poniedziałek, listopada 24, 2008

Weekend z delfinami i pelikanami.


piątek, listopada 21, 2008

Northwest - przez Góry Kaskadowe.

Opuszczamy Seattle akurat w momencie, kiedy pogoda robi się przyjemna, słońce i ciepło towarzyszą nam od samego rana. Właśnie zastanawiamy się jaką wybrać trasę w drodze powrotnej do San Francisco. Jedno jest pewne - chcemy jechać jak najmniej uczęszczanymi drogami i zahaczyć o miejsca, w których jeszcze nie byliśmy. Postanawiamy - żeby zjechać na południe - równolegle do autostrady międzystanowej numer 5. Ruszamy z Seattle i mijamy Tacome - spore przemysłowe miasto, jakby w jeden organizm połączone z Seattle. Nazwa lotniska to SeaTac, co dobrze oddaje "relacje" między tymi miastami. Przejeżdżamy obok jednej z wielkich fabryk Boeinga, których jest kilka w okolicy. Nie tak dawno odwiedziliśmy to miejsce, ale ze względu na strajk pracowników, zwiedzanie ograniczone było do muzeum, więc najciekawszy tour po zakładach pozostanie na inny czas. Pogoda nam sprzyja, ale jak to często bywa w tym rejonie nasz cel wyprawy Mt. Rainier - jest zasłonięty do połowy przez chmury. Ilekroć bywam w Seattle, nigdy nie udaje mi się zobaczyć tej góry - symbolu Waszyngtonu. Ale to już taki urok i klimat tego miejsca. Zbaczamy na wschód drogą numer 410 na Enumclaw - z nadzieją, że wielka góra jakimś cudownym zrządzeniem losu odkryje swe uroki spod płaszcza chmur. W połowie drogi mijamy wielki wyświetlacz informujący nas, że przełęcz, którą chcieliśmy przebyć, żeby objechać dookoła Mt Rainier jest - w okresie zimowym zamknięta. Trudno nam było się z tym pogodzić, zwłaszcza, że pogoda była wyśmienita. Postanowiliśmy jednak kontynuować podróż, i za cel obraliśmy Visitor Center w miejscu zwanym Sunrise. Po kilkudziesięciu milach, jadąc przez wilgotny soczyście zielony las - zatrzymał nas sznur samochodów. Nie spodziewaliśmy się tutaj żadnego ruchu i trochę byliśmy tym zaskoczeni. Korzystając z okazji wyszedłem z samochodu i próbowałem przedostać się w głąb lasu, ale drzewa i krzaki tworzyły barierę nie do pokonania, to co widziałem na filmach Indiana Jonesa, który przebijał się z maczetą przez dżunglę – w tym miejscu nie miałoby szans na powodzenie. Drzewa były tak splątane ze sobą konarami, że tylko piła elektryczna gwarantowałaby przejście. Uroku na pewno dodaje zielony mech porastający drzewa i kamienie, daje to uczucie, że znajdujemy się gdzieś w lasach z epoki dinozaurów. Wszystko dokoła wydaje się być nasączone wodą, czego się nie dotknę jestem pomoczony, prawie jak wycieczka przez krainę gąbek nasączonych wodą. Przerwa w ruchu nie trwała długo, mieliśmy szczęście. Okazało się, że nie kilka godzin wcześniej zeszła lawina błota z gór i zgarniając po drodze drzewa zatarasowała drogę. Na miejscu pracowały ekipy usuwające przeszkody z drogi i ruch był wahadłowy. Dojechaliśmy w końcu do szlabanu zamykającego nam drogę w wybranym kierunku i tak nadzieje prysły. Nie chcieliśmy wracać, szkoda było dnia i pojechaliśmy krętą drogą na wschód w stronę miasta Yakima. Wspinaliśmy się dość wysoko i lekko nas przestraszyły mijające nas spycharki do śniegu, ale nie było tak źle i nawet ja miałem satysfakcję, kiedy mogłem na trasie porobić kilka zdjęć na świetnych punktach widokowych skierowanych w stronę Mt Rainier. Nie jestem fanem wspinaczek górskich i ten sport-rekreację zostawiam innym, mnie bardziej interesuje fotografia i niezapomniane chwile. Właściwie wizytę w tym miejscu potraktowałem jako mały rekonesans z myślą o przyszłości, kiedy mając odpowiednią ekipę ludzi można tu będzie spędzić więcej czasu. Jestem typem człowieka, który jest w stanie poświęcić dany czas, żeby choć na kilka chwil być w danym miejscu, „liznąć" miejsce, wyrobić sobie opinię i nie sugerować się opowieściami lub przewodnikami. Wielokrotnie spotykam ludzi, z którymi nie mam wspólnego języka, brakuje im nutki szaleństwa i ciekawości, zwykle ich argumentem jest to, że "po co tam jechać, jeśli mam tak mało czasu i tak niewiele się zobaczy... itp.", ale przecież - co jest alternatywą? Siedzenie w domu ? To sorki, ja wolę w tym czasie, choć na chwilkę gdzieś wybrać się, żeby potem mniej więcej wiedzieć czego oczekiwać i wtedy też jest dużo łatwiej zorganizować większy wypad, bazując właśnie na wcześniejszym, krótkim pobycie. Widoki na pasma gór Kaskadowych są niesamowite, cały obszar porośnięty bujną zielenią, a szczyty pokryte śniegiem i wybijający się nad nimi najwyższy szczyt - Mt Rainier. Zabawne, że kilka dni wcześniej oglądałem na necie film z erupcji w 1980 roku pobliskiego wulkanu St Helens, a teraz znajdowałem się kilkanaście mil od tego miejsca, wybuch zniszczył prawie pół góry, a lawa i ziemia rozlała się na ogromnej przestrzeni, pył dotarł nawet do Seattle. Mt Rainier jest czynnym wulkanem i znajduje się bliżej miasta, niż St Helens i skutki erupcji tego giganta byłyby katastrofalne. Na razie podziwialiśmy przez lornetki białe stoki, od których odbijało się słońce. Jechaliśmy dalej trochę smutni, że strażnicy pośpieszyli się tak z zamykaniem dróg na zimę. Po jakimś czasie teren z górzystego zamienił się na płaskowyż, nie było już tyle drzew i zieleni, a dominowały pustkowia. Zdziwiło mnie to troszkę, bo zawsze uważałem Waszyngton za jeden wielki las :). Ale przecież od tego są wycieczki, żeby weryfikować... Drogą numer 97 dotarliśmy do rzeki Columbia, naturalnej granicy stanów Waszyngton i Oregon. Jest to największa rzeka na kontynencie, wpadająca do Oceanu, ale w rzeczywistości nie robi takiego wrażenia. Zatrzymaliśmy się przy ciekawym pomniku upamiętniającym weteranów I wojny Światowej, a zbudowanym na wzór... Stonehenge w Anglii. Pomnik położony był przy krawędzi urwiska z widokiem na spory odcinek rzek Columbia, a w tle widoczna była sylwetka następnego giganta górskiego w Oregonie - Mt Hood. Zima ma to do siebie, że dni są krótsze i po godzinie 5 powoli zaczęło zachodzić słońce, trzeba było przedostać się na drugą stronę rzeki, a jedyny most na naszej trasie był zamknięty, trzeba było przejechać kilkanaście mil do następnego w miejscowości Hood River. Miasteczko okazało się przyjemnym kameralnym miejscem, z małymi sklepikami i kawiarniami. Przejechaliśmy dalej do miasteczka Mt Hood, gdzie zastała nas noc. Trzeba było zastanowić się, gdzie spędzimy noc - a pewne jedynie było to, że gdzieś w lasach lub na campingu. Na GPS znalazłem oddalone o kilka mil od nas kempingów o znajomo brzmiących nazwach: Sherwood, Robin Hood, Nottingham :). Jadąc ciemną autostradą szukaliśmy pierwszego, lepszego zjazdu na nasze miejsce noclegowe i trafiliśmy tam bez problemów. Chętnych na kampowanie o tej porze nie ma tu zbyt dużo, a miałem nawet wrażenie, że nie ma ich wcale :). Mieliśmy do wyboru kilka miejsc i jak już zdecydowaliśmy się jakie zajmiemy, zabraliśmy się do rozpalania ogniska, co było trudne, ponieważ wszystkie drzewa były przemoczone i zużyliśmy cały pojemnik z paliwem, żeby osuszyć drewno... Potem na szczęście - już paliło się dobrze i co jakiś czas któreś z nas biegło w ciemnościach do lasu - po patyki. Mieliśmy duży samochód, wybrany specjalnie pod kątem nocowania i zdemontowanie siedzeń zajęło tylko chwilkę. Mimo, że każdy miał śpiwór to - było bardzo zimno, rano rozpaliliśmy jeszcze raz ognisko i odgrzaliśmy posiłek. Niedaleko płynęła rwąca rzeka, a za nią wspinały się stromo drzewa – a nad tym wszystkim jak w baśni - czuwała ogromna góra - Mt Hood! Przypadkowo zanocowaliśmy u podnóża tego giganta i teraz przy czystym niebie -mieliśmy wspaniały widok na biały szczyt. Ruszyliśmy w drogę dookoła góry, wszystkie nazwy w okolicy nawiązywały do powieści Robin Hood, co traktowaliśmy wybuchami śmiechu. Jadąc prawie pustą drogą, mieliśmy rewelacyjne widoki na okolicę, troszkę ryzykownie zatrzymywaliśmy się na wąskim poboczach, ale miejsca na zdjęcia były niepowtarzalne. W mieścinie o zabawnej nazwie ZigZag - obiliśmy na lokalną drogę, która zaprowadziła nas do świetnych punktów widokowych w dużej bliskości z Mt

Hood. Obrazki jak z pocztówek. Wróciliśmy na drogę i ruszyliśmy w stronę rzeki Columbia, tak obiliśmy na autostradę Historic Columbia River, która dowiozła nas do Multnomah Fall - czwartego - co do wysokości wodospadu w USA. Droga była bardzo kręta, a przed nami zrobił się zator, jeden z samochodów na początku kolumny wlókł się niemiłosiernie i zaczęliśmy robić zakłady - kto jest kierowcą :). Wygrali wszyscy, bo obstawili na to samo - kobieta narodowości chińskiej - to chyba najgorsi kierowcy na świecie, a wiem to z doświadczenia obserwując ich codziennie na ulicach San Francisco :). Podeszliśmy pod wodospad, który składał się z dwóch kaskad pomiędzy, którymi wybudowano mały stylowy mostek. Przyznam, że to ładne miejsce, przypominało bardziej Irlandię i Szkocję, niż tak dalekie Stany. Ogromna masa wody rozbijała się o skały i rozsiewała małą mgiełkę, uczucie jak podczas deszczu "kapuśniaczku", co niestety źle wpływa na elektronikę! Mały spacerek na most i widoki niezapomniane, trasa prowadzi dalej, ale to dzisiaj nie było naszym celem, po drodze były jeszcze chyba cztery podobne wodospady, ale to już miałem przyjemność oglądać, więc ruszyliśmy w drogę powrotną na Portland. Przed samym miastem odbiliśmy na drogę numer 26 do Madras. Na mapie mieliśmy zaznaczony był obszar rezerwatu Indian i zastanawiało mnie dlaczego jest na żółto, kiedy reszta jest w kolorze zielonym. Okazało się, że na prawie całym terenie rośnie bujna, złota trawa - ogromne płaskie przestrzenie nadające się tylko do wypasu bydła. Oczywiście jak to u Indian - nie zabrakło kasyn :). Czyli znowu potwierdziła się stara prawda, że potomkowie mieszkańców Ameryki dostali najgorszy kawałek ziemi. Na noc dojechaliśmy do Bend, największego miasta w okolicy, jest to idealna baza wypadowa do pobliskich lasów, jezior i gór. Miasto ma wszystkie potrzebne do szczęścia sklepy, w których można zaopatrzyć się po uszy. Po zakupach ruszyliśmy do pobliskich lasów Deschutes i skręciliśmy w pierwszy możliwy skręt na leśną drogę i po chwili zatrzymaliśmy się na wyciętym przez drwali kawałku ziemi. Mieliśmy szczęście, ktoś tutaj biwakował przed nami i zostawił przygotowane miejsce na ognisko. Wokoło znalazłem dużo suchego drewna i zabawa była na całego :). W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że zaczął się sezon polowania na jelenie i co jakiś czas słychać było samotną salwę z broni. Rano postanowiliśmy postrzelać do oddalonych celów i przetestować nową lornetkę - made in china - okazało się, że jest bardzo słaba i trudna do skalibrowania. Im bliżej Kalifornii, tym cieplej, co dawało się odczuć, teraz już nie trzeba było zakładać kurtek i bluz. Ruszyliśmy do miasteczka Sisters, które przypominało troszkę miasto z dzikiego zachodu, ale jak dla mnie mocno przereklamowane :), w oddali widać było ośnieżone szczyty pasma gór Three Sisters. Zrobiliśmy jeszcze rundkę po okolicznych jeziorach, ale do większości miejsc nie można było się dostać ze względu na pozamykane drogi w okresie zimowym. A szkoda, bo słońce mocno przypiekało. Ruszyliśmy na południe zatrzymując się na chwilkę w Crater Lake. Jak jestem w pobliżu, nie mogę oprzeć się, żeby zobaczyć to miejsce. U mnie – na mojej, prywatnej liście najładniejszych miejsc, Crater Lake - znajduje się w pierwszej piątce. Teraz, zresztą - jak się spodziewałem - połowa tras była zamknięta, ale mimo wszystko, kilka punktów widokowych oferowało niezapomniane panoramy. Opuściliśmy Oregon i na noc wylądowaliśmy w domu. Cała trasa przebiegała pod bacznym "okiem" ośnieżonych gór, po kolei przejmowały czuwanie nad nami Mt Rainier, St Helens, Mt Hood, Three Sisters i Mt Shasta...


Northwest

czwartek, listopada 20, 2008

Port Townsend

Siedząc w deszczowym i pochmurnym Kirkland wyczekiwałem z utęsknieniem słońca, która pojawiło się po trzech dniach mojego pobytu tutaj. . Wymyśliłem więc żeby pojechać na półwysep Olimpic do miasta Port Townsend. Dotarcie przez korki do Edmonds zajęło chwilkę, stąd musieliśmy wziąć prom- co okazało się logistycznie dość trudnym zadaniem, nie patrzyliśmy uważnie na drogę i znaki, co zemściło się na nas krążeniem po okolicy. Dla wjeżdżających na prom jest, wydzielony specjalny pas i nie ma innej opcji, żeby się na niego wbić, niż odpowiednio wczesne wjechanie z jednego kierunku! No, ale wszystko się udało i zaparkowaliśmy na promie. Zawsze mnie ciągnęło do statków i wszelkiego typu promów, pływanie po morzach i oceanach to jest to! Rejs nasz trwał tylko 30 minut, ale widoczki były naprawdę ciekawe. Wylądowaliśmy w wiosce Kingston, skąd dalej ruszyliśmy wąską drogą - w stronę celu. Okolica przypominała trochę Kanadę, ale nie ma się co dziwić, niedaleko jest granica :). Mocno w pamięć zapadła mi osadka Port Gamble z przepięknymi zabudowaniami w stylu wiktoriańskim, wyglądała trochę jak skansen, a nie jak miejsce w którym żyją ludzie. Przez całą drogę towarzyszyło nam słońce, co bardzo mnie cieszyło w perspektywie oglądania miasteczka i robienia zdjęć. Przywitała nas górująca nad miastem wieża zegarowa sądu hrabstwa Jefferson. Wyglądała imponująco, a muszę wspomnieć, że Port Townsend położony jest troszkę nietypowo, przy nabrzeżu biegnie główna ulica miasta Water Street z budynkami z cegły, a pozostała część miasta już drewniana wznosi się na "klifie", czyli mam dwie uliczki i naturalny wysoki mur ze skały równo przycięty i następnie dalszą część miasta, do której można dostać się po stromych schodach lub wjechać po krętych uliczkach. Przypomina to trochę San Francisco i rzeczywiście - czytając o tym w przewodnikach, można się dowiedzieć, że planowano tu stworzyć drugie San Francisco i co zabawne - zwane "Nowym Yorkiem Zachodu"! Niestety plany rozbudowy zostały wstrzymane, a miasteczko pozostało w takiej formie do dzisiaj. Przechadzka główną ulicą to jedna wielka przyjemność, kolorystyka i architektura urzekają, po dwóch sekundach wiedziałem, że mój aparat będzie miał dużo pracy :). Trochę podniszczone ogromne reklamy sprzed wieku wymalowane na ścianach budynków dodają miejscu uroku, dobrze - że nikomu nie przyszło do głowy, aby je usunąć - a jest ich sporo. Ann Starrett Mansion, Rothschild House, Hastings Building i Hill Building to prawdziwe perły (nie perełki). Pojeździliśmy między rezydencjami pamiętającymi stare dobre czasy rozkwitu Ameryki. Nawet trafiliśmy na zabłąkaną sarenkę na środku ulicy. Podobno wszystkie rezydencje zostały w ostatnim czasie ciekawie odrestaurowane, co zmieniło mocno charakter miasteczka czyniąc je tym bardziej wartym obejrzenia. Wróciliśmy tym samym promem do Edmonds, a pora była późna - to postanowiłem zabrać znajomych do Seattle, ostatnim razem przegapiłem świetny taras widokowy i teraz musiałem to nadrobić. Dotarcie do Kerry Pakr na Highland Dr nie zajęło dużo czasu, widok na miasto z tego miejsca uważam za najlepszy jaki można zobaczyć, mamy całą panoramę downtown jak na dłoni. Miejsce te oblegają fotografowie ze statywami i nie ma się co dziwić. Dzielnica - w której znajduje się ten punkt widokowy jest chyba mocno elitarna, domy muszą kosztować krocie, ale tutaj płacimy za widoki :). Po dość długiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy na Pike Place Market, ponieważ być w Seattle i nie odwiedzić tego targu - to jakby wcale nie być w tym mieście. Zaprowadziłem znajomych do miejsca, gdzie swoje show wykonują pracownicy stoiska z rybami, jest to słynne Flying Fish. Miejsce oblegane jest przez turystów, którzy dla samej rozrywki kupują ryby, żeby zobaczyć i sfilmować jak obsługa rzuca wielkimi rybami między sobą. To wymaga trochę wprawy, bo ryby są śliskie, ale efekt jest niesamowity. Dla żartów - co jakiś czas sprzedawcy rzucają sztuczną rybę w kłębiący się tłum - co mocno rozbawia publikę. Zjedliśmy obowiązkowego łososia i przespacerowaliśmy się starą uliczka zachodząc do pierwszego Starbucksa w USA. Wszystko co było do załatwienia zostało zrobione i następnego dnia trzeba było ruszyć w nieznane zakątki Waszyngtonu i Oregonu.

Port Townsend

wtorek, listopada 18, 2008

Pierwszy Starbucks.


Starbucks Corporation - oferuje głównie kawę, która jest sposobem spędzania wolnego czasu, ikoną kultury XXI wieku, Starbucks to symbol globalizacji, jest obecnie największą na świecie siecią kawiarni, działająca w 44 krajach, posiada około 15 500 kawiarni, a planowane jest 40 000. Założona została w 1971 roku w Seattle, gdzie do tej pory jest siedziba firmy. W 1987 roku przejęta przez Howarda Schultza, kóry przekształcił niewielkie przedsiębiorstwo zajmujące się dystrybucją kawy w giganta. W 1993 roku Starbucks rozpoczął współpracę z siecią księgarni Barnes & Noble. Rozpoczęła się ekspansja na dużą skalę poza Seattle. W 1995 roku po raz pierwszy w ofercie Starbucks pojawiły się płyty z muzyką oraz napoje Frappuccino, a już rok później wspólnie z PepsiCo wprowadzono na rynek Frappuccino w butelkach. Obecne menu: wiele gatunków kawy, herbaty, gorąca czekolada, mrożone napoje, desery i napoje w butelkach. Na wymagającego klienta czeka kawa na mleku odtłuszczonym lub sojowym, bez kofeiny, z dodatkowym syropem lub kremem. Sezonowo wprowadzane są produkty specjalne, takie jak na przykład specjalna świąteczna mieszanka kawy. Do tych napojów polecane sa muffiny, tary oraz inne wyroby piekarnicze, a także tradycyjne kanapki czy sałatki. Koncern jest krytykowany za zbyt agresywne podejście do rynku, firma obniża ceny swoich produktów, często poniżej ich rzeczywistej wartości, więc nie ma sie co dziwić, że wypiera małe kawiarenki oferujące znacznie droższą małą czarną...

Microsoft (na zwiadach u rywala)


Przy okazji pobytu w Seattle postanowiłem odwiedzić siedzibę słynnej na cały świat firmy komputerowej. Miasteczko - bardziej pasuje nazwać to miejsce dzielnicą Seattle - wygląda jak prywatny folwark Microsoftu, której budynki widać na każdym kroku a w obecnej chwili firma poważnie się rozbudowuje i co chwila mijamy kolejne place budowy. Microsoft ma swój system transportowy i czasem dochodzi do komicznych sytuacji kiedy cała ulica zapełniona jest zielono-białymi busami i służbowymi samochodami Microsoftu! To prawie państwo w państwie. Na oficjalnej stronie firmy podany był adresVisitiors Center gdzie można odwiedzić małe muzeum i zrobić pamiątkowe zakupy w sklepie firmowym. Oczywiście :) jak to bywa z Windowsami tak w życiu adres okazał się nieaktualnyhihi (co za problem zrobić poprawkę na oficjalnej stronie?). Na drzwiach podana była nowa lokalizacja na szczęście niedaleko, podjechaliśmy szybko oczywiście nie obyło się bez problemów, kilka ulic było pozamykanych ze względu na przebudowę. Odnaleźliśmy parking dla gości i przeszliśmy przez następny plac budowy i dotarliśmy do wejścia w budynku numer 92 (numeracja budynków robi wrażenie, mają tego naprawę sporo). Po wejściu natrafiliśmy na malutki sklepik i mikroskopijne muzeum. Wszytko rozczarowuje jak na takiego potentata i firmę która zarabia krocie to nie bardzo się popisali :). Muzeum to tylko kilka eksponatów z historii techniki i produkty obecnie dostępne w sklepach. Nowością był "stolik" z ekranem pod nazwąSurface czyli prototyp komputera z dotykowym ekranem (system działania interfejsu to prawie kopia obecnie dostępnego już produktu firmy Apple - iPhone OS)... znowu kopiują :(. Dla dzieciaków rozrywką są konsole do gier. Hm i to tyle. Wydostanie się z miasta Microsoftu obyło się bez problemów :).
Zabawne w tym wszystkim jest to, że przyjechałem do Redmond prosto z Cupertino, miasta w którym mieści się siedziba Apple głównego rywala Microsoftu w branży komputerowej :)
Troszkę historii: Wszystko zaczęło się w 1973 roku, kiedy Bill Gates i Paul Allen dostali się na studia na uniwersytecie Harvard. Tego właśnie roku MITS , mała firma w Albuquerque w Nowym Meksyku budowała komputer osobisty o nazwie Altair i potrzebowała wyspecjalizowanej wersji języka BASIC, aby umożliwić jego działanie. Bill i Paul przekonali prezesa firmy, aby kupił właśnie ich interpretator języka BASIC. Dzięki genialnej strategii Gatesowi udało się podwoić honorarium autorskie, które powinien dostać za każdą sprzedany komputer typu Altair. Po tym umiarkowanym sukcesie Bill i Paul założyli Microsoft, którego początkową siedzibą był motel w Albukuerque . Była to mało znacząca firma, która straciła wielu potencjalnych klientów ze względu na ówczesny sposób bycia Billa. Nagła odmiana losu przyszła w 1980 roku, kiedy IBM ogłosił, że poszukuje systemu operacyjnego dla swojego komputera PC, który planował wydać. W tym czasie Bill Gates napisał MS-DOS (Microsoft-DiskOperating System) i był gotów sprzedać go każdemu kto tylko zapłaci. IBM postanowił użyć tego systemu w swoim PC, ale nie zastrzegł sobie na niego licencji, jak robił to ze swoim oprogramowaniem np. Apple. Wkrótce więc inni producenci komputerów sięgnęli po MS-DOS. Tak zaczęła się na dobre kariera Microsoftu na rynku oprogramowania, a jego siedziba została przeniesiona do Redmond w stanie Waszyngton, gdzie znajduje się do dziś.
Nowy adres Microsoft Visitor Center: 15010 NE 36th Street. Building 92. Redmond.

APPLE RULES !


Microsoft

środa, listopada 12, 2008

Deszczowe dni

Weekend zaczął się w sobotę, wyruszyłem do Monterey via San Jose. W marinie wylądowaliśmy koło południa tutaj przywitał nas deszcz. Chyba powoli zaczyna się jesień i czeka nas dużo mokrego z nieba. Pozostało tylko zakryć łódkę plandeką i napić się :). Wszystkich ogarnęło wielkie lenistwo, nawet nie chciało się wypłynąć na połowy rybek i poszliśmy do rybaków u których kupiliśmy rybki na grilla. Popadaliśmy dość wcześnie :). Rano trwało chwilkę dojście do siebie i w tym czasie pogoda zrobiła się słoneczna tylko ogromny wiatr nie pozwalał na wypłynięcie. Pozostało tylko napić się :) znowu. W poniedziałek rano Peter miał misję do wykonania w stanie Washington i długo się nie zastanawiając dzięki uprzejmości osób z towarzystwa postanowiłem się podłączyć do wyprawy. Pomysł wyruszenia z Monterey do Seattle był trochę szalony. Było popołudnie kiedy zajechaliśmy do San Francisco po moje ubrania i myśl, że rano mamy być prawie przy granicy z Kanadą wydawała się niemożliwa do zrealizowania. Jechaliśmy na zmianę każdy dostał do przejechania jeden stan :) , w połowie Oregonu zaczęło padać i ... do środy nie przestało. Seattle pokazało swoje prawdziwe oblicze, szaro i depresyjnie w okresie jesienno-zimowym. Na miejscu byliśmy po 5 rano...

środa, listopada 05, 2008

Propozycja numer 8

Kalifornijscy wyborcy przy okazji wybierania prezydenta podejmowali decyzję dotyczącą małżeństw homoseksualnych w ich stanie i zdecydowali: małżeństwa osób tej samej płci znowu nielegalne. Wszystko przeszło bez echa a walka na plakaty i spoty była zacięta. Czasem więcej było reklam dotyczących propozycji numer 8, niż plakatówObamy . Pięć miesięcy temu stanowy Sąd Najwyższy wydał orzeczenie uchylające wprowadzony 8 lat temu zakaz zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci. W ciągu pięciu miesięcy, które minęły od decyzji sądu związki małżeńskie zawarło 18 tysięcy par tej samej płci. Walka o przywrócenie zakazu przykuła uwagę amerykanów, ponieważ jego przywrócenie stanowi precedens. To pierwszy raz kiedy wyborcy zakazują małżeństw homoseksualnych po tym jak zostały one zalegalizowane.

Osiołek pokonał Słonia

I po wyborach, wygrał kandydat, którego nie popierałem Barack Hussein Obama. Z perspektywy Kalifornii kandydat partii republikańskiej McCain nie miał szans. Złoty Stan to specyficzne miejsce, żyją tutaj ludzie "wyzwoleni" mentalnie i moralnie. Może Kalifornia zatraciła swoją tożsamość i pokolenie hipisów z lat 60-70 teraz jest już mocno podstarzałe a ich miejsca nie ma kto zająć... w tą lukę wypełniają teraz geje, lesbijki i ciąglenajarani młodzi ludzie szukający nowej filozofii życia. Ta część społeczeństwa neguje państwo prawa w obecnym stanie, szuka totalnej wolności na granicy z anarchią, trudno tu było spotkać osobę, która pozytywnie wypowiadałaby się o obecnym prezydencie Bushu, dlatego każdy kandydat republikański był na straconej pozycji.
Spece od Politycznego PR demokratów zrobili kawał dobrej roboty, pod hasłem zmian wylansowali nowy produkt - Obamę, nową ikonę na podobieństwo Che i nikt się tutaj nie pytał o życie, historię lub program polityczny, każdy chciał zmiany. Tylko jakich zmian? a kogo to obchodzi... ludzie tutaj nie bardzo mają pojęcie o polityce, każdy zajęty jest swoim życiem, zarobieniem pieniędzy a teraz z uwagi na kryzys silniej zwracają uwagę na swoje konta w bankach i wydatki. PrzemowaObamy na wiecu po ogłoszeniu wyników wyborów była naprawdę bardzo dobra ale człowiek ten słynie właśnie ze swoich zdolności oratorskich... i tylko z nich. Trzeba pamiętać że Prezydentura to ciało demokratyczne a nie monarchia absolutna i pozostaje mieć nadzieję, że w rządzie zasiądą odpowiedzialni i doświadczeni ludzie a nie koledzy senatoraObamy . Nie wiemy jakie były układy biznesowe które towarzyszą każdym kampanią wyborczym, przecież sponsorzy nie finansowali kampanii z pobudek czysto altruistycznych :), teraz przyjdzie pora na żniwa. Może się okazać ze przemysł zbrojeniowy nie był domeną republikanów i trzeba będzie wygenerować nową wojnę, może z Iranem ? Obama nie będzie rządził sam, wokół niego będzie dużo doradców, którzy tak naprawdę będą kierować krajem. Spodziewam się powrotu do polityki "małego izolacjonizmu" podobnego z początków prezydentury Clintona, sprawy światowe zejdą na dalszy plan i wymachiwanie szabelką będzie już mniejsze. Teraz czas na gospodarkę na wyciągnięcie kraju z kryzysu, nie wiem czy Obama jest w stanie to zrobić ale z drugiej strony gospodarka sama się podniesie tylko żeby nikt nie przeszkadzał. Giełda na Wall Street zareagowała mocnymi spadkami...
Partia Republikańska przeżywa poważny kryzys, to widać od jakiegoś czasu ale nikt na czas nie wyciągnął odpowiednich wniosków. Zły dobór kandydata na prezydenta to wszystkopogłębił . Paradoksalnie hasło demokratów Czas Na Zmiany bardziej pasuje na motto republikanów... Szkoda mi tylko Sary Pali, mogłaby być ładną panią wiceprezydent :).
Wracając do sedna my dalej nic nie wiemy o Baracku Obamie który bardzo unika używania swojego "middle name" Hussein. Jedno jest pewne ładnie wygląda na koszulkach. W kręgach młodzieży lewicowej, gejowskiej jest "tredny" popieranie Obamy, ale w większości sytuacji pytani dlaczego nie potrafią jednoznacznie obronić racjonalnie swojego wyboru... jest TRENDY i tyle, chce zmian (jakich?) i w wypowiedziach odczuwalna jest duża wrogość do G. W. Busha. Ale tak szczerze to co innego mógł zaproponować McCain, chyba niewiele. Zmienią się tylko TWARZE w Białym Domu. Polityka USA nigdy nie ulegała jakimś rewolucyjnym zmianom i nigdy nie ulegnie. Ale to musi minąć rok, żeby wyborcy to zrozumieli.
Mam natomiast pewne obawy co do reakcji społeczeństwa, kraj jest teraz mocno podzielony i do tego doszedł dodatkowy czynnik wybuchowy - RASIZM. Proszę wszystkich poprawnych politycznie o wyrzucenie na drzwi na chwilę hipokryzji. Rasizm jest i będzie tylko kwestią jest jak bardzo poruszanie tego tematu będzie traktowane. Obecnie mamy "przegięcie" w drugą stronę, nie wolno złego słowa powiedzieć o Afroamerykanach - reakcja jest natychmiastowa i grozi za to ostracyzm towarzyski lub w najgorszym wypadku więzienie. Najgorsze w tym jest, że prze kajanie się białych i przepraszanie za HISTORIĘ doprowadziło do tego, że czarna społeczność nadużywa tego momentami bardzo i teraz obrażanie białych nie ma konsekwencji... Pozostaje potrzeba solidnej pracy nad rozwiązaniem tego problemu i tutaj widzę szansę dlaObamy . Jest bardzo prawdopodobne, że Afroamerykanie zdadzą sobie sprawę, że przez ciężką pracę a nie czekanie aż "rząd im wszystko da bo im się należy" mają realne szanse na dojście do wysokich stanowisk w biznesie, w administracji i nie wspomnę o armii w której dużo wysokich stopniem oficerów to ciemnoskórzy mieszkańcy ameryki. Nie wiem czy obawiać się wzrostu agresji w czarnych w stosunku do białych, niektóre skrajne grupy mogą poczuć się pewniej, tu przykładCzarnych Panter, które mocno aktywowały się w dniu wyborów. To działa w dwie strony i obawy mogą budzić przypuszczalnie wrogie zachowania członków Białego Bractwa lubKKK . Ale od tego jest rząd federalny żeby to wszystko nie przeniosło się na ulice. Pogratulować muszę Afroamerykanów jedności i mobilizacji w taki momencie, szacunek - 95 % głosowało naObamę ... i jak tu nie mówić, że kolor skóry nie miał tutaj znaczenia :). Jeszcze raz, nie bądźmy hipokrytami, nie bójmy się wyrażać swoich opinii nawet jeśli nie są TRENDY !
Nie spodziewam się jakiejś zmiany w polityce w stosunku do Polski, nominacja Rahma Emanuela jako szefa administracji nic specjalnie nie wniesie a zniesienie wiz dalej pozostaje w rękach kongresu (chyba że podczepią to pod ustawę znosząca wizy dla obywateli Kenii to wtedy jest szansa :)
Fanów teorii spiskowych takich jak niewyjaśnione racjonalnie wydarzenia z 11 Września, zapraszam do naciskania Obamy w celu ujawnienia "prawdy", zobaczymy jaka będzie reakcja ale osobiście nie liczyłbym na jakiekolwiek sensacje :).
Pozostaje czekać, zobaczymy na jakie zmiany możemy liczyć za kadencji Baracka Obamy. Hm... a co było źle? że trzeba zmian... chyba Bush przestał dbać o PR i ludzie mieli tego człowieka serdecznie dość, jego polityki kojarzonej z wojnami i gospodarki która nieszczęśliwie akurat w tym okresie mocno spowolniła ale o to akurat obwiniałbym szeroko rozumiane rynki finansowe. Jeśli tylko o takie zmiany chodzi to przyznam że się trochę boję...
To co tutaj napisałem to moja prywatna opinia z która każdy może się nie zgodzić, jest to tylko refleksja a nie temat do dyskusji :).
MAM NADZIEJĘ, ŻE WSZYTKO POTOCZY SIĘ W DOBRYM KIERUNKU I NA RAZIE NIE MA PRZESŁANEK ŻEBY BYŁO INACZEJ.

wtorek, listopada 04, 2008

Wybory Prezydenckie w USA 2008.

Jak zwykle kandydatów jest wielu, ale zwykle walka rozgrywa się między kilkoma. To, który zostanie naszym przedstawicielem zależy od nas. Jednak żeby móc zagłosować trzeba się najpierw zarejestrować, a później pójść do swojego lokalu wyborczego i oddać głos.
Warunki uczestnictwa w wyborach są następujące:
- obywatelstwo amerykańskie
- ukończenie 18 lat najpóźniej w dniu wyborów
- adres zamieszkania w danym hrabstwie przez co najmniej 30 dni przed wyborami
- brak przeszłości kryminalnej w postaci zwolnienia warunkowego
Formularz rejestracyjny jest bardzo krótki, dostępny na stronie internetowej lub otrzymać za pośrednictwem poczty.
Po wypełnieniu należy go odesłać do komitetu wyborczego w hrabstwie zamieszkania (formularze, które dostaniecie Państwo od nas mają już wpisany adres i nie trzeba na nie naklejać znaczka).
W wyznaczonym do głosowania miejscu mamy do wyboru dwie opcje, głosoanie przez dotykanie zdjęć kandydatów na ekranie monitora (to chyba dla analfabetów) lub przez dorysowanie kreski na karcie do głosowania (to akurat zabawne).Lista kandydatów, którzy zarejestrowali się przynajmniej w jednym stanie, w tegorocznych wyborach prezydenckich w USA jest najdłuższa od szesnastu lat.
Nazwiska tylko dwóch kandydatów głównych partii - Baracka Obamy i Johna McCaina pojawią się na kartach do głosowania we wszystkich stanach. Kolejnej czwórce pretendentów do prezydenckiego fotela udało się zdobyć poparcie gwarantujące obecność na kartach, które do rąk dostanie ponad połowa mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Jeśli uznać, że pierwsza pozycja na karcie do głosowania ma znaczenie psychologiczne, to Barack Obama jest w nieco lepszej sytuacji od swojego głównego przeciwnika, Johna McCaina. Nazwisko czarnoskórego kandydata Demokratów znajdzie się na pierwszym miejscu w 15 stanach i Dystrykcie Kolumbia. John McCain figurować będzie jako pierwszy na kartach do głosowania w 14 stanach.


Co potem i jak to działa:
4 listopada 2008 zostanie wybranych 538 elektorów, którzy dokonają wyboru 44. prezydenta Stanów Zjednoczonych i 47. wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych.

Kolegium Elektorów Stanów Zjednoczonych to konstytucyjny organ państwowy, który co cztery lata dokonuje wyboru amerykańskiego prezydenta i wiceprezydenta. Liczba elektorów 538 – jest równa liczbie kongresmanów po dodaniu trzech przedstawicieli Dystryktu Kolumbii.
Prawny wybór prezydenta i wiceprezydenta zostanie dokonany 15 grudnia 2008 głosami wybranych 4 listopada 2008 elektorów. Wówczas każdy z 538 elektorów w każdym ze stanów zagłosuje pisemnie na dwie osoby (prezydenta i wiceprezydenta). Głosy te przekazane zostaną do Senatu. Po czym 6 stycznia 2009 przewodniczący Senatu (tj. urzędujący wiceprezydent) w obecności Senatu i Izby Reprezentantów zarządzi ich przeliczenie i ogłosi wynik wyborów na urzędy prezydenta i wiceprezydenta kolejnej kadencji.
Na prezydenta zostanie wybrana tylko ta osoba, która w głosowaniu elektorskim z 15 grudnia 2008 otrzymała bezwzględną większość głosów tj. przynajmniej 270. W innym wypadku to posłowie z Izby Reprezentantów głosując pisemnie dokonają wyboru prezydenta (zaś Senat wiceprezydenta).
Zwycięzcy wyborów zostaną zaprzysiężeni w południe 20 stycznia 2009 w Waszyngtonie.
Czekamy...

Big Sur i pomarańcze Marcina Sieradzkiego

"Największej mądrości dowodziłoby postanowienie żeby być nikim we względnym raju o nazwie Big Sur zamiast sławą w szerokim świecie, który zatracił wszelkie poczucie wartości" - [ Henry Miller ]

Naturalne uroki i nienaruszone przez cywilizacje rejony Big Sur zaczęły w połowie XX wieku przyciągać różnego rodzaju artystów i pisarzy takich jak Norman Emile, Jacka Kerouaca i Henry Millera, który mieszkał nad Big Sur od 1944 roku do 1962. Były to czasy, kiedy nie było tam elektryczności, telefonu, środków komunikacji, poczta dochodziła trzy razy w tygodniu, a zakupy trzeba było targać na własnym grzbiecie. Zachwycił się ludźmi, krajobrazem, klimatem, florą, fauną i uznał, że - po Nowym Jorku, Paryżu i Grecji - to będzie jego miejsce na ziemi. Portretował je z uczuciem, z jakim wcześniej pisywał o kobietach czy raczej seksie. Jego powieść z 1957 r Big Sur i pomarańcze Hieronima Boscha to portret miejsca oraz niezwykłych ludzi, których Miller tam poznał: pisarzy, mistyków poszukujących prawdy w medytacji, dojrzałych dzieci i niewinnych dorosłych, geniuszy, dziwaków oraz tych, których zaklasyfikować niepodobna.
Bardzo popularną lokalną atrakcją turystyczną jest The Henry Miller Memorial Library, kulturalne centrum Millera poświęcone jego życiu i pracy.
Fanów Jack Kerouaca zainteresuje to, że spędził kilka dni w Big Sur w początkach lat 1960-tych u kolegi poety Lawrencea Ferlinghetti w jego domku w lesie, gdzie napisał powieść pt Big Sur opisująca jego życie w tym rejonie.

Big Sur jest słabo zaludnionym regionem centralnej Kalifornii. Powierzchnia Big Sur nie ma konkretnych granic, wiele definicji obejmuje obszar 90 mil (145 km) wybrzeża między Carmel River i San Carpoforo Creek. Teren oferuje oszałamiające widoki, dzięki czemu jest ulubionym celem wypraw turystycznych. Przejazd autostradą numer 1 na tym odcinku to niezapomniane doświadczenie, nie osiągniemy tutaj dużej prędkości ze względu na jednopasmową drogę. Na szczęście co chwilę mamy zjazdy na przygotowane do tego pobocza i punkty widokowe. Oczywiście warto przed wyjazdem sprawdzić pogodę, dość częsty jestfog, który potrafi "zasłonić" cały teren i wtedy przepiękne widoki skryte zostają w białym mleku.
Big Sur zajął drugie miejsce w rankingu Najbardziej Pożądanych Do Zobaczenia Miejsc w USA w portalu TripAdvisor.

Big Sur

poniedziałek, listopada 03, 2008

Jutro wybory w USA

Większość mediów w tym CNN na czele oraz sądaże publiczne przepowiadają wygraną senatora Baracka Husseina Obamy... ale sondaże opinii publicznej nie oddają rzeczywistego poparcia dla kandydatów. Sondaże mogą się mylić o kilka procent m.in. dlatego, że Obama jest kandydatem, który wywołuje ogromny entuzjazm u swoich zwolenników. Sporo osób może nie podzielać tego entuzjazmu, ale w sondażach deklarować poparcie dla Obamy, bo tak jest "modnie", bo tak samo deklarują wszyscy koledzy z pracy, gwiazdy show biznesu itd. Obama jest zdecydowanym faworytem najważniejszych amerykańskich mediów. Oficjalne poparcie dla niego (taka amerykańska tradycja) ogłosiły największe dzienniki - "New York Times", "Washington Post" i setki innych. W telewizji zdecydowana większość komentatorów okazuje dużo większą sympatię Obamie. Dlatego pokładam dużą nadzieję w tak zwanym Efekcie Bradleya: Polega on na tym, że biali wyborcy w sondażach deklarują poparcie dla czarnoskórego polityka. Ale gdy przychodzi co do czego i oddają swój głos za kotarą w lokalu wyborczym, wybierają kandydata białego. Według tej teorii, biali wyborcy wstydzą się swoich uprzedzeń rasowych (dlatego ankieterowi przeprowadzającemu sondaż deklarują poparcie dla Murzyna), ale te uprzedzenia biorą górę, gdy mogą anonimowo oddać głos.
Pozostaje czekać ... przyznam że postać pana McCaina za bardzo mi nie odpowiada ale w tym wypadku wybór będzie oczywisty.