Buena Vista

112 Lyon Street. Janis Joplin mieszkała w tym budynku w latach 1967-68.
(niektóre źródła podają inny adres 122 Lyon Street)

710 Ashbury Street (c. 1890). Grateful Dead House (1966-68)

715 Ashbury Street (c. 1895 rok).
Siedziba Hells Angels (koniec lat 60-tych).


130 Delmar Street (1890 rok).
Jefferson Airplane House (1967-68).


636 Cole Street. Mieszkanie Charlesa Mansona (1967).

Manson był „hippisem” (choć w jego wypadku słowo trzeba wziąć w cudzysłów). Gdy wkroczył do środowiska Dzieci Kwiatów czuł się doskonale – znalazł azyl, łatwe dziewczyny i schronienie. W końcu lat 60. założył komunę (sektę) „Rodzina”, która pomogła mu w dokonaniu wielu morderstw. Mówił, że ludzkość czeka wielka rewolucja społeczna, wojna międzyrasowa i koniec świata. Manson (wraz z „Rodziną”) zamordował ok. 35 osób, choć prawdziwa liczba morderstw jakie popełnił nie jest znana. Zamordował w tym podróżnika Wojciecha Frykowskiego i Sharon Tate (ówczesną żonę Romana Polańskiego). W zdominowaniu umysłów ludzi posługiwał się jego własnymi interpretacjami piosenek Beatlesów.


Haight-Ashbury

środa, grudnia 23, 2009

Uroki Marin Headland: Kirby Cove

Kirby Cove położone jest u stóp Marin Headlands na zachód od Golden Gate. Stroma, milowa trasa do zatoczki zaczyna się przy parkingu koło Battery Spencer, wejście na szlak zwany Conzelman Road zagradza mały szlaban, który można ominąć wąskim przejściem dla pieszych. Droga prowadzi przez gaj cyprysowy, eukaliptusa i sosny. Usytuowana w głębi lądu, powyżej plaży w skałach, znajduje się opuszczona Battery Kirby, która to bateria dział broniła wejścia do zatoki w latach 1898 do 1934. W zatoczce znajdziemy dziewiczą piaszczystą plażę ze wspaniałym widokiem na Golden Gate Bridge i północne San Francisco. Fale są zwykle łagodne na tej plaży, ale nie zawsze (raz zmyło nam kolegę z konaru drzewa zalegającego na plaży), na miejscu nie ma ratownika więc kąpiel na własną odpowiedzialność, chociaż nie wiem czy znajdzie się odważny na wejście do lodowatego Pacyfiku.
Jeśli ktoś ma ochotę pozostać w tym miejscu na dłużej, znajdziemy w Kirby Cove aż cztery przygotowane miejsca kempingowe. Każde z czterech stanowisk namiotowych pomieści maksymalnie dziesięć osób. Parking jest ograniczony do trzech samochodów na miejscu, w odległości 100 metrów od kempingów (na miejscu nie ma Visitors Center gdzie prawdopodobnie można załatwić pozwolenie na wjazd). Toalety, stanowiska do grilla, stoły piknikowe i pierścienie do ognisk są dostępne, ale nie ma wody do picia i higieny osobistej.
Kirby Cove

Polski Kościół w San Francisco i San Jose

240 Fell Street, San Francisco

Osoby potrzebujące kontaktu z Polską tradycją katolicką znajdą w San Francisco kościół, w którym odbywają się w każdą Niedzielę o godzinie 11 rano nabożeństwa w języku Polskim. Jest to też okazja do spotkania rodaków i nawiązania ciekawych kontaktów.

Znacznie wiekszy Kościól Polski znajduje się w San Jose.
Msze w języku polskim: soboty 5:30 PM oraz niedziele 10:30 AM i 12:30 PM i w języku angielskim: niedziele 9:00 AM

10250 Clayton Rd, San Jose

czwartek, grudnia 10, 2009

Sekrety San Francisco: Chleb Sourdough

Isidore Boudin przybył do San Francisco w 1849 roku i cztery lata później otworzył piekarnię, gdzie zaczął produkcję słynnego chleba Sourdough w wolnym tłumaczeniu po polsku Chleba na Zakwasie. Sourdough został wynaleziony przez Egipcjan ponad 4000 lat temu, ale ten biały chrupiący, lekko gorzki, nie wymagający drożdży bochenek stał się szybko produktem kojarzonym z miastem San Francisco. Nie ma wątpliwości, że sourdough w mieście ma inny smak niż sourdough w innych miejscach. Wielu jego miłośników twierdzi, że niepowtarzalny, cierpki smak lokalnego chleba można przypisać zarodnikom grzybów i bakterii w powietrzu w San Francisco. Inni twierdzą, że specjalny smak chleba jest wynikiem mgły. Sourdough był podstawowym pożywieniem w czasach gorączki złota. Poszukiwacze zabierali ze sobą ową kwaśną przekąskę w swojej podróży do nowo odkrytych złóż złota na Alasce w latach 90 tych XIX wieku, stąd przylgnęła do nich nazwa "sourdoughs". Boudin Sourdough Bakery nadal produkuje swój tak bardzo popularny w mieście chleb. Główna piekarnia ma swoją siedzibę w dzielnicy Richmond na rogu 10th Avenue i Geary Boulevard (mieszkałem obok i pamiętam jak wieczorem chodziło się do piekarzy, którzy za 1$ dawali 2-3 chleby :), a bardziej znana filia na Fisherman's Wharf.

Sekrety San Francisco: najbardziej pozakręcana ulica

Vermont Street najbardziej pozakręcaną ulicą w San Francisco.

Chociaż Lombard Street na odcinku pomiędzy ulicami Hyde i Leavenworth jest reklamowana jako " najbardziej pozakręcana ulica na świecie", to nie jest ona nawet najbardziej pozakręcaną w San Francisco. Ulica Lombard posiada osiem zakrętów na przestrzeni 125 metrów, natomiast ulica Vermont pomiędzy 20th i 22nd w Potrero Hills zawiera sześć zakrętów na przestrzeni 82 metrów. Lombard Street pozostaje jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta, ze względu na spektakularne widoki ze szczytu Russian Hill. Widoki z Vermont Street nie są tak wspaniałe ze względu na gęste krzewy i drzewa rosnące przy drodze. Kolorowe ogrody na Lombard Street pojawiły się w 1940 roku, za sprawą jednego z mieszkańców tej ulicy, który przywiózł tysiące hortensji z Francji i zasadził przy krętej drodze. Ogrody są własnością komunalną.

Vermont Street rok 1951.

Zjazdy slalomem w dół po pochyłych ulicach Lombard i Vermont to projekt z 1922 roku, wymyślony w celu usprawnienia ruchu ulicznego dla coraz większej masy samochodów pojawiających się na drogach San Francisco. Zakręty zmniejszyły stopień nachylenia Lombard Street z naturalnych 27 procent do 16 procent.

Vermont Street - Google Maps

Lombard Street - Google Maps


Vermont Street

Mrozy i śniegi.

San Francisco jest w obszarem bardzo zróżnicowanym topograficznie co sprzyja powstawaniu wielu stref mikroklimatycznych. Lokalizacji miasta, które znajduje się w centrum Kalifornii na wybrzeżu Oceanu Spokojnego stawia je w strefie klimatu śródziemnomorskiego charakteryzującego się wilgotnymi i łagodnymi zimami i suchym latem (San Francisco nie specjalnie pasuję do tego wzorca - szczególnie w okresie Lipca i Sierpnia, kiedy pogoda przypomina zimową bez niskich temperatur). Śnieżyce w centrum San Francisco są rzadkie, w rzeczywistości w ciągu ostatnich 150 lat było tylko sześć udokumentowanych wydarzeń opadu śniegu powyżej 25 milimetrów. Śnieg gromadzi się częściej na okolicznych wzgórzach takich jak Mt Tamalpais i Mt Diablo, ale samo miasto jest prawie zawsze oszczędzane przez biały puch. (przykładowo ostatni raz w Financial District w San Francisco 2.5 cm śniegu spadło 11 grudnia 1932 roku). W drugiej połowie XIX wieku, chłodna pogoda i opady śniegu były bardziej powszechne w Kalifornii niż dzisiaj. Mieszkańcy miasta z radością witali udekorowane śniegiem budynki, które tworzyły przyjemny świąteczny klimat..

Rok 1882.

Po zamieci z 12 stycznia 1868 roku, gazety w Kalifornii pisały "Śnieg pokrył wszystkie dachy i chodniki nawet w dolnej części miasta a okoliczne wzgórza są całkowicie białe. Efektem jest to, że miasto wyglądało zdumiewająco piękne". Podczas lat 80-tych XIX wieku miasto San Francisco doświadczyły cztery surowe zimy z opadami śniegu, w 1882, 1884, 1887 i 1888 roku. W Nowy Rok w 1882 roku prawie 9 centymetrowa powłoka śniegu utrzymała się w mieście przez 5 godzin.
Rekord wszech czasów w San Francisco padł 5 lutego 1887 roku, kiedy spadło około 9.5 cm śniegu (mierzone w centrum biura pogodowego w dzielnicy finansowej). Na większych wysokościach w zachodniej części miasta, zaspy śnieżne miały ponad 17 cm głębokości !. Śnieg na California Street i Central Avenue miał niewiele ponad 15 centymetrów.

Rok 1887.

Mała statystyka:

1856 Dec 25 - 6.3 cm
1868 Jan 12 - 5.8 cm
1882 Dec 31 - 8.8 cm. Śnieg leżał pomiędzy 11:30 a 16:20.
1884 Feb 7 - 3.8 cm. Śnieg leżał i topniał podczas całego dnia.
1887 Feb 5 - 9.3 cm. Śnieg leżał i topniał podczas całego dnia. Do 17 cm na Twin Peaks.
1888 Jan 16 - 0.2 cm.
1896 Mar 3 - 2.5 cm. Duża śnieżyca w nocy.
1932 Dec 11 - 2 cm.
1952 Jan 15 - 0.7 cm.
1962 Jan 21 - Nieoficjalnie 7.6 cm w dzielnicy Sunset and Westlake Districts.
1976 Feb 5 - 2.5 cm do 12 cm na szczycie Twin Peaks.

Marin Headlands.

Nie wspominam o lekkich opadach śniegu, które wielokrotnie nawiedzały miasto w okresie zimowym na przestrzeni dekad.

A cały wpis na bloga za sprawą okropnego zimna jakie nawiedziło Bay Area (i nie tylko). Temperatury w nocy spadały nawet do -1°C ! Śnieg był (jest) widoczny z miasta na Mt Diablo.
Trzeba się przeprosić z rękawiczkami i czapką... ale jestem optymistą i zapewne ta anomalia skończy się szybko i jak kilka miesięcy temu w styczniu będę wygrzewał się w Parku Golden Gate :)

San Jose, Grudzień 2009

poniedziałek, grudnia 07, 2009

Sekrety San Francisco: Najwyższy punkt w San Francisco

Wznoszący się na 285 metrów Mount Davidson
jest najwyższym punktem w San Francisco.

Mount Davidson, najwyższy punkt miasta, został nazwany w 1911 roku na cześć Georgea Davidsona, który prowadził badania geodezyjne na tym obszarze w 1862 roku dla US Coast and Geodetic Survey. Wcześniej miejsce to znane było jako Blue Mountain. Wzgórze usytuowane między ulicami Portola Drive, O'Shaugnessy Boulevard i Monterey Boulevard, to prawdziwy gigant przy bardziej znanych miejscach w mieście jak Nob Hill (114 metrów nad poziomem morza), Russian Hill (89 m), Telegraph Hill (86 m) i Pacific Heights ( 112 m).

Obchody Świąt Wielkanocnych odbywały się u podstawy 31-metrowego krzyża na szczycie cypla od 1923 roku. Obecny, piąty już krzyż stojący na tym miejscu pochodzi z 1934 roku. Pierwotnie zaprojektowany był na 30 metrów wysokości, ale na zakończenie prac pozostała mała nadwyżka betonu, przez co krzyż został powiększony o jeden metr. Krzyż był podświetlany każdego wieczoru aż do 1989 roku, kiedy to zakwestionowano eksponowanie symboli religijnych jako niezgodne z konstytucją. Święto wielkanocne jest nadal obchodzone przez wiernych na Mount Davidson, ale krzyż pozostaje nieoświetlony.

Najniższy punkt w San Francisco to róg ulicy Fifth i Berry
i znajduję się 1.7 metrów poniżej poziomu morza.

Mt Davidson

(Pho)karm

Leniwie w sobote (pho)szliśmy (pho)djeść do wietnamskiej knajpki. Jedzenie to głownie wielkie misy zupne z ogromną zawartością składników utopionych w ich wnętrzach. Ciekawostką jest wyzwanie – jeśli zjesz największą misę to nie płacisz nic a twoje zdjęcie jest umieszczane na ścianie. Przyznam, że wyzwanie jest duże i trzeba wcześniej przygotować żołądek na tak wielkąilość jedzenia. My ograniczyliśmy się do małych porcji.
(Pho)otem (pho)chodziliśmy trochę (pho) okolicy i (pho)robiliśmy dużo (pho)tografii cyfrowychnaszymi fajnymi aparatami.
Phở to zupa, rodzaj rosołu z makaronem i dodatkami. Tradycyjnie przyrządza się dwa rodzaje phở: phở bò z wołowiną i phở gà z mięsem kurczaka. Obecnie tworzone są różne wariacje z innymi dodatkami. Dodatki do phở nie są gotowane, lecz jedynie sparzone we wrzącej zupie, dlatego nie przyrządza się phở z wieprzowiny. Zupę najczęściej przyprawia się zieloną kolendrą i dosala sosem rybnym. Pho jest popularnym daniem w całym Wietnamie, je się ją zarówno na śniadanie, jak i na obiad lub kolację.

Pho

piątek, grudnia 04, 2009

Sekrety San Francisco: Denim

Podobnie jak wielu kupców w okresie Gorączki Złota, imigrant z Niemiec Levi Strauss wyruszył do San Francisco z nadzieją zarobienia dużych pieniędzy na sprzedaży płótna do namiotów dla poszukiwaczach złota. Niestety nie było zbyt wielkiego zapotrzebowania na jego płótna i biznes nie przynosił dochodów, ale ciągle słyszał narzekania górników, którzy bardzo skarżyli się się na jakość spodni niespełniających rygorów pracy w kopalni. Widząc swoją szansę Strauss szybko przerzucił się na produkcję spodni, które natychmiast stały się wielkim hitem.

Po pewnym czasie kupiec przeżucił się z płótna do do namiotów jako materiału do produkcji spodni na bardziej wytrzymały materiał z zabarwionej na niebiesko bawełny wytwarzanej w Nimes na południu Francji, zwanej Serge de Nimes. Stąd pochodzi nazwa "denim" a spodnie w kolorze niebieskim stały się szybko rozpoznawalnym znakiem handlowym. Nazwa "Jeans" pochodzi od francuskiego słowa Genes (czyli "Genua"), a spodnie przypominały te noszone przez Genueńskich żeglarzy.

Miedziane nity, pierwotnie zaprojektowane do użycia przy produkcji siodeł, zostały dodane do wzmocnienia spodni w 1870 roku i oznaczone inicjałami SF od nazwy miasta San Francisco. Dżinsy Levi stały się częścią kultury masowej lat 1950-tych i 1960-tych. Firma nadal ma swoją siedzibę w San Francisco i prowadzona jest przez potomków Levi Straussa.

Oryginalne spodnie Levi Strauss były w kolorze brązowym
i nazywane były potocznie "waist-high overalls".


środa, grudnia 02, 2009

Sekrety San Francisco: Japanese Tea Garden z ciasteczkiem w tle

Makoto Hagiwara, twórca Japanese Tea Garden w Golden Gate Park, wynalazł ciasteczko z wróżbą w 1909 roku.

Tea Garden z pięknymi pagodami, bramami, posągami i tea house, wybudowany został w 1894 roku na Międzynarodową Zimową Wystawę w San Francisco przez George'a Turner Marsha, który urodził się w Australii a młodzieńcze lata spędził w Japonii. Po zakończonych targach, japoński ogrodnik o nazwisku Hagiwara przejął opiekę nad ogrodem. Zaoferował odwiedzającym to miejsce ludziom - ciasteczko z wróżbą, czyli twarde kawałki ciasta z umieszczoną wewnątrz wiadomością drukowaną na małym skrawku papieru. Ciasteczka okazały się być takim hitem, że chińskie restauracje w Chinatown przyjęła pomysł i podawane były jako tradycyjny chiński smakołyk, choć takowe ciasteczka nie istnieją w Chinach. Niestety, Hagiwara nie był zainteresowany opatentowaniem swojego wynalazku.

Makoto Hagiwara z córką

W chwili śmierci w 1925 roku, ogród Hagiwary poszerzył się z oryginalnego jednego akru ziemi do pięciu. Rodzina Hagiwary opiekowała się ogrodem aż do 1942 roku, kiedy to została w całości internowana w obozie w wyniku histerii anty-japońskiej jaka zapanowała po ataku na Pearl Harbour. Do 1952 roku Japanese Tea Garden nazywano Oriental Tea Garden. Brązowy posąg został wzniesiony na cześć rodziny Hagiwara w 1974 roku.

Japanese Tea Garden

Death Valley Expedition 2009

Koncepcja wyprawy do Death Valley powstała w kręgach zbliżonych do młodych elit San Francisco i słynnego tajnego zgromadzenia "wolnych drinkarzy" - DHSC. Chętnie zgodziłem się partycypować w tym przedsięwzięciu. Kolidowało z wyprawą tylko jedno - musiałem odłączyć się w celach zawodowych po 3 dniach. Obowiązki wzywały i weekend musiałem poświęcić na L.A. - jedno z bardziej znielubionych przeze mnie miast USA. To czysto subiektywne odczucie ale kto był zrozumie :) mała dygresja [ LA jako zlepek małych miasteczek istnieje dla mnie poniżej autostrady numer 10 a wszystko co jest powyżej jest ładne i nie pisze się w rejestr LA :) ]. Wyprawa miała sens jeśli poświeciłoby się na nią kilka dni i tutaj w sukurs przyszło nam wielkie amerykańskie święto dziękczynienia. Wyruszyliśmy dzień wcześniej wieczorem tak żeby być rano na dobrej pozycji startowej do zwiedzania Doliny Śmierci. Punktem zbornym było małe jezioro Lake Isabella na południu Kalifornii blisko Seqwoii. Ja jechałem sam a druga grupa dołączyła do mnie na zjeździe z autostrady I-5 na Bakersfield; druga dygresja [ krążą legendy o mieście Bakersfield ! ale tak naprawdę to nikt nigdy nie widział tego miasta :) to centralne miejsce na trasie do LV i LA NIE ISTNIEJE - nie ma takiego miasta jak Bakersfield to prawdziwe Ghost bez Town :) ].Już w małym konwoju dotarliśmy do jeziora i po ciemku szukaliśmy zjazdu nad wodę, coś się trafiło i zaparkowaliśmy na wyboistej ziemi gdzieś w krzakach. Teraz trzeba było nakierować pozostałą cześć ludzi jadących z Los Angeles. To znajomi naszego kolegi amerykana. Tym razem miało być bardzo international. Było już sporo po północy kiedy zawitał na nasz tymczasowy parking wielki autobus szkolny Bio Tour (parkujący na codzień przy Venice Beach), maszyna była przemalowana na bliżej nieznane kolory i przystosowana do przewożenia grup komunistów. Pierwsze co to polecieliśmy oglądać wnętrze, nic nas nie zaskoczyło - mała komuna ala hipisowska, wnętrze można było spokojnie modelować, była kuchnia polowa, dużo książek i ... przepiękna Filipinka :).
Towarzystwo było bardzo przyjemne, trafili się nawet ludzie z Izraela. Po kilku drinkach czułem się jak żywcem przeniesiony w lata 70-te. Poczułem ten klimat i wiecie co - spodobało mi się :). Tylko, że mam troszkę inne poglądy i starałem się wytłumaczyć nowym znajomym, że ich fascynacja socjalizmem i komunizmem jest oparta na utopistycznych wizjach kilku myślicieli politycznych. I survived communism to powinienem mieć na koszulce i nie bardzo byli wstanie pojąc reali Polski z lat 80-tych kiedy o tym opowiadałem! Ale to juz temat na inny post. Dzielnie wspierał mnie Artur z który podzielam moje poglądy. Ale każdy ma swoje wizje świata i to szanuje wiec obyło się na konstruktywnej wymianie zdań. Bez tego typu ludzi świat byłby nudny :) Popijaliśmy i hałasowaliśmy chyba do 4 rano. Jeszcze pamiętam nocny spacer nad wodę z uroczą Filipinką... a spać się dalej nie chciało. Przygotowałem sobie łoże w samochodzie (samemu nie chce mi się rozkładać namiotu).Rano czułem się jak po ciężkiej imprezie ale tym razem byłem przygotowany miałem pod ręką Advil :). 3 tabletki zabiły ból. Piękny poranek, granatowa tafla Lake Isabella i powoli wznoszące się nad horyzont ciepłe słonko. Poranne śniadanie hm.. trudno to nazwać śniadaniem ale zjedliśmy co kto miał i popiliśmy kawą zrobioną w warunkach polowych na przenośnej kuchence. Za dnia zobaczyłem twarze ludzi i jeszcze raz się sobie przedstawiliśmy :). Bardzo powoli zebraliśmy się i ustaliliśmy trasę. Autobus był ogromny i wyciągał koło 50 mil na stromych drogach więc nie było sensu jechać w konwoju. Ustaliliśmy miejsce spotkania na 5 pm w okolicy Stovepipe Wells. Ruszyliśmy na wschód w stronę Death Valley, droga pięła się lekko pod małym kątem i samochody nasze a zwłaszcza mój dawały sobie świetnie radę. Pamiętam kiedy we wrześniu jechałem tą samą trasą tylko w drugą stronę to max co jechałem to 40 mil na godzinę! i to z duszą na ramieniu z obawy o wytrzymałość maszyny. Tym razem było idealnie i mijając piękne widoki wzgórz i dolin pozbawionych jakiejkolwiek roślinności miałem wrażenie, że jadę po księżycu.
Minąłem znak Welcome to Death Valley i po kilku milach znalazłem się na szczycie wzniesienia z widokiem na całą dolinę, teraz było z górki i kilkanaście mil dryfowałem po nierównej drodze na neutralnym biegu. Przed Stovepipe Wells skręciliśmy na "unpaved road" czyli na kamienny szlak gdzie trzeba było jechać bardzo ostrożnie żeby nie uszkodzić podwozia i opon. Mila ciągnęła się w nieskończoność ale dotarliśmy do wejścia do Mosaic Canyon. Szlak wgłąb kanionu nie jest trudny i długi, na początku piękne wygładzone skały przypominające biały granit z wzorkami w postaci zastygniętych w skale kamieni o różnych kształtach (stąd nazwa Mosaic). Potem szlak przekształcił się w zwykły kanion z łagodnie opadającymi ścianami, gdzieniegdzie nawet stromymi. Nawet nie zdążyliśmy się zmęczyć kiedy dotarliśmy do końca, powrót był szybki tak żeby zdążyć jeszcze przed zachodem słońca na pobliskie wydmy piaskowe. Przejechaliśmy malutkie miasteczko-oazę i po chwili zaparkowaliśmy na nowo utworzonym parkingu przy Sand Dunes (jeszcze kilka tygodni temu trzeba było parkować przy drodze a teraz jest wielki parking z ubikacjami). Słońce szybko uciekało za otaczające pasma górskie i pędziliśmy po piaskach przypominających tak egzotyczne pustynie Sahary. Spokojnie można tu kręcić produkcje filmowe, których akcja rozgrywa się w krajach nad zatoką perską. Byłem Lawrencem z Arabii... brakowało tylko strzelby i stada wielbłądów.
Ciepłe promienie zachodzącego słońca kolorowały piasek na kolor kawy, było magicznie. Latem nie można normalnie chodzić po tym piasku nie narażając się na poparzenia a teraz było idealnie. Mrok nas niestety przegonił i pustynia gwałtownie straciła swój urok, jakby ktoś wyssał z niej piękno... jakby ktoś zmienił ustawienia kamery na czaro-białe kolory. Wróciliśmy to osady Stovepipe Wells gdzie zaopatrzyliśmy się w drewno na ognisko i napoje powszechnie uznawane w USA za alkoholowe zwane piwem co w Polskich realiach byłoby nie do pomyślenia (jak można nazwać piwem wodę zabarwioną na złoty kolor?).
Jak to bywa w Dolinach Śmierci, nie ma zasięgu telefonia komórkowa (my byliśmy zaopatrzeni w niezawodne walkie-talkie). Obawialiśmy się, że nasza druga ekipa nie da rady dojechać na ustaloną godzinę. Po pewnym czasie trzeba bło się zbierać, ustaliliśmy, że jedziemy na noc na camping w północnej części parku w miejscu zwanym Mesquite Springs niedaleko Krateru Ubehebe. Postanowiliśmy (bez specjalnej nadziei) wiadomość u pani sprzedającej pamiątki w małym sklepiku. Jak zobaczy dziwny autobus lub "zakręconych" współczesnych hipisów to niech im przekaże gdzie nas będą mogli znaleźć. Na miejsce jechaliśmy ponad pół godziny. Camping był zapełniony i nie było wolnego miejsca na rozbicie namiotów. Szukaliśmy długo jakiegoś wygodnego spotu lub kawałka wolnej od krzaków pustyni. W końcu postanowiliśmy zajechać na miejsce oficjalnie przygotowane do organizowania wspólnego ogniaska, były ławeczki i kamienny ogniskowy krąg. Przygotowanie ognia i jedzenia trwało chwilkę, po jakimś czasie uznaliśmy, że rozbijemy tutaj namioty i zobaczymy rano co będzie. Po kilku godzinach niedaleko nas zamajaczyły lampki wielkiego autobusu! Udało się, znaleźli nas i co zabawne, informacje o naszej lokalizacji przekazała im pani ze sklepiku! Co za szczęście. I znowu impreza do późna, wiele osób było mocno "odjechanych" a Filipinka chyba najbardziej, jej magicznie łagodny głos hipnotyzował... Tym razem nie dałem rady do 4 nad ranem i Orfeusz przytulił mnie szybko.
Ranek nie był już taki ciepły, rozpalenie ogniska nie zajęło dużo i na środku wylądował wielki Indyk w srebrnej brytfance. Niestety po chwili pojawił się jakiś mało wyrozumiały człowiek z obsługi campingu i zabronił palenia ogniska w tym miejscu, co było mega absurdem, którego nie mogę zrozumieć. Napis przy drodze głosił Campfire site! Skąd mieliśmy wiedzieć, że nie wolno skoro napis zachęcał... wezwał Park Rangera czyli odpowiednik Policji na terenie Parku. Na szczęście nasi znajomi chyba mają duże doświadczenie z użeraniem się ze służbami mundurowymi i jakoś się wybronili. Ruszyliśmy w dalszą drogę, po kilku metrach od wyjazdu przez środek drogi przechodziła ogromna Tarantula (to już trzecia jaką widziałem od 2 dni), była naprawdę ogromna i włochata. Trzeba pamiętać o takich atrakcjach jak się komuś zbierze na spacer po pustyni a w odwodzie są jeszcze węże :). Pierwszym punktem było pobliski Krater Ubehebe ( tutaj narodził się taniec wojenny Ube hebe Ube hebe). Zrobiliśmy małą rundkę po krawędzi i podziwialiśmy przepiękne panoramy okolicy. Potem zjechaliśmy do Scottys Castle gdzie znajduję się piękny zamek wybudowany w okresie międzywojennym przez ekscentrycznego milionera. Zwiedzanie zamku i okolicy zajęło trochę czasu. Całkiem nierealnie wyglądają tam przepiękne palmy i kaktusy rosnące w małej oazie... Znajomi z autobusem postanowili udać się na Sand Dunes gdzie rozstawili stoły na pustyni i ubrani odświętnie zjedli indyka (to było pojechane na maxa). My zjechaliśmy na południe do Visitors Center gdzie przekazano nam smutną informację, że nie można rozpalać ognisk na dziko. A planowaliśmy noc gdzieś na tzw Backcountry czyli 2 mile od głównej drogi.
Trzeba było zmienić plan i postanowiliśmy (za poradą Rangera) przespać się tuż za granicą Parku. Zajechaliśmy jeszcze szybko do Musztardowego Kanionu (to prawda skały miały kolor owego dodatku do naszych kiełbasek i parówek) i przespacerowaliśmy się po kopalni Boraxu (minerał mający wiele zastosowań w przemyśle). Po jakimś czasie wypadało zatankować samochód dla zwykłego spokoju, jedyna najbliższa stacja jaka oferuję paliwo znajdowała się w Furnance Creek. Niestety trzeba pamiętać, że w takich miejscach cena paliwa jest co najmniej bandycka. Normalnie przed wjazdem do Death Valley mozna zapłacić 2.99$ a tutaj cena była 3.99$... trudno nie ma innej opcji i trzeba było zapłacić. Jadąc główną drogą na dotarliśmy do Golden Canyon, gdzie poszliśmy na całkiem długi szlak. Widoki są tutaj niesamowite, zewsząd otaczały nas waniliowe skały czasem przeplatane z kawą :) w oddali majaczyły masywny blok skalny w czerwonym kolorze mocno kontrastując z otoczeniem. Tym szlakiem można dojść do Zabriskie Point i to chyba najlepsza pora w roku, żeby to zrobić. W lipcu jeden człowiek umarł tutaj próbując pokonać ten odcinek...
Czas naglił a mieliśmy jeszcze do zaliczenia kilka punktów. Pojechaliśmy dalej mijając zjazd na Artist Drive (tym razem w swojej wyprawie ominąłem bardziej znane punkty i skoncentrowałem się na tych, które zwykle pomijałem - reszta opisana jest na moim blogu) i wjechaliśmy na bardzo wyboistą utwardzaną drogę do Natural Bridge. Podła droga... cierpiałem katusze w swoim osobowym samochodzie. Szlak jest krótki jeśli chcemy zobaczyć Natural Bridge (na pozostałe atrakcje trzeba poświęcić więcej czasu). Wielka dziura na wylot w skale. Przypomina to ogromny naturalnie wyrzeźbiony przez naturę most ale daleko mu do łuków skalnych w Utah. Nie zdecydowaliśmy się na dalszy marsz ze względu na zachodzące słońce. Pora było udać się na poszukiwanie miejsca na nocleg. Wyjechaliśmy z parku i po kilku milach znaleźliśmy zjazd na pustynie. Miejsce okazało się całkiem przyjemne. Uznaliśmy, że zostajemy tutaj na noc. Jeszcze trzeba było zostawić wiadomość naszym znajomym co uczyniliśmy przyczepiając info do ogromnej tablicy Message Board przy Zajeździe w Furnance Creek.
Powróciliśmy do wybranego miejsca zaopatrzeni w drewno (na pustyni nie ma czym palić :). Noc była przyjemnie uduchowiona, nie potrzeba było świateł, gwiazdy i księżyc rozjaśniały teren rewelacyjnie. Pieczenie kiełbasek, popijanych piwem i winem na "łonie" natury jak bardzo to inne od typowych miejskich imprez... To są właśnie te wspaniałe chwile do których człowiek będzie wracał z tęsknotą ale ważne jest jedno do tego wszystkiego potrzeba FAJNYCH LUDZI a tacy akurat wtedy byli.... więc jest perfekcja w środku, w głowie w duchu. Ube hebe ube hebe. Rano musiałem się zastanowić kiedy ruszyć do LA miałem być na miejscu kolo 5 pm. Wiec postanowiłem zaliczyć jeszcze jeden punkt widokowy Dantes View, dojazd zajął ponad 20 minut i ostatnie kilka mil to niezła wspinaczka wozem na szczyt. Ale widok rewelacja. Cała Dolina Śmierci jak na dłoni.

Ogrom, który można doświadczyć tylko patrząc z tego punktu. Ciekawą sprawą było... potworne zimno i wiatr. Wyobrażacie sobie takie "mrozy" w najgorętszym miejscu na ziemi ? To chyba lekka przesada. Nadszedł ten moment i trzeba było się pożegnać. Szkoda... ale nie było wyboru. Mam nadzieję, że spędzimy jeszcze nie jeden magiczny wieczór wspólnie gdzieś na wyprawie...


Death Valley Expedition 2009